Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
Ubranie - Strona 5 z 7 - Smak Nabyty
Browse Category

Ubranie - Page 5

Słowniczek butofila

Znacznie ważniejsze od umiejętności nazwania konkretnych modeli butów jest wyczucie, co kiedy należy i po co jest

[simple_series title=”Tydzień obuwniczy”]

Zgodziliśmy się już, że sześćset par butów to przegięcie, a jedna czy dwie to zdecydowanie za mało. Żeby znaleźć złoty środek, warto pomyśleć chwilę, z jakich elementów składa się nasza wymarzona szafa. Łatwo spotkać klasyfikację ponadczasowych modeli butów; zawiera ją pewnie każda książka dla „współczesnych dżentelmenów”, jak np. Gentleman. Moda ponadczasowa – klasyczna pozycja niemieckiego autora Bernharda Roetzela. Nie wyczerpują one niestety tematu i ja też nie zamierzam, ale w końcu, podobno, strój jest kodem sygnałowym, należy więc rozumieć poszczególne sygnały, prawda?

Ten glosariusz nie nauczy cię mówić o butach jak znawca, ale może dać lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o pytania co, z czym i dlaczego.

Angielki (derby) – podział sznurowanych butów na derby i oxfordy powoduje wiele zamieszania, bo zawsze ktoś coś pomyli albo zapomni wytłumaczyć, co to jest przyszwa. A jest to ten kawałek skóry, na którym znajdują się dziurki do sznurówek, i która może być wszyta pod spód skóry formującej zasadniczą część buta, albo naszyta na wierzch. W slangu – odpowiednio – zamknięta i otwarta. Jeśli szew idzie po zewnętrznej, czyli w tym drugim przypadku, mówimy o angielkach. Takie naszycie przyszwy trochę zakłóca naturalną smukłość modelu, są trochę mniej slim, jakby bardziej codzienne czy robocze. Zapewne z tego powodu można powiedzieć, że są mniej formalne. Pewnie ujdą do garnituru do pracy, ale na uroczyste okazje raczej szukaj czego innego.

Wzór na nosku odbiera butowi formalność, a wzamian zostawia lans. Fot Rainer Ersfeld/CC-by-SA/Commons

Ażurowanie – możesz czasem (po prawdzie, to w dobrych sklepach dość często) spotkać wzory ułożone z dziurek w skórze. Dziurki zrobione są przeważnie w osobnym, naszytym kawałku skóry, który może być zakończony prosto (w poprzek stopy) lub w kształt wingtip, wycięty jakby w skrzydełka. Ten ostatni rodzaj buta, jeśli do tego ma zamkniętą przyszwę i ażurowane krawędzie poszczególnych elementów skóry, nazywany bywa full brogue i – w kolorze koniakowym – uważam go za ukoronowanie butofilskiego świata (dlatego jeszcze ich nie mam – „tych jedynych” szuka się latami). Wersja angielkowa, czyli z otwartą przyszwą, moim zdaniem ma poważnie zaburzoną harmonię, ale wiele firm produkuje takie buty z dumą. Ażur na butach odbierze formalność wszystkiemu, czego dotknie, więc raczej używaj ich do nadania swojemu casualowi wymiaru smart, niż do urozmaicania swojego biznesowego albo formalnego wizerunku. Klasyczne full brogue są słusznie uważane za genialny wybór do spodni z ciężkich tkanin, jak flanela.

Kalosze – w zgodnej opinii miriadów źródeł na internetach, to właściwa nazwa gumowych overshoes, czyli nakładek na (eleganckie) buty. Nie najpiękniejsze, za to nasze, panie, krajowe, recenzował niedawno na blogu Mr. Vintage. Noszenie gumy na butach może wydawać się idiotycznym pomysłem, ale spójrz na to z tej strony: mieszkamy w Polsce. Chlapa na ulicach nie jest tu niczym niecodziennym, a jeśli założysz na buty dobrą gumę, i tak będziesz miał na nogach coś jakościowo lepszego i ciekawszego, niż większość populacji. Obiecująco wyglądają kaloszki Tingleya, są też stosownie droższe od rodzimych. Których byś nie wybrał, pamiętaj, żeby zdjąć je zaraz za progiem dowolnego pomieszczenia, które nie jest autobusem.

