O medytacji w saunie

przeczytasz w 10 min

Dawno, dawno temu, mniej więcej w zeszłym pokoleniu, mężczyźni siedzieli w ukropie, zamiast wklepywać sobie krem pod oczy i siedzieć w pozycji kwiatu lotosu

Nie, ja się nie dam nabrać!

Jako sekretarz redakcji między innymi magazynu „Hotelarz”, bywam zapraszany na rozmaite otwarcia i bywa, że z tych zaproszeń korzystam. I oto jestem tu, na otwarciu tzw. medical spa (dawniej: sanatorium) Malinowy Raj w bliskiej memu sercu świętokrzyskiej miejscowości Solec-Zdrój. Nie przechwalałbym się tym, że piję i daję się masować na krzywy ryj, gdyby nie odrobina refleksji. Refleksji o refleksji, jeśli chodzi o ścisłość.

Gołe baby zawsze na miejscu w lajfstajlowym męskim magazynie. Anders Zorn, 1906
Gołe baby zawsze na miejscu w lajfstajlowym męskim magazynie. Anders Zorn, 1906

Spa, kiedy już powstaje, stara się się pokazać, zwłaszcza dziennikarzom, ze wszystkimi bajerami. Nawieźli tu tej darmozjadłej hołoty cały autokar i już pierwszego popołudnia zaprosili na – uwaga – kąpiel w dźwiękach gongu. Wiedziałem oczywiście, jak to się skończy, ale ciekawość zawsze wygrywa w takich razach z moja wrodzoną odrazą do niuejdżowych obrzędów. Poszedłem.

Kilka różnego rodzaju instrumentów perkusyjnych: gong, jakieś misy tybetańskie i dzwonki – miały wprowadzić mnie w stan głębokiego relaksu. Ale nie ze mną te numery; mała jest moja wiara w coś, co nazywa się tak sprzecznie: głęboki relaks. Przychodzi jakaś pani, która właśnie skończyła, zapewne kilkudniowy, kurs gry na gongu i mówi ci: „zostaw swoje problemy gdzieś daleko”. A później gra na misach, gongach i dzwonkach, ale nie jest to muzyka, raczej muzak, tapeta dźwiękowa, która raz przypomina tło muzyczne izby pamięci w obozie zagłady (gongi, misy), kiedy indziej ścieżkę dźwiękową z któregoś z lepszych filmów Bagińskiego (dzwonki), ale nigdy melodię.

I tu problem pierwszy: na dzwonku się nie gra, to nie jest muzyka. Zawsze myślałem, że wrażenie spokoju bierze się z ładu i harmonii, a harmonię uzyskuje się na instrumentach, które dają rytm i eufonię dźwięków. Tymczasem niekontrolowane plumknięcia, grające tak, jak się rozchybotanemu sercu dzwonka wydaje, są tej harmonii zaprzeczeniem.

Ale ważniejsza jest druga sprawa: to nie jest tak, że ja mam funkcję myślenia. Ja jestem funkcją myślenia. Może inni tak nie mają („Nie masz ciała – jesteś ciałem”, jak przekonuje reklama sprzętu sportowego), ale co mnie inni ludzie obchodzą. Nie można mi powiedzieć: „proszę przestać myśleć” i oczekiwać, że na godzinę przestanę, począwszy od teraz.

Co nie znaczy, że w to nie wierzę – wręcz przeciwnie. Gdybym kiedyś nauczył się medytacji, czy to wschodniej, czy chrześcijańskiej, pewnie byłbym szczęśliwszym człowiekiem. Ale medytacja to nauka na lata i to lata pracy nad sobą. I wiedzą o tym zarówno buddyści, jak i św. Ignacy czy dzisiejsi chrześcijańscy mędrcy, że nauka ta zaczyna się od spraw najprostszych: postawy czy oddechu.

Kontrast. Sauna. Na szczęście nie każdy hotel ma gongi, ale większość ma saunę.

Sauna jest zaprzeczeniem „głębokiego relaksu”. Wystawiasz w niej ciało na ekstremalne doznania sensoryczne, nie oddzielasz się od cielesnego doświadczenia. „Tu jest twój ból, zostań z nim” – wołał do swojego alter ego Tyler Durden, posypując „Jackowi” wierzch dłoni parzącym ługiem. Nie potrzebujesz porzucać ciała, póki serce obraca w piersiach twoją ciemną gwiazdę. Dostajesz wzamian doświadczenie tak intensywne, że nie daje o sobie zapomnieć ani przez chwilę. Na której półce usiąść? Położyć się? Kiedy dosyć, kiedy wyjść? Kiedy polać kamienie?

Nie potrzebujesz nie myśleć o niczym, bo nie tędy wiedzie droga kontemplacji. Spójrz na eremitów – oni nie zamykają się przed obowiązkami, ale właśnie z nimi. Uprawiają ogródek. Modlą się według pór dnia. Praktykują post, który jest cielesną niewygodą, lekcją – ale nie czymś, co w najprostszym wymiarze służy oddzieleniu się od ciała. Jak można oddzielić się od burczącego brzucha?

Zawsze uważałem, że kiedy przyjdzie czas na głęboką medytację, będzie ona tam, gdzie rąbie się drewno na opał i zgarnia śnieg z podjazdu. Dlatego góry kształtują człowieka: jeśli nie rozstawisz namiotu, zmokniesz. Jeśli nie przyniesiesz wody, nie napijesz się ani nie uwodnisz liofilizatu. To jest właściwy wymiar niemyślenia, rzeczywistość sama przefiltruje, co wymaga twojej uwagi, a czym możesz się nie zajmować.

Spójrz jeszcze raz na ćwiczenia duchowe św. Ignacego: pracuj nad postawą, nad oddechem. Czytaj, ale powoli, cztery razy ten sam krótki fragment. Ewangelie mają najprostszą z możliwych konstrukcji: opowiadają biografię od urodzin do śmierci, bez zbędnych ozdobników. Gdybyś oddawał na studiach pracę zaliczeniową o biografii Jezusa i zaczął ją od urodzin, a skończył tak jak skończył (SPOILER ALERT!), dostałbyś trzy z minusem.

Ale, na Boga, przecież my wszyscy ciągle o tym samym. A przynajmniej ja: po co pisać o czyszczeniu butów, o prasowaniu koszul, po co radzić, jak wstrząsać na lodzie whiskey sour? Przecież nie po to, żeby mieć czyste buty, gładką koszulę, dobrego drinka – bo kogo to w sumie obchodzi. Raczej przez to, że dokładność w wykonywaniu codziennych czynności, tych najbardziej – nomen omen – prozaicznych czyni cię lepszym człowiekiem. Albo, jeśli wolisz, dobry człowieku – czyni życie dokoła lepszym, godnym ciebie.

Taka była mądrość Perez-Revertego w „Klubie Dumas”: kiedy dorastamy, nasze ścieżki rozchodzą się, jeden wybiera Stendhala, inny Balzaka, jeden Steinbecka, drugi Marqueza. To co nas wszystkich łączy, to „Hrabia Monte Christo”, proste historie z czasów, kiedy rzeczom łatwiej było zachować czarno-biały kontrast.

Rób proste rzeczy dobrze i nie czekaj na więcej. Więcej przyjdzie, ale nie od czekania na nie. I częściej chodź do sauny. Nago, bo wstyd małej fujarki jest taki boleśnie przyziemny.

Mają małego i jakoś z tym żyją. Bundesarchiv-Bild-183-1984-0322-016/CC-BY-SA
Mają małego i jakoś z tym żyją. Bundesarchiv-Bild-183-1984-0322-016/CC-BY-SA