Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
Ubranie - Strona 4 z 7 - Smak Nabyty
Browse Category

Ubranie - Page 4

Rażący problem

Okulary – w tym przeciwsłoneczne – to jedna z niewielu możliwości wpływania dodatkiem na charakter twarzy, a nie tylko jej odzieżowego otoczenia

Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić,/ lecz zacząć muszę nie od konkretów, a od przeprosin – pisał mistrz Młynarski w czasach, kiedy zajmowanie się polityką przynosiło mu chwałę, a nie żenadę. Też zaczynam dziś od przeprosin za ponadtygodniowe milczenie, zapewniam jednak, że kierowało mną jak zawsze Wasze dobro, drodzy Czytelnicy. Odpowiedzialność za słowa kazała mi jeszcze raz sprawdzić, czy trzymają się kupy wszystkie rady, jakich udzielam w sprawach takich jak rodzinne spędzanie świąt, wyjścia z kolegami i ich nieuchronne następstwa. Teraz, kiedy już wiem, że tak, i nawet jajecznica z krewetkami dała się przełknąć, mam pewność, że jestem na kursie i na ścieżce. Tylko słoneczko dalej razi.

Nie w każdym zawodzie ważne jest, czy w twoich okularach efektownie odbijają się płonące stodoły. Szeryf Cooley w "Bracie, gdzie jesteś"

Nie sposób przecenić okulary przeciwsłoneczne, nie tylko w dniach kaca. Mają one wielką moc, zwłaszcza dla osób, które na co dzień nie noszą szkieł korekcyjnych, bo chyba każde okulary dodają twarzy charakteru. Są zupełnie niekontrowersyjnym akcesorium (w przeciwieństwie do spinek do krawata, szelek czy podwiązek), bo latem nosi je większość ludzi. Jednocześnie – patrz punkt pierwszy, dodają twarzy charakteru. Czary.

Czy wspominałem, że chronią przed słońcem? I że nosząc je w bardzo optymistyczny letni dzień nie musisz mrużyć oczu, co prowadzi do wyglądu dziwoląga ze Star Treka? I że, jeśli ich szkła są odpowiednio ciemne, możesz zachować komfort, gapiąc się na wybrane elementy anatomiczne przechodniów płci przeciwnej, którzy – tak się cudownym przypadkiem składa – akurat w najbardziej słoneczne dni najmocniej te elementy eksponują? Żyć nie umierać – dobrze dobrane okulary przeciwsłoneczne to zegarek, kabriolet i modżajto w jednym.

Największy zestaw czadowych PS-ów - guglać "Ray Charles"

Wybierając peesy (za gówniarza mówiłem tak na okulary przeciwsłoneczne, na wzór słowa pegaz na maskę przeciwgazową i pepoż na sami wiecie co), zwróć uwagę w pierwszej kolejności na szkła. Pamiętaj – źle dobrane ubranie prowadzi do katastrofy stylistycznej, ale złe szkła zagrażają czemuś znacznie ważniejszemu – dobremu wzrokowi, który – choćby z jednego przywołanego wyżej powodu – jest w życiu bardzo przydatny i warto o niego dbać. Popsuje się zresztą i tak, więc po co mu to ułatwiać.

Dlatego stawiaj na szkło w miarę neutralnie szare. Wiele markowych okularów ma specyficzny zafarb, który idzie w kierunku zieleni albo brązu. Warto zwrócić na nie uwagę. Każdy filtr optyczny ma tę cechę, że wpuszcza więcej światła w kolorze, w którym jest i mniej tego, który go dopełnia. W tłumaczeniu na polski: w intensywnie fioletowych okularach to, co jest żółte, będzie bardziej intensywne, a w zielonych trawka będzie jaśniejsza. To naprawdę działa, a producenci dobrych okularów na mają opracowane właściwe kolory. Z lubością wspominam jedne z moich awiatorów, które miały tak cudownie purpurowy ton, że miałem ochotę lizać przejeżdżające czerwono-żółte autobusy. Pamiętaj, że barwy otoczenia wpływają na twój nastrój i jeśli dziewczęta wydają ci się bardziej opalone, a lody bardziej truskawkowe, to krótka droga do bycia weselszym ergo fajniejszym ergo bardziej atrakcyjnym. Cudze opalone ramiona, twój lans – żyć nie umierać.