Nazwa penny loafers wzięła się od noszenia monet za paskiem buta, ale po co? Fot. JM Weston

Loafers – jeśli od kwadransa patrzysz na wybraną parę butów i dalej nie możesz ustalić, czy mają zamkniętą, czy otwartą przyszwę, sprawdź najpierw, czy w ogóle są sznurowane. Jeśli nie są – to zapewne loafersy. Jeszcze pół roku temu na forum bespoke.pl obowiązywała na nie nazwa mokasyny, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mokasyn to nie tylko styl, ale i konstrukcja buta. Loafersy to po prostu wsuwy męskie. Wśród nich wyróżnia się np. penny loafers (pensowe) z paskiem skóry w poprzek stopy blisko łydki. W droższych modelach zdarza się, że pasek ten jest zrobiony ze skóry podeszwowej, co dodaje całości solidnego charakteru i dobrze kontrastuje ze smukłością buta. Inny ciekawy rodzaj loafersów to tassel, but z dzyndzelkami (ze zrozumiałych względów staropolszczyzny mi się zachciewa i postuluję tu nazwę wsuw męski kutasowy), doskonale pasujący stylem do amerykańskiego akademickiego smart casual – spodni z zaszewkami, koszulą z oxfordu z kołnierzykiem na guziczki, krawatem i tweedową marynarką. Loafersy w zależności od tego, jak są filigranowe i zwiewne, pasują do zestawów albo typowo letnich, albo po prostu niezimowych, czyli od wiosny do złotej jesieni. Ich zgodność z garniturem trudno rozsądzić a priori, ale w większości formalnych zastosowań w razie wątpliwości postaw na „nie”.

Mniszki (monkstraps) – drugi typ klasycznych niesznurowanych butów to buty zapinane na klamerki, przeważnie sztuk raz lub dwa. Jeden z genialnych sposobów odróżniania swojego dżinsowego wdzianka od tysiąca innych dżinsowych wdzianek na ulicy. Nie żebym był dżinsowdziankowcem, ale to może być mój kolejny zakup obuwniczy z kategorii pierwszej, czyli drogich. Podobnie jak loafersy, odnajdą się z całą gamą spodni typu chinos, są też dość wielosezonowe. Podejrzewam, że niektórym wyjątkowo źle wyedukowanym typom mogą się kojarzyć z butami na rzepy, że niby nie umiesz wiązać sznurówek czy coś, więc zażyj podwójną dawkę Fukitolu przed pierwszym wyjściem w nich na miasto.

Powiedzenie "prosty jak konstrukcja mokasyna" ma swoje uzasadnienie. Rys. Tim Keding/GFDL/Commons

Mokasyny – butki, czasem wręcz kapciuszki, w których noga otulona jest ze wszystkich stron tym samym kawałkiem skóry (przeważnie zamszu). Nie bez racji nazywają się tak z języka Indian, ludzi znanych raczej z niskiego poziomu technologii – wymagają przeszycia dosłownie w dwóch miejscach. Lubię je, tak jak lubię fotografię otworkową – są w pewnym sensie powrotem do korzeni całego tego obuwniczego halo, do czasów, kiedy Adam orał, a Ewa prządła i oboje potrzebowali czegoś na nogi. Oraz za to, że są butami z kategorii „tanie”, więc możesz ich mieć pińcet: czerwone, żółte, zielone i błękitne, czego dusza zapragnie. Często na mokasynkach znajdziesz zamiast podeszwy kołeczki – to tzw. driving mocs, czyli mokasyny do prowadzenia auta. Legenda mówi, że to właśnie temu zastosowaniu zawdzięczają one nietypową podeszwę, co wydaje mi się częściowo prawdopodobne. Podeszwa w takich butach wychodzi za piętę i to niewątpliwie pomaga w prowadzeniu, bo buty nie niszczą się tak bardzo, kiedy spoczywają na pedałach. Ale te kołeczki? Jedyne, z czym mi się kojarzą, to dziurkowane pedały Ferrari. Tylko że do ważnych umiejętności sportowego kierowcy należy szybkie zrzucanie nóg z pedałów, a kołeczki w dziureczkach raczej to utrudniają. Mr. Vintage składa je na karb rdzennie amerykańskiego dziedzictwa, co traktuję z lekkim pobłażaniem, choć to ostatecznie tłumaczenie dobre jak każde inne.

Sznurówki – pięć dziurek na nie to wierzchołek krzywej Gaussa, na którym zatknięta jest chorągiewka z napisem „klasyka”. Wszystko niżej i wyżej osuwa się w nieformalność, ale pomyśl o angielkach Jamesa Bonda na dwie dziurki.

Trzewik – przyjęta na forum bespoke, ale chyba jakoś szczególnie nie powszechna, nazwa butów z niewysokimi cholewkami. Obowiązują tu wszystkie warianty pantofli – wiedenki, angielki, golfy, czyli buty ażurowane itp. Można rozważać, czy są równie formalne, co ich niskie odpowiedniki, ale kiedy piszę te słowa, za oknem jest – (minus) 18 stopni i takie roważania raczej polecam mieć gdzieś (poza szczególnymi wyjątkami, kiedy dopasowanie do okazji jest naprawdę dużo ważniejsze, niż minimum komfortu termicznego).

