Browse Tag

kompletowanie garderoby

Kożuch. Zapomniany rodzaj płaszcza, dający ratunek w mrozy

Kożuch przychodzi z pomocą, kiedy trzeba coś wykombinować, żeby styl ubierania i siarczyste mrozy nie wykluczały się wzajemnie.

Czytaj dalej

Kangurka. Emocjonujący ciuch na lato leśnych ludzi

Niepozorna kangurka przypomniała mi, że kurator, który wymyślił tytuł wystawy Rzeczy budzą uczucia, nie wiedział nawet jak blisko był prawdy

Czytaj dalej

Rażący problem

Okulary – w tym przeciwsłoneczne – to jedna z niewielu możliwości wpływania dodatkiem na charakter twarzy, a nie tylko jej odzieżowego otoczenia

Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić,/ lecz zacząć muszę nie od konkretów, a od przeprosin – pisał mistrz Młynarski w czasach, kiedy zajmowanie się polityką przynosiło mu chwałę, a nie żenadę. Też zaczynam dziś od przeprosin za ponadtygodniowe milczenie, zapewniam jednak, że kierowało mną jak zawsze Wasze dobro, drodzy Czytelnicy. Odpowiedzialność za słowa kazała mi jeszcze raz sprawdzić, czy trzymają się kupy wszystkie rady, jakich udzielam w sprawach takich jak rodzinne spędzanie świąt, wyjścia z kolegami i ich nieuchronne następstwa. Teraz, kiedy już wiem, że tak, i nawet jajecznica z krewetkami dała się przełknąć, mam pewność, że jestem na kursie i na ścieżce. Tylko słoneczko dalej razi.

Nie w każdym zawodzie ważne jest, czy w twoich okularach efektownie odbijają się płonące stodoły. Szeryf Cooley w "Bracie, gdzie jesteś"

Nie sposób przecenić okulary przeciwsłoneczne, nie tylko w dniach kaca. Mają one wielką moc, zwłaszcza dla osób, które na co dzień nie noszą szkieł korekcyjnych, bo chyba każde okulary dodają twarzy charakteru. Są zupełnie niekontrowersyjnym akcesorium (w przeciwieństwie do spinek do krawata, szelek czy podwiązek), bo latem nosi je większość ludzi. Jednocześnie – patrz punkt pierwszy, dodają twarzy charakteru. Czary.

Czy wspominałem, że chronią przed słońcem? I że nosząc je w bardzo optymistyczny letni dzień nie musisz mrużyć oczu, co prowadzi do wyglądu dziwoląga ze Star Treka? I że, jeśli ich szkła są odpowiednio ciemne, możesz zachować komfort, gapiąc się na wybrane elementy anatomiczne przechodniów płci przeciwnej, którzy – tak się cudownym przypadkiem składa – akurat w najbardziej słoneczne dni najmocniej te elementy eksponują? Żyć nie umierać – dobrze dobrane okulary przeciwsłoneczne to zegarek, kabriolet i modżajto w jednym.

Największy zestaw czadowych PS-ów - guglać "Ray Charles"

Wybierając peesy (za gówniarza mówiłem tak na okulary przeciwsłoneczne, na wzór słowa pegaz na maskę przeciwgazową i pepoż na sami wiecie co), zwróć uwagę w pierwszej kolejności na szkła. Pamiętaj – źle dobrane ubranie prowadzi do katastrofy stylistycznej, ale złe szkła zagrażają czemuś znacznie ważniejszemu – dobremu wzrokowi, który – choćby z jednego przywołanego wyżej powodu – jest w życiu bardzo przydatny i warto o niego dbać. Popsuje się zresztą i tak, więc po co mu to ułatwiać.

Dlatego stawiaj na szkło w miarę neutralnie szare. Wiele markowych okularów ma specyficzny zafarb, który idzie w kierunku zieleni albo brązu. Warto zwrócić na nie uwagę. Każdy filtr optyczny ma tę cechę, że wpuszcza więcej światła w kolorze, w którym jest i mniej tego, który go dopełnia. W tłumaczeniu na polski: w intensywnie fioletowych okularach to, co jest żółte, będzie bardziej intensywne, a w zielonych trawka będzie jaśniejsza. To naprawdę działa, a producenci dobrych okularów na mają opracowane właściwe kolory. Z lubością wspominam jedne z moich awiatorów, które miały tak cudownie purpurowy ton, że miałem ochotę lizać przejeżdżające czerwono-żółte autobusy. Pamiętaj, że barwy otoczenia wpływają na twój nastrój i jeśli dziewczęta wydają ci się bardziej opalone, a lody bardziej truskawkowe, to krótka droga do bycia weselszym ergo fajniejszym ergo bardziej atrakcyjnym. Cudze opalone ramiona, twój lans – żyć nie umierać.