Nietrudno wyglądać dobrze nawet w takiej stylizacji, jeśli za przeciwnika ma się Keanu Reevesa

Dlatego na świat warto patrzeć przez szmaragdowe albo purpurowe okulary, ale nigdy przez różowe. Ani niebieskie, skoro już przy tym jesteśmy. Jeśli założysz okulary w kolorze prawdziwego błękitu, niebo wyda ci się jaśniejsze, a to, co na ziemi – odpowiednio bardziej ciemne. Aby lepiej widzieć (nie obserwujesz przecież nieba, ale domy, ulice, ludzi) źrenice rozszerzą ci się, a wtedy z (rozjaśnionego!) nieba zbombardują ci siatkówkę promienie UV, którym niebieski filtr wyjątkowo sprzyja. Apektów stylistycznych noszenia okuarów w tym kolorze nie zaszczycę nawet komentarzem. Ten numer uchodzi na sucho tylko Garym Oldmanom, a jest dokładnie jednosobowa grupa ludzi na świecie, którzy potrafią być Garym Oldmanem. Wliczając w to Oldmana, oczywiście.

Zresztą uznani producenci okularów nie robią nic tak katastrofalnego. Większość za to ma w ofercie szkła z polaryzacją, które są droższe, ale gdyby ktoś się zastanawiał nad sensem dopłacania, podpowiem: lepiej dopłacić za to, niż za logo na oprawce albo fikuśny futerał. Polaryzacja działa tak, jak ma działać, tzn. likwiduje refleksy światła od niemetalicznych powierzchni, co jest zbawiene np. za kierownicą, kiedy w szybie nie odbija się kwit parkingowy, którego nie chciało ci się zabierać z deski rozdzielczej. Jeśli masz nawyk jeżdżenia w polaryzowanych okularach, o kwitku przypomnisz sobie późną jesienią. Podobnie jak o tym, że możesz korzystać normalnie z komórki – wyświetlacze ciekłokrystaliczne też korzystają z efektu polaryzacji, więc jeśli twoje szkła naprawdę mają tę cechę, pod pewnym kątem ekran twojego telefonu powinien ci się wydawać naprawdę czarny. Jeśli nie znajdziesz takiej pozycji, to znaczy, że sprzedawca okularów próbuje cię naciągnąć. Zauważyłem jednak, że nowsza elektronika, jeśli nie trzymać je jakoś dziwnie, wyświetla wszystko poprawnie. Zazwyczaj.

Zawsze z rezerwą podchodziłem do okularów z odzieżowych sieciówek, a to właśnie ze względu na jakość plastiku, który odruchowo nazywa się szkłem. Szkło optyczne, niech będzie nawet nieszklane, musi jednak spełniać pewne standardy, kosztować pieniądze i nie pochodzić z byle fabryczki w Chinach. Na drugim biegunie są oczywiście bardzo markowe okularki, zwłaszcza wiecie-których-dwóch marek. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak wyjątkowo finezyjna reklama, ale z dwojga złego wolę przepłacić, chociaż wkurzają mnie nachalne logo i sprzedawanie produktu narracją, kto to naszych okularów nie nosił, i lotnicy Dywizjonu 303, i wielcy aktorzy złotego wieku Hollywood. Lepiej mieć przez cały sezon jedną parę, ale precyzyjnie ją wybrać. W końcu może się wtopić w twoją osobowość, prawda?

Wayfarery. Źle z nimi, bez nich jeszcze gorzej

Nie wtopi się jednak raczej, jeśli będzie to klasyczny wayfarer, choć, przyznaję, te „oryginalne” są porządnie wykonane i mają właściwe proporcje. Wayfarery noszą wszyscy ludzie myślący o swoim wyglądzie i chyba łatwiej uchodzić za oryginała nawet w awiatorach, choć pasują raczej do skórzanej kurtki, niż garnituru. Wszelkie inne formy podłużnych okularów w cienkich ramkach albo tych sportowych to domena ludzi, którzy o stylu w ogóle nie myślą albo myślą, ale coś dziwnego. Chętnie zobaczę zdjęcia, które obalą tę teorię.

