Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
Kuchnia i bar - Strona 4 z 5 - Smak Nabyty
Browse Category

Kuchnia i bar - Page 4

Urlop w niezłym stylu: tort po chorwacku

Arbuz, feta, oliwki i cebula? Żołądek to nie San Francisco…

[simple_series title=”Urlop w niezłym stylu”]

– Jest was czworo rodziców z dwójką małych dzieci. Jak wam się udają wakacje? – spytała po angielsku z chorwackim akcentem młoda sprzedawczyni na straganie z winem odlewanym z kadzi na litry.

– Jeśli ktoś tu ma wakacje, to co najwyżej one – odpowiedzieliśmy niemal chórem, z własnym akcentem.

Targ w Trogirze – oliwa i owoce

Trogir to jedno z najbardziej malowniczych miast, jakie widziałem w życiu. O takich przewodniki niezawodnie piszą, że „czas tu się zatrzymał”, co jest przeważnie prawdą, bo w urbanistyce czas do działania wymaga przestrzeni, a tej w Trogirze zabrakło już ze czterysta lat temu. Założony na małej wysepce, już od dawna rozrasta się poza nią, a jedną z pierwszych rzeczy na kontynentalnej części miasta za mostem jest właśnie bazar, na którym znaleźliśmy wino sprzedawane na litry prosto z kadzi do butelek po wodzie z lidla.

O takich jak to miejscach antropologowie turystyki mówią staged authenticity. Niby wszystko autentyczne, żadna cepelia, a złote zęby bab sprzedających figi z własnego ogródka nie są raczej subsydiowane przez ministerstwo turystyki. A jednak masz poczucie, że takie miejsca nie istniałyby, gdyby nie konieczność obsługi ruchu turystycznego, a w najlepszym wypadku zostałyby wyparte przez bazary typu warszawskiej Polnej.

Ratusz w Trogirze – widoczek dla turystów, ale na mnie działa

Cóż, powinienem chyba przywyknąć do myśli, że jeśli ktoś spotkał się z historią sztuki na bardziej stabilnym gruncie niż publikacje typu siostry Wendy (albo, nie daj Boże, Dana Browna), a do tego okrasił swoją refleksję Tradycją wynalezioną Hobsbawma i Rangera, powinien skupić się w podróży na czymś innym niż poszukiwanie autentyczności – na przykład na ucieczkach wojskowym helikopterem z antycznego grobowca pełnego jadowitych żmij, wygrywaniu w pokera zabytkowych aston martinów albo odnajdywaniu w klasztorach Tybetu śladów hitlerowskich badań ezoterycznych. Trzeba coś takiego będzie wymyślić – ale to na przyszły rok.

Wracając z Tybetu do Trogiru: oczywiście jego bazar nie jest bazarem z winem, ale targowiskiem głównie warzywno-owocowym, a w drugiej kolejności pieczywno-wędliniarskim, które naprawdę pozwala puścić wodze fantazji. Jest autentyczne w tym sensie, że towary są tu bardziej delikatesowe niż w sieciach spożywczaków typu Ribola czy Konzum.

Klasyka tropika – arbuz na metry. Oprócz tego wino i woda, oraz jakieś skromne dodatki do żywienia dzieci

Nie takiego spodziewałem się wpisu o jedzeniu w Chorwacji. Sądziłem, że będzie coś o owocach morza (jeden z najpiękniejszych eufemizmów świata), które są tu perfekcyjne do znudzenia. Pierwszego dnia powitały nas nieprzyzwoicie pysznymi kalmarami z grilla (w całości, w różnych rozmiarach) na hotelowym tarasie po zachodzie słońca nad zatoką i przystanią. Było tak malowniczo, bajkowo i nierealnie, że gdyby nie otrzeźwiające ilości chłodnego stołowego wina, chyba rzygałbym tęczą.

Pizza, która się Pizzy Hut nie kłania…

Jeśli chodzi o gastronomię, warto tu też dać szansę pizzy, bo Chorwacja zdecydowanie zbyt blisko ma do Włoch, by ta potrawa miała sztampowy charakter. W małej pizzerii Kampana w sercu zabitej dechami Kaštel Lukšić znaleźliśmy autentyczny piec lepiony chyba przez wiejskiego zduna, i pizzę tak oszałamiającą, jakby jakiś geniusz wałkowania ciasta na placki zaszył się w pustym wnętrzu małomiasteczkowej jadłodajni przed milionami fanów i naśladowców.

Na pewno spełniam zaś tym wpisem inne założenie: przepis, choć nie jest dla mnie odkryciem (poza nagłym objawieniem, że mamy w lodówce wszystkie elementy niezbędne do zrealizowania go), jest w stu procentach do przeprowadzenia w Polsce – nawet teraz, jeśli są jeszcze arbuzy. Tu mają się świetnie.

Przerośnięta cebula i przejrzała limonka – znać, że jesteśmy w miejscu, gdzie słońce serio traktuje swoje obowiązki

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o sałatce łączącej arbuzy, fetę, oliwki i cebulę, pomyślałem „either mad or genius”. Potem pomyślałem jak każdy fan Piratów z Karaibów, „remarquable how often those two traits coincide” i to przekonało mnie na tyle, że w ciemno włączyłem ją w menu na imieniny mojej mamy, gromadzące gości o raczej konserwatywnych gustach kulinarnych. Liczyłem na prowokację, ale przeliczyłem się – kompozycja z klasyczną bazą (kontrast słodkiego, mięsistego i soczystego arbuza z łagodnie słoną, miękką i kremową fetą) i odrobiną szaleństwa w postaci słodko-kwaśno-pikantntej kompozycji cebuli z sokiem z limonki.