Wiedenki (oxford) – buty z zamkniętą przyszwą. Czarne, bez ażurowych zdobień na nosku, powinny być pierwszymi dobrymi butami w każdej szafie, tak, jak ciemny, prosty i klasyczny garnitur musi być pierwszym garniturem. Co mówię z pełną świadomością, że dla wielu jest to zestaw zakładany raczej kilka razy do roku na ważne uroczystości i – od biedy – w poszukiwaniu pracy. Po prostu są to klasyczne buty (i klasyczny garnitur), które powinien mieć każdy niezależnie od tego, jak nieklasyczny, dżinsowy i tiszertowy jest na co dzień.

Zamsz – czyni nieformalnymi każde formalne buty, które naśladuje. Czarne zamszowe wiedenki bez ażuru… na miłość boską, po co mógłbyś chcieć coś takiego? Ale już brązowe zamszowe golfy są bardziej weekendowym odpowiednikiem brązowych golfów ze skóry licowej. Zamsz ma trzy genialne cechy: mechata faktura doskonale gra światłem i świetnie komponuje się z innymi widocznymi fakturami (np. z dżinsem, tweedem, bawełnianym diagonalem); wygląda fajnie we wszystkich kolorach, które na skórze licowej daje wrażenie ekstrawagancji i pozwala zamienić godziny polerowania na sekundy szczotkowania i pryskania sprejem. Jednak na zamszu nie osiągniesz nigdy – niespodzianka! – lustrzanego pomysłu, dlatego dla miłośnika tego ostatniego (a ja się do takowych zaliczam), jest to trudny kompromis.

Prawidła dotyczące butów

Wielu nie wyobraża sobie zakupu butów przez internet, ale nie taki diabeł straszny, jak go wyświetlają na monitorze

[simple_series title=”Tydzień obuwniczy”]

Niedawno dotarła. Moja pierwsza para butów kupiona wysyłkowo. I to nie na znanym portalu aukcyjnym z opcją odbioru osobistego w Warszawie, ale kupione z dalekiego kraju z transportem kurierem do Polski buty, których wcześniej na oczy nie widziałem. Do tego zamawiane w śmiesznym i obcym języku (Francuzi mówiący po angielsku – hi, hi). Udane zamówienie nie czyni mnie jeszcze ekspertem od kupowania butów, ale daje jakieś podstawowe doświadczenie, którym mogę się podzielić i uprawomocnia przynajmnej część tego, co o wysyłkowym handlu tymi cudami wiedziałem ze słyszenia.

Nie warto bać się kupna butów przez internet w jednej z francuskich, angielskich, włoskich albo hiszpańskich nawet firm. Nie mówię o zastrzeżeniach wobec uczciwości sklepu – to osobna sprawa, ryzyko bycia nie tyle oszukanym, co źle obsłużonym, istnieje zawsze. Wiele osób ma problemy związane z doborem rozmiaru buta. Oczywiście mi łatwo powiedzieć – mam dość wąską, w miarę normalną stopę (i w ogóle cały jestem dość wąski, ale w miarę normalny, przynajmniej pod względem fizycznym), więc może są tacy, co mają trudniej. Ale póki jesteś w stanie wejść do sklepu i znaleźć buty, które ci pasują, prawdopodobnie jesteś też w stanie generalnie dobrać jakieś buty od uznanych producentów przez sieć.

Jak zauważył jakiś geniusz, stopa ma długość stopy. Fot. eightdesignsboutique.com

Zacznij od tego, który numer faktycznie nosisz – jeśli będziesz kupował buty w tym samym rozmiarze zdalnie, będziesz znacznie częściej trafiał, niż nie. Pamiętaj też o zasadzie, którą powtarza się małym dzieciom w odniesieniu do dzikich zwierząt: one bardziej boi się ciebie, niż ty ich. Podobna reguła musi dotyczyć wysyłkowych sklepów z butami – brzmi to jak banał, ale im zależy na zadowoleniu klienta i będą starali się ci pomóc, na czele z wymianą numeru na lepszy. Oczywiście, lepiej jej unikać, biorąc pod uwagę ceny przesyłek przez kontynent, ale zastanów się, jakie masz alternatywy, przemnóż różnicę w cenie przez prawdopodobieństwo złego dopasowania i wyciągnij wnioski.

W Polsce bowiem wciąż dojmująco brak tego, czego wszyscy szukamy – towarów ze średniej półki. Luksusów oczywiście ci u nas dostatek – w dwóch butikach przy placu Trzech Krzyży w Warszawie można spokojnie kupić naprawdę śliczne buty za dwa tysiące, jedna z ekskluzywnych sieci sprzedaje renomowane Crockett and Jones w cenie nie zawsze różniącej się od zachodniej. Gorzej, że inne buty, dostępne w jednej z warszawskich galerii w dziwnym butiku „wszystko w jednej cenie”, kosztują tyle, że można by równie dobrze lecieć po nie samolotem do Paryża. Zatem wybór nie dość, że niewielki, to jeszcze pełen kompromisów moralnych dotyczących karmienia ludzi, którzy grają z nami w bambuko tzw. odwróconym marketingiem. Nie mnie chodzić ich stroną ulicy.

