Savile Row covid
Peter Smith1/Commons

Pandemia na Savile Row. Covid zmienia legendarną ulicę krawców

przeczytasz w 14 min

Savile Row przechodzi przemianę, określaną jako jeden z największych testów w dziejach. Jak zmieni się męskie krawiectwo po covid-19?

O Savile Row, mekce męskich krawców o historii sięgającej początków nowoczesnego świata, myślimy w kategoriach historii, tradycji i niezmienności. Jest to oczywiście myślenie magiczne, by nie powiedzieć – zwyczajna naiwność. Fenomen tej ulicy pojawił się przecież jako dziejowe zjawisko i na przestrzeni dwóch wieków musiał przejść wiele zmian, by nadążać za czasami. Zwłaszcza wtedy, kiedy na siłę nie trzymaliśmy się zakonserwowanych tradycji. Kiedy nie broniliśmy się kurczowo przed modernizacją, jakby każda zmiana miała przynieść upadek świata.

Dlatego najnowsze doniesienia z londyńskiej ulicy krawców brzmią – jak każde doniesienia tam, gdzie brak wiadomości to jedyna dobra wiadomość – alarmująco. Savile Row zmienia się przez pandemię!

Savile Row: centralna uliczka z boku

Przyczyny zmiany są oczywiście jasne. Uliczka rzemieślników położona w centralnym punkcie centralnego miasta nowoczesności – Londynu. Uliczka skupiająca rzemieślników, obsługujących najważniejszy aspekt – ego – najważniejszego gatunku człowieka nowoczesnej epoki: urzędnika Imperium Brytyjskiego. Ta uliczka nie jest już dawno ani centralna, ani najważniejsza. Finansowe centrum wyjechało gdzie indziej – do Chin, krajów OPEC, wyłaniających się megamiast. Londyn podrzymywał swoją centralną funkcję tak długo, jak latały transkontynentalne odrzutowce. W 2020 roku nie latają; oto istota zmiany.

W niedawnym reportażu dla „New York Timesa” David Segal ujawnił, że niektóre tradycyjne firmy krawieckie zostały wreszcie zmuszone, by pogodzić się z robotami. Huntsman, jeden z najstarszych działających na Savile Row domów, używa dziś takich urządzeń do zbierania miary. Segal jest świadkiem przymiarki, która odbywa się w Londynie, ale na kliencie znajdującym się w Seulu. Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego. Eksperymenty ze skanowaniem postaci do celów tworzenia szablonów garniturów na miarę prowadzone są od co najmniej dziesięciu lat.

A jednak. Huntsman of Savile Row to pracownia krawiecka założona 1849 roku, szyjąca między innymi na zamówienie księcia Walii Edwarda Alberta i jego matki, królowej Wiktorii. Mają więc do stracenia nieco reputacji. I nieco kasy: chociaż generalnie krawcy z Savile Row to nie firmy z cennikami na firmowej wizytówce WWW, wiadomo mniej więcej, o jakich pieniądzach mówimy. Segal podaje ceny od 8 tys. dolarów wzwyż i prawdopodobnie nie są one przesadzone.

Utrzymanie wysokiego prestiżu – w praktyce w ogóle pozostanie w branży – wymaga więc dużych nakładów ręcznej pracy. I dużo podkreślania faktu, że londyński krawiec, jego ręka, a przede wszystkim oko – to coś zupełnie niepodrabialnego i niezastąpionego.

Savile Row: dziwny wynalazek pana Brummella

Jak dotąd się udawało, choć dzieje uliczki w Mayfair układały się różnie. Krawcy pojawili się na niej dosłownie w pierwszych latach XIX wieku, w okresie przyspieszającej rewolucji przemysłowej. Savile była wtedy niedużą uliczką w najmodniejszej dzielnicy miasta. Zabudowana była według najnowszych krzyków klasycystycznej mody. Coś jak dzisiejsze perełki modernizacji. Krawiecka Hala Koszyki.

Tam krawców odnalazł George „Beau” Brummell – „założyciel dandyzmu”, faworyt księcia regenta i kreator mód. Dziś byłby pewnie megagwiazdą Instagrama, a jego nazwisko – podręcznym synonimem do influencera. Brummell sprowadził męskie krawiectwo do splendoru, a do męskiego krawiectwa wprowadził splendor. I tak stało się, że garnitur – elegancki strój XIX-wiecznego Londynu, stał się obowiązkowym strojem poważnych mężczyzn na kolejne 200 lat. W połowie stulecia na Savile Row istniały już firmy, które działają tam do dzisiaj, jak Henry Poole, Huntsman czy Gieves and Hawkes.

Do połowy XX wieku dla krawców był czas gorączki złota. Dwaj kolejni arbitrzy elegancji i wielcy patroni, obaj o tytule księcia Walii i imieniu Edward: ten siódmy i ten ósmy. Po drodze czasy surowego Jerzego V. Obojętne, czy ktoś chciał być sztywny i poważny, czy dandysi i strojny. Każdy kierował się na Savile Row. Swoje dołożył rozwój mediów. Gdzie media, tam plotki i fotki, a gdzie one, tam mody.

Na dobrą sprawę pierwszą mielizną był więc czas powojenny. Druga wojna światowa była dla Anglii wykańczająca ekonomicznie, przyspieszyła rozpad imperium, pogłębiła nierówności społeczne. Pierwsze subkultury – jak teddy boys, a później sławni modsi – lubili się z krawiectwem, ale kiedy na dobrą sprawę pojawiło się coś takiego jak „młodzież”, wizyta u krawca przestała być rytuałem inicjacyjnym dorosłości. Dlatego tak ciekawe okazały się dla Savile Row rockandrollowe lata 70.