Oczywiście to nie wypełnia bez reszty katalogu możliwości w dziedzinie okularów. Nie staram się jednak stworzyć przewodnika zakupowego, więc powiem tylko: wybieraj z rozwagą. Ale i z fantazją. Mimo (minionej już chyba, na szczęście) mody na hipsterskie wayfarery zerówki (za piętnaście zyli z allegro), grube oprawki dalej wyglądają niebanalnie w porównaniu ze zwykłymi cienkimi. Trynd na lata 50. każe zwrócić uwagę na clubmastery, czyli druciane z rogowymi czy szylkretowymi „brwiami”. Rzeczy dizajnerskie są dizajnerskie i grożą wizerunkiem sir Bono. Czyli złym. Niepolecanym wizerunkiem clowna grozi też noszenie okularów szerszych niż twarz. Nie prowadziłem na ten temat badań antropometrycznych, ale pi razy oko ta reguła wydaje się działać.

Warto też zwrócić uwagę, że dzięki mniejszemu kontrastowi między oprawką a ciemnym szkłem, masywne okulary w wersji przeciwsłonecznej nie będą się tak rzucały w oczy, jak te same w wersji korekcyjnej. Możesz to potraktować jako szansę na wejście w stylówę Dona Drapera albo Władysława Gomułki, jeśli do tej pory bałeś się odejść od imydżu stu najbogatszych Forbesa.

Myślę zresztą, że wybór okularów przeciwsłonecznych ma się nijak do kwalifikowania się na tę listę, aczkolwiek, niestety, tego akurat nie mówię z własnego doświadczenia.

Sztruksowa marynarka. Koszmarek czy uniwersalny ciuch

Sztruksowa marynarka przypomniała mi, że nigdy nie jest za późno na wycofanie się z błędnej decyzji – nie tylko zakupowej

Czytaj dalej

Kolorowe skarpetki. Jeśli nie „na Tyrmanda”, to jak

Kolorowe skarpetki. Bo jeśli jakiś poradnik każe ci nosić wyłącznie czarne skarpetki do czarnych butów, nie jest godzien nawet, by zawijać rybę w wyrwane zeń kartki.

Czytaj dalej

O roli przypadku

Jedna mała czerwona kropka potrafi nadać sensu całemu zestawowi garderoby. Przekonał się o tym nasz wierny czytelnik pan Tomasz

– Ależ jest, motyla noga, sartorialnie – mówiliśmy sobie często w miniony weekend. Mówiliśmy motyla noga, bo przecież dżentelmen nie przeklina, a sartorialnie mówiliśmy, bo słowa tego dojmująco brak w polszczyźnie. A jak brak, to trzeba je sprowadzić; nie takie rzeczy już się importowało.

A było zaiste sartorialnie. Nocowanie kolegów (i nocowanie u kolegów) coraz częściej zakłada w moim przypadku elementy degustacji wykwintnych trunków i macania po krawatach oraz wspólnego porannego prasowania koszul przy orzeźwiającej mieszance proszków na ból głowy i red bulla. Ten konkretny kolega, jak już wiecie z poprzedniego odcinka naszej sartorialnej epopei, jest lepszy w degustacji, niż ja w prasowaniu, więc cały weekend upłynął pod znakiem raczej praw niż obowiązków dżentelmena.

Sobota jednak przepełniona była pracą. Wyszliśmy na przystanek dość wcześnie, radzi, że słońce nie dokucza nadmiernie naszym przekrwionym oczom, i wtedy stało się TO. – Zapomniałem poszetki! – wykrzyknął mój gość, wyraźnie zdjęty przerażeniem, które doskonale rozumiem.

MAŁA czerwona kropka, ta na poszetce, przekonuje mnie, że sensem elegancji jest dyskrecja. Nie wiedział o tym autor DUŻEJ czerwonej kropki i całego solidnie kiczowatego wystroju baru Pies czy Suka

To trzeci akt historii, do której aktu pierwszego chciałbym teraz P.T. Czytelników zabrać. Jakiś czas temu (nie było jeszcze Smaku Nabytego) nosiłem się z zamiarem napisania pół-żartem felietonu o tym, że skoro to, co w założeniu niewidoczne dla innych, najlepiej świadczy o elegancji, to wszystkie ozdoby powinniśmy nosić w ukryciu. W dobrym trzyczęściowym garniturze pokrycie pleców kamizelki jest z tego samego podszewkowego materiału, co podszewka marynarki; szelki są zawsze jedwabne; guziki na mankietach marynarki wreszcie muszą być rozpinane, ale zawsze zapięte. Po co te zasady, skoro inne mówią, że szelek ani podszewki kamizelki nie należy pokazywać? Ano dlatego – argumentuje konserwa – że dżentelmen ma zasady. „Katolik zostawia po sobie czysty kibel, nawet jak nikt go nie obserwuje” – ten cytat z Wojciecha Cejrowskiego ucieszył ostatnio niezwykle jednego z moich przyjaciół.