Nietrudno wyglądać dobrze nawet w takiej stylizacji, jeśli za przeciwnika ma się Keanu Reevesa

Dlatego na świat warto patrzeć przez szmaragdowe albo purpurowe okulary, ale nigdy przez różowe. Ani niebieskie, skoro już przy tym jesteśmy. Jeśli założysz okulary w kolorze prawdziwego błękitu, niebo wyda ci się jaśniejsze, a to, co na ziemi – odpowiednio bardziej ciemne. Aby lepiej widzieć (nie obserwujesz przecież nieba, ale domy, ulice, ludzi) źrenice rozszerzą ci się, a wtedy z (rozjaśnionego!) nieba zbombardują ci siatkówkę promienie UV, którym niebieski filtr wyjątkowo sprzyja. Apektów stylistycznych noszenia okuarów w tym kolorze nie zaszczycę nawet komentarzem. Ten numer uchodzi na sucho tylko Garym Oldmanom, a jest dokładnie jednosobowa grupa ludzi na świecie, którzy potrafią być Garym Oldmanem. Wliczając w to Oldmana, oczywiście.

Zresztą uznani producenci okularów nie robią nic tak katastrofalnego. Większość za to ma w ofercie szkła z polaryzacją, które są droższe, ale gdyby ktoś się zastanawiał nad sensem dopłacania, podpowiem: lepiej dopłacić za to, niż za logo na oprawce albo fikuśny futerał. Polaryzacja działa tak, jak ma działać, tzn. likwiduje refleksy światła od niemetalicznych powierzchni, co jest zbawiene np. za kierownicą, kiedy w szybie nie odbija się kwit parkingowy, którego nie chciało ci się zabierać z deski rozdzielczej. Jeśli masz nawyk jeżdżenia w polaryzowanych okularach, o kwitku przypomnisz sobie późną jesienią. Podobnie jak o tym, że możesz korzystać normalnie z komórki – wyświetlacze ciekłokrystaliczne też korzystają z efektu polaryzacji, więc jeśli twoje szkła naprawdę mają tę cechę, pod pewnym kątem ekran twojego telefonu powinien ci się wydawać naprawdę czarny. Jeśli nie znajdziesz takiej pozycji, to znaczy, że sprzedawca okularów próbuje cię naciągnąć. Zauważyłem jednak, że nowsza elektronika, jeśli nie trzymać je jakoś dziwnie, wyświetla wszystko poprawnie. Zazwyczaj.

Zawsze z rezerwą podchodziłem do okularów z odzieżowych sieciówek, a to właśnie ze względu na jakość plastiku, który odruchowo nazywa się szkłem. Szkło optyczne, niech będzie nawet nieszklane, musi jednak spełniać pewne standardy, kosztować pieniądze i nie pochodzić z byle fabryczki w Chinach. Na drugim biegunie są oczywiście bardzo markowe okularki, zwłaszcza wiecie-których-dwóch marek. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak wyjątkowo finezyjna reklama, ale z dwojga złego wolę przepłacić, chociaż wkurzają mnie nachalne logo i sprzedawanie produktu narracją, kto to naszych okularów nie nosił, i lotnicy Dywizjonu 303, i wielcy aktorzy złotego wieku Hollywood. Lepiej mieć przez cały sezon jedną parę, ale precyzyjnie ją wybrać. W końcu może się wtopić w twoją osobowość, prawda?