Tysiąc złotych wydane na parę butów w Paryżu czy Londynie będzie zatem prawdopodobnie lepiej zagospodarowane, niż ta sama kwota zostawiona w Polsce. Czego szukać? Kilka poniższych wskazówek będzie pełnych uproszczeń, o których wybaczenie proszę uprzejmie znawców tematu. Uproszczenia służą nie tylko zamaskowaniu mojej niewiedzy, lecz także mają w ogóle ułatwiać kupienie jakichkolwiek butów dobrej jakości. Generalnie bowiem im dokładniej oglądasz, tym więcej wad widzisz, warto więc zawsze lekko zmrużyć oczy – w kupowaniu butów nie chodzi przecież o to, by całe życie czekać na tę jedyną… parę, prawda?

Tak wygląda "maszynowa" praca przy produkcji butów metodą Goodyear'a. fot. chestofbooks.com

Otóż, w uproszczeniu – buty szyte są lepsze niż klejone. Najpopularniejsza metoda szycia maszynowego to Goodyear welt, czyli sztuperowane (szew łączący but z podeszwą jest widoczny od zewnątrz) buty na skórzanej lub – rzadziej – gumowej podeszwie. Większość przyzwoitych firm, na które natrafisz, posługuje się tą metodą, a jedną z jej zalet jest łatwa wymiana zużytego spodu. Inne metody szycia to np. blake czy Bologna. Na dobrą sprawę nie musisz ich w ogóle rozróżniać – wystarczy, że będzie to któryś z nich, czyli buty nie będą klejone (co, oczywiście, nie musi oznaczać, że każde klejone buty są złe. Jak widać masa tu zastrzeżeń i wyjątków). Generalnie – szycie butów wydłuża żywotność i zwiększa jakość.

Zarówno je, jak i estetykę, podnosi też wysoka jakość skóry. Ofiarne cielątka przekazują swoją na wysokiej jakości buty wyprawione według wielu różnych metod, o których nawet nie zamierzam czytać, żeby nie robić sobie śmietnika w głowie. Może za dziesięć lat… Szukaj skóry oznaczonej jako full grain, czyli takiej, z której usunięto tylko sierść. Kiedy już znajdziesz i odkryjesz, że jest za droga, druga w kolejności jest top grain – korygowana tam, gdzie na skórze było zbyt dużo niedoskonałości, jak ślady po wypalonych pieczęciach, drucie kolczastym czy insektach. Jest to dalej naturalna skóra, ale jej faktura nie musi odwzorowywać „linii papilarnych” cielaczka, a prędzej wzór na jakiejś prasie czy jak-to-się-tam-robi. Unikaj corrected leather – robią ją ze skóry zmielonej razem z budą, ropy naftowej, resztek pizzy po piątkowej imprezie informatyków w akademiku, złomowanej karoserii dwudziestoletnich daewoo i chińskich łańcuchów choinkowych z recyklingu.

Buty nabierają kształtu na kopytach. Na tych samych można zrobić sznurowane wiedenki, wysokie trzewiki czy wsuwane loafersy. Fot. Shoeschool.com

Każda z tych informacji – o rodzaju skóry czy konstrukcji – może, lecz nie musi być łatwa do znalezienia. Koniec języka za przewodnika. A skoro już pytasz, warto przy kupowaniu butów ustalić, na jakim kopycie zostały zrobione. Lepsi producenci często udostępniają informację o tym, na jakim modelu „stopy” formującej but został zrobiony dany okaz. Kopyta mogą mieć numery, jak u Crockett and Jones albo nazwy, jak u Carminy i – wspaniała wiadomość – jeśli przymierzyłeś już jeden but na danym kopycie, to jakbyś przymierzył je wszystkie. Możesz oczywiście chcieć buty wsuwane o pół numeru mniejsze, niż sznurowane, ale długość ani tęgość nie powinny cię zaskoczyć. Do tego internauci wymieniają się czasami swoimi obserwacjami dotyczącymi kopyt, więc jeśli chcesz dodatkowej pewności – guglaj! Angielski termin last, oznaczający właśnie kopyto, może być tu pomocny.

I nie bój się zakupów przez internet. Zwrot może kosztować kilkanaście euro, ale jest to ryzyko, które warto czasem podjąć.

Buty, głupcze!

Ile dżentelmen ma par butów i z czego? Dżentelmen ma tyle par butów, ile da radę kupić, z czego większość skórzanych

[simple_series title=”Tydzień obuwniczy”]

Brak tematu o butach mógł się już rzucić w oczy niektórym czytającym koneserom. O ile bowiem prawdą jest, że powinno się ubierać, żeby żyć, a nie żyć, żeby się ubierać, to niezależnie od wybranej drogi ubieramy się po to, żeby wytworzyć między kostkami nóg a szyją jakiś poziom napięcia, spajającego dwa podstawowe elementy: twarz i buty. W tej właśnie kolejności.

