Browse Category

etykieta - Page 2

Jak zarobić na pierwszego bentleya

Spisałem sobie z okazji imienin krótką refleksję, która, po niedługim leżakowaniu, komisyjnie uznana została za godną publikacji

W mojej karierze zawodowej nastąpił ostatnio przełom. Po raz pierwszy w życiu rozwiązałem umowę o pracę za porozumieniem stron, nie dotrwawszy nawet do końca trzymiesięcznego okresu próbnego.

Nie dajcie się zwieść słowom okrągłym jak otoczaki. „Porozumienie stron” było tutaj trochę jak na jakimś synodzie unickim, raczej protokołem rozbieżności niż faktycznym gruntem porozumienia. Na szczęście nie muszę bać się o bieżącą egzystencję, więc i podsumowania nie są zatrute dziegciem w beczce miodu.

Sprzyja im też fakt, że mam dzisiaj imieniny. To taki dzień, kiedy – chcesz tego czy nie chcesz – wszystko kręci się wokół ciebie, a że egzemplarz sygnalny książki leży dumnie na stoliku kawowym, to wszystkie ochy i achy są pod moim adresem, mogę nie zmieniać pieluch ani nie brać udziału w losowaniu, kto pije do obiadu, a kto prowadzi auto do domu.

To sprzyja dodawaniu pod kreską. Niedawno po raz kolejny usłyszałem od znajomego pojęcie „wolności osobistej”, oznaczające stan w życiu, kiedy nie trzeba już pracować, a kasa po prostu jest i to jest jej dużo. Więcej, niż z emerytury dla górnika albo byłego prezydenta. Więcej, niż z kwitów Amber Gold albo BP po wylewie ropy do zatoki. Ogólnie – forsy jak lodu.

Nie wiem, czy podoba mi się ta koncepcja wolności.

Po pierwsze dlatego, że nie bardzo wierzę w brak obowiązków. Mogę się mylić, zresztą żaden ze mnie ekspert od stomatologii, ale sądzę, że ludziom wściekle bogatym też trzeba czasem coś borować, a to chyba dla każdego jest smutnym obowiązkiem. A po drugie, nieco ważniejsze, trochę jednak znam życie.

Nie uważam się za człowieka szczególnie udanego zawodowo, ale znam ludzi, których kariery rozwijają się z punktu A do punktu B ruchem jednostajnie przyspieszonym, jak wyobrażone pociągi w zadaniach matematycznych z podstawówki. I z coraz mniejszym zdziwieniem obserwuję, w jaki sposób ich zawodowe powodzenie pełne jest lizania dup, na którą to czynność przeważnie nie mają ochoty. Bo dupy są jak drażetki o wszystkich smakach z książek o Harrym Potterze – nie można liczyć, że każda będzie waniliowa.

Udało mi się – i wciąż się udaje – przepracować wiele lat w systemie, w którym nikt mnie nie pyta „o której to się przychodzi do pracy, młoda damo”, i póki przy tych warunkach domyka się budżet, to jest to całkiem bliskie wolności, jak ją rozumiem.

Nie jest to wolność, która zarobi na bentleya. Ale jest to ten rodzaj wolności, który pozwala trzasnąć ekranem laptopa – oczywiście nie każdego dnia w miesiącu, ale przynajmniej w niektóre dni – i odejść do wieczornych obowiązków. Moja córka właśnie usnęła podczas lektury fragmentów Pana Kleksa i słuchając własnego głosu myślę, że też bym usnął na jej miejscu. I mógłbym spać tak z nią do rana.

Jeśli to nie jest wolność, to nie wiem, co nią jest.

Ale w sumie nie prowadziłem nigdy bentleya.

—————————-

Gdyby ktoś nie był na bieżąco z fejsem: książka, o której mowa, to napisana wspólnie ze Szczepanem Twardochem Sztuka życia dla mężczyzn wydana bardzo niedawno przez świat książki. Powinna być dostępna wszędzie, przy czym z Empikiem są pewne obiektywne problemy. Aby książkę znaleźć i – koniecznie! – kupić, zacznij od strony wydawcy, albo wizyty w najbliższej księgarni.