Wayfarery. Źle z nimi, bez nich jeszcze gorzej

Nie wtopi się jednak raczej, jeśli będzie to klasyczny wayfarer, choć, przyznaję, te „oryginalne” są porządnie wykonane i mają właściwe proporcje. Wayfarery noszą wszyscy ludzie myślący o swoim wyglądzie i chyba łatwiej uchodzić za oryginała nawet w awiatorach, choć pasują raczej do skórzanej kurtki, niż garnituru. Wszelkie inne formy podłużnych okularów w cienkich ramkach albo tych sportowych to domena ludzi, którzy o stylu w ogóle nie myślą albo myślą, ale coś dziwnego. Chętnie zobaczę zdjęcia, które obalą tę teorię.

Oczywiście to nie wypełnia bez reszty katalogu możliwości w dziedzinie okularów. Nie staram się jednak stworzyć przewodnika zakupowego, więc powiem tylko: wybieraj z rozwagą. Ale i z fantazją. Mimo (minionej już chyba, na szczęście) mody na hipsterskie wayfarery zerówki (za piętnaście zyli z allegro), grube oprawki dalej wyglądają niebanalnie w porównaniu ze zwykłymi cienkimi. Trynd na lata 50. każe zwrócić uwagę na clubmastery, czyli druciane z rogowymi czy szylkretowymi „brwiami”. Rzeczy dizajnerskie są dizajnerskie i grożą wizerunkiem sir Bono. Czyli złym. Niepolecanym wizerunkiem clowna grozi też noszenie okularów szerszych niż twarz. Nie prowadziłem na ten temat badań antropometrycznych, ale pi razy oko ta reguła wydaje się działać.

Warto też zwrócić uwagę, że dzięki mniejszemu kontrastowi między oprawką a ciemnym szkłem, masywne okulary w wersji przeciwsłonecznej nie będą się tak rzucały w oczy, jak te same w wersji korekcyjnej. Możesz to potraktować jako szansę na wejście w stylówę Dona Drapera albo Władysława Gomułki, jeśli do tej pory bałeś się odejść od imydżu stu najbogatszych Forbesa.

Myślę zresztą, że wybór okularów przeciwsłonecznych ma się nijak do kwalifikowania się na tę listę, aczkolwiek, niestety, tego akurat nie mówię z własnego doświadczenia.

Sztruksowa marynarka. Koszmarek czy uniwersalny ciuch

Sztruksowa marynarka przypomniała mi, że nigdy nie jest za późno na wycofanie się z błędnej decyzji – nie tylko zakupowej

Czytaj dalej

Jak kupować ubranie. Zadbaj o najważniejsze elementy

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja. Poniżej kilka dodatkowych podpowiedzi, jak kupować ubranie.

Czytaj dalej

Mądrości spod lodu

Prawdziwa elegancja wychodzi na jaw dopiero kilka stopni poniżej zera

Tak oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Od dawna mamy w Polsce dwie wiosny ( coś jakby przedwiośnie i przedlecie), dwie jesienie, w pięknej metaforyce określane złotą i szarą, a klimatolodzy jakoś nie zdecydowali się na zaznaczenie, że zimy też potrafimy mieć dwie. Przez ostatnie tygodnie prognozę na ulicach Sezamkowych w całym kraju sponsorowały syberyjskie wyże, z którymi przychodziło komfortowe ciśnienie i cudowne słońce na błękicie, ale mrozy demotywowały do życia ogólnie, a do wychodzenia z gorącej kąpieli w szczególności. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy za przysługi sąsiadów ze wschodu płacimy zbyt wysoką cenę. Na wątpliwe szczęście to już za nami, teraz nie mamy już słońca, błękitnego nieba, korzystnego biometu i mrozów, mamy za to zaspy, deficyt miejsc parkingowych, rynsztoki pełne szarej barei i w ogóle wszystko, co każe ciepło myśleć o największym Polskim wieszczu, Andrzeju Bursie i jego trafnych konkluzjach.

I tak już chyba na zawsze zostanie, że mimo moich najszczerszych starań i najwyższych ambicji, będzie to blog o ubraniach, bo, jak słusznie zauważyli lata temu copywriterzy jakiejś dżinsowej marki, w tym pięknym (z lotu ptaka) kraju wyzwanie to ubranie.