Buty to podstawowy środek do odróżniania mężczyzn od „facetów”, „chłopaków” i różnej innej maści „kolesiów”. Każdy, kto kiedykolwiek przyjrzał się bliżej tematowi, dochodzi w końcu do tego samego wniosku: buty są jak Polska – są najważniejsze. Głupcze.

Nie ma takiego zestawu ubrania, które jest butoodporne, czyli nie da się go spieprzyć przy użyciu brzydkich, brudnych lub źle dobranych butów. Zapewne są za to jakieś zestawy ubrań, których nie da się naprawić doskonałym obuwiem (obstawiam tylko bojówki i polar). W Polsce wyróżnianie się butami jest bardzo łatwe; wszyscy zakładają do każdego zestawu buty sportowe, oprócz może nowej klasy średniej, która preferuje buty do górskich wędrówek. Jest tym łatwiej, że znakomita większość twoich znajomych, kolegów z pracy i przedstawicieli obmierzłej grupy mężów atrakcyjnych koleżanek, ma tylko jedną parę butów, „wielosezonową” i na każdą okazję. To dwa pierwsze nawyki, z którymi należy zerwać.

Nawet kobiety, które coś tam o butach wiedzą, bywają zbulwersowane, kiedy producent poucza je, by nigdy nie nosić jednej pary dwa dni z rzędu. Ta zasada nie powinna zaś wzburzać nikogo: każdy but potrzebuje odpoczynku, co potwierdzą zwłaszcza piechurzy: stopa i jej otoczenie to trudne środowisko pracy, od wewnątrz na buty działa ogromna ilość pary, od zewnątrz – napięcia mechaniczne i tzw. przez inżynierów czynniki środowiskowe, czyli wilgoć, deszcz, drobinki ziemi i kamieni. Ja bym chciał po czymś takim odpocząć, warto więc pozwolić na to i butom. A zatem: co najmniej dwie pary.

Ta uwaga brzmi nieco abstrakcyjnie. Dwie pary butów? A gdzie miejsce na zmianę stylu, pogody, planu dnia? Nawet jeśli nie masz w szafie smokingu, a jedynie jeden uniwersalny, ciemny garnitur wieczorowy, wstyd nie mieć do niego osobnych, ładnych czarnych pantofli. Dwie pary to minimum butów na co dzień. Ale minimum to stanowczo za mało. Z drugiej strony porządne buty potrafią kosztować pensję albo dwie (w zależności od butów i od pensji), więc kolekcja godna Roberta Kozyry (który, nawiasem mówiąc, udowadnia, że liczba par, nawet zawrotna, to jeszcze nie wszystko) nie jest taka łatwa do zgromadzenia. Rozwiązanie tego dylematu czai się w podręczniku do matematyki dla drugiej klasy szkoły podstawowej: buty dzielimy na drogie i tanie, a kupować należy z obu tych półek.

Przypomnij sobie zasadę Pareta. A teraz wyobraź sobie szafkę na buty, wśród których dwadzieścia procent najdroższych, kupowanych przez lata (i wystarczających na lata) modeli pochłonęło 80 procent budżetu, który posłużył do wypełniania tej szafki. W garderobie o wartości dziesięciu tysięcy złotych (nie musisz ich wydawać od ręki) masz osiem par butów o wartości tysiaka i czterdzieści par bucików o wartości… no dobra, przyznaję – wybrałem kwotę 10 tysięcy, żeby łatwiej mi się liczyło, ale liczyć i tak mi się nie chce. Reguła Pareta is more like guideline anyway – fajną kolekcją butów wydaje mi się taka, w której kilka klasycznych modeli na pięknym kopycie, błyszczących i ponadsezonowych, uzupełnianych jest przez paletę „kapciuszków” (np. zamszowe mokasynki na kołeczkach – driving mocs, buty pokładowe – deck shoes, chukka – sam długo myślałem, że po polsku to osiołki) itp. Te ostatnie mogą być we wszystkich kolorach tęczy, wygrzebane z koszy na wyprzedaży i kupione z myślą „a co mi tam” – przecież jeśli będziesz ich miał dwadzieścia par, każde założysz góra kilka razy do roku. Ale to one odpowiedzialne są za wrażenie przepastnej szafki z butami.

I za coś jeszcze. Przez ostatnie lata wzrastałem w przekonaniu, że dobre, doskonałe, drogie, klasyczne i ponadczasowe buty to coś, na co zwracają uwagę wszyscy. A zwłaszcza kobiety. „Buty – zęby – paznokcie, w takiej kolejności” – mówili. Guzik prawda. Kiedy po raz pierwszy szlifowałem bruk w nowych penny loafers od J.M. Westona, butach pięknych i renomowanych, szedłem chyba z pół metra nad ziemią, patrząc wszystkim w oczy, szukając w nich tego podziwu. I doczekałem się go… następnego dnia, kiedy przyszła kolej na czerwone zamszowe kapciuszki, bezfirmówki z outletu za raptem kilka złotych.