Logiczną konsekwencją tego jest – argumentowałbym, gdyby tekst powstał – że takie rzeczy jak poszetka należy zawsze nosić w ukryciu. Przyszło mi to do głowy, bo niektóre kieszonki piersiowe garniturów są tak duże, że zwykła, mała jedwabna chusteczka zwyczajnie w nich ginie, a już zupełnie nie daje tak miłego efektu lekkiego wypchnięcia kieszonki. Zatem… gdyby tak wypełnić czymś brustaszę, zanim wsadzimy do niej poszetkę? A co nadaje się do tego lepiej, niż… druga poszetka? Tak oto doszedłem do wyznacznika najwyższego diapazonu elegancji: dwuposzetkowania. Ma ono same zalety: po pierwsze, posiadanie dwóch poszetek w jednej kieszonce jest tak obciachowe, że w życiu nie przyznasz się do niego nikomu, uzyskując dzięki temu maksimum niewysłowionej elegancji. Po drugie – możesz wyjąć poszetkę i wciąż mieć poszetkę, co nie działa np. w przypadku ciastek, a czyni cię eleganckim nawet w czasie ocierania potu z czoła. A po trzecie, poszetka wreszcie dobrze się układa. Bardzo mi się ten koncept spodobał i rozważałem porobienie sobie z niego śmichów-chichów, aż wreszcie…

ANTRAKT

Akt drugi rozgrywa się w dniu wydarzeń, zaledwie kilkadziesiąt minut przed feralną konstatacją na przystanku tramwajowym. Ubieram się – jak zwykle, mimo wszystkich przygotowań, w pośpiechu. Wybieram poszetkę, wrzucam ją na szybko do kieszonki (umiejętność zrobienia tego bezwzrokowo, w pięć sekund, jest ważniejsza niż jakiekolwiek maniery składania czy drapowania) i odkrywam, że w środku leży już, schowana, wcześniejsza – błękitna z czerwonym brzegiem. Obie lniane, bo jakoś tylko te ostatnio mi podchodzą. – A niech zostanie – myślę sobie i wychodzimy z Tomkiem na rześki wiosenny poranek.

To był bardzo krótki akt, więc zdążymy dokończyć jeszcze trzeci, zanim zgromadzonym na widowni dystyngowanym damom znowu zachce się siku. Zwłaszcza, że zapewne domyślacie się finału. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy sprawdzać, czy nie mam aby zapasowej poszetki, ale w kwadrans nawet ja nie zdołam zapomnieć (a mam niezwykłe predyspozycje do niezauważania otoczenia), że w mojej kieszonce znajdują się dwie. Poszetka, która została z poprzedniego dnia, była dokładnie w odcieniu koszuli Tomka, a że jechaliśmy akurat na spotkanie subkultury internetowych szarmantów, dżentelmeńska przysługa rent-a-hankerchief była jedynym ratunkiem przed powrotem do domu po brakujące akcesorium.

Nie bloguję tej historii, żeby pochwalić się, jakim jestem wizjonerskim stylistą i troskliwym misiem (choć jestem, nawiasem mówiąc). Bloguję ją dlatego, że przez cały sartorialny dzień intensywnie czerwona kropka przyciągnęła masę spojrzeń i, z tego, co słyszałem, wzbudziła wiele uznania w koleżeńskich kręgach poszetkujących, a już na pewno, była najlepszym ukoronowaniem szaro-granatowego stroju, jaki można sobie wyobrazić. Bez kolorowych skapretek, srebrnych sygnetów, dewizek i spinek do krawata, w pojedynkę zdziałała cuda. Nie jest to niczyim dokonaniem, ale świadczy o wielkiej, niemożliwej wręcz do przecenienia roli przypadku i to przypadku z prawdziwego zdarzenia, nie odtwarzanego, nawet nie sprowokowanego. Dobrze czasem wiązać krawat w łazience restauracji tuż przed ważnym spotkaniem, dobrze – czasem! – nie ocenić stanu garnituru w przeddzień istotnej rozmowy. Guzik przyszyty naprędce nitką o kontrastowym kolorze (bo innej nie było w hotelowym igielniku) potrafi lepiej zadziałać na strój, niż jakiekolwiek dopasowywanie kolorów wzornikami pantone’a.