To chyba Pratchett kiedyś napisał, że Eskimosi mają 80 słów na określenie śniegu i żadne z tych słów nie nadaje się do przytoczenia. Dlatego skupię się na jasnej stronie mocy i napomknę o tym, co – przynajmniej mnie – trzyma przy życiu między styczniem a kwietniem. W okresie wielkich mrozów, kiedy już coś wypędzi mnie na dłuższą metę z domu, mam większą niż kiedykolwiek satysfakcję z bycia przyzwoicie ubranym. Przyzwoicie, to przede wszystkim do figury. Czuję się wtedy nie tylko atrakcyjniejszy (proszę przyjąć, że piszę to z dystansem i nutką autoironii) od średniej krajowej, która w okresie mrozów porzuca już nie tylko świadomość istnienia czegoś takiego jak elegancja, ale w ogóle porzuca łączność zmysłów ze światem, i zaczyna przypominać mniej wyluzowaną wersję Carollowskiego pana Gąsienicy. Czuję się też mądrzejszy.

Mądrzejszy, bo opanowałem prostą zasadę, że kiedy założę sweter na koszulę, a pod marynarkę, to wystarczy mi zwykły płaszcz albo kurtka z wizkozową podszewką, by mieć na sobie sześć warstw ubrania. Bawełna-wełna-wiskoza-flanela-wiskoza-wełna. Choćbyś obwiązał tiszerta i polar puchowymi poduszkami, nie osiągniesz lepszego efektu, a jeszcze będziesz mnie podziwiał, że nie wytrzymuję w takim cienkim ubraniu.

Mądrzejszy, bo nie jestem już w podstawówce i nie wstydzę się rajtek pod spodniami (dobrych, z merynosa, szukać należy w sklepach trekkingowych). Zwłaszcza, że o tym, że je noszę, wiedzą od teraz czytelnicy, a nie wie tego ulica (zadbaj o skarpetki co najmniej do pół łydki, żeby za łatwo się nie dowiedziała).

Mądrzejszy, bo Wiktor Suworow w książce Specnaz wyjaśnił mi, że w magazynowaniu ciepła przez dłuższy płaszcz, a nie przez osobne ogrzewanie nóg, tkwi sekret przekazywany przez mężczyzn od czasów neolitu.

Mądrzejszy może jeszcze tym, że noszenie butów na zmianę i dobra impregnacja (licówek – tłuszczem i woskiem, zamszaków – hydrofobami w spreju) oraz twój przyjaciel – desalter, czyli odsalacz – sprawiają, że naprawdę rzadko muszę się uciekać do butów trekkingowych (łączę je z dżinsami na zimowe spacery po lesie).

Wiele tych sekretów nie mam, ale na przyszły sezon planuję kilka nowych. Ponieważ, Mili Czytelnicy, jesteście klasą uprzywilejowaną względem tzw. ulicy, podzielę się z wami listą zakupów. Żadnego nie planuję już na ten sezon, naiwnie wierząc jak czterolatek, że dobry Pan Bozia wynagrodzi mi trudy i zimową deprechę gorącym latem o aromatach owoców z długim i dojrzałym finiszem i na wszystko to muszę być przygotowany. Tymczasem lista zakupów do zrealizowania do stycznia 2013.

Nieprawdą jest (a w każdym razie jest na mojej ulubionej Wikipedia List of Common Misconceptions), że przez pewne części ciała ucieka więcej ciepła, niż to wynika z matematyki. Ale przy 50-60 stopniach różnicy między tobą a otoczeniem, marznąć na kamień będzie wszystko, do czego dotrze powietrze. Trzeba więc nakryć głowę lepiej, niż kapeluszem albo kaszkietem. Dzisiejsi producenci czapek nie robią uszanek z prawdziwego futra, bo wymaga to osobnych maszyn do szycia i Bóg wie czego jeszcze. Dlatego szukać ich należy u kuśnierzy, których kilku powinno się dać znaleźć w każdym dużym mieście. U rzemieślników podział na sezony nie jest tak ewidentny, jak w sieciówkach, ale postaram się nie zostawić tego na kolejny syberyjski styczeń nad Warszawą.

W teorii getry nie powinny się zbytnio rzucać w oczy, a na pewno dadzą ciepło. Jak będzie w praktyce - może się przekonam

Radzenie sobie z suchym mrozem u stóp może się odbywać kilkoma metodami, z których najbardziej oczywiste są grube skarpety, a mniej – oldskulowe getry. Potrafią rozszerzyć asortyment butów, które nosisz bez ryzyka odpadnięcia kończyn, za cenę staroświeckiego wyglądu. W tej chwili myślę, że to reenactment, ale reenactment zrozumiały w kontekście pogody. Myślę, że kiedyś zaryzykuję, choć to na pewno nie jest dobre rozwiązanie na co dzień (por. efekt fulara).