Co, oczywiście, nie przeczy tezie numer jeden: buty naprawdę są w stanie w pojedynkę zmienić wydźwięk całego zestawu, a ładne buty noszone konsekwentnie – całego osobistego stylu. W to nie można przeinwestować. Jednak jeśli spodziewasz się otwartych hołdów i nabożnych spojrzeń, oczekuj ich raczej ze strony garstki innych koneserów, niż ogółu napotkanych niewiast. Uprzedzałem.

Bez względu na to, który wariant stylu przyjąłeś – zostajesz przy dżinsach, czy uderzasz w garnitury (lub odwrotnie), zacznij od butów i zawsze traktuj jak szczególny segment swojej garderoby, a jeśli masz dopieszczać tylko jeden – niech to będzie właśnie ten. To na nich wszystko stoi – dosłownie i w przenośni.

O pierwszych wrażeniach

Bądź ostrożny przy stwarzaniu pierwszego wrażenia. Możesz je wywrzeć tylko raz

Stało się. Przegrałem jedną z bitew wielkiej stylistycznej kampanii, poległem na najprostszej pułapce: „co pan taki elegancki”, z ust rozmówczyni na spotkaniu, nazwijmy to w uproszczeniu, biznesowym. Ale przyznaję się bez bicia – dałem się podejść jak uczniak. Poprzednie spotkanie, pierwsze w serii, zaplanowałem na dzień, kiedy byłem umówiony na wywiad. A razem z wywiadem – zdjęcie rozmówcy. Więc – na ramię kilkukilowa torba ze sprzętem fotograficznym. Bóg raczy wiedzieć, czy przyjdzie klęknąć, czy gdzieś się wspiąć, wpakować łapy w jakąś dziurę albo wczołgać pod mebel – czego się nie robi dla dobrego ujęcia. A zatem – dżinsy. A jak dżinsy, to bez krawata. I sweterek zamiast marynarki – żadna konstrukcja, czy szyta, czy klejona, nie wytrzyma na dłuższą metę katowania torbą na ramię z kilogramami obiektywów. To od lat źródło moich kompromisów stylistycznych.

Koszula pod swetrem, dobrze dopasowane ciemne dżinsy (w kroju chinos) i zamszowe buty na naprawdę ładnym kopycie. Niby – całkiem estetycznie, skoro wszystko we właściwym rozmiarze i blisko figury; nie ma się czego wstydzić. A dzisiaj – zaledwie – koszula w kratkę, jedwabny krawat knit w kolorze lilaróż i szara marynarka sportowa z ekstrawagancką jedwabną poszetką drukowaną w fioletowo-różowy paisley. Mocno kontrastujące granatowe spodnie. Do warzywniaka może tak nie wychodzę, ale już do centrum handlowego – jasne. Wszędzie, gdzie nie jadę przerzucać węgla albo… nosić torby z aparatem.

Morał tej historii następuje szybciej, niż zazwyczaj: nigdy nie waż się niedoceniać pierwszego wrażenia – możesz je zrobić tylko raz. NIE MA takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby pobłażanie sobie w kwestii ubioru. Tym, którzy już cię znają, nie musisz się tłumaczyć. Oni wiedza, że zawsze jesteś elegancki i pod krawatem, a jeśli akurat nie jesteś pod krawatem i elegancki – patrz punkt pierwszy. Ale jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy w tym dołku bycia underdressed, może ci nie uwierzyć już nigdy.

Konsekwencje praktyczne są zaś takie: bez krawata – najdalej do warzywniaka. Elegancka piżama i szlafrok są równie konieczne, jak garnitur wizytowy – żeby znajomi, którzy wpadną na śniadanie nieco za wcześnie, nie złapali cię nigdy z opuszczoną gardą. I strój domowy – oczywiście trzeba go mieć, żebyś nie musiał rozwalać się w ulubionym fotelu w ulubionych spodniach z kantem. Ale zadbaj, żeby nie składał się z bawełnianego dresu i tiszerta z napisem „Seks instruktor – pierwsza lekcja gratis”. Ostatecznie jeśli jesteś lub zamierzasz dotrzeć na parnas elegancji gdzie człowiek czuje się komfortowo,  kiedy  jest dobrze, a nie wygodnie, ubrany – elegancka podomka i rzeczy do włożenia na siebie „na już” będą podstawą domowego relaksu.