Przepisu nie ma co podawać: drobno pokrojoną czerwoną cebulę macerujesz co najmniej kwadrans w soku z limonki i dodajesz do sałatki z arbuza, fety i czarnych oliwek. Na wszystko dobra oliwa z pierwszego tłoczenia i już – choć przyznaję, że całość jest smakowo trochę niepełna bez mięty (w wersji kanonicznej, która podobno pochodzi od Nigelli) albo kolendry (w wersji już sam nie wiem, czy mojej). Udało się przeprowadzić cały przepis z miejscowych składników – włącznie z oliwą i serem, który – a jakże! – pochodzi z trogirskiego bazaru. Na poszukiwanie ziół nie miałem już siły – język chorwacki jednak zbytnio różni się od polskiego, bym męczył się i z tym, choć przyznaję poniewczasie, że mogłem pofatygować się pytaniem o miętę.

Rozważałem dosypanie łyżeczki cukru do cebulowo-limonkowego syropu, ale uznałem, że w tej wersji receptura była optymalizowana pod arbuzy północy Europy, a nie dojrzałe giganty ze śródziemnomorskiego klimatu. I słusznie – ta ilość słodyczy byłaby już nie do zrównoważenia.

Pamiętaj, że arbuz jak szampan – zawsze musi być schłodzony, by osiągnąć właściwy efekt. Ta sałatka jest świetną przekąską na wieczór z piękną, młodą kobietą, co udowodnię poniższym zdjęciem. Rano tego dnia ze zdziwieniem odkryłem, że co prawda pamiętam o urodzinach mojej żony, ale nie bardzo ogarnąłem, że to właśnie dzisiaj. Tak to bywa na wakacjach… Urodziny Agnieszki kilka lat temu świętowaliśmy wódką popijaną plusszem w herbacie za kołem polarnym, dlaczego więc tym razem nie zrobić tortu z arbuzowej sałatki?

Z pąwiąszowaniem urorurodziurodzin – rozpoznajecie cytat?

Vesper martini. Wypij ze mną ulubiony koktajl Bonda

Pomysłodawca vesper martini Ian Fleming nie opublikował nigdy ani jednego wiersza, ale dla barmanów na zawsze pozostanie poetą.

Czytaj dalej

Żar(cie) sportowych emocji

Kiedy Maciej Maleńczuk w swoim sławnym hicie składał rymy mundialeiro i hamburgeiro, z pewnością wiedział co robi

Pod wieloma względami nie jestem i chyba już nie zostanę „prawdziwym mężczyzną”. Jednym z głównych jest fakt, że mimo lat starań nie udało mi się ani trochę zostać kibicem piłki nożnej. Próbowałem różnych sposobów, w pierwszym półfinale, tym iberyjskim, postawiłem nawet na konkretny wynik, mianowicie 2:1 dla Hiszpanii po 90 minutach. – Hiszpania jest faworytem – kalkulowałem – ale skoro stawka jest wysoko, to na pewno jedni i drudzy coś tam strzelą. Tak urodził mi się pomysł wyniku, który, jak wszyscy wiedzą, był wart tyle, ile cała moja piłkarska wiedza. Problem w tym, że nawet w obliczu kilkudziesięciozłotowej wygranej nie potrafiłem emocjonować się perspektywą pierwszego gola, bo kto by go nie strzelił, zbliżało mnie to do zwycięstwa. I tak nie zbliżyłem się do niego ani przez moment.

Tak więc założyłem się o pińć złotych, których zresztą nikt nie wygrał i miały wrócić do właściciela, a ja zostawiłem je w ramach napiwku. Z tego co wiem inni poszli w moje ślady, co może wynagrodzi kelnerce konieczność odsiedzenia dogrywki i karnych w knajpie, która normalnie zamyka się o dziesiątej. Na pewno nie wynagrodziło mi oglądania przez dwie godziny gości szarpiących się za koszulki. Ostatnich prawdziwych emocji zaznałem w czasie meczów z udziałem polskiej reprezentacji, ale ten rodzaj uniesień to nie emocje sportowe, a raczej narodowe.

Może nie lubię oglądać piłki w telewizji, ale lubię specyficzną poetykę, jaką jest spotkanie „na meczyk” i czasem, od wielkiego dzwonu, nachodzi mnie ochota na pobawienie się w ten specyficzny rodzaj „prawdziwego mężczyzny”. Wiecie, piwko-dwa-góra siedem, czerwone mięso i „idziesz idziesz!” wywrzaskiwane prosto w ekran. Może bez zaśpiewów i malowania twarzy, bo to trochę jak udawanie orgazmu, a chodzi raczej o odnalezienie w sobie i przetestowanie tego mało używanego aspektu bycia samcem. Jeszcze raz podkreślam: autentycznie zazdroszczę tym z was (zapewne większości), którzy nie muszą niczego znajdować ani odkurzać. Zaznaczam też, że nie należę do tego smutnego gatunku facetów, których żona zaprasza koleżanki na mecz i z pogardą tłumaczy mężowi, czym jest pułapka ofsajdowa. Wiem, co to jest spalony i potrafię go rozpoznać, kiedy go widzę, po prostu potrzebuję się na tym skupiać bardziej niż inni. Raz na dwa lata mi nie zaszkodzi.

Kuchenny fartuch to dla mnie jeden z najważniejszych elementów garderoby, bo pozwala na robienie czegoś w kuchni podczas imprezy. Cechą dobrego fartucha jest nie tylko grube płótno, które chroni przed plamami i ewentualnymi poparzeniami (np. z oleju), lecz także krój który dobrze zasłania koszulę także po bokach, a jednocześnie ładnie eksponuje neckwear. Ten fartuszek dostałem w prezencie od przyjaciela domu, ale jest tak idealny, że lepszego sam bym nie znalazł. Fot. Piotr Schmidtke

Dość naturalnym rozwiązaniem na meczykową imprezkę wydają się hamburgery. Są niezobowiązujące, budzą jakieś takie dżinsowe, że tak powiem, skojarzenia, a jednocześnie dobry hamburger jest dodatkowo lepszy kontrastem do tego, co pod tą nazwą sprzedają fast foody.

