fast fashion
fot. Jade Aucamp/Unsplash

Po ilu założeniach wyrzucamy ubrania? Ciekawe dane „Financial Times”

przeczytasz w 12 min

Fast fashion zadomowiła się w naszym słowniku i w sklepach. Zebrane przez „Financial Times” dane pokazują, że jest coraz gorzej.

Kiedy ze sklepów w interwencyjnych skupach znikają chryzantemy i znicze, a na ich miejsce pojawiają się choinki i dmuchane mikołaje, na myśl o żniwach ręce zacierają sprzedawcy ubrań. „Most wonderful time of the year” to jeden z hymnów kapitalizmu nie tylko w przenośni, lecz także dosłownie. 

Wydawałoby się więc, że o fast fashion nie dowiemy się już nic nowego. Moda szybkiej obsługi zagościła na dobre na przełomie wieków, by dziś – 20 lat po tym przełomie, być już z nami na dobre, a zarazem w odwrocie. Po spektakularnych wtopach fast fashion – takich jak zawalenie się w kwietniu 2013 w Bangladeszu hali produkcyjnej z 1,2 tys. ofiar śmiertelnych – zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że ciuchów potrzebujemy mniej, a kupować je powinniśmy rzadziej i mądrzej.

I jak? Przyzwyczailiśmy się? No jakby nie bardzo. Niedawna analiza „Financial Times” to szereg smutnych obserwacji na temat tego, jak kupujemy i nosimy dziś ubrania.

Fast fashion i jej greenwashing

Fast fashion to zjawisko polegające na ciągłym dosypywaniu na modowy rynek ubrań niskiej jakości, szytych w tzw. strefach wolnego handlu, które dosłownie powinny być nazywane strefami rutynowego wyzysku. Ubrania to jeden z największych rynków konsumenckich świata, a do tego raczej trudny w mechanizacji – zszywanie wykrojonych fragmentów ubrań w dalszym ciągu w dużym stopniu robione jest ręcznie. Zaś pozyskiwanie włókien, tkanie, farbowanie – na te etapy produkcji składają się procesy niezwykle obciążające dla środowiska. W tej sytuacji – by sparafrazować greps z „Kilera” – spekulacje na rynku finansowym, a w szczególności unikanie podatków, są już czystą formalnością.

Nic dziwnego, że od wielu lat coraz częściej mówimy o zrównoważonym sposobie pozyskiwania ubrań. Na łamach „FT” jego dziennikarka Lauren Indvik zestawia kilka danych dotyczących i ważnych obserwacji dotyczących ciuchów.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co to znaczy, że twoje ulubione ubranie jest „dobrze znoszone”? Jasne, w skali własnej garderoby łatwo to docenić. Moja granatowa marynarka z nieodżałowanego zakładu Mazurczaka i Trzaski ma już osiem lat i z powodzeniem powinna trafić na kupkę „odzież robocza”. Czasem ją jednak noszę mimo dosłownie prześwitującej miejscami włosianki. Dodaje mi to uroku dziada w ciuchach na miarę –  a w każdym razie taką mam nadzieję. Ale czy jest to obiektywnie znoszony ciuch, w skali wszystkich ciuchów świata?

Fast fashion and its discontents

Wygląda na to, że tak. Nasza relacja z ciuchami w ciągu ostatnich dwóch dekad jest, jak się okazuje, coraz gorsza. Średnio w skali świata – według danych Ellen MacArthur Foundation, na które powołuje się „FT” – nosimy jedną sztukę ubrania ok. 160 razy, zanim uznamy ją za znoszoną i przestajemy używać. To spadek o 40 razy – czyli o 20 proc. – od początku XXI wieku.

Na poparcie tej liczby jeszcze jedna: o ile światowy produkt krajowy brutto (przyjmując rok 2000 jako bazę stu punktów) dziś wynosi 160, to sprzedaż ubrań naniesiona na tę samą tabelkę urosła przez dwie dekady od stu do dwustu.

Lustrzany spadek pierwszego z tych parametrów i wzrost drugiego: więcej kupujemy, mniej znaszamy, można by określić jako „niepokojący”. Ale w sumie to nie chce mi się jakoś przesadnie „wyrażać zaniepokojenia”, jak jakiś prawicowy publicysta na widok brzydkiego słowa na transparencie. Chciałbym natomiast wyrazić poczucie bezsensu.

Co my kurde robimy?

Duża część tekstu Lauren Indvik to próba zmierzenia się z pojęciem „zrównoważenia”, ekologii i tym podobnych. Stella McCartney jako projektantka zęby zjadła na mówieniu o zbytnich obciążeniach środowiskowych ubrań. W „FT” sama zauważyła, że dziś te pojęcia nie znaczą zupełnie nic. Co to znaczy, że coś pochodzi ze zrównoważonej produkcji? Ledwo da się przecież dociec, kto ogolił owce na wełnę, a kto pomieszał ją z poliestrem.