Co prowadzi do obserwacji natury jeszcze bardziej ogólnej. Przeglądam czasami z nudów literaturę poradnikową dla przyszłych „ludzi sukcesu”. Tego typu książki, sprzedawane zazwyczaj przez cwaniaków ludziom smutno naiwnym, są zaprzeczeniem prawdziwej literatury dotyczącej savoir vivre’u (która interesuje mnie w nie mniejszym stopniu). W którejś z tych ponurych, „skazanych na sukces” książeczek z cyklu „jak zostać człowiekiem sukcesu w weekend”, przeczytałem zasadę: człowiek sukcesu nigdy nie oddziela życia prywatnego od zawodowego networkingu. Co, mimo wszystkiego złego, co sądzę o tego typu literaturze i serwowanych przez nią zasadach, jest zasadniczo prawdą. Jeśli pracujesz w korpie i oddzielasz grubą kreską kontakty zawodowe od prywatnych, dla tych pierwszych masz marynarkę i krawat, a dla drugich – tiszert reklamowy i wystrzępione dżinsy… cóż, widocznie korp ma w tobie wielkiego fana sprzedawanego przez siebie lajfstajlu.

Co się tyczy mnie, raz w życiu dostałem pracę zgodnie z „procedurami”, zatrudniony przez nieznajomego pracodawcę na podstawie przesłanej cefałki. Była to pod względem warunków zatrudnienia najgorsza praca, jaką miałem okazję wykonywać. Wszystko, co w moim życiu zawodowym lepsze – a ostatecznie mam przecież jakieś życie zawodowe – przychodziło i będzie mam nadzieję przychodzić dalej ze strony osób, których w życiu nie określiłbym jako „rokujące”. Część z nich to po prostu przyjaciele – dla nich oczywiście jestem piękny i młody nawet blady jak ściana na apokaliptycznym kacu. Ale ta część – znajomi znajomych, kontrahenci kontrahentów, ludzie, którzy zwracają się po radę do tych, do których i ja się po nią zwracam – to jest sól tego ziemskiego biznesu. Większość z nich nie wie, że potajemnie interesujesz się ciuszkami, czytasz blogi modowe i wzdychasz nocami do drogich krawatów. Jak cię widzą, tak cię piszą, i to właśnie zrobienie na nich tego pierwszego dobrego wrażenia jest kluczowe. Ja zaliczyłem ostatnio wpadkę i na pewno wyciągnę właściwe wnioski.

PS. Po wielu próbach znalezienia odpowiedniej ilustracji do tego tematu, zdecydowałem się wrzucić po prostu pierwszą fajną rzecz, która przyjdzie mi do głowy i rzeczą tą jest jeden z odjechanych portretów Hitchcocka. Gdyby ktoś miał ciekawy pomysł na połączenie ilustracji z tematem, chętnie wysłucham. Ja nie mam – każda kreatywność ma swoje granice.

To się jakoś załata

Łaty na łokciach są i klasyczne, i modne. Ważne tylko, by nie pomylić tych pierwszych z tymi drugimi

Klasssa. Łaty na łokciach ukazane w naturalnym habitacie

Z telewizji zaatakował mnie właśnie kolejny aktor z łatami na rękawach… koszuli. Łaty są bardzo in w tym sezonie (o czym pisał już w październiku rzetelny strażnik mody, Mr Vintage), są, like, totally in i i zaczynają mnie trochę irytować, bo wszystko co modne wywołuje we mnie zdrową i motywującą dawkę irytacji. Ale pal licho marynarki, sweterki, nawet kurtki, z tą koszulą to lekko przesadzili.

Badania (na zdjęciu grupa doświadczala) pokazują, że z trzech połatanych gości najłatwiej laski zarywa ten z najbardziej kontrastowymi łatami

Uważam takie łaty za bardzo stylowy dodatek, podobnie, jak za stylową uważam  niewielką łatkę na spodniach czy dzianinie, a nawet zaszytą nitką albo zacerowaną dziurkę. Świadczą one o emocjonalnym stosunku do ciuchów, ale w dobrym znaczeniu tego wyrażenia. Wysyłają prosty komunikat: ja wiem, że zakochiwanie się w ciuchach to obciach i głupota, zakochiwać się można w książkach albo dziewczynach, w ideach albo doznaniach, w przeżywaniu życia albo przeżuwaniu padliny… „ale jak się ma TAKIE ciuchy, to co ja mogę? Marynarka, nad którą krawiec pod moim kierunkiem spędził sześćdziesiąt godzin, sweter z merynosa, który przywiozłem z wyprawy motorem na Nordkapp – przecież nie mogę tego po prostu wywalić, prawda”? Dodatkowo takie łaty podkreślają, jak dobrze „złamane”, ale nie zszargane, buty, że nasza elegancja nie datuje się na poprzedni sezon – a od tego już tylko krok do wywołania w ludziach przekonania, że z tym „hormonem elegancji” po prostu się urodziliśmy.

Staraj się mieć przynajmniej jedną marynarkę BEZ łat na rękawach. W przeciwnym razie grozi ci ksywka "połatanego człowieka" vel Frankensteina

Mr Vintage pisze, że łaty na łokciach „obniżają formalność” garderoby. Prawda, ale częściowo. Bo łatana garderoba to rzecz, było nie było, naprawiana, czyli pierwotnie posiadająca pewien mankament. Nie pójdziesz na smokingową imprezę w widocznie naprawianym smokingu, nie założysz łatanego garnituru na spotkanie z klientem. To pasuje do pewnego konkretnego stylu życia, stylu, który się raczej miewa, niż ma – zrelaksowanego, skupionego bardziej na noszeniu rzeczy, w których czujesz się dobrze, a nie takich, których wymagają od ciebie społeczne okoliczności. Czy tylko ja dostrzegam w poprzednim zdaniu definicję słowa casual?