Jak kupować ubranie. Zadbaj o najważniejsze elementy

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja. Poniżej kilka dodatkowych podpowiedzi, jak kupować ubranie.

Czytaj dalej

Mądrości spod lodu

Prawdziwa elegancja wychodzi na jaw dopiero kilka stopni poniżej zera

Tak oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Od dawna mamy w Polsce dwie wiosny ( coś jakby przedwiośnie i przedlecie), dwie jesienie, w pięknej metaforyce określane złotą i szarą, a klimatolodzy jakoś nie zdecydowali się na zaznaczenie, że zimy też potrafimy mieć dwie. Przez ostatnie tygodnie prognozę na ulicach Sezamkowych w całym kraju sponsorowały syberyjskie wyże, z którymi przychodziło komfortowe ciśnienie i cudowne słońce na błękicie, ale mrozy demotywowały do życia ogólnie, a do wychodzenia z gorącej kąpieli w szczególności. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy za przysługi sąsiadów ze wschodu płacimy zbyt wysoką cenę. Na wątpliwe szczęście to już za nami, teraz nie mamy już słońca, błękitnego nieba, korzystnego biometu i mrozów, mamy za to zaspy, deficyt miejsc parkingowych, rynsztoki pełne szarej barei i w ogóle wszystko, co każe ciepło myśleć o największym Polskim wieszczu, Andrzeju Bursie i jego trafnych konkluzjach.

I tak już chyba na zawsze zostanie, że mimo moich najszczerszych starań i najwyższych ambicji, będzie to blog o ubraniach, bo, jak słusznie zauważyli lata temu copywriterzy jakiejś dżinsowej marki, w tym pięknym (z lotu ptaka) kraju wyzwanie to ubranie.

To chyba Pratchett kiedyś napisał, że Eskimosi mają 80 słów na określenie śniegu i żadne z tych słów nie nadaje się do przytoczenia. Dlatego skupię się na jasnej stronie mocy i napomknę o tym, co – przynajmniej mnie – trzyma przy życiu między styczniem a kwietniem. W okresie wielkich mrozów, kiedy już coś wypędzi mnie na dłuższą metę z domu, mam większą niż kiedykolwiek satysfakcję z bycia przyzwoicie ubranym. Przyzwoicie, to przede wszystkim do figury. Czuję się wtedy nie tylko atrakcyjniejszy (proszę przyjąć, że piszę to z dystansem i nutką autoironii) od średniej krajowej, która w okresie mrozów porzuca już nie tylko świadomość istnienia czegoś takiego jak elegancja, ale w ogóle porzuca łączność zmysłów ze światem, i zaczyna przypominać mniej wyluzowaną wersję Carollowskiego pana Gąsienicy. Czuję się też mądrzejszy.

Mądrzejszy, bo opanowałem prostą zasadę, że kiedy założę sweter na koszulę, a pod marynarkę, to wystarczy mi zwykły płaszcz albo kurtka z wizkozową podszewką, by mieć na sobie sześć warstw ubrania. Bawełna-wełna-wiskoza-flanela-wiskoza-wełna. Choćbyś obwiązał tiszerta i polar puchowymi poduszkami, nie osiągniesz lepszego efektu, a jeszcze będziesz mnie podziwiał, że nie wytrzymuję w takim cienkim ubraniu.

Mądrzejszy, bo nie jestem już w podstawówce i nie wstydzę się rajtek pod spodniami (dobrych, z merynosa, szukać należy w sklepach trekkingowych). Zwłaszcza, że o tym, że je noszę, wiedzą od teraz czytelnicy, a nie wie tego ulica (zadbaj o skarpetki co najmniej do pół łydki, żeby za łatwo się nie dowiedziała).

