Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
krawat - Smak Nabyty
Browse Tag

krawat

Dobór krawata do koszuli. Najważniejsza decyzja dnia

Dobór krawata do koszuli wymaga wolnej głowy. Taki Einstein na przykład nie miał czasu myśleć o garniturach, bo cały czas myślał o fizyce. Tia, jasne.

Czytaj dalej

Jak jeździć na Blog Forum Gdańsk 2012

Bo każdemu może się to zdarzyć. A może nie?

Jeszcze w ubiegły piątek nie wierzyłem w istnienie subkultury blogerów jako takich. No bo w sumie co może łączyć kolesia, który zasłynął tekstem o tym, że nie smakował mu budyń, z dziewczyną prezentującą szorty i gośćmi, którzy piszą o bezpieczeństwie systemów informatycznych?

Jednak jeśli dziś wtorek, to wierzę w istnienie subkultury blogerów, choć uważam, że jest to subkultura stworzona sztucznie. Nie ma w tym sumie nic złego: SS też było odgórnie tworzoną subkulturą, a jednak do historii przeszło marszowym krokiem i to ze znanym symbolem solarnym w butonierce.

Blog Forum Gdańsk jest jednym z ogniw łańcucha pokarmowego, który pożera zwykłych sieciowych ekshibicjonistów, a wypluwa pełnowartościowych Blogerów. Jednak ja jako były uczestnik tej imprezy muszę stwierdzić, że ten łańcuch jest jak złoty łańcuszek na łabędziej szyi nadobnej szafiarki.

A jako że każdemu mężczyźnie zdarza się od czasu do czasu znaleźć na konferencji, szkoleniu albo innym spędzie, pozwólcie że przedstawię kilka ponadczasowych prawd ujętych w niezobowiązującą formę relacji z imprezy, która większości z was zapewne nic nie obchodzi.