Powiem więcej, sztywno formowana marynarka garniturowa z worstedu o wysokiej gramaturze może w ogóle nie być dobrym wyborem do łatania, bo tak naprawdę nie stanie się od tego ani komfortowym ciuszkiem na co dzień, ani nie pozostanie marynarką na oficjalne spotkania na szczycie. Jeśli to już „nieformalność”, Mr Vintage ma rację. Ale spróbujcie uczynić sweter – przez łatanie, cerowanie, rozciąganie czy farbowanie w praniu – mniej formalnym. Moim zdaniem to sztuka dla bywalców fotowybiegu na Pitti Uomo, niedostępna zwykłym śmiertelnikom.

Tym niemniej na karcie do głosowania nad łatami zaznaczam krzyżyk przy „fuck, yeah!”, a nie „hell no!”. Ale na koszuli? Przeglądałem dzisiaj garderobę i odkryłem, że po kilku sezonach intensywnego noszenia część moich koszul nie dożyje wiosny. Póki nadają się pod sweter, a choćby i marynarkę, jeszcze ujdą, ale wszystkie te plamki, przetarcia na kołnierzyku, plisie z guzikami, odbarwienia od kosmetyków i zwykła pożółkłość zaciągną je w końcu na śmietnik historii, kiedy pokazywanie koszuli w pełnym świetle słonecznym będzie obciążone wysokim ryzykiem ujawnienia niedoskonałości. Czy te koszule są przetarte na łokciach? Wolne żarty – skąd to przetarcie miałoby pochodzić? Od zbyt częstego podpierania brody w czasie wypełnionych bezczynnością dni pracy? Od czołgania się na poligonie, gdzie postanowiłem zademonstrować kapralowi, że ZAWSZE chodzę w koszuli? Koszula zawsze dość szybko się zużyje i chyba jesteś na tyle mądry, by wiedzieć o tym przy zakupie i nie przywiązywać się do niej zanadto.

Oczywiście trochę ironizuję, bo wiem, że prawdopodobnie 99,98(8) proc. łat jest na rękawach od nowości. Nie muszę zapewne wspominać, co sądzę o takich zakupach, zarówno w wymiarze etycznym (no, prawdę mówiąc, tutaj nie mam zdania), jak i w estetycznym. Co sądzę, o nowej, a już cerowanej marynarce (kurtki to inna para kaloszy, bo przy bardziej „terenowych” okazach łokcie faktycznie mogą potrzebować szczególnego wzmocnienia)? Pal sześć, że to leciutko pozerskie, że próbuje udawać efekt, o którym mowa w pierwszych akapitach tekstu. Ale producenci ubrań, lecąc po taniości, proponują szanownym klientom sztruks (który sam w sobie szybko się przeciera) albo alcantarę z tapicerek samochodowych. I, przede wszystkim, odbierają ci przyjemność własnoręcznego naprawiania twoich rzeczy, samemu tej przyjemności nawet nie odczuwając. Szczerze, co byś pomyślał o patynowanych butach, gdyby „patynowanie” oznaczało nie malowanie ich z cieniowaniem na szwach, ale dodawanie zmarszczek od noszenia?

Łaty – tak, ale tylko samodzielnie robione. Celuj w skórę licową lub zamsz, a przy bardziej odjechanych projektach – w dżins, inne rodzaje skośnie tkanej bawełny i wszystko, co kojarzy ci się ze słowem „wytrzymały”. Co zrobisz z poprzecieranymi za pół roku łatami? Gotowych naszywek szukaj w pasmanteriach, a taniego i dobrego źródła własnoręcznie wycinanych łat – na ciuchach (kurtki czy spodnie z cienkiej skóry mogą kosztować kilka złotych, a nie obchodzi cię przecież rozmiar ani fason). Kolory i styl łat dobieraj jednak przede wszystkim do koloru dodatków i ogólnej tonacji odzieży (brązowe łaty do guzików z rogu, czarne do czarnych plecionych ze skóry itp.). W drugiej kolejności – idź za radą Michała i komponuj łaty z akcesoriami, które lubisz nosić z danym ciuchem. W końcu masz go od lat i już znasz swoje preferencje w tym zakresie.

A jeśli już musisz kupić nową łataną część gadreroby – błagam, upewnij się przynajmniej, że środek łaty wypada na zgiętym łokciu, czyli, że gdybyś naszywał łatę, naszyłbyś ją właśnie tam. To ostatni bastion połatanej godności.

1 3 4 5 6 7