Sen zimowy

Ci, którzy szukają emocji na offroadowych wyjazdach albo skokach ze stratosfery, najwyraźniej nie byli nigdy w szpitalu dziecięcym

Jeśli blog koniecznie musi być zapisem osobistych doświadczeń, to Smak Nabyty w ostatnich tygodniach powinien był stać się blogiem o szpitalach dziecięcych. Spokojnie – nie stanie się, ale dzisiaj macie szansę dowiedzieć się, co tracicie (i odetchnąć z ulgą, że nie ma czego żałować). To dalej blog dla mężczyzn, ale jestem pewien, że Don Draper nie byłby idolem milionów tylko ze względu na to, jak pije bourbona w pracy, a skoro nim jest, to także przez to, jak głaszcze dzieciaki po główce i daje żonie czułego buziaka w czoło (zanim na noc wyjdzie do kochanki).

A man’s gotta do what a man’s gotta do – jednym z miejsc, gdzie udzielają takich lekcji, są właśnie szpitale dla dzieci.

Kiedy powiedziałem lekko wstawionemu S. o chorobie małej, jego pierwsza reakcja brzmiała „o ja pierdolę, chyba bym się załamał”. Odpowiedziałem, że też bym się załamał na miejscu któregoś z tych rodziców, których spotkałem w szpitalu. Ludzi szarych na twarzach, przyjeżdżających na dobowe zmiany z odległych o sto kilometrów miejscowości, małżeństw widujących się nawzajem przez kwadrans na dobę, jedno na noc w szpitalu, drugie do domu do obowiązków, jakie ma się „tam, w dole”. Ludzi, których dzieciom nikt nie obiecuje przeżycia niemowlęctwa. Ale walczą – ze sobą, bo z kim innym mają walczyć, skoro nie są lekarzami?

S. z łatwością przyznał mi rację. Jego kilkuletni syn przychodził w zeszłym roku operację usunięcia nieszkodliwego, ale potencjalnie kancerogennego znamienia. Co to oznacza dla rodziców, można sobie wyobrazić: dwa zabiegi, narkozy, jeżdżenie do specjalistycznego szpitala akurat fartownym przypadkiem położonego w tym samym województwie. Już samo podpisywanie formularzy zgody na zabiegi, brzmiących jak listy z pogróżkami od psychopatycznego mordercy – wszystko to wydaje się straszne, ale tylko do pierwszej wizyty na oddziale. Pierwszego kontaktu z przedszkolakami o 90-procentowym poparzeniu ciała. Bez nosa i bez uszu. Serio, myśleliście, że co robią na oddziałach chirurgii plastycznej dla dzieci? Powiększają piersi?

Jeśli teraz napiszę, że w takich chwilach poznaje się wartość bycia mężczyzną, zabrzmi to jak kabotyński onanizm. Patrzcie na mnie, rozbijam się po szpitalach dziecięcych like a boss. Ograniczę się zatem do skromnego „o ja pierdolę, chyba bym się załamał”.

W dawnych, dobrych czasach, kiedy z braku serwisów społecznościowych wysyłało się publiczne wiadomości za pomocą opisów na gadu-gadu, a ja byłem właśnie po raz pierwszy w życiu redaktorem naczelnym gazety, wpisałem w status dumną parafrazę „Znaczy redaktor!”. Pracowałem wtedy z K., którego przez kilka lat uważałem za przyjaciela głównie dlatego, że nadawaliśmy na tych samych falach. Jak przystało na antropologa najwyraźniej przeceniłem wpływ języka na rzeczywistość kulturową, ale wtedy odnalazł się genialnie: chwycił analogię z kapitanem i zwrócił się do mnie per „Piętnastoletni redaktorze”.