  • Zaliczaj możliwie dużo prelekcji, wykładów i warsztatów. Przedstawiany na nich know-how i bajecznie nudne powerpointy w stylu godnym międzynarodowej korporacji odpowiadają za przynajmniej 15, a może nawet 20 proc. korzyści, które wyniesiesz ze spotkania. Pozostałe 80-85 proc. to oczywiście wspólne chlanie i wpadanie na innych w korytarzach.
  • Fajnie jest mieć krawat. Zawsze. Po wszystkich peanach, które wyczytałeś na losowych blogach dla mężczyzn, możesz być rozczarowany, że nie każda dziewczyna na ulicy zwraca na ciebie uwagę ze względu na niebanalny zwis męski, ale nie nazwałbyś przecież Fashionelki każdą dziewczyną? W każdym razie nie nazwałbyś jej tak dwa razy. (Na początku tego miłego tete-a-tete była tam jeszcze druga blogowa dama – dobre źródła twierdzą, że mogła to być Segritta, ale było ciemno, późno i hałaśliwie). Nie mówię oczywiście, że od razu potraktowały  krawat jako symbol falliczny – zresztą gdyby nim był, trzeba by go nosić nakrochmalonym i sterczącym do góry.
  • Zabieraj głos w czasie paneli, choćbyś miał mówić o rzeczach kompletnie banalnych – odpowiedni ton i dobre samopoczucie sprawią, że nikt się nie zorientuje. Po zakończeniu spotkania miło bywa podejść do prelegenta i osobiście podziękować mu za „kilka ciekawych myśli”. Na pewno nie uzna tego za idiotyczny gest, a nawet jeśli – obiektywnie to nim nie jest. A jest to dobry sposób na nawiązanie relacji, zwłaszcza jeśli dobrze sprawę rozegrasz, a grunt okaże się odpowiedni.
Na szczęście ten głupi uśmiech nie załapał się do kadru. Fot. Michał Kędziora
  • Epatuj przynależnościami. W ogóle epatuj, ale przynależnościami zwłaszcza. Czy wspominałem już o znaczku klubowym w butonierce? Coraz częściej zauważam, że jest to drastycznie zaniedbany element biżuterii. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyciągnie uwagę jakiejś sztywniary. (Wizytówki też się przydają).
  • Fotografuj się ze sławami. To mądrość z kretyńskich podręczników motywacyjnych. Modyfikuję ją w ten sposób: nie ustawiaj się do zdjęcia tak, jakbyś całą uwagę skupiał na odbijaniu światła. Wiem, że nazywają to efektem światła odbitego tudzież efektem księżyca, ale jeśli zaczniesz pokazywać się jak księżyc wobec słońca, na zawsze pozostaniesz satelitą. A przecież chcesz być kolejną gwiazdą!
Po lewej: luz, PGE Arena Gdańsk, Mr. Vintage (nie taki znowu stary), Sztywniara (nie taka znowu sztywna) i niżej podpisany. Po prawej: Simon nie do końca zrozumiał moje intencje, kiedy prosiłem go o przesunięcie się do zdjęcia. Niezręcznie mi było tłumaczyć, że wcale nie liczę na celebrity shot, a Szarski z mistrzowską precyzją uchwycił tę niezręczność
  • Nie słuchaj mądrzejszych. Ostatnie wystąpienie Jakuba Żulczyka, którego przyjaciele zachwalali mi jako świetnego gawędziarza, było pod wieloma względami najsłabszym z zaliczonych przeze mnie punktów programu. Ale tyle racji miał: należy być osobnym, autonomicznym i robić swoje. Pokolenie blogowych celebrytów, które dziś opowiada o zasadach blogowania, to ta generacja, która ćwiczyła je na własnej skórze. Łatwo jest, patrząc wstecz, robić reverse engineering sukcesu (no, ujmijmy to łagodniej: powodzenia), tak jak łatwo jest wytłumaczyć profetyczny geniusz Nostradamusa wobec rzeczy, które już się wydarzyły, ale poczekajcie na tegoroczny koniec świata, żeby się przekonać, że w gruncie rzeczy nie ma mądrych. Myślicie, że Kominek pisząc skądinąd niezbyt lotny i tekst o rozczarowaniu kisielem z torebki wiedział, co to viral i jak z blogowania zrobić sposób na życie? Ja tak nie myślę.
  • Nie bądź blogerem. Nie mówię tego bynajmniej z pozycji cierpiętniczych, ukazując niedolę misji dziennikarza obywatelskiego, choć tak robi wielu, bo z bliznami – nie tylko mężczyźnie, jak się okazuje – całkiem do twarzy. Wydaje mi się, że dzisiaj opinia blogera to dalej jakiś szklany sufit, jakiś Englishman in New York świata mediów.
  • Inwestuj. Na jednym panelu ktoś – podobno znowu Kominek – powiedział, że szafiarkę można kupić za parę dżinsów. Jadąc na Blog Forum Gdańsk weź zatem ze sobą zapasowe dżinsy w rozmiarze XS. Widziałem na żywo kilka modowych blogerek – zajebiste value for money.
  • Nie bój sie prosić o więcej. Kelnerzy na wydawce konferencyjnego obiadu, jeśli ich poprosić, nałożą na jeden talerz i sztukę mięsa i rybę, a jeśli hotelowe śniadanie nie przeszło ci przez gardło z powodu suchości i niewyspania, na obiad przyda ci się dużo białka dla odrobienia nocnego spustoszenia w organizmie.
  • – Piłeś – nie pisz – Powiedziała na swojej prezentacji Sylwia Kubryńska. Gdybym ja miał pisać tylko na trzeźwo, musiałbym założyć rzadko odwiedzanego twittera. Wolę zasadę Hemingwaya: write drunk – edit sober.Teraz też jestem po piątym kieliszku.
  • Kiedy wyjeżdżasz bez żony – zdejmuj obrączkę. Przyciąga kobiety z niewiarygodną siłą. Po co ryzykować?
  • Jeśli chcesz być blogerem (albo jeśli w ogóle robisz coś na własną rękę) – celuj w pierwszą ligę. Jak? Odpowiedź na to pytanie za rok o tej porze – tylko na SmakNabyty.pl.

[facebook]

Apaszka męska: gardłowa sprawa nie tylko w upały

Apaszka męska: bo nie chodzi o styl – mieć coś pod szyją w upał to naprawdę wygodna sprawa.

Czytaj dalej

Dandys w krainie kadrowych

Jak dobrze się ubrać na rozmowę kwalifikacyjną bez sfrustrowania niezrozumiałymi radami z Bożej łaski stylistów

Zostałem ostatnio zapytany przez nowopoznaną osobę płci, ponad wszelką wątliwość w tym wypadku, pięknej, czy dobrze jej się zdaje, że prowadzę blog na temat etykiety ubioru (znaczy: przed spotkaniem guglała po nazwisku). Byłem zmuszony przyznać jej rację, i to dwukrotnie: bo po pierwsze, faktycznie jej się zdaje, a po drugie, to złudzenie ma pozory prawdziwości, więc zdaje jej się dobrze. Rzecz w tym, że ja się na etykiecie ubioru znam zaledwie powierzchownie, a do zasad, z którymi się zetknąłem, stosunek mam raczej krytyczny: albo są czcze, i wtedy należy się czuć z nich (warunkowo) zwolnionym, albo uzasadnione jakąś wewnętrzną logiką, i wtedy w ogóle przestają być zasadami etykiety ubioru. Wszystkie te teksty o tym, jak należy się ubierać, nawet w wypadku ważnych uroczystości, a co dopiero sytuacji bardziej codziennych, to raczej tematy do dyskusji, niż zasady. Zwłaszcza w Polsce ich kategoryczne obowiązywanie jest wątpliwe.

