Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
Kuchnia i bar - Strona 2 z 5 - Smak Nabyty
Browse Category

Kuchnia i bar - Page 2

Jak zrobić Zimnego Drania

Cold brew to mocna, łagodna w smaku i doskonała kawa na zimno. Warto jej spróbować, choć przygotowanie zajmuje chwilę

Mam za sobą nieprzespaną noc (OK, tak naprawdę jest wpół do piątej i tej nocy nie mam jeszcze za sobą), więc pozwólcie, że podzielę się z wami przepisem na zimnego drania. To podobno jedna z najmocniejszych kaw, jakie istnieją, a przy okazji i najwspanialszych.

Kiedy S. po raz pierwszy poczęstował mnie tą odmianą zimnej kawy, kilka razy określał ją jakiś dziwnym angielskim imieniem, które nieodmiennie rozumiałem jako cold brute. – Zimny drań – pomyślałem. – Całkiem niezła nazwa dla mocnej i zimnej kawy. Jednak kiedy po raz pierwszy postanowiłem zrobić ją w domu, sprawdzając wcześniej, czy nie zapomniałem o jakimś ważnym elemencie procesu, nie mogłem trafić w Google’u na żaden ślad kawy o tej nazwie. Długo zajęło mi wymyślenie rozwiązania (czasem trudniej się główkuje przed pierwszą kawą): może po prostu wyguglam cold brewed… wait, what!?

Tak. Ta kawa tak naprawdę nazywa się po prostu cold brew coffee, czyli parzona na zimno. Oczywiście zarówno angielskie brew, jak i polskie parzyć czy warzyć są tu kompletnie nie na miejscu, o czym przekonasz się poniżej. Ziarna kawy są w niej bowiem najwyżej namaczane, wypłukiwane czy macerowane, ale z parzeniem ma to tyle wspólnego, co montypythonowska mięciutka poduszka z prawdziwymi torturami hiszpańskiej Inkwizycji.

Moja halucynogenetyczna nazwa cold brute, czyli zimny drań, pasuje tu o niebo w gębie lepiej, więc kiedy ten rodzaj kawy będzie pod tą nazwą popularny w Polsce, pamiętajcie tylko, że jego błyskotliwy tytuł zawdzięczacie niżej podpisanemu.

Jest lepszy, bo brzmi świetnie jak tytuł piosenki Nicka Cave’a, a do tego w sensie technicznym jest bardziej adekwatny. Zimny drań jest draniem w swojej krzepkości i zimny zarówno w kontaktach osobistych, jak i przez to, że pochodzi z zimnego chowu. Cold brew to nic innego, jak kawa robiona na zimnej wodzie. Zimnej, letniej, ciepławej, w każdym razie nie gorącej ani nie wrzącej. A robisz ją tak:

Mielisz kawę na średnio w porywach do grubo. Czy mówiłem już, że młynek jest podstawą każdego baristowania? Ja ustawiam go na 8 albo 9 w 10-stopniowej skali. Kawa będzie moczyć się długo, ale ekstrakcja smaków i aromatów na zimno to duże wyzwanie. Luźne zmielenie zagwarantuje, że wszystkie one równo się wypłuczą.

Wsypujesz do dzbanka dużo kawy. Czasem mówią o porcji dwa razy więcej niż potrzebna na odpowiednią ilość gorącej kawy. Moja ostatnia, całkiem udana porcja składała się ze 100 g kawy i do pełna wody w litrowym dzbanku. Kuchnia to nie apteka, ale specjalnie dla was zważyłem.

Jak wyżej: zalewasz kawę zimną wodą. Używam zwykłej mineralnej z butelki (oczywiście niegazowanej, jeśli naprawdę potrzebujesz pytać). Mieszasz. Fusy będą pływać jak kilkucentymetrowa warstwa brudnego, kawowego szlamu. Ogólnie fujki.

„Parzysz”: na blacie w kuchni, pod przykryciem z alufolii, osiem, dziesięć, może dwanaście godzin. Przygotowujesz na noc, pijesz na dzień. Nie pomyl.

Filtrujesz. Dobrym pomysłem jest papierowy filtr do kawy z ekspresu przelewowego, dripa, chemexu. Trochę gorszym pomysłem jest filtrowanie przez lejek wyściełany ręcznikiem papierowym. Najczystszy i najwygodniejszy musi być french press: zalewasz i odstawiasz fusy, a po ustalonym czasie dociskasz fusy praską do dna i zlewasz z góry czystą kawę. Problem: mała pojemność.

Po odfiltrowaniu fusów chłodzisz i przechowujesz w lodówce. Kolego, to jest poważna sprawa. Jeśli wypijesz trzy czwarte litra tej kawy na raz (a tyle wychodzi z moich proporcji), serduszko będzie ci pukać w rytmie Panzerlied. Na szczęście kupiłem kiedyś na aukcji za grosze kilka seksownych litrowych butelek ze sprężynowym korkiem. Są idealne na podpiwek, kwas chlebowy, domową lemoniadę i inne cuda. Oraz na cold brew.

Pijesz. Z lodem, w gorący czerwcowy poranek na rozbudzenie. Serwujesz wieczorem, z kulką lodów waniliowych, na deser dla dziewczyny po romantycznej kolacji. Jeśli tylko masz jakiś pomysł, jak zagospodarować pokłady jej energii przez następne kilka godzin.

Butelka cold brew
Butelka – kilka złotych. Mieć pod ręką takie cudo – bezcenne

Absynt: naucz się łączyć narkotyki z alkoholem

Absynt. Wieczór w jego towarzystwie to dawka mocnych wrażeń: dużo alkoholu, substancje psychoaktywne i mit paryskiej bohemy, by wymienić tylko kilka z nich.

