Zack? Whiskey Tango Foxtrot!?

Roman Zaczkiewicz, znany jako Szarmant, jest teraz znany jako Zack Roman. Ułatwienie dla klientów z Zachodu, czy wzrost prestiżu dla konsumentów z Młodszej Europy?

Moją naczelną zasadą postępowania jako blogera było zawsze nie jechać po kolegach po piórze, bez względu na to, ilukaratowe złoto pokrywałoby jego stalówkę. Nawet jeśli chciało się prowadzić fanpage „czytam X dla beki”, nawet jeśli chciało się ufundować miarkę do wskazywania głębokości kija w dupie Y, nie wspominając o A, B i C, bo w sumie są ciekawi jak topmodelki, tylko że brzydsi.

Trzymam się tej zasady właściwie w dalszym ciągu, mimo że, no jednak, co z nich za konkurencja? Mają po sto tysięcy wejść, a Was, Kochani Czytelnicy, jest tu pewnie piętnastu. Nawet jeżeli czasami któryś zrobi mi przyjemność i wejdzie na blog dwa razy, raz z brodą i raz bez, to praw natury pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb. No ale nowy dzierżawca butiku na Niecałej nie jest już dawno blogerem, a raczej marką na miarę niektórych Próchników czy Bytomiów, więc już chyba można, skoro pisało się wcześniej o markach odzieżowych, choćby tutaj i tutaj?

Otóż Roman Zaczkiewicz był już Walterem Szarmantem, by potem przestać być Walterem Szarmantem, ale jednak pozostać Szarmantem. Koweniowałoby i jemu, ale okazało się, że marka Szarmant źle się wymawia za granicą, co brane pod uwagę nigdy wcześniej nie było. A zagranica jest potrzebna, bo, jak tłumaczy Sza Roman, w Polsce można albo się nie rozwijać, albo robić źle, więc trzeba sprzedawać za granicę. Żeby dobrze płacić pracownikom i… edukować klienta. Któremu nie chce się oferować taniej, bo to przeczy kreatywności marki.

Ale zupełnie drugą sprawą jest marka Zack Roman. Od razu przypomniała mi się anegdotka. Otóż kilka lat temu trwał w Polsce wyścig firm paliwowych w związku z benzyną prawie za sześć zeta. Sytuacja była trudna, bo zaczął się kurczyć rynek klientów zdolnych płacić, a za nich coraz więcej było łowców okazji. Najbardziej zapalczywi łowcy brali najtańsze paliwo skąd-się-dało – z automatycznych stacji, z ruskiego dumpingu, z niemieckich rafinerii posiadanych przez Francuzów albo z powiększonych baków daewoo przekraczających siedem razy dziennie granicę z Białorusią. Byli jednak ci, którzy lubili na dużych stacjach wszystko oprócz ceny i tych trzeba było jakoś zagospodarować – za pomocą tak zwanych stacji segmentu ekonomicznego. Byłem raz, jako dziennikarz bądź co bądź ekonomiczny, naocznym świadkiem prezentacji jednej z nowych marek, które powstały w ramach tego segmentu. Prezes dużej firmy paliwowej szczegółowo opowiadał o analizie segmentów klientów, o strategii biznesowej, o procesie kreatywnym, o brandingu – że z ponad stu pomysłów wybrano najlepszy, najlepiej się kojarzący i najbardziej oryginalny. Następny slajd prezentował nowe logo: Lotos Optima.

„Optima”. Najlepsze hasło z ponad setki propozycji.

Długo myślałem, jakie mogło być setne na liście. Doszedłem do wniosku, że zapewne Lotos Tania Wacha. Albo Lotos Kierowniku A Może By Coś Taniej?

Oczywiście w drugiej kolejności przypomniała mi się też należąca do mojej koleżanki ze studiów torebka marki Bossi. Bo jednak solidna niemiecka marka, będąca synonimem najwyższego luksusu w latach 90., jest dobra, ale jeśli zrobić ją tak bardziej na włoską modłę, to to przecież społeczno-marketingowe fatality!

No bo właściwie racja, kto to widział, żeby jakaś globalna marka luksusowa nazywała się tak po polsku? Wyobrażacie sobie, żeby szwajcarski producent zegarków nazywał się od jakiegoś przaśnego, kresowego nazwiska? Albo żeby byle Markowski czy Piotrowski sprzedawał Francuzom buty za trzysta euro? Czy ktokolwiek w Wiedniu potrafiłby wymówić nazwisko czeskiego krawca? Pomarzyć dobra rzecz.

Zachodniobrzmiące nazwy faktycznie mogą być czynnikiem ułatwiającym, a rodzime – utrudniającym sukces na zachodzie (by, jako seriozne przykłady, podać Antoine’a Cierplikowskiego czy Maxa Factora-Faktorowicza). Ale Polska jest jednak szósta w UE pod względem liczby populacji. A do polskiego nazwiska ostatecznie zachód mógłby się jakoś przyzwyczaić. Czy to nie dla Polaków Tomek Miler stał się Majlerem, Zbigniew Grycan – Grajkanem, a Jędrzej Wittchen – Łiczenem?