fundusz wsparcia kultury
fot. mat. prasowe Bayer Full, twitter Ministra Kultury

Wyjaśnienie ministra kultury jest gorsze niż Bayer Full. Oto czego powinno nas nauczyć

przeczytasz w 11 min

Minister Kultury broni się, że pieniądze z Funduszu Wsparcia Kultury przyznał obiektywny algorytm. A to właśnie sedno problemu i duża nauczka dla wszystkich.

Fundusz Wsparcia Kultury jest dla zwyczajowych krytyków polityki kulturalnej PiS-u pochyłym drzewem, na które każda koza wskoczy. Oto Ministerstwo Kultury, od dawna zdradzające podstawowy objaw COVID-19, czyli utratę smaku, rzuciło furmankę kasy plebejskim zapiewajłom. Artystom, jak słyszymy, populistycznym (Bednarek), nieadekwatnym (Kozidrak) lub po prostu artystom w cudzysłowie (Bayer Full). 

Aktualizacja: Niebezpiecznik wyjaśnia, na czym polega problem z „obiektywnym” algorytmem oceniającym

Fundusz Wsparcia Kultury. Ale czyjej?

Z krytyką tą jednak jest pewien problem, który egotycznie odnoszę do siebie. Pracując w branży dziennikarskiej już dobre 15 lat, doczekałem się koleżanek i kolegów z pracy o połowę młodszych. Dorastających w wyraźnie innych czasach, inaczej patrzących na świat. Odruch moich znajomych media workerek, kiedy dowiedziały się dwa lata temu o moim – byłym wówczas – projekcie Smak Nabyty, był odruchem krytyki przez śmiech. Smak nabyty – argumentowały – koncept, że do pewnych przyjemności trzeba dorosnąć w ten czy inny sposób, to dziaderska estetyka z klasistowskim podtekstem. Wiele z mojego dzisiejszego pisania to mechanizm radzenia sobie z okruchem racji, jaki przyznaję temu stwierdzeniu.

Nie będę więc wrogiem dawania kasy na disco-polo z dwóch powodów. 

Pierwszy: nie chcę krytykować dawania kasy. Strażacy posługują się czasem pojęciem przeciwpożaru. To kontrolowany pożar, wywoływany w takim miejscu, by zahamować rozprzestrzenianie się żywiołu, odbierając mu paliwo. Posługiwanie się przeciwpożarem ma pewnie swoje ryzyka. Jest strategią zwalczania ognia ogniem, ale jest kontrolowane. Nie da się strażaka wywołującego przeciwpożar nazwać podpalaczem. Rozdawanie kasy w trudnej sytuacji jest z pewnością w najgorszym wypadku techniką przeciwpożaru, a może okazać się sikawką.

A że rozdano kasę na disco-polo, patriotyczne reggae i rock’n’boomersów? Korci, by to krytykować: zła muzyka, a zatem zły minister ze złego rządu wybranego przez złych ludzi. Tą drogą również nie chcę iść. To jak opieprzanie Innych, że nie chcą zmądrzeć i zostać Nami. Pałowanie ich aż się zmienią.

Fundusz Wsparcia Kultury przez losowanie

Jest jednak jedna rzecz, która może i powinna dać nam ważną nauczkę. Wątek ten zaczyna się od wypowiedzi ministra Glińskiego. Miała uspokoić nastroje i wyjaśnić, że wszystko jest uczciwe, transparentne i co najgorsze – OBIEKTYWNE. Minister zatweetował: – O tym, kto dostał wsparcie, nie decydowały sympatie, rodzaj uprawianej sztuki, ale algorytm pokazujący kto stracił przychody w wyniku pandemii.

Przyjmuję (łatwe do zakwestionowania) założenie o dobrej woli ministerstwa. Fundusz Wsparcia Kultury zdecydował metodą obliczeniową, a algorytm nie był – tak załóżmy – wybrany tylko dlatego, że według wstępnych symulacji przyniósł oczekiwane rezultaty. Ale nawet przy tym optymistycznym założeniu minister kultury popełnił błąd, którego nie powinien był popełnić ani on, ani nikt z nas. Uznał, że każda sfera naszej działalności – zbiorowej czy indywidualnego życia każdego z nas – jest łatwo przeliczalna. Że można zamienić ją w numerki i według tych numerków wyliczać, gdzie mamy zyski, gdzie straty.