Odsłonięte witryny

W 1969 roku na ulicę krawców wprowadził się – pierwszy raz od stu lat – nowy zakład. Nazwiskiem firmował go Tommy Nutter – podobnie jak 170 lat wcześniej Brummell, niebędący rzemieślnikiem, ale „człowiekiem od komunikacji”. Jednym z jego pierwszych, głośnych zamówień, były… szkarłatne winylowe spodnie dla Ringo Starra. Nutter ubierał Micka Jaggera na ślub z Bianką, trzej z czterech Beatlesów na okładce Abbey Road przechodzi przez jezdnię w jego ubraniach. Jack Nicholson grał Jockera w garniturze od Nutters. Krojczy firmy Edward Sexton dalej pracuje w londyńskim krawiectwie.

Nutter zerwał z witryn swojego zakładu kotary, pokazując w ich miejsce swoje projekty. Był to wielki przełom w konserwatywnym świecie Savile Row: wcześniej obowiązywała zasada don’t ask don’t tell, ale to właśnie Tommy pokazał, że krawcy też potrzebują marketingu. Wkrótce za jego przykładem poszły kolejne zakłady. 

Skończyło się staromodne myślenie o „patronie” pracowni krawieckej – goście zakładów stali się klientami. Kolejna rewolucja przyszła w latach 90., kiedy na ulicę sprowadzili się najemcy z ruchu New Bespoke – jak Alexander McQueen czy Ozwald Boateng, do których coraz lepiej pasuje określenie krawcy-projektanci.

To właśnie ten sposób myślenia – zaledwie półwieczny – doprowadził krawców od Huntsmana do przekonania, że potrzebują sobie kupić robota.

Zrobili to oczywiście po swojemu i to każe sądzić, że nie wszystko jeszcze stracone. Robot Huntsmana – nazywany Mr. Hammick na pamiątkę legendarnego krojczego firmy – nie jest skanerem. Ułatwia tylko zebranie miary. Na miejscu, na kliencie jest para rąk, a doświadczony krojczy uziemiony w Londynie wspiera je przez kamerkę swoim rock of eye. Lub, jak mówiło się we włoskim renesansie, giudizio dell’ochio, doświadczonym, w tym wypadku krawieckim, spojrzeniem.

Inni krawcy nie posunęli się w technologii aż tak daleko, ale przyznają się do zbierania miary także przez zooma. Na ratunek wielu idzie pewnie fakt, że zgodnie z odwieczną tradycją Savile Row, nie wyrzuca się szablonów dawnych klientów. Gdyby dostać się do magazynu którejś z pracowni krawieckich, można by położyć rękę w talii księcia Alberta albo diuka Westminsteru.

Savile Row: już nie to, co kiedyś

Nie zmienia to faktu, że pandemia zaatakowała też jedną z najbardziej konserwatywnych ulic świata. Edward Sexton powiedział „New York Timesowi” coś, co zresztą powiedziałby każdy 80-latek o każdym środowisku, w którym dorastał. Powiedział: „to już nie to, co kiedyś”. „Nie to” stwierdza ten właśnie prosty fakt: pieniądze są już gdzie indziej, na pewno geograficznie, być może także branżowo. 

Savile Row
Sklep pracowni Gieves and Hawkes w Hongkongu – jeden z wielu w Chinach – wywołuje dysonans. Fot. JackChanCF/CC-by-SA 40/commons

Savile Row ma w pandemii i tak nie najgorzej, i to z dwóch powodów. Po pierwsze – pracownie krawieckie chronione są przez… rejestr zabytków, coś w rodzaju planu miejscowego, który zakłada działalność krawiecką w niektórych budynkach. Co więcej – aby kwalifikowały się jako takie, pracownie muszą faktycznie szyć w jednym z najdroższych miejsc Zachodniego świata, a nie tylko przyjmować klientów.

Po drugie – widywało się branże bardziej narażone na chciwość deweloperów. Savile Row, razem z okoliczymi Burlington czy Cork Street, należy do funduszu Pollen Estate. Założona w 1622 firma jest pierwotnym deweloperem tej części dzielnicy Mayfair. Co więcej, należy obecnie w niemal dwóch trzecich do norweskiego funduszu emerytalnego – wartego ponad bilion dolarów. Nie jest to pewnie najbardziej niezrównoważona ani krótkowzroczna organizacja na świecie, dlatego zamiast wpadać w popłoch, wspiera swoich najemców w trudnych czasach.

Mimo to dzisiejsze klasyczne warsztaty krawieckie to już raczej centrale międzynarodowych producentów najwyższej jakości luksusowych garniturów. A Savile Row skazane jest – póki nie powstrzymamy szaleństwa globalizmu, zapewne atomówką albo lepszym wirusem – na rolę tylko i aż kwatery głównej tych firm. Kilku z nas pewnie może się cieszyć – przez to łatwiej będzie umówić się na wizytę krawczyka z tabletem. Kiedyś – jak zwykle i po Berlinie, i po Moskwie – krawczyki Savile Row dotrą także do Warszawy.

Więcej o historii krawiectwa i Savile Row piszę w książce Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku. Do kupienia tutaj.