Jedną z takich zasad jest rada, której udziela się osobom poszukującym pracy. Brzmi ona: nie należy być ubranym lepiej, niż rekrutujący. Zasada, której nigdy nie rozumiałem.

Nie rozumiałem jej po pierwsze z tego błahego powodu, że nie wiem, skąd można wiedzieć, jak będzie ubrany haerowiec albo dyrektor w firmie, którą znamy ze strony internetowej albo portalu rekrutacyjnego. Fakt, dzisiejszy rynek nie obfituje w oferty pracy, więc można czas bezrobocia poświęcić na mały zwiad, a zaoszczędzić go na spisywaniu nadmiaru listów motywacyjnych. Ale przecież tak na serio nikt tego nie będzie robił; zresztą w firmach, gdzie da się cokolwiek ustalić, czyli obowiązuje spisany dress code (tak, są nawet w Polsce takie firmy), ludzie mają chyba na tyle świadomości by wiedzieć, że ten dress code obowiązuje ich i nie należy przykładać go do ludzi spoza korporacji. A w firmach, gdzie dress code’u nie ma, obowiązuje stara dobra wolna amerykanka i jakiekolwiek nawiązanie strojem do kogokolwiek, by się od niego odróżnić bądź by się upodobnić, graniczy z cudem.

Ale to dopiero wierzchołek problemu, a jego sedno sprowadza się do tego co zwykle: można dobrze wyglądać w byle czym, albo ohydnie – w garniturze (bo do tego sprowadza się „dobry ubiór” w sytuacjach biznesowych).

Rozumowanie potoczne zawiera w sobie to samo pojęcie formalności, co logika skodyfikowanej etykiety ubioru. Tzw. przeciętny człowiek może co prawda nie wiedzieć, że frak (tylko z białą muchą) jest bardziej odświętny od smokingu (z czarną muchą), albo że zamienianie kolorów much jest rażącym naruszeniem etykiety. Na pewno zaś większość przeciętnych ludzi nie zdaje sobie sprawy, że tzw. strój dworski, koronacyjny czy jak go nazwać, z krótkimi spodniami i pończochami, jest (a jest) polecany do najbardziej uroczystych eventów, takich, jak właśnie koronacje. Ale jest to wiedza, która dotyczy tylko kilkuset osób z korpusu dyplomatycznego, jednego kujona z Krakowskiego Przedmieścia, który musi dopilnować, żeby prezydent nie pojechał na ślub królewski w stroju myśliwskim, i może jeszcze kilku gości z MSZ-u. Większość Polaków zaś w równym stopniu wie, a raczej – niewielu wie, a większość czuje – że marynarka w innym kolorze, niż spodnie, to strój mniej formalny od pełnego garnituru, że koszula na spinki jest bardziej odświętna niż taka z mankietem na guziki i że, kiedy raz niechcący ktoś założy wełniane spodnie, bo dżinsy są w praniu, na miejscu jest zakrzyknąć „a coś ty taki elegancki!”.

Co więcej, potoczne rozumowanie dodaje od siebie nowe formy dystynkcji, takie jak przekonanie, że rzeczy bardziej niewygodne są bardziej odświętne, albo że dwurzędówka jest bardziej formalna od jednorzędowej marynarki (bo chyba jest. Kiedyś czytałem jakieś uzasadnienie, ale go nie pamiętam).

I co w tym kontekście znaczy staranie się, by nie być lepiej ubranym od kogokolwiek? Jeśli trafimy na pracodawcę, który ma zwyczaj słuchać pań w Intermodzie, że w rękawie marynarki masz móc schować dłoń jak w mufce, że właściwa długość nogawki to pół metra więcej, niż długość nogi, że pąsowienie na twarzy i niedotlenienie to objaw dobrego dopasowania kołnierzyka, jeśli tymi wytycznymi będzie się kierował nasz pracodawca – to zawsze w dobrze dopasowanym garniturze będziemy wyglądać lepiej niż on i będzie to widoczne dla każdej osoby w otoczeniu, nawet jeśli nikt nie będzie w stanie wskazać ani nazwać różnicy. Czy to znaczy, że masz mieć osobny workowaty garniak sprzed stu lat tylko na rozmowy kwalifikacyjne?

