ego mężczyzny jest jak jenga
fot. Michał Parzuchowski/Unsplash

Klocki ego. Aborcja, Trybunał i świat białych kołnierzyków

Nasze ego – nasza sprawa. Gdyby mężczyźni u władzy wzięli się za nie na poważnie, Polska byłaby dzisiaj miejscem lepszym do życia dla wszystkich. A tak mamy uliczne protesty.

Był moment, kiedy nie byłem pewien, czy czwartkowa decyzja Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji to temat dla tego bloga. Przeważyło nawet nie to, że widzę go jako miejsce prezentowania idei, a nie (tylko) rzeczy. Bo z drugiej strony: mężczyzna piszący do mężczyzn to może nie miejsce do zabierania głosu w sprawie polityki wobec kobiecej cielesności. Ale niezależnie od wszystkich myśli i przekonań, które mielą się w głowie, wybrzmiewa jeden głos, o którym, panowie, musimy porozmawiać. I jeden problem związany z męskim ego:

W być może każdym z nas, jak w jakiejś najbardziej popierdolonej wersji „Być jak John Malkovich”, mieszka mały Tomaszek Terlikowski. Problem jest z tymi, którzy dają mu posłuch, hasło do twittera albo przycisk do głosowania.

Tomaszek nie jest oczywiście jedyny, ale oficjalnie dał przyzwolenie, żeby jechać właśnie po nim, więc jadę. Oto trampolina, z której się dziś wybijam:

Triada pojęć

Nie chodzi w tej chwili o to, czym aborcja jest – zabijaniem dziecka czy realizowaniem prawa kobiety do wyboru. To naprawdę jest kwestia sumienia i właśnie dlatego stan z przedwczoraj nazywaliśmy kompromisem. Dziś podkreśla się, że był on zgniły, ale póki był – takie głosy padały znacznie rzadziej. Chodzi o – w pełni widoczny w nieoczywistym miejscu twita Terlikowskiego – sposób myślenia. Myślenia o tym, kto podejmuje decyzję: ojciec, mężczyzna, katolik.

Rytmiczna, powtarzalna fraza, jak w starożytnej poezji. Obowiązkowe trzy elementy, bo przecież trójca jest pełnią, najwyższą doskonałością. I koniecznie trzy abstrakcyjne rzeczowniki, wszystkie w rodzaju męskim. Ja, byt najwyższy. Umocowany wobec samego siebie (mężczyzna), społecznie (ojciec) i wobec wymiaru nadprzyrodzonego (katolik). Dziwnie w tym sloganie pobrzmiewa inny, bodaj z osiemnastowiecznej, przedrewolucyjnej Francji: kobieta powinna urodzić poddanych królowi, wiernych kościołowi i rekrutów armii. (Może se też przy okazji rodzić jakieś baby, jeśli lubi).

Ego bez sumienia

Nawiasem mówiąc – gdyby Tomasz Terlikowski uwierzył kiedyś w psychoterapię i trafił na takową, szczerze wątpię, czy punktem wyjścia byłoby jego nadmierne umocowanie w tych trzech wymiarach, o których mówi. Sądzę, że pewny siebie człowiek nie musi odwoływać się do wyższych wartości takimi inkantacjami, ale to temat na osobne i znacznie poważniejsze dyskusje. Najchętniej wokół filmu Kubricka „Dr Strangelove”.

Bo naszym dzisiejszym tematem jest, owszem, wizja Kubricka, ale nie ta o wojnie atomowej. Jest nim „Mechaniczna pomarańcza”, której doświadczamy na co dzień. Jednostka wobec wszystkich tych interesów władzy, których świat jest – tradycyjnie i praktycznie – światem mężczyzn. Bo jest w mężczyznach – trwały i głęboko wbudowany – element tego ego, głos z wnętrza, nie będący sumieniem. Ten, który mówi, że należy decydować. Określić się jako „ojciec, mężczyzna, katolik” i, jak Terlikowski, „nie kierować się w tym, co myśli, opiniami innych”.

Klocki ego

Ja – myślę, inni – mają opinię. Moje narzędzia władzy – donośny, niski głos, wyprostowana postawa, poczucie uprawomocnienia w każdym miejscu, w którym się znajduję i czelność, by sięgać po więcej. Ja, mężczyzna – ojciec – katolik. Czyli odpowiednio: autonomiczny – uprawniony do decydowania za innych – ten, którego przekonania wynikają z boskich praw.

Parafrazując Hłaskę: gdyby ta autonomia była prawdziwa, to bym wyłączył, a tak – pierdolę wszystko. Wasze rzekome umocowanie, wasze rzekome uprawnienia, waszą rzekomą autonomię – najbardziej wątpliwą z nich wszystkich. Autonomię stabilną jak wieża z jengi, w której każdy jeden wyjęty klocek może sprawić, że wszystko jebnie. I właśnie dlatego nie możecie sobie pozwolić na wątpliwość.

Na świat, w którym mówi się „nie wiem, bo nie jestem na twoim miejscu”. Mówi się „kim jestem, by oceniać”. Mówi się: „rozwiązania, które sprawdziły się u mnie, nie muszą działać u ciebie”. Ten sposób wyrażania słabości jest dowodem potężnej siły, tak jak umiejętność gry w szachy polega na pewności, z jaką oddaje się małego pionka nie tracąc przekonania, że wygrana jest możliwa.

Tomaszku, nie musisz. Księże biskupie, nie musisz. Partyjny ministrancie, nie musisz. Siusiak nie odpada od tego, że powiesz „nie wiem”. Że zrezygnujesz z udziału w byciu stadną głową narodowej rodziny. Nie przestaniesz być mężczyzną, wyzbywszy się chęci decydowania za innych. Nie przestaniesz być mężczyzną, kiedy twoja wiara straci status państwowej. Możesz pozostać mężczyzną nawet nie decydując za innych. Co więcej, możesz wciąż decydować za innych, nawet nie chcąc decydować za wszystkich. Ba! Nie przestaniesz być mężczyzną nawet jeśli uznasz, że wygodniej sika się na siedząco.

Kompromis, czas przeszły

Bo jest coś, co zauważyło wielu mądrzejszych przede mną. Kiedy twoje rządy się skończą, a każde kiedyś się kończą, nie będzie już zgniłego kompromisu sprzed lat. Będzie to samo „uchwalę sobie co chcę, bo nikt mi nic nie zrobi”, które było tu przed tobą, a które przyjąłeś jako swoje. Tylko kiedy „mężczyzną – głową – rzecznikiem wyższej rzeczywistości” zostaną twoi przeciwnicy, twoja własna jenga pierdolnie z hukiem i każdy klocek będzie osobno. I właśnie w tym najgorszym z momentów dokoła będą ludzie chcący rozliczyć cię za dzisiaj.

Polska zrobiła właśnie ogromny krok w irlandzkim kierunku, a opozycja (poza oczywiście Konfederacją) poczuje się…

Posted by Witold Jurasz on Thursday, October 22, 2020

W ubiegłym roku ukazała się moja książka „Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku”. Kilka z powyższych idei znajduje tam rozwinięcie. Można ją kupić tutaj