Ciągle mam piętnaście lat i buty mojego ojca są dla mnie o kilka numerów za duże. Chwała wam, księgowi z Otwocka, glazurnicy z Mławy, mechanicy z Mińska Mazowieckiego, których widywałem na korytarzach szpitala. Mężczyźni w milczeniu zagryzający wargi, bo w tych trudnych chwilach na waszych barkach jest chore dziecko, odchodząca od zmysłów żona i szef, który może nawet i współczuje, ale przecież nie stać go na Bóg wie jakie świadczenia. Nieraz jeszcze będę was, miłośnicy wędkowania w kamizelkach khaki na flanelowych koszulach albo szarzy ludzie w wyciągniętych polarach za kółkiem golfa dwójki, wyszydzał albo sztorcował. Ale dziś przyjmijcie wyrazy uznania.

Na waszym miejscu chyba bym się załamał.

Jak żyć ze śmiercią

Myśleliście kiedyś o myśleniu o śmierci?

I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy świąt dziwnych, bo drastycznie niespójnych, złożonych z amerykańskiego ludycznego importu Halloween (i można sobie dużo bredzić, że jacyś Iroszkoci już w średniowieczu obchodzili 31 października świętem duchów, ale fant albo psikus przyszedł do nas prosto z USA via kino klasy B, a nie żadne iroszkockie tradycje), po nim kościelnego święta Wszystkich Świętych i kościelno-ludowych Zaduszek, przy czym Zaduszki funkcjonalnie przypadają we wszystkich świętych, Wszystkich Świętych – tak naprawdę wcale, a Halloween jest raczej świętem długiego weekendu, bo i ta tradycja jest w Polsce jednym z pojęć organizujących świętowanie.

1 listopada wieczorem to na Powązkach Wielki Doroczny Zjazd Posiadaczy Statywów Fotograficznych. Kiedyś uczestniczyłem w tych zlotach, ale wyrosłem

Dla mnie osobiście dzień dziwny, pełen dysonansów, na czele z tym, że na ulicach zarówno Warszawy, jak i podwarszawskiej wsi R. (i niech was słowo „wieś” nie zmyli, nie chodzi o pola rzepy ani nawet dyni, choć ta akurat z wsią R. mi się kojarzy) faktycznie spotykałem jankeskich kolędników, przebranych bez większego polotu za kościotrupy i czarownice. I tego, że kiedy jechaliśmy przez jedną ze wsi wchodzącej w skład gminy R., która to wieś wsią faktycznie jest, obok domu jednej z moich nieżyjących już znajomych, myślałem o tym, że jakoś mi głupio w Haloween, święto podważające porządek zadumy nad śmiercią i przemijaniem, faktycznie o nich – i o niej – myśleć.

Dzień zakończony – jak co środę – doustnym narkotyzowaniem się płynnym narkotykiem w oparach absurdu z pełną akceptacją faktu, że tym razem, wyjątkowo, możemy być wzięci za durniów świętujących Halloween podpatrzone u statystów z Zabójczej Broni II.

Fantastyczny wieczór z naszymi własnymi ghost stories. Z opowieścią D., która jako pierwsza się odważyła, a opowiedziała o tym, jak umierała ze swoim bratem (jak się okazuje, nawet śmierć można do pewnego stopnia dzielić z kimś bliskim), który być może umarł tylko dlatego, że polscy lekarze nie potrafili serwisować holenderskiego rozrusznika serca.

Z tematem, który niezawodnie podchwyciła moja żona opowieścią o tym, jaki tak naprawdę (a nie na filmach o dr. Housie) odgłos wydaje kardiomonitor, kiedy osiemdziesięcioletni dziadek po dwóch rakach i trzech zawałach po prostu gaśnie ze zmęczenia życiem.

I moja o tym, jak mój ojciec chrzestny umarł we własnym domu z powodu zatrzymania akcji serca, bo wstał z łóżka zażyć lek na przeziębienie, ale już do łóżka nie wrócił i umarł na cyklinowanym dębowym parkiecie w kałużach, jakie zwykle zostawia wokół siebie nieboszczyk, a ja sądziłem że nie podejmę wyzwania, ale w końcu pomagałem jego żonie umyć chłodne, martwe ciało, a potem wyszedłem i wtuliłem się w pulsujące życiem, ciepłe i miękkie ciało kobiety, która dziś jest moją żoną i tak przeżyłem ten wieczór i nie było to nic wielkiego, chociaż jeszcze kilka godzin wcześniej sądziłem, że nie jestem w stanie stawić mu czoła.