A co z inną sytuacją, kiedy kultura korporacji albo osobiste preferencje dyrektora zakładają noszenie w pracy dżinsów i bluzy z kapturem? Jak wtedy, drodzy styliści i etykieciści, polecicie się ubrać młodym poszukiwaczom pracy? Licytować się na stylistyczną nijakość, czy uciec się do workowatego do garnituru z poprzedniego akapitu?

Wszystkie te rady są do niczego. Nie zrezygnujesz przecież z garnituru, skoro nosi się go czasem także po to, by podkreślić rangę sytuacji, w której się znajdujemy i to, jak zależy nam na efektach spotkania. Może w jakimś Facebooku albo innym Google’u, korpach znanych z ostentacyjnego demonstrowania pozornie hipsterskiego i wyluzowanego stosunku do aktywności zawodowej, jeszcze jakoś by to przeszło. Ale tam, gdzie obowiązuje ten hipsteryzm w wersji light, gdzie łapie się byka jedną rączką za jeden rożek, i to zapytawszy go wcześniej o zdanie, twój dyrektor w bluzie z kapturem może okazać się drogowskazem, który nie wskazuje tam, dokąd idzie.

Dlatego w poszukiwaniu pracy raczej postaw na garnitur, a w butonierkę wetknij understatement. Zrezygnuj z poszetki, jeśli nie ubiegasz się o posadę stylisty (niektórzy twierdzą, że w dzisiejszych czasach poszetka i krawat naraz to nadmiar ekstrawagancji). Zachowaj dystans dwóch kroków za modą i pół kroku za tip topem ponadczasowej elegancji. Nie udowadniaj na siłę, że jest wiele lepszych na krawaty tkanin, niż jedwab. Ale bądź sobą w stosunku do innych, a jednocześnie pokaż im, że znasz zasady ubierania się dla innych i dla okoliczności. To jedyne logiczne wyjście.

Zresztą, może dzięki temu będą w mniejszym szoku, kiedy pierwszego dnia przyjdziesz do pracy.

PS. Teraz, kiedy się już pomądrzyłem, może dodałby do tego coś ktoś, kto ma zbliżył się do pracy etatowej bardziej, niż na odległość splunięcia? Co poradzilibyście młodszym (stażem) towarzyszom niedoli, którzy w poszukiwaniu rady zbłądzą na ten felieton?

O pierwszych wrażeniach

Bądź ostrożny przy stwarzaniu pierwszego wrażenia. Możesz je wywrzeć tylko raz

Stało się. Przegrałem jedną z bitew wielkiej stylistycznej kampanii, poległem na najprostszej pułapce: „co pan taki elegancki”, z ust rozmówczyni na spotkaniu, nazwijmy to w uproszczeniu, biznesowym. Ale przyznaję się bez bicia – dałem się podejść jak uczniak. Poprzednie spotkanie, pierwsze w serii, zaplanowałem na dzień, kiedy byłem umówiony na wywiad. A razem z wywiadem – zdjęcie rozmówcy. Więc – na ramię kilkukilowa torba ze sprzętem fotograficznym. Bóg raczy wiedzieć, czy przyjdzie klęknąć, czy gdzieś się wspiąć, wpakować łapy w jakąś dziurę albo wczołgać pod mebel – czego się nie robi dla dobrego ujęcia. A zatem – dżinsy. A jak dżinsy, to bez krawata. I sweterek zamiast marynarki – żadna konstrukcja, czy szyta, czy klejona, nie wytrzyma na dłuższą metę katowania torbą na ramię z kilogramami obiektywów. To od lat źródło moich kompromisów stylistycznych.

Koszula pod swetrem, dobrze dopasowane ciemne dżinsy (w kroju chinos) i zamszowe buty na naprawdę ładnym kopycie. Niby – całkiem estetycznie, skoro wszystko we właściwym rozmiarze i blisko figury; nie ma się czego wstydzić. A dzisiaj – zaledwie – koszula w kratkę, jedwabny krawat knit w kolorze lilaróż i szara marynarka sportowa z ekstrawagancką jedwabną poszetką drukowaną w fioletowo-różowy paisley. Mocno kontrastujące granatowe spodnie. Do warzywniaka może tak nie wychodzę, ale już do centrum handlowego – jasne. Wszędzie, gdzie nie jadę przerzucać węgla albo… nosić torby z aparatem.