Zresztą: plastik jest z ropy naftowej, a ropa z dinozaurów i torfu, więc ostatecznie plastik to produkt roślinno-zwierzęcy, a zatem zrównoważony. Bo roślina i zwierzę równoważą się nawzajem, prawda? 

Ekologiczna bawełna? Jest bardziej ekologiczna, póki w grę nie wchodzą liczby. Ale tak naprawdę ta metoda uprawy jest o kilkadziesiąt procent mniej wydajna. Zużycie CO2 w przeliczeniu na korzec zbiorów rośnie.

Fast fashion vs. ujemny koszt produkcji

Jest jeszcze gorzej: globalnie, w skali branży, przechodzenie na tryb przyjazny komukolwiek poza producentem, spowalnia. O 30 proc. wolniej niż rok temu rosną płace. A kiedy produkcja rośnie, w liczbach bezwzględnych jest coraz gorzej dla środowiska.

Deklaracje o tym, że coś jest „wegańskie”, „ekologiczne” czy „świadome środowiskowo” nie znaczą nic. I nie będą nic znaczyć, dopóki duża instytucja nie ustanowi nad nimi parasola, czegoś w rodzaju certyfikatu i prawnej definicji pojęcia. Tymczasem w eksplozji produktów „dobrych dla środowiska” rodzą się już serio prawdziwe perełki. 

Wraz z narastającą (jeszcze rzadko widywaną w Polsce) modą na poliester z recyklingowanych śmieci z oceanu, producenci zaczynają być bezczeli. Twierdzą, że ich produkt ma POZYTYWNY wpływ na środowisko. To już nie fast fashion, która degradowała świat, ale odzyskiwanie świata dla natury?

Te pojęcia już niedługo rozgoszczą się w polszczyźnie, podkreślmy więc teraz: żadna produkcja nigdy nie będzie miała dodatniego carbon footprintu. Przybywanie rzeczy jest zawsze kosztem. W maksymie reduce-reuse-repurpose-recycle ważna jest kolejność wykonywania działań. Jeśli możesz, ograniczasz, dopiero potem wpuszczasz w dalszy obieg lub ostatecznie starasz się sensownie zutylizować.

Miej mniej

Żeby dorzucić tu szczyptę ideologii, przypomnę. Do najbardziej „zrównoważonych” metod produkcji ubrań należy szycie na miarę, pod warunkiem, że nie jest powiązane z systemem mody. Paul Johnson, historyk i autor trylogii „Intelektualiści”, „Artyści”, „Bohaterowie” opisuje, jak na balu spotkał młodą dziewczynę w sukni Balenciagi – po babci. Być może wyzwolenie ludzi zamożnych z neurotycznego myślenia o rzeczach modnych i niemodnych dałoby lepszy efekt dla ekologii niż zamiana nawozów azotowych na krowiak.

Podobnie jest z garniturem od krawca. Jest on zaprzeczeniem fast fashion. Cały proces produkcyjny ubrań w 2018 roku (wg raportu McKinseya) wyemitował ekwiwalent 2,1 mln ton dwutlenku węgla. Z tego ponad 70 proc. to produkcja, tylko 20 proc. – użytkowanie, reszta to transport, sprzedaż i koszt wyrzucenia ubrania. Tymczasem garnitur od krawca:

  • robiony jest lokalnie, z przyzerowym wpływem transportu na środowisko,
  • tkanina pochodzi ze znanych źródeł, przeważnie produkujących na niewielką skalę,
  • dość trudno wyobrazić sobie wyzysk człowieka przez człowieka przy produkcji,
  • elastyczność zamówienia zwiększa szanse, że będzie ci dłużej służył,
  • charakter ręcznej konstrukcji wydatnie zwiększa trwałość ubrania,
  • zapas na poprawki pozwala nosić go mimo zmian rozmiarów,
  • rzadko kiedy sprzedawany jest w drogim, klimatyzowanym i oświetlonym od rana do nocy salonie,
  • oraz wisienka na torcie: jest tak drogi, że na pewno kupisz jeden zamiast czterech.

Jest całkiem niewykluczone, że 2020 rok wyjdzie na dobre środowisku, dowalając nam kryzys, w którym będziemy mniej się szlajać, mniej kupować, mniej śmiecić na ulicy. Ale kiedy już przyjdzie do kupowania ciuchów – na zimę, podczas wyprzedaży czy choćby pod tę nieszczęsną choinkę, warto zderzyć je z listą idealnie zrównoważonego w produkcji ubrania: ubrania szytego na zamówienie.