Mądrzejszy, bo Wiktor Suworow w książce Specnaz wyjaśnił mi, że w magazynowaniu ciepła przez dłuższy płaszcz, a nie przez osobne ogrzewanie nóg, tkwi sekret przekazywany przez mężczyzn od czasów neolitu.

Mądrzejszy może jeszcze tym, że noszenie butów na zmianę i dobra impregnacja (licówek – tłuszczem i woskiem, zamszaków – hydrofobami w spreju) oraz twój przyjaciel – desalter, czyli odsalacz – sprawiają, że naprawdę rzadko muszę się uciekać do butów trekkingowych (łączę je z dżinsami na zimowe spacery po lesie).

Wiele tych sekretów nie mam, ale na przyszły sezon planuję kilka nowych. Ponieważ, Mili Czytelnicy, jesteście klasą uprzywilejowaną względem tzw. ulicy, podzielę się z wami listą zakupów. Żadnego nie planuję już na ten sezon, naiwnie wierząc jak czterolatek, że dobry Pan Bozia wynagrodzi mi trudy i zimową deprechę gorącym latem o aromatach owoców z długim i dojrzałym finiszem i na wszystko to muszę być przygotowany. Tymczasem lista zakupów do zrealizowania do stycznia 2013.

Nieprawdą jest (a w każdym razie jest na mojej ulubionej Wikipedia List of Common Misconceptions), że przez pewne części ciała ucieka więcej ciepła, niż to wynika z matematyki. Ale przy 50-60 stopniach różnicy między tobą a otoczeniem, marznąć na kamień będzie wszystko, do czego dotrze powietrze. Trzeba więc nakryć głowę lepiej, niż kapeluszem albo kaszkietem. Dzisiejsi producenci czapek nie robią uszanek z prawdziwego futra, bo wymaga to osobnych maszyn do szycia i Bóg wie czego jeszcze. Dlatego szukać ich należy u kuśnierzy, których kilku powinno się dać znaleźć w każdym dużym mieście. U rzemieślników podział na sezony nie jest tak ewidentny, jak w sieciówkach, ale postaram się nie zostawić tego na kolejny syberyjski styczeń nad Warszawą.

W teorii getry nie powinny się zbytnio rzucać w oczy, a na pewno dadzą ciepło. Jak będzie w praktyce - może się przekonam

Radzenie sobie z suchym mrozem u stóp może się odbywać kilkoma metodami, z których najbardziej oczywiste są grube skarpety, a mniej – oldskulowe getry. Potrafią rozszerzyć asortyment butów, które nosisz bez ryzyka odpadnięcia kończyn, za cenę staroświeckiego wyglądu. W tej chwili myślę, że to reenactment, ale reenactment zrozumiały w kontekście pogody. Myślę, że kiedyś zaryzykuję, choć to na pewno nie jest dobre rozwiązanie na co dzień (por. efekt fulara).

Na pluchę za to jest chyba jedna odpowiedź: pokochać. Bodaj dwa lata temu byłem bliski rzucenia tym wszystkim i stwierdzenia, że skoro brytyjska rodzina królewska może chodzić w hunterach, to ja też mogę.  Dałem sobie jednak czas na przemyślenie i uznałem, że zero tweedowych garniturów w szafie to trochę za mało tweedowych garniturów w szafie, by nie wyglądać jak nastoletnia bloggerka-szafiarka, a jest to imydż, który mało mi konweniuje. Jest natomiast (jak już wspominałem) alternatywa, którą Amerykanie pakują w podróż do Europy: gumowe overshoes. Tanie na pewno są rozwiązaniem monumentalnie obciachowym, ale jeśli będą odpowiednio drogie – czytaj: nieczarne, w żywym, głębokim kolorze, ładnie wykończone, matowe i bez niepotrzebnych podlewek z formy, których nikomu się nie chciało usunąć – mają szansę łączyć przyjemne z pożytecznym. O ile da się je kupić w Polsce taniej niż samochód – biorę.

A skoro dobrnąłeś już tutaj – jeszcze jedna mała rada: im zimniej, ciemniej i błotniściej, tym większym sartorial heroism jest noszenie jasnych spodni. Oczywiście trzeba je prać po jednym założeniu, ale ta aryjska wściekłość, która ogarnia cię, kiedy ochlapie cię pierwszy samochód tuż po wyjściu z domu, ogrzewa lepiej niż kubek grzanego wina.