Na pluchę za to jest chyba jedna odpowiedź: pokochać. Bodaj dwa lata temu byłem bliski rzucenia tym wszystkim i stwierdzenia, że skoro brytyjska rodzina królewska może chodzić w hunterach, to ja też mogę.  Dałem sobie jednak czas na przemyślenie i uznałem, że zero tweedowych garniturów w szafie to trochę za mało tweedowych garniturów w szafie, by nie wyglądać jak nastoletnia bloggerka-szafiarka, a jest to imydż, który mało mi konweniuje. Jest natomiast (jak już wspominałem) alternatywa, którą Amerykanie pakują w podróż do Europy: gumowe overshoes. Tanie na pewno są rozwiązaniem monumentalnie obciachowym, ale jeśli będą odpowiednio drogie – czytaj: nieczarne, w żywym, głębokim kolorze, ładnie wykończone, matowe i bez niepotrzebnych podlewek z formy, których nikomu się nie chciało usunąć – mają szansę łączyć przyjemne z pożytecznym. O ile da się je kupić w Polsce taniej niż samochód – biorę.

A skoro dobrnąłeś już tutaj – jeszcze jedna mała rada: im zimniej, ciemniej i błotniściej, tym większym sartorial heroism jest noszenie jasnych spodni. Oczywiście trzeba je prać po jednym założeniu, ale ta aryjska wściekłość, która ogarnia cię, kiedy ochlapie cię pierwszy samochód tuż po wyjściu z domu, ogrzewa lepiej niż kubek grzanego wina.

Słowniczek butofila

Znacznie ważniejsze od umiejętności nazwania konkretnych modeli butów jest wyczucie, co kiedy należy i po co jest

[simple_series title=”Tydzień obuwniczy”]

Zgodziliśmy się już, że sześćset par butów to przegięcie, a jedna czy dwie to zdecydowanie za mało. Żeby znaleźć złoty środek, warto pomyśleć chwilę, z jakich elementów składa się nasza wymarzona szafa. Łatwo spotkać klasyfikację ponadczasowych modeli butów; zawiera ją pewnie każda książka dla „współczesnych dżentelmenów”, jak np. Gentleman. Moda ponadczasowa – klasyczna pozycja niemieckiego autora Bernharda Roetzela. Nie wyczerpują one niestety tematu i ja też nie zamierzam, ale w końcu, podobno, strój jest kodem sygnałowym, należy więc rozumieć poszczególne sygnały, prawda?

Ten glosariusz nie nauczy cię mówić o butach jak znawca, ale może dać lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o pytania co, z czym i dlaczego.

Angielki (derby) – podział sznurowanych butów na derby i oxfordy powoduje wiele zamieszania, bo zawsze ktoś coś pomyli albo zapomni wytłumaczyć, co to jest przyszwa. A jest to ten kawałek skóry, na którym znajdują się dziurki do sznurówek, i która może być wszyta pod spód skóry formującej zasadniczą część buta, albo naszyta na wierzch. W slangu – odpowiednio – zamknięta i otwarta. Jeśli szew idzie po zewnętrznej, czyli w tym drugim przypadku, mówimy o angielkach. Takie naszycie przyszwy trochę zakłóca naturalną smukłość modelu, są trochę mniej slim, jakby bardziej codzienne czy robocze. Zapewne z tego powodu można powiedzieć, że są mniej formalne. Pewnie ujdą do garnituru do pracy, ale na uroczyste okazje raczej szukaj czego innego.