Bo to nie jest ten rodzaj umierania, przy którym adrenalina pozwala żyjącym zapomnieć. Bo – on po prostu gaśnie – powiedział pułkownik doktor medycyny w szpitalu MSW o dziadku mojej żony, jedynym człowieku, z którym kiedykolwiek mogłem mieć okazję posprzeczać się o wyższości four-in-handa nad półwindsorem, ale tego nie zrobiłem. Powiedział to tego wieczoru, kiedy kardiomonitor ledwie wydawał odgłos, ale jednak pikał od czasu do czasu, kiedy w gasnącej świadomości dziadka odzywała się nutka, która brzęczała, że jednak jest po co i warto zaryzykować jeszcze jeden wdech, jeszcze jedno samotne uderzenie serca.

Ale czy to właśnie dzięki temu wiem, że trzeba dużo myśleć o śmierci? Czy po prostu ubieram w sznur niezwiazanych ze sobą anegdotek intuicję, która się we mnie tli – że bez myślenia o śmierci życie jest jakieś takie chujowe jak gratis z happy meala? Myśleć o śmierci tylko po to, żeby żyć tak jakby każdy twój dzień miał być ostatnim – jakaż to miałka, banalna maksyma! Jeśli śmierć jest końcem – nie warto nawet się starać, a jeśli nim nie jest – obiektem twoich zmartwień powinna być wieczność, a nie doczesność.

Myśleć o śmierci, żeby bardziej być mężnym malemenem w jej obliczu. Mam dziś córkę, mam nadzieję, że niejedyne z moich dzieci i jeśli Bóg będzie dla mnie łaskawy, umrę wcześniej, niż ona zacznie w ogóle brać swoją śmierć pod uwagę. I między innymi dlatego myślę o śmierci nie tylko na kacu, choć na kacu faktycznie dużo łatwiej. Bo na swój sposób szczytną ideą jest Movember, sposób na zwalczanie śmierci zabawą, ale tylko pod warunkiem, że się pamięta o jednym: ta walka zawsze zakończy się przegraną i jeśli nie boisz się śmierci, to chyba znaczy, że nie masz dla kogo albo dla czego żyć, chociaż nie jestem pewien.

Zasady są nawet fajne. Dobrze jest wiedzieć, jaki węzeł do krawata stosuje się zawsze, a jaki wyróżnia źle ubranych buraków. Dobrze jest mieć zasadę odkładania na osobny rachunek kilku procent każdej wypłaty, albo przeciwnie – zasadę uczciwego przepijania każdych otrzymanych pieniędzy. Ale ze świadomości przemijania wypływają najciekawsze zasady, jakie mogą być, a do tego świadomość ta daje gigantyczną siłę w konfrontacji ze śmiercią. Dlatego warto kopnąć się na grobbing w taki dzień jak dziś.

O (nie)byciu dżentelmenem

Walka klasowa zaostrza się w miarę postępów kapitalizmu

Usłyszałem ostatnio, chyba nawet kilka razy, zarzut, że robię coś, co nie przystoi dżentelmenowi. Co, oczywiście, wywołało moje zdziwienie, a raczej – przywołało na moją twarz udawane zdziwienie, bo w środku nie dziwi mnie wcale. Półki księgarskie (w krajach anglosaskich przynajmniej) uginają się pod ciężarem książek o byciu nowoczesnym dżentelmenem i wszystkie one traktują o noszeniu marynarek i niesikaniu na deskę klozetową. Stąd też wśród ludzi rodzi się przekonanie, że noszenie marynarek i niesikanie na deskę stanowi o byciu dżentelmenem, a dalej niepohamowana siła mylnego wnioskowania prowadzi ich do założenia, że każdy kto nie sika na deskę i nosi marynarkę jest nim, uważa się za niego (czyli jest nim świadomie) i o swoje dżentelmeństwo zabiega.

Dupa.

Nie chce mi się roztrząsać właściwej postawy dżentelmena: czy jest nim elegancki łajdak z wyższych sfer, narkoman i hazardzista, czy też raczej wychowany w rycie kindersztuby chłoptaś z uniwersytetu Ligi Bluszczowej, który dba o rzeźbę ciała i hart ducha? To temat na inne wynurzenia i pewnie prędzej czy później się tu one znajdą, kiedy żółć wzbierze we mnie następnym razem. Ale nie dzisiaj, kochani.

Kim by ten mityczny dżentelmen nie był, nie jestem nim, nie próbuję i proszę mnie z bycia nim nie rozliczać. Da się uszyć marynarkę na każdą istotę z rzędu naczelnych (znając długość rękawów w gotowej konfekcji, pewne gatunki małp nie muszą pewnie nawet korzystać z usług krawca), więc moja garderoba jest fałszywą przesłanką.

To, leksykalne w gruncie rzeczy, nieporozumienie, to kamyczek który daje początek lawinie monstrualnych i trudnych do wyprostowania nieporozumień. Rozważam je przypadkiem w dwóch kontekstach poradnikowych: książki Gentleman – mam zasady człowieka (lub ludzi) podpisującego się jako Adam Grainville i bloga Stanisława Krajskiego o savoir vivrze, linkowanego zresztą ostatnio przez czytelnika LZ, którego w tym miejscu pozdrawiam.

Oba dają śmieszny kontekst dżentelmeństwu, przy czym, uczciwie przyznaję, p. Krajski trochę mniej, bo jego nauki faktycznie mają głębszy sens, choć podejrzewam, że gros jego czytelników po prostu lubi dzielić włos na czworo. Śmieszni są zwłaszcza ci, którzy, jak jedna z jego czytelniczek, mają problemy typu: chciałabym z mężem (pszaszam, partnerem) iść w jakieś eleganckie miejsce, gdzie będę mogła wcielać w życie zasady savoir vivre’u (sic! – z czego dodatkowo wysnuła pytanie o niezamawianie wina w restauracji i czy przypadkiem nie obrazi to kelnera albo kucharzy). Czyli – savoir vivre’u trzeba szukać na mieście i to od razu wobec kelnerów.

To podejście zresztą bliskie forum bespoke.pl, gdzie także wiele uwagi poświęca się temu, gdzie (zwłaszcza poza największymi miastami) można czasem iść, żeby warto było ubierać się elegancko. Pokrewna jest tu postawa teoretyka, który zdobył całkowicie nikomu do niczego niepotrzebną wiedzę, a teraz szuka kogoś, kto będzie chciał go słuchać. Wszystkim tym państwu polecam studiowanie jakiejś egzotycznej filologii starożytnej albo esperanto – nie rozwiążą one co prawda ich problemów, ale nadadzą pewną spójność poglądów estetycznych i wykształcenia.

Szczególnym przypadkiem rozbuchanej teorii są oczywiście wszystkie te brednie o smokingach i frakach i o tym, kiedy przystoi jaka mucha (czarna do smokingu, biała do fraka, gdybyście nie wiedzieli). Ta wiedza w Polsce praktycznie nie funkcjonuje, nie istnieje klasa, która by ją wcielała w życie, a to, czy klasa zdąży powstać, czy frak wcześniej wymrzeć, jest zagadnieniem co prawda w jakiś sposób fascynującym, ale dynamicznym jak mecz szachowy między dwoma klonami Kasparowa.

Sam Krajski jednak jest o niebo lepszy od swoich konkurentów, bo, na przykład, zaleca cichsze rozmowy na balkonie po godzinie 22 albo niezasłanianie innym rozkładu jazdy, kiedy stoimy na przystanku. Gdzie by tam było Adamowi Grainville (gdyby taki istniał) w ogóle zakładać, że ktoś może jeździć autobusem i mieszkać w bloku! Dżentelmen ma przecież limuzynę i rezydencję, a w ogrodzie strzyżony od siedemnastego wieku labirynt, w którym każdy znajdzie dla siebie niszę na dowolnie intymne rozmowy. No i na papierosa wychodzić nie musi, bo sam Raul brat Fidela dostarcza mu door-to-door najlepszy koks z dedykacją.

Mam gdzieś takie wykluczenia. Nie zrozumcie mnie źle, sam system wykluczeń nie jest zły i jestem wśród ostatnich, którzy będą na nim wieszać psy. Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb. Ale czynienie takich wykluczeń to jest w naszym wypadku czystej wody odtwórstwo historyczne, a odtwarzać – tu pokuszę się o sformułowanie własnej zasady bon tonu – wypada jedynie te formacje, które już wyginęły. Dlatego niektórzy burzą się na noszenie krawatów we wzór regimental zarezerwowany (?) dla konkretnych formacji brytyjskiego wojska (a ja się wahom), a mało komu przeszkadza, że ktoś założy mundur napoleońskiego oficera.

Nie jesteśmy arystokratami, ani  ja, ani moi czytelnicy, bo gdybyście byli, wasza moc dystynkcji wzięłaby mnie dawno poza nawias waszego zainteresowania. Zresztą znałem w życiu jedną prawdziwą młodą arystokratkę, na studiach, jedną z tych o których kolorowa prasa pisała, że jest z TYCH (no, przepraszam, poznałem jeszcze jednego młodego potomka znanego rodu. Na pytanie „Czy z TYCH?” odpowiedział: – Mówi się z Tychów). Ale tamta młoda nie różniła się serio niczym od innych, prócz tego, że była taka jakby bardziej infantylna. Może to skutek, może zbieg okoliczności, a może jej moc dystynkcji była na tyle silna, że z plebejskim brakiem wyczucia nawet nie odczułem siły jej pogardy.

My tu jesteśmy wszyscy (mówię to zapewne bez większego nadużycia) młoda klasa średnia. Może nie wszyscy, bo to, co stanowi o klasie, to jednak także środki materialne (nie mówię zarobki, bo arystokrata może zarobków nie mieć, a kasy jak lodu – i owszem), więc niektórzy jeszcze aspirują, ale i oni w większości dopną swego. Jesteśmy więc, albo przynajmniej będziemy, młoda klasa średnia jak malowanie. Chodzi nam tylko o fajne ciuchy, modne i lekkie żarcie, dobrą figurę i kondycję, dobre używki i rozrywki, oliwę z pierwszego tłoczenia i wódkę z trzeciej destylacji, właściwe konteksty spożycia i oznaczone miejsca pochodzenia, klarowny skład, podany szczep i bez dodatku ulepszaczy. Bo ulepszymy sobie sami, hipstery jebane.

A wykluczenia nadciągną za tym wojskiem jak markietanki. Nie wezmą udziału w bitwie, ale zanim rozbijesz obóz, one już będą na miejscu. Były i w dziś rano, kiedy jadłem pyszne lekkie śniadanie z przyjaciółmi we Wrzeniu Świata, i komentowaliśmy paletę damskich ciuchów modnych w tym sezonie, piliśmy porannego portera, trochę tak dla beki, bo wszystkie poradniki dla nowoczesnych dżentelmenów tak zalecają, i omawialiśmy swoje hobbies i plany na długie weekendy. A dookoła, przy wszystkich stolikach, byli tacy, jak my i gdyby ktoś nam powiedział, że tam, na zewnątrz, dzieci głodują, nie w Somalii, ale w podstawówce w Bieszczadach, to co bardziej ograniczeni (a ograniczonymi każda klasa społeczna obdarzona jest równie szczodrze) mogliby nie uwierzyć. I nikomu nie trzeba było mówić, że źle się zachowuje albo źle wygląda, bo nikogo takiego w okolicy nie było. Oni po prostu trzymają się z daleka i pewnie większość z nich gardzi nami jak większość z nas gardzi nimi.

Więc jeśli twój tryb życia nie dostaje do tego, jak się ubierasz, to znaczy że źle w ogóle, że aspirujesz, albo że aspirujesz za słabo – raczej to drugie.