Czytaj dalej

Koktajl przemyśleń o kelnerach i barmanach

Gorzki smak na języku pobudza do gorzkich refleksji o otaczającym świecie

– Pierwszy raz w naszym barze? – zapytała kelnerka.

– Nie, a pani? – odparłem rozbawiony, choć bez cienia pretensji. Nikt nie ma obowiązku mnie znać w barze, tym ani w żadnym innym miejscu z wyszynkiem.  Nie jestem meblem w żadnym lokalu, a od czasu lektury Raz w roku w Skiroławkach Nienackiego wiem też, że w domu jest najsmaczniej i najtaniej.

Tym niemniej obie strony miały podstawy do podejrzeń. O podstawach do podejrzenia jej powiem więcej za chwilę, co do nas zaś – po prostu nie wyglądaliśmy jak mebel z tego baru.

Zamówiliśmy old fashioned. Przygotowywała nam go osobiście, niezdarnie mieszając składniki (łyżeczka cukru skropiona bitterem Angostura, bourbon albo żytnia whisky, woda dla dopełnienia) w szklanicy barmańskiej. Złożony i gorzki smak koktajlu pasował do natury naszej konwersacji.

Obok niej bardziej doświadczony barman sprawną ręką mieszał w drugim dzbanku alkohol na koktajl dla klientów, którzy mieli jeśli chodzi o obsługę nieco więcej szczęścia niż my. Za barem był jeszcze trzeci chłopak i każdy z przedstawicieli „ekipy” wyglądał na niewiele więcej niż dwadzieścia lat.

Parę tygodni temu menedżer jednego z warszawskich barów podzielił się na fejsbuku broszurą o najlepszych barach świata 2012 roku. Na żadnym ze zdjęć w tym artystycznie przygotowanym folderze nie znalazłem nikogo tak młodego, a tym bardziej nikogo, kto by swoim wyglądem (a częściowo też zachowaniem) nie próbował tak młodo wyglądać. Nawet w najlepszych barach Warszawy czuję się obsługiwany przez ludzi, którzy mają nadzieję jak najszybciej zerwać ze swoim studenckim zawodem, kiedy tylko dostaną prawdziwą pracę. Kelner, barman – to sposoby na przedłużenie młodości, a nie na pracę, z której można być dumnym. Z tego się wyrasta.

W drugiej kolejce dałem się namówić na manhattan, chociaż nie jest to mój ulubiony koktajl na bazie whisky. Słodka ziołowa inwazja czerwonego wermutu zakłóca gorzką elegancję tego, co bez niego byłoby zwykłym old fashioned.

Wybity z rytmu porzuciłem trudne problemy naszej konwersacji i skupiłem się na błahych. Przypomniałem sobie etos kelnerów w Pradze (Obsługiwałem angielskiego króla), Wiedniu, Budapeszcie. No dobra, w Budapeszcie jeszcze nie byłem, ale to tylko dowód, że ktoś, kto mi to opowiadał, podziela moje doświadczenia. Doświadczenie spotkań ze szpakowatymi panami w knajpkach, którzy przyjmując zamówienie, reprezentują sobą profesjonalne uniżenie, którego nie jesteś w stanie obrócić w zniewagę.

W świecie, w którym zawód kelnera czy barmana to nie jest stadium życia, tylko powołanie, jak każdy inny zawód. To zadziwiające, ale spotykałem tego typu ludzi znacznie częściej, niż wynikałoby to z charakterystyki tak zwanych dzisiejszych czasów. Ale w Polsce? Nigdy.

Kilka miesięcy temu razem z Tomkiem Milerem znaleźliśmy się na imprezie Pernod Ricard (właściciela m.in. marki Wyborowa) skierowanej specjalnie do barmanów. Śmietanka miksologów z Polski zjechała tam na spotkanie ze sławą sprowadzoną z zagranicy. Królowały… hiphopowe stroje, każdy wyglądał jak połączenie hipstera z raperem. Jak w tym kawale: – Tato, czy mogę być rockmanem jak dorosnę? – Nie, synku, musisz wybierać. Jedno albo drugie.

Na drugim biegunie myśli uplasowała się opowieść S., który w Budapeszcie właśnie spotkał jednego z TYCH kelnerów. „I kiedy wybrałem wino do jedzenia – opowiadał – kelner odpowiedział Of course, sir takim tonem, jakby było to jedyne właściwe wino, które można zamówić do tego dania. Jakby czekał tylko na tę odpowiedź, by się upewnić, że jestem godny bycia przezeń obsługiwanym”. S. ma niewątliwy dar fabularyzowania, nie tylko własnych przeżyć. Odwzajemniłem mu się opowieścią o kelnerze z wiedeńskiego Figlmüllera, który obsługiwał nasz stolik jakbyśmy byli z – wówczas jeszcze – narzeczoną, perłami wybranymi w słonym morzu japońskich turystów w tej zasłużenie słynącej sznyclami knajpce. Wspomnienie czterech kieliszków grüner Veltlinera pod jego czujnym na każdy mój gest okiem do tej pory potrafi zakręcić mi w głowie tak, że akapity stają się długie i patetyczne.

Dorosnąć do bycia barmanem. To zabawna rada w moich ustach, nowa zwrotka starej śpiewki w której absolwent etnologii przekonuje młodzież wahającą się z wyborem studiów, że za dużo mamy humanistów, a za mało inżynierów. Ale taki mój pieprzony los, że, choć się za bardzo nie staram, jestem w dzisiejszym świecie jednak nieco staromodny. Zresztą i tak żyjemy w samoobsługowych czasach.

Kelner i polityk na starej karykaturze politycznej