Wzór na nosku odbiera butowi formalność, a wzamian zostawia lans. Fot Rainer Ersfeld/CC-by-SA/Commons

Ażurowanie – możesz czasem (po prawdzie, to w dobrych sklepach dość często) spotkać wzory ułożone z dziurek w skórze. Dziurki zrobione są przeważnie w osobnym, naszytym kawałku skóry, który może być zakończony prosto (w poprzek stopy) lub w kształt wingtip, wycięty jakby w skrzydełka. Ten ostatni rodzaj buta, jeśli do tego ma zamkniętą przyszwę i ażurowane krawędzie poszczególnych elementów skóry, nazywany bywa full brogue i – w kolorze koniakowym – uważam go za ukoronowanie butofilskiego świata (dlatego jeszcze ich nie mam – „tych jedynych” szuka się latami). Wersja angielkowa, czyli z otwartą przyszwą, moim zdaniem ma poważnie zaburzoną harmonię, ale wiele firm produkuje takie buty z dumą. Ażur na butach odbierze formalność wszystkiemu, czego dotknie, więc raczej używaj ich do nadania swojemu casualowi wymiaru smart, niż do urozmaicania swojego biznesowego albo formalnego wizerunku. Klasyczne full brogue są słusznie uważane za genialny wybór do spodni z ciężkich tkanin, jak flanela.

Kalosze – w zgodnej opinii miriadów źródeł na internetach, to właściwa nazwa gumowych overshoes, czyli nakładek na (eleganckie) buty. Nie najpiękniejsze, za to nasze, panie, krajowe, recenzował niedawno na blogu Mr. Vintage. Noszenie gumy na butach może wydawać się idiotycznym pomysłem, ale spójrz na to z tej strony: mieszkamy w Polsce. Chlapa na ulicach nie jest tu niczym niecodziennym, a jeśli założysz na buty dobrą gumę, i tak będziesz miał na nogach coś jakościowo lepszego i ciekawszego, niż większość populacji. Obiecująco wyglądają kaloszki Tingleya, są też stosownie droższe od rodzimych. Których byś nie wybrał, pamiętaj, żeby zdjąć je zaraz za progiem dowolnego pomieszczenia, które nie jest autobusem.

Nazwa penny loafers wzięła się od noszenia monet za paskiem buta, ale po co? Fot. JM Weston

Loafers – jeśli od kwadransa patrzysz na wybraną parę butów i dalej nie możesz ustalić, czy mają zamkniętą, czy otwartą przyszwę, sprawdź najpierw, czy w ogóle są sznurowane. Jeśli nie są – to zapewne loafersy. Jeszcze pół roku temu na forum bespoke.pl obowiązywała na nie nazwa mokasyny, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mokasyn to nie tylko styl, ale i konstrukcja buta. Loafersy to po prostu wsuwy męskie. Wśród nich wyróżnia się np. penny loafers (pensowe) z paskiem skóry w poprzek stopy blisko łydki. W droższych modelach zdarza się, że pasek ten jest zrobiony ze skóry podeszwowej, co dodaje całości solidnego charakteru i dobrze kontrastuje ze smukłością buta. Inny ciekawy rodzaj loafersów to tassel, but z dzyndzelkami (ze zrozumiałych względów staropolszczyzny mi się zachciewa i postuluję tu nazwę wsuw męski kutasowy), doskonale pasujący stylem do amerykańskiego akademickiego smart casual – spodni z zaszewkami, koszulą z oxfordu z kołnierzykiem na guziczki, krawatem i tweedową marynarką. Loafersy w zależności od tego, jak są filigranowe i zwiewne, pasują do zestawów albo typowo letnich, albo po prostu niezimowych, czyli od wiosny do złotej jesieni. Ich zgodność z garniturem trudno rozsądzić a priori, ale w większości formalnych zastosowań w razie wątpliwości postaw na „nie”.

Mniszki (monkstraps) – drugi typ klasycznych niesznurowanych butów to buty zapinane na klamerki, przeważnie sztuk raz lub dwa. Jeden z genialnych sposobów odróżniania swojego dżinsowego wdzianka od tysiąca innych dżinsowych wdzianek na ulicy. Nie żebym był dżinsowdziankowcem, ale to może być mój kolejny zakup obuwniczy z kategorii pierwszej, czyli drogich. Podobnie jak loafersy, odnajdą się z całą gamą spodni typu chinos, są też dość wielosezonowe. Podejrzewam, że niektórym wyjątkowo źle wyedukowanym typom mogą się kojarzyć z butami na rzepy, że niby nie umiesz wiązać sznurówek czy coś, więc zażyj podwójną dawkę Fukitolu przed pierwszym wyjściem w nich na miasto.