Morał tej historii następuje szybciej, niż zazwyczaj: nigdy nie waż się niedoceniać pierwszego wrażenia – możesz je zrobić tylko raz. NIE MA takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby pobłażanie sobie w kwestii ubioru. Tym, którzy już cię znają, nie musisz się tłumaczyć. Oni wiedza, że zawsze jesteś elegancki i pod krawatem, a jeśli akurat nie jesteś pod krawatem i elegancki – patrz punkt pierwszy. Ale jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy w tym dołku bycia underdressed, może ci nie uwierzyć już nigdy.

Konsekwencje praktyczne są zaś takie: bez krawata – najdalej do warzywniaka. Elegancka piżama i szlafrok są równie konieczne, jak garnitur wizytowy – żeby znajomi, którzy wpadną na śniadanie nieco za wcześnie, nie złapali cię nigdy z opuszczoną gardą. I strój domowy – oczywiście trzeba go mieć, żebyś nie musiał rozwalać się w ulubionym fotelu w ulubionych spodniach z kantem. Ale zadbaj, żeby nie składał się z bawełnianego dresu i tiszerta z napisem „Seks instruktor – pierwsza lekcja gratis”. Ostatecznie jeśli jesteś lub zamierzasz dotrzeć na parnas elegancji gdzie człowiek czuje się komfortowo,  kiedy  jest dobrze, a nie wygodnie, ubrany – elegancka podomka i rzeczy do włożenia na siebie „na już” będą podstawą domowego relaksu.

Co prowadzi do obserwacji natury jeszcze bardziej ogólnej. Przeglądam czasami z nudów literaturę poradnikową dla przyszłych „ludzi sukcesu”. Tego typu książki, sprzedawane zazwyczaj przez cwaniaków ludziom smutno naiwnym, są zaprzeczeniem prawdziwej literatury dotyczącej savoir vivre’u (która interesuje mnie w nie mniejszym stopniu). W którejś z tych ponurych, „skazanych na sukces” książeczek z cyklu „jak zostać człowiekiem sukcesu w weekend”, przeczytałem zasadę: człowiek sukcesu nigdy nie oddziela życia prywatnego od zawodowego networkingu. Co, mimo wszystkiego złego, co sądzę o tego typu literaturze i serwowanych przez nią zasadach, jest zasadniczo prawdą. Jeśli pracujesz w korpie i oddzielasz grubą kreską kontakty zawodowe od prywatnych, dla tych pierwszych masz marynarkę i krawat, a dla drugich – tiszert reklamowy i wystrzępione dżinsy… cóż, widocznie korp ma w tobie wielkiego fana sprzedawanego przez siebie lajfstajlu.

Co się tyczy mnie, raz w życiu dostałem pracę zgodnie z „procedurami”, zatrudniony przez nieznajomego pracodawcę na podstawie przesłanej cefałki. Była to pod względem warunków zatrudnienia najgorsza praca, jaką miałem okazję wykonywać. Wszystko, co w moim życiu zawodowym lepsze – a ostatecznie mam przecież jakieś życie zawodowe – przychodziło i będzie mam nadzieję przychodzić dalej ze strony osób, których w życiu nie określiłbym jako „rokujące”. Część z nich to po prostu przyjaciele – dla nich oczywiście jestem piękny i młody nawet blady jak ściana na apokaliptycznym kacu. Ale ta część – znajomi znajomych, kontrahenci kontrahentów, ludzie, którzy zwracają się po radę do tych, do których i ja się po nią zwracam – to jest sól tego ziemskiego biznesu. Większość z nich nie wie, że potajemnie interesujesz się ciuszkami, czytasz blogi modowe i wzdychasz nocami do drogich krawatów. Jak cię widzą, tak cię piszą, i to właśnie zrobienie na nich tego pierwszego dobrego wrażenia jest kluczowe. Ja zaliczyłem ostatnio wpadkę i na pewno wyciągnę właściwe wnioski.

PS. Po wielu próbach znalezienia odpowiedniej ilustracji do tego tematu, zdecydowałem się wrzucić po prostu pierwszą fajną rzecz, która przyjdzie mi do głowy i rzeczą tą jest jeden z odjechanych portretów Hitchcocka. Gdyby ktoś miał ciekawy pomysł na połączenie ilustracji z tematem, chętnie wysłucham. Ja nie mam – każda kreatywność ma swoje granice.