Na tym etapie walczyłem z pokusą, żeby zamiast hamburgerów zrobić mięsnego jeża. Wygrałem.

Cała zabawa polega na przygotowaniu mięsa. Poproś w sklepie o zmielenie przyzwoitego kawałka wołowiny (może być łopatka albo jakiś, lepiej nie za drogi, kawałek z tyłu – hamburger z polędwicy to raczej przesada). Hamburger to zasadniczo kotlet mielony (jak w kawale: jadłem lunch. To taki obiad, tylko w Warszawie), więc do środka wrzucić należy jajo i trochę bułki tartej dla konsystencji oraz zeszkloną cebulkę i łychę musztardy – jak w mielonych babuni. Policz po 120 g mięsa na osobę i doprawiaj z głową, pilnując konsystencji. Reszta jest dowolna, ale to od niej wszystko zależy. Moim zdaniem oprócz soli i pieprzu, najlepiej takiego prosto z moździerza, świetnie hamburgerom robi dużo ziaren kolendry (również z moździerza), ale bardziej metroseksualny może być np. „po włosku” z oregano.

Formowanie hamburgerów wymaga osobnego narzędzia. Kiedy robiłem je po raz pierwszy, użyłem krążka wykrojonego z półtoralitrowej butelki PET, ale była za miękka i rozwiązanie nie sprawdziło się. Stosunkowo łatwo dostać zestaw wykrawaczy do placków i ciasteczek, który ma tę zaletę, że łatwo dobierzesz średnicę potrzebnej foremki do średnicy bułki, którą uda ci się kupić. Jednak, może trochę dlatego, że jestem gadżeciarzem, kiedy spotkam praskę stworzoną specjalnie do hamburgeiros, kupię ją. Szukać zamierzam w sklepach z kuchennymi gadżetami. Dzięki uformowaniu i sprasowaniu hamburgery nie rozpadną się podczas smażenia, którego dokonuję na patelni grillowej. Przed smażeniem schłodź kotlety przez godzinę w lodówce, obtocz w tartej bułce i skrop olejem.

Żeby sprawnie wydawać posiłki z kuchni na salę, kucharz musi zadbać o mise-en-place, czyli dobry dostęp do wszystkiego, czego będziesz potrzebował do przyrządzenia dania. Na tej małej powierzchni może powstać cały posiłek, wystarczy, że wjedzie patelnia z hamburgeiros

Są w Warszawie artyści hamburgerowi, którzy podają swoje dzieła np. we włoskiej bułce typu ciabatta i choć efekt jest wart uwagi, to moim zdaniem jednak nie to samo. Słodkawe bułki hamburgerowe posypane sezamem po to zawierają cukier, żeby lekko podkreślać pozostałe smaki, ale także po to, by łatwiej się rumienić. Używam do tego oldskulowego opiekacza elektrycznego, ale chodzi po prostu o górne źródło ciepła, więc piekarnik elektryczny może się nadać równie dobrze.

Reszta jest już z górki: żeby twoje dzieło pokazywało makiecie z plakatu McDonalda gdzie raki zimują, wrzucasz sałatę, ser, cebulę i ogórki. Blisko amerykańskich pikli jest coś, co można kupić w słoikach zatytułowanych sałatka szwedzka, ale taki dzień jak dziś wprost prosi się o nutkę kontrkultury w postaci małosolnych. Jest też sezon na pomidory, kup więc polskie gruntowe i pokrój – jak by to wytłumaczyć – poziomo, żeby każdy plasterek zawierał przekrój gniazd nasiennych. Dupki pomidorów pójdą na rano na sałatkę, podaj gościom to, co najlepsze. A niech mają.

Sosy to zupełnie osobna sprawa, bo potrafią radykalnie wpłynąć na oblicze dania. Prosty sos, np. czosnkowy, łatwo zrobić z solą i pieprzem na jogurcie. Jeśli dodasz koperek, dodaj więcej czosnku, bo zioła tłumią jego smak. Czosnek wcześniej utrzyj w moździerzu albo drobno posiekaj i posyp solą – pod jej wpływem puści sok i będzie bardziej… hmm… czosnkowy.

Hambuksy to wyjątkowo trudna rzecz do jedzenia przed telewizorem. Warto pomóc sobie patykiem do szaszłyków

Jeśli zdecydowałeś się na wersję mięsa z oregano, spróbuj rzadkiego sosu pomidorowego. Jeśli dodatkowo jako sera użyjesz mozarelli, będziesz miał kompletny fusion. Nie biorę odpowiedzialności za efekt, ale twoja dziewczyna może cię za to pokochać. Hamburgery po włosku – to nie brzmi zbyt męsko. Ja zostałem przy tradycyjnej wersji z musztardą i ketchupem, ale równie tradycyjny może być sos barbecue.

I gotowe. Dla uzupełnienia możesz pokusić się o zrobienie mczestawu, czyli dorzucenie ziemniaków w postaci frytek lub pieczonych łódek, jednak wtedy upewnij się, że goście będą naprawdę głodni. Dorzucisz je czy nie, danie i tak jest z punktu widzenia diety bardzo grzeszne, skoro łączy bułę z mięsem, czyli węglowodany z białkiem. Ale kto by się przejmował, skoro finał mistrzostw zdarza się raz na dwa lata? Jutro można znowu być normalnym sobą, jeść na kolację pomidory z mozarellą i pić białe wino.