Powiedzenie "prosty jak konstrukcja mokasyna" ma swoje uzasadnienie. Rys. Tim Keding/GFDL/Commons

Mokasyny – butki, czasem wręcz kapciuszki, w których noga otulona jest ze wszystkich stron tym samym kawałkiem skóry (przeważnie zamszu). Nie bez racji nazywają się tak z języka Indian, ludzi znanych raczej z niskiego poziomu technologii – wymagają przeszycia dosłownie w dwóch miejscach. Lubię je, tak jak lubię fotografię otworkową – są w pewnym sensie powrotem do korzeni całego tego obuwniczego halo, do czasów, kiedy Adam orał, a Ewa prządła i oboje potrzebowali czegoś na nogi. Oraz za to, że są butami z kategorii „tanie”, więc możesz ich mieć pińcet: czerwone, żółte, zielone i błękitne, czego dusza zapragnie. Często na mokasynkach znajdziesz zamiast podeszwy kołeczki – to tzw. driving mocs, czyli mokasyny do prowadzenia auta. Legenda mówi, że to właśnie temu zastosowaniu zawdzięczają one nietypową podeszwę, co wydaje mi się częściowo prawdopodobne. Podeszwa w takich butach wychodzi za piętę i to niewątpliwie pomaga w prowadzeniu, bo buty nie niszczą się tak bardzo, kiedy spoczywają na pedałach. Ale te kołeczki? Jedyne, z czym mi się kojarzą, to dziurkowane pedały Ferrari. Tylko że do ważnych umiejętności sportowego kierowcy należy szybkie zrzucanie nóg z pedałów, a kołeczki w dziureczkach raczej to utrudniają. Mr. Vintage składa je na karb rdzennie amerykańskiego dziedzictwa, co traktuję z lekkim pobłażaniem, choć to ostatecznie tłumaczenie dobre jak każde inne.

Sznurówki – pięć dziurek na nie to wierzchołek krzywej Gaussa, na którym zatknięta jest chorągiewka z napisem „klasyka”. Wszystko niżej i wyżej osuwa się w nieformalność, ale pomyśl o angielkach Jamesa Bonda na dwie dziurki.

Trzewik – przyjęta na forum bespoke, ale chyba jakoś szczególnie nie powszechna, nazwa butów z niewysokimi cholewkami. Obowiązują tu wszystkie warianty pantofli – wiedenki, angielki, golfy, czyli buty ażurowane itp. Można rozważać, czy są równie formalne, co ich niskie odpowiedniki, ale kiedy piszę te słowa, za oknem jest – (minus) 18 stopni i takie roważania raczej polecam mieć gdzieś (poza szczególnymi wyjątkami, kiedy dopasowanie do okazji jest naprawdę dużo ważniejsze, niż minimum komfortu termicznego).

Wiedenki (oxford) – buty z zamkniętą przyszwą. Czarne, bez ażurowych zdobień na nosku, powinny być pierwszymi dobrymi butami w każdej szafie, tak, jak ciemny, prosty i klasyczny garnitur musi być pierwszym garniturem. Co mówię z pełną świadomością, że dla wielu jest to zestaw zakładany raczej kilka razy do roku na ważne uroczystości i – od biedy – w poszukiwaniu pracy. Po prostu są to klasyczne buty (i klasyczny garnitur), które powinien mieć każdy niezależnie od tego, jak nieklasyczny, dżinsowy i tiszertowy jest na co dzień.

Zamsz – czyni nieformalnymi każde formalne buty, które naśladuje. Czarne zamszowe wiedenki bez ażuru… na miłość boską, po co mógłbyś chcieć coś takiego? Ale już brązowe zamszowe golfy są bardziej weekendowym odpowiednikiem brązowych golfów ze skóry licowej. Zamsz ma trzy genialne cechy: mechata faktura doskonale gra światłem i świetnie komponuje się z innymi widocznymi fakturami (np. z dżinsem, tweedem, bawełnianym diagonalem); wygląda fajnie we wszystkich kolorach, które na skórze licowej daje wrażenie ekstrawagancji i pozwala zamienić godziny polerowania na sekundy szczotkowania i pryskania sprejem. Jednak na zamszu nie osiągniesz nigdy – niespodzianka! – lustrzanego pomysłu, dlatego dla miłośnika tego ostatniego (a ja się do takowych zaliczam), jest to trudny kompromis.

1 2 3