Każdy z nas ma w swoim życiu obszary, które nie powinny podlegać przeliczaniu na cyferki. W sferze życia publicznego takim obszarem jest właśnie kultura. I to jest sedno słusznego w gruncie rzeczy oburzenia, że w obszarze tak niewymiernej działalności, tak powiązanej z wizerunkiem, sławą i innymi niemierzalnymi wartościami, wylicza się straty proporcjonalnie do wcześniejszych dochodów. Czym innym jest przestojowe w branży organizatora koncertów, który zamroził pieniądze w głośniki, kable i rozkładane sceny, a czym innym u gwiazdy dającej koncerty za miliony.

Fundusz Wsparcia Kultury indywidualnej

Podobnie w naszych małych, indywidualnych żyćkach jest cholernie ważne, żeby nie przeliczać wszystkiego i nie optymalizować zużycia czasu, pieniędzy i wysiłku. Czytając książki, rozkładając i składając na nowo motocykl, kolekcjonując noże albo motyle, odrabiając z dziećmi prace domowe.

Żeby po ludzku umieć marnować czas, czasem nawet gając w głupie piłeczki na komórce. Umieć nie liczyć się z pieniędzmi: 10 proc. napiwku od rachunku w wysokości 265 zł 50 gr to wbrew pozorom nie 26,55, ale 30 złotych gotówką lub zaokrąglenie do 300, jeśli kartą. Nie pozwolić zeżreć się piekielnemu tyranowi optymalizacji, który wynika właśnie z algorytmów. Z zestawiania wszystkiego w słupki, jak ministerstwo Glińskiego zestawiło w słupki dochody dla potrzeb Funduszu Wsparcia Kultury.

Pokusa robienia takich liczbowych zestawień – na pierwszy rzut oka obiektywnie precyzyjnych, a w głębi ukrywających istotę sprawy – jest dziś pewnie większa niż kiedykolwiek. Na Zachodzie rewolucja domowych komputerów wzięła się między innymi z arkuszy kalkulacyjnych dla domu: terroru optymalizacji wydatków domowych. Taki terror wprowadził kilka lat temu np. mBank, kategoryzując mi rozchody na „wyjścia i wydarzenia”, żebym mógł wiedzieć, gdzie znika mi kasa. 

Sęk w tym, że gdybym zoptymalizował „wyjścia i wydarzenia”, bardzo szybko doszedłbym do wniosku, że nie tylko fast food jest optymalniejszy od lokalnej knajpki. Także straganowe książki za 6,99 zł są lepsze od Nienawiść sp. z o.o., którą właśnie skończyłem. Bo ta część mnie, która jest lepsza po przeczytaniu (świetnie przetłumaczonej!) książki Taibbiego, jest kompletnie niemierzalna.

Wszystkie te typki

Tak jak niemierzalny jest udział w kulturowym obiegu wszystkich tych typków – w dużej części znajdujących się tu, wśród nas. Pomniejszych ilustratorów, fotografików, śmieszków z internetu, piszących w czasie pracy microcopy, a w czasie wolnym memy. Od algorytmu Glińskiego i jego Funduszu Wsparcia Kultury zostaniemy tu wszyscy – nie głośni, nie celebryci – jak wielu moich znajomych freelancerów, niczym Himilsbach z angielskim

Jak X, zamiast książki pisząca teksty na strony internetowe salonów kosmetycznych. Jak Y, który po dwudziestu bodaj latach porzucił ilustratorski freelance i został dyrektorem artystycznym… dyskontu. Tej linii garnków i przyrządów kuchennych za 19,99 zł w koszach przy kasach. Mamy dzięki temu parę w miarę ładnych kubeczków, klepniętych przez panią z pijaru. Czego nie mamy? Lepszych plakatów wystaw, ładniej zilustrowanych planszówek i książeczek dla dzieci.

Że żadne bogactwo nie skapuje od bogatszych do biedniejszych, wiemy dobrze – widzieliśmy choćby oglądając The Big Short. Dotacja wlana w organizację od góry wsiąka w jej najwyższą warstwę. Alternatywny algorytm Funduszu Wsparcia Kultury mógłby podzielić czterysta milionów na czterdzieści tysięcy paczuszek po dychę i dać ludziom według innej listy, z dopiskiem: „koniecznie rozpierdol na głupoty”.

Bo tak należy właśnie, za przeproszeniem, alokować zasoby: możliwie dużo rozpierdalać na głupoty. Bo w naszych żyćkach i naszym życiu nie wszystko jest transparentne, obiektywne i podlegające optymalizacji.