Radość wina

Wino to sama radość, ale często jej cząstkę odbiera fakt, że masa mądrali zrobiła z niego naukę, i to naukę typu ąę

Nie żebym miał coś przeciw tym mądralom – też są potrzebni, a jeśli do tego są w stanie ślepym testem udowodnić, że faktycznie się znają, to daj im Boże zdrowie. Ale jeśli przed cieszeniem się winem powstrzymują cię opowieści o wysokiej plus kwasowości w pierwszej ćwiartce, daj sobie spokój z mądralami, a nie z winem. Specjalnie dla ciebie Smak Nabyty przedstawia słownik porad, które dodatnio wpłyną na tzw. user experience wina.

Dość hardkorowy przykład. Przyzwoita kara… dekanter będzie się mniej narzucał i jest przyjemnym gadżetem

Dekanter był kiedyś w moim gronie towarzyskim (→ Towarzystwo) przedmiotem ożywionego sporu, którego źródłem była pomyłka w kolejności – najpierw dużo wypiliśmy, a potem zaczęliśmy się mądrzyć. Wykorzystam przewagę medialną, by jeszcze raz podkreślić, że, drogi Marku, to ja miałem rację w tym sporze: słowo dekanter jest w polszczyźnie jak najbardziej użyteczne i nie da się go zastąpić  bardziej ogólnym słowem karafka. Karafka bowiem to każde szklane naczynie z korkiem, z którego (naczynia, nie korka) można serwować alkohol, dekanter zaś to taki rodzaj karafki, który służy do napowietrzania czerwonego wina na co najmniej pół godziny, a czasem nawet do kilku godzin przed podaniem. Dobry dekanter zwiększa więc do maksimum powierzchnię kontaktu wina z powietrzem, a niektórych nie da się nawet odstawić na płask, żeby kołysanie wywołane wypukłym dnem dodatkowo pozwalało winu oddychać. Wyobraźcie sobie w tej roli karafkę z rżniętego szkła na koniak. I kto ma rację?

Jak widać na tym obrazie Hedy, przekąszanie do wina to dość stara tradycja

Deska serów. Figi. Winogrona. Orzechy. Krakersy. Wędliny. Bagietka i ciemny chleb. Woda na rano. Testuj kombinacje. Zestawiaj smaki. Ciesz się fakturą. Oto czym jest wino. Oczywiście zestawianie win z jedzeniem to osobny rozdział nauk, a tutaj mowa tylko o wsparciu kubków smakowych w piciu wina jako takiego.

Gadżety związane z winem, takie jak nalewak, taki dodatkowy dynks do napowietrzania czy kołnierz do zbierania uronionych kropel, uważam za przesadę, ale co kto lubi. Pamiętaj, że nalewając wino, nie dotykasz szyjką butelki (lub →Dekantera) brzegu →Kieliszka, więc wystarczy dobrze zdjąć folię pod rantem szyjki butelki i nalewać pewnym ruchem, a nic nie powinno kapać. Pewne ruchy zaś to przecież domena prawdziwych mężczyzn, prawda?

Jeśli jesteś fanem drogich marek, słowem-kluczem w poszukiwaniu kieliszków może być np. Riedel

Kieliszki. Dobre kieliszki są konieczne, żeby aromat rozwijał się w pełni. Dobre kieliszki poznaje się po szkle (– Serio!?), które jest cienkie, przejrzyste i po prostu piękne. Jeśli zaczniesz lustrować półkę z kieliszkami w naprawdę gadżeciarskim sklepie, odkryjesz, że każdy szczep ma zaprojektowane specjalnie dla siebie. I to jest właśnie ąę, które można sobie – przynajmniej na początku – darować. Czerwone wina doskonale rozwijają się np. w szerokich kieliszkach do burgunda. Mają one ogromną pojemność, więc właściwa ilość wina rozlewa się w nich szeroko, a lustro płynu stoi nisko. Kiedy zagłębiasz nos w taki kieliszek, bukiet dobrego wina atakuje cię, zapewniając moc doznań. Duża powierzchnia winnej kałuży dodatkowo dobrze napowietrza wino tak jak w → Dekanterze.

Kieliszki do win białych uważam, zapewne niesłusznie, za mniej ważne, bo białe wino serwuje się przeważnie schłodzone i skupienie aromatów i tak jest przez to osłabione. Każdy natomiast powinien mieć przynajmniej dwuosobowy zestaw doskonałych kieliszków do szampana, co w zestawieniu z piciem win musujących choć trochę lepszych niż sowietskoje igristoje jest dobrym początkiem prawdziwego delektowania się bąbelkami.

Nie ma oczywiście nic złego w piciu wina ze szklanek, a tanie winko stołowe nawet warto pić z prostych naczyń, żeby nie wyglądać, jak gdyby się celebrowało mistyczną chwilę spożywania Sofii albo Kagora. Winu nie przybywa wartości od dobrego szkła, chodzi o to, żeby nie odebrać mu jego własnej, jeśli ją rzeczywiście ma.

W zestawie z pompkami do wina (produkuje je kilka firm) dostaje się od razu kilka korków, co daje możliwość otwarcia kilku butelek na raz i zrobienia degustacji

Korek próżniowy  pomaga zamknąć niedopitą butelkę wina i wypompować z niej powietrze, dzięki czemu w butelce pozostanie na dłużej wino zamiast octu. Może mieć dwojakie działanie: będziesz dzięki niemu pił mniej albo więcej. Jeśli, kiedy masz ochotę na wino, ale nie masz towarzysza do picia, rezygnujesz z otwarcia butelki (żeby się nie zmarnowało), dzięki takiemu korkowi będziesz mógł skusić się nawet na jeden kieliszek do obiadu. Jeśli zaś w analogicznej sytuacji decydujesz się na wypicie całej butelki, korek sprawi, że nieco łatwiej będzie powiedzieć „stop”. Z moich obserwacji wynika jednak, że w tym drugim przypadku jego skuteczność znacznie spada.

Korkociąg. Jeszcze parę lat temu kręciły mnie (gra słów niezamierzona) korkociągi gadżeciarskie – nawet na prąd. Ale ponieważ sezonuję się zamiast starzeć, dojrzałem do dobrego „barmańskiego” korkociągu działającego na zasadzie dźwigni, który z francuskiego zwany jest trybuszonem, a powinien – trybuszonem dwustopniowym. Słowo to zupełnie słusznie kojarzy się ze średniowieczną machiną oblężniczą i nawet ma podobną funkcję, jeśli wyobrazić sobie, że korek to odmiana fortyfikacji. „Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię” – wołał podobno Archimedes. Gdyby obiecał poruszyć korek w butelce wina, byłoby mu łatwiej – za punkt oparcia służy wtedy brzeg szyjki butelki. Korkociągi barmańskie nie mają tej młodzieńczej gadżeciarskości, ale fajne są naprawdę fajne. I analogowe, co dodaje im splendoru.

Książki, a nawet atlasy o winie są oczywiście mniej ważne, niż samo picie, ale poczytanie o szczepie, regionie czy rodzaju wina, które właśnie pijesz, może pomóc zidentyfikować, co ci się w nim podoba. Na dłuższą metę to się opłaca. Język mówienia o smaku nie jest językiem naturalnym i często nasza pamięć do zapachów przechowuje wyobrażenia, których nie jesteśmy w stanie bez treningu połączyć z pojęciami słownymi. Na szczęście większość tej  pracy inni zrobili za ciebie, skorzystaj więc z ich wiedzy, zamiast uważać to za obciach. Odwagi. Łyk wina. – Ach, no tak. Aromaty skóry i garbniki. Wpadłbyś na to sam z siebie?

Napinka, a właściwie jej brak. Sommelierzy rzeczywiście stworzyli wspólny język, którym rozmawiają o smaku wina, ale jeśli nie czujesz się na siłach, by przełożyć wrażenia podniebienia na ich słowną konceptualizację, daruj sobie. Trening czyni mistrza (→Nos), a nagrody spotykają cierpliwych. Pij, nie pierdol.

Najmodniejszy ostatnio notatnik na świecie ma także wersję do notowania win. Nie ma to jednak jak spontanicznie prowadzony dzienniczek bez rubryk do wypełnienia

Nos i pamięć. Przysłowie mówi, że kłamcy potrzebują dobrej pamięci, więc jeśli chcesz kłamać, że znasz się na winie, musisz pamiętać, co o nim mówiłeś rok temu. Jeśli zaś chcesz nauczyć się odnajdować w winnych smakach więcej prawdy, musisz pamiętać, co o poprzednich winach nie tyle mówiłeś, co myślałeś. Robienie notatek może wydawać się przesadą (mi ciągle się wydaje), ale krytycy wszystkiego – win, kin, obrazów czy zrazów – zawsze robią notatki. Smak znika z ust raczej prędzej niż później (choć o jakości wina świadczy m.in. to, jak długo się w nich utrzymuje), a, jak mówi inne przysłowie, scripta manent, czyli że notatki zostają. Oczywiście możesz zdać się na notatki, które ktoś wcześniej zrobił dla ciebie (→Książki), jednak dotyczą one nie twojego nosa, nie twoich ust, win i przeżyć.

Sommelier w restauracji naprawdę potrafi pomóc dobrać wino, przytemperuj go tylko, jeśli będzie dzielił włos na czworo. Jeśli chcesz iść z nim w zawody, możesz próbować się mądrzyć albo chociaż dorzucać swoje trzy grosze, ale bądź szczery przed samym sobą: czy potrafisz to robić bez ryzyka zbłaźnienia się? Jeśli nie, lepiej zamknąć dziób. Zbłaźnić się publicznie jest znacznie mniej honorowo niż choćby dostać w dziąsło na dzielnicy.

Towarzystwo potrzebne jest nie tylko dlatego, że pijacy piją samotnie, lecz także do tego, żeby ktoś skrytykował twoje proletariackie gusta do tanich kwaśnych win z południa Włoch albo lepkich owocowych pryt z Mołdawii. Najnowsze ustalenia francuskich naukowców mówią, że Kartezjusz nie miał wszystkich koniecznych danych, kiedy wysnuwał wniosek o bezinteresowności sądu smaku – tak naprawdę nasz gust kształtuje się pod wpływem tego, co o tych samych rzeczach sądzą inni, więc daj się im wypowiedzieć i nie daj się zagłuszyć.

To dizajnerskie wiaderko Alberta Fernandeza do schładzania utrzymuje niską tempteraturę jeszcze dłużej dzięki otoczce powietrza między przejrzystymi a stalowymi ściankami, a do tego zbiera rosę, która powstaje na ściankach zimnego naczynia

Wiaderko na lód do podtrzymywania chłodu ulubionych białych win w upalne dni podczas grillów i pikników (oraz na kiczowate nieco, ale i tak przyjemne, romantyczne wieczory z szampanem) dodaje i smaku, i lansu. Dodatkowo, przy zgoła innych okazjach, nie trzeba dzięki niemu ganiać ciągle z wódką do zamrażarki, więc inwestycja zwraca się podwójnie. Oprócz lodu wlej do wiaderka lodowatej wody dla poprawienia efektu. (Po edycji: jak zauważa życzliwy komentator Artek, wiaderko to zwane jest coolerem barmańskim. Niech was jednak nazwa nie zwiedzie, nie ma w nim nic barmańskiego i można go używać w dowolnych okolicznościach przyrody, z których szczególnie polecam pikniki w upalne dni).

Wważny aforyzm na koniec, którego autorem jest Julian Tuwim: „Kieliszek trzymamy wyłącznie za nóżkę. Najpierw nóżka, potem – do brzuszka”.

Makaron na szybko

Eleganckiemu mężczyźnie nie wypada jeść cały dzień kanapek tylko dlatego, że się spieszy albo nie umie zapalić gazu pod garnkiem

Znasz to uczucie: piątek kończy się powoli, jakby weekend miał nigdy nie nadejść, ale zanim sterana głowa zazna miękkiego dotyku poduszki by odespać trudy tygodnia, trzeba jeszcze na trening albo miłe party, zabawić się albo przynajmniej wypełnić pewne niecierpiące zwłoki obowiązki towarzyskie. Nie ma czasu zamawiać z dostawą, szukać stolika, czekać aż kuchnia w pobliskiej restauracji wyrobi się z zamówieniami dziesiątków takich, jak ty. Nie ma czasu wychodzić do spożywczaka po brakujące składniki, trzeba działać szybko i zdecydowanie, opierając się na tym, co zamrożone, na tym, co zapeklowane w słoikach i na tym, co leżeć może w szafkach latami.

Właśnie temu służą szybkie przepisy na makaron w pięciu smakach. Do wykonania każdego z poniższych możesz się przygotować podczas zwyczajnych zakupów, dwa razy w miesiącu na przykład. Niektóre są dobrym pomysłem na zużycie rzeczy, które narażone byłyby na zepsucie. O ile wykażesz się zapobiegliwością przy zakupach, każdy przepis zajmuje tyle czasu, ile potrzeba na ugotowanie makaronu i zminimalizuje potrzebę zmywania.

Aby zademonstrować, jakie to proste, zacznę od listy zakupów dla czterech z pięciu poniższych przepisów. Piąty jest trochę inny i zasługuje na osobne traktowanie, ale i tak kwalifikuje się jako danie w pięć minut.

Potrzebujesz więc trzech kategorii rzeczy. Tego, co łatwo i dobrze zamrozić: krewetki i natka pietruszki. Dalej następują słoiki, w których produkty zakonserwowane są olejem albo inną zalewą: pesto, czarne oliwki i suszone pomidory w oleju słonecznikowym, a następnie rzeczy, które należy spożyć w przeciągu góra trzech pokoleń od zakupu: makaron, płatki chilli, oliwa, sól, pieprz (do młynka, NIGDY nie kupuj gotowego mielonego pieprzu). Na końcu coś, co udaje świeże i kiedyś w końcu się zepsuje, ale do tego czasu minie dobre kilka tygodni. Wszystkie są na C: czosnek, cytryna, cukinia. No i parmezan. Uwaga! Parmezan nie jest na C.

Na dowód tego, jak bardzo ad hoc powstają tego typu dania, zdjęcia przedstawiają inny makaron, niż zalecam w tekście, za to taki, który akurat był pod ręką. Zdjęcia zresztą do najpiękniejszych nie należą, ale słowo harcerza, że przynajmniej zjadłem to, co na nich pokazuję, bez ściemy. Żarcie ze studia fotograficznego często ląduje w śmietniku, czasami wręcz dlatego, że wchodzą w jego skład rzeczy niejadalne. A to wszystko jest jadalne w stu procentach. Zatem do dzieła!

Spaghetti aglio, olio e peperoncino to przykład potrawy, na którą przepis zawarty jest w nazwie (inne przykłady takich potraw to „małże” i „bułka z masłem”). Aglio to czosnek, olio – oliwa, a peperoncino – ostra papryczka. To jedna z moich ulubionych potraw – jest prosta, genialna i każdemu wychodzi inaczej. Dużo zależy w niej od jakości makaronu – ideałem jest ręcznie robiony, ale taki niestety nie spełnia kryteriów gotowania w kwadrans.

Kiedy makaron już się dogotowuje w garnku, na dużą patelnię wylej świeżej oliwy z oliwek i wrzuć na nią grubo pokrojony czosnek. Cały lans polega na tym, żeby kilka ząbków było pokrojonych nierówno, od dużych, do małych, bo to one odpowiedzialne są za prezencję i fakturę potrawy. Na to dorzucasz płatki chilli, dostępne w supermarketach już jako płatki lub pozyskane z – o dziwo – ususzonej papryczki chili. Możesz zresztą dodać świeżej papryczki, o ile ją masz. Kiedy najmniejsze kawałki czosnku jeszcze się nie rumienią, a duże są już lekko zeszklone, wrzucasz na patelnię odcedzony makaron i chwilę mieszasz na ogniu, po czym wyrzucasz na talerz i posypujesz startym parmezanem i/lub natką pietruszki. Cały wysiłek i cała maestria kulinarna polegają tu na posiekaniu czosnku. Dasz radę, co?

Penne ze (świeżym) pesto. Makaron z pesto był moim pierwszym prostym i szybkim piątkowym przepisem. Na tych wszystkich słoiczkach piszą, że pesto należy zjeść w tydzień albo coś po otwarciu – nie wiem dokladnie, bo w ogóle przestałem te pierdoły czytać. Póki nie robi się mechate – jest dobre, o ile oczywiście to dobre pesto, którego składnikiem jest oliwa o właściwościach konserwujących. Czytaj skład podany na etykiecie i pamiętaj, że jeśli w składzie są np. ziemniaki albo coś innego, co nie brzmi jak składnik pesto, warto zachować dystans.

Makaron z pesto jest chyba łatwiejszy od aglio, olio…, bo wymaga tylko dorzucenia dwóch łyżeczek przyprawy do ugotowanego i niedokładnie odcedzonego makaronu. Aby sobie to nieco utrudnić i urozmaicić, wrzucasz zamierzoną ilosć pesto do miseczki (przyjmij 2-3 łyżeczki na porcję) i rozprowadzasz świeżą oliwą, żeby było nieco rzadsze. Do środka dodajesz posiekane grubiej lub cieniej – według uznania – czarne oliwki i suszone pomidorki – każdy pokrojony na 2-4 części. Sól i pieprz, a jeśli nie zamierzasz się całować – także czosnek. Nie cedź makaronu dokładnie, niech trochę wody po gotowaniu zostanie w środku rurek. Wrzuć go z powrotem do garnka i wymieszaj z przygotowanym sosem. Podawaj ze startym parmezanem.

Wariantem jest świeże pesto, które powstaje przez połączenie (w moździerzu albo mikserze) świeżej bazylii, orzeszków pinii, oliwy, czosnku i parmezanu. Z solą i pieprzem, oczywiście. W sezonie da się hodować bazylię na parapecie, balkonie albo w ogródku, a potem upchać do słoiczków i zapasteryzować na zimę.

Fussili z cukinią i chilli kwalifikuje się jako piątkowy obiad na szybko dzięki długowieczności cukinii, która potrafi leżeć i leżeć niezrażona, aż ktoś się nad nią zlituje. 3-5-milimetrowe plasterki cukinii zeszklij na mieszance oliwy i masła – warzywo powinno je wypić, żeby nabrać pysznego maślanego smaku i skąpać się w oliwie. Do rzeczy, które cukinia lubi, należą: płatki chilli, cytryna i białe wino – poczęstuj ją nimi, a odwdzięczy się świetnym smakiem. Jak zwykle, pod koniec smażenia, dodaj ugotowany i odcedzony makaron i mieszaj jeszcze chwilę na małym ogniu. W przeciwieństwie do poprzednich, ta potrawa dobra jest także bez makaronu, jako przekąska.

Tagiatelle z krewetkami, których niezwykłą zaletą jest że bardzo łatwo się rozmrażają. O ile mięso w gorącej kąpieli robi się ogólnie mało sexy, to krewetki świetnie znoszą szybkie płukanie na sitku w gorącej wodzie. A jeszcze lepiej się czują, jeśli trafią po tym na rozgrzane masło. A jeszcze lepiej, jeśli prócz masła na patelni jest także zredukowane białe wino. Dobrze im też poleżeć wcześniej parę chwil z roztartym lub posiekanym czosnkiem i sokiem z cytryny, ale jeśli nie masz tyle cierpliwości, wrzuć czosnek i wciśnij sok dopiero na patelnię. Do krewetek i czosnku dodaj płatki chilli, a pod koniec podsmażania, także natkę pietruszki. Jeśli chcesz ją zastąpić np. rukolą, powstrzymaj się i zrób to po wymieszaniu sosu z makaronem i przerzuceniu na talerz. Wariantem potrawy jest wersja z serem pleśniowym typu blue – to w zasadzie dwa różne dania, jeśli chodzi o tzw. user experience. Tak czy inaczej – gotowe. Jeśli poczęstowałeś krewetki odrobiną wina, teraz jest czas żeby wypić resztę z butelki, zanim zrobi się ocet.

W żadnym z tych przepisów nie bój się przesadzić z oliwą. Nie jest ona smarem do smażenia, tylko podstawą sosów, więc kup dobrą i używaj szczodrze.

Szybka carbonara Jaimie’ego ma w zestawie taką oto ciekawostkę, że równie dobrze sprawdza się jako makaron z łososiem. Jest stosunkowo najbardziej skomplikowana ze wszystkich tych przepisów, ale łosoś w paczce poleży, a krojony boczek w zamrażalniku tym bardziej, więc jak najbardziej się tu kwalifikuje. Cała sztuczka, którą sprzedaje Jamie Olivier, polega na wrzuceniu mrożonego groszku do garnka z makaronem pod sam koniec gotowania. Groszek wtedy rozmrozi się, ale na tym koniec – będzie słodki i chrupiący. Mi wyszło za pierwszym razem, więc nie jest to jakaś wyższa szkoła jazdy. Po odcedzeniu makaronu z groszkiem wrzucasz go z powrotem do garnka i – póki gorący – zalewasz sosem: śmietana kremówka (rzadka, 30% tłuszczu) z rozbełtanym żółtkiem, solą i pieprzem. Na to podsmażony osobno boczek albo łosoś. Określiłem ten przepis jako „stosunkowo najbardziej skomplikowany” ze względu na konieczość podsmażenia osobno boczku, ale nie warto się tym zrażać.

Torfowa whisky: kochaj ją lub znienawidź. Ale raczej kochaj

Love it or hate it – powiedział Tomek, wyjmując flaszkę szkockiej silnie torfowej whisky. Każdy mężczyzna powinien rozwiązać tę alternatywę.

Czytaj dalej

Tytoń, wrzosiec, cedr…

Można nie lubić dymu, a i tak być fanem palenia, bo daje ono pole do popisu dla prawdziwych gadżeciarzy

[simple_series title=”Zadymiony tydzień”]

Jeśli dzięki mojej skromnej acz kancerogennej działalności blogerskiej nabrałeś ochoty na ambitnego dymka, od chwili przyjemności dzieli cię tylko jedno trudne zadanie: zakupy. Nie ma się czego bać, ważne, by trafić do profesjonalnej trafiki, ale to coraz mniejszy problem, zwłaszcza, że nawet humidorów przybywa w centrach handlowych i hipermarketach.

Dizajnerska fajka to być może jedyny sposób na ucieczkę od imydżu emeryta, ale ceny takowych (i, czasem, obecność udziwnień) każą dwa razy przemyśleć taki zakup

Największym wyzwaniem w kupowaniu fajki jest – o dziwo – fajka. Współcześnie robi się je z korzenia wrzośca, drzewa gruszy, pianki morskiej albo gliny, przy czym zdecydowana większość produkcji przypada na te pierwsze. Pytaj o modele z wrzośca z filtrem węglowym, który trochę pomoże nawet niedoświadczonemu palaczowi utrzymać niską temperaturę dymu. Potraktuj to jak kupowanie butów i zacznij od ładnego i klasycznego modelu, bez udziwnień, z którymi później nie będziesz wiedział, co zrobić (np. niewielki cybuch i bardzo wydłużony ustnik, model niezwykle ciekawy, jest świetny do smakowania chłodnego dymu i komponowania mieszanek, ale wymaga sporej wprawy).

Zwłaszcza, że nic nie uratuje cię od prostej prawdy, że fajka przystoi dopiero w pewnym wieku, i o ile z piękną szpakowacizną albo srebrnymi włosami masz szansę wyglądać jak Tolkien, Hunter Thompson, Sherlock Holmes albo Einstein, to jeśli fizjonomią przypominasz raczej cherubinka, wyślesz prawdopodobnie tylko komunikat, kim chciałbyś być, jeśli dorośniesz.

Jeśli zdecydujesz się chodzić z fajką, oto kolejny metal, który zacznie obciążać twoje kieszenie

Na początek do fajki powinieneś jeszcze dokupić niezbędnik, który eleganckie towarzystwo fajczarskie nazywa ginekologiem (sic!). Tanie są naprawdę tanie, więc dorzuć jeszcze wycior (fajkę należy wyczyścić po każdym paleniu) i zapałki. Aha, może jeszcze tytoń. Wiele z nich jest aromatyzowanych (oczywiście nie tak, jak marmolada do sziszy) i o ile mi wiadomo nie obowiązuje w środowisku żadna forma piętnowania osób, które wolą właśnie taki.

Są specjalne popielnice do fajek. Mają przeważnie korkową podstawkę, o którą można postukać cybuchem, by go opróżnić (czynność uważana przez niektórych za wandalizm) oraz wgłębienia do ustawienia fajki w naturalnej pozycji. Fajka (znowu!) jest jak buty, musi odpocząć po użyciu, a skierowanie wylotu ku górze pozwoli odprowadzić ciepło i wilgoć.

Tak naprawdę tytoniu nie powinno się zapalać benzynowymi zapalniczkami ze względu na sztachanie się oparami (chociaż firma Zippo robi nawet specjalny model do fajki), więc jeśli już musisz inwestować w palarnianą biżuterię, szukaj zapalniczek gazowych. Nazwy firm, które zawsze przewijają się w tym kontekście, to Dunhill, Cartier i Dupont.

So. Fucking. Classy. Gardzę swoją dziesięć lat młodszą, dżinsową wersją, która uznawała Zippo za najpoważniejszą markę zapalniczek. Fot. Dunhill

Zapalniczki przydają się również do cygar, z tym, że na tym stanowisku mają dodatkowe zastępstwo. Oprócz zapałek poleca się tu używać także cedrowych drzazg, których najmniej „eleganckim”, ale powszechnie spotykanym źródłem, jest opakowanie, w którym kupiliśmy cygaro (w blaszanej tytce tytoń owinięty jest w cienką warstewkę cedru). Oczywiście, sama taka drzazga ognia nie skrzesa, ale może pomóc wzbudzić uznanie znawców, a nieznawców może i też.

Gadżedziarstwo cygar zaczyna się dopiero, kiedy dostaniemy się do kręgu zapalonych miłośników. Każdy z nich musi mieć w domu humidor, bo bez niego nie sposób z głową zgromadzić jakiegokolwiek zapasu do palenia (niektórzy twierdzą, że zamrażarka albo wilgotna gąbka w torebce foliowej jest dobrym substytutem). Na pudełko utrzymujące wilgotność możesz wydać kwoty od umiarkowanej do niewyobrażalnej, ale pośrodku tej skali znajdują się humidory z cedru (a nie jedynie nim wyłożone). Wysoka pozycja tego aromatycznego drewna w kulturze tytoniu sprawia, że naprawdę zastanawiam się, czy nie jest ona tożsama z kulturą drogich butów, które powinny używać cedrowych prawideł.

Popielnica jest w wypadku cygar bardzo ważna. Cygaro może dzięki niej odsapnąć i nie przegrzać się zbytnio, a palacz – wrócić do niego, kiedy znów nabierze ochoty.

Takie humidory serwuje swoim fanom Bentley, za 3600 funtów. I, umówmy się, nie jest to coś, co zamieniłbym za ajpoda

Niektórzy akceptują odgryzanie końcówki cygara, znane z amerykańskich kreskówek, ale wygląda ono raczej źle, zwłaszcza jeśli masz niedoskonały zgryz. Gilotynka jest równie potrzebna, jak niezbędnik fajczarzowi, a najtańsza potrafi być prawie tak samo tania. W zależności od przyjętego rozwiązania możesz odciąć końcówkę cygara gilotynką bądź nożycami albo wykroić w jego środku dziurkę. Dobrym pomysłem wydaje się nie robić na początku zbyt dużej – cygaro o niemałej średnicy to dużo dymu. Odetnij jednak śmiało, żeby nie wyglądało jakbyś zeskrobał tylko wierzchnie liście cygara, bo palenie będzie utrudnione.

Oswojenie  się z tym wszystkim to powolny proces, wymaga wprawy, czasem lektury albo odważnego zapytania miłej pani w trafice (w „Fajce” na Kruczej w Warszawie wiedzą one naprawdę dużo). Pamiętaj o zasadzie, że im ktoś bardziej przemądrzały, na tym większy dystans zasługują jego rady i drugiej – że zasady – np. te o przepalaniu fajki czy zapalaniu cygara – są tylko po to, by uprzyjemnić palenie, i tylko w takim wymiarze warto jest stosować. A gadżety… podobno można żyć bez nich i nawet radzić sobie jakoś, zastępując je substytutami. Ale, tak serio, czy to ma sens? W końcu gadżety to nie wszystko, ale wszystko bez gadżetów to… szkoda gadać.