Browse Category

etykieta - Page 3

Jak zorganizować wieczór kawalerski

 Nie bój się dziewczyn tańczących na rurze. One nie gryzą. No, chyba że za dopłatą…

Nieuchronnie zbliża się sezon ślubów, ale przecież ceremonie powtarzania roty przysięgi to niejedyne rytuały, które koniecznie muszą mieć miejsce w ramach zaślubin. Do równie ważnych należą wieczory kawalerskie i panieńskie, sytuacje, kiedy jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się, że jednak nie jestem dziewczyną.

Gros wieczorów panieńskich, o których słyszałem, sprowadzała się do spotkania, wypicia naparstka alkoholu i pochichotania o sprawach związanych z seksem jakby naprawdę uczestniczki były dziewiętnastowiecznymi pensjonarkami. A potem już tylko tort i kilka gadżetów – wszystko w kształcie siusiaka, pogibać sie na parkiecie do północy i pousypiać pokotem ze zmęczenia. Tak… kobiety, które znam, konwencja wieczoru panieńskiego usypia, są wtedy mniej zmotywowane do zabawy, niż na normalnej imprezie. Za to wieczory kawalerskie to wydarzenia, dla których warto żyć. Wydarzenia, które – słusznie czy nie (daj Boże, żeby jednak niesłusznie) – potrafią mieć wymiar imprezy, która zakończy wszelkie imprezowanie.

Pod warunkiem, że drużba pana młodego – osoba odpowiedzialna za przygotowanie tego szczególnego wieczoru – nie napnie się zbytnio.

Wiemy już z poprzednich odcinków Smaku Nabytego, że dżentelmen nie pali, nie pije i dba o swoje ciało hamując procesy starzenia. Zabiega też o swój wygląd, a jeśli zdarzy mu się założyć czarny kapelusz do brązowych butów, puszcza z gramofonu „Tę ostatnią niedzielę” i honorowo strzela sobie w łeb. I bardzo dobrze, wcale nam idioty nie żal i jeśli postanowił uczynić ze swego ciała, a duszy pewnie też, przestrzeń sterylną jak sala operacyjna, niech przynajmniej zostawi po sobie młode, zadbane i atrakcyjne zwłoki i da spokój nam, którzy na barki wzięliśmy trudy bycia ludźmi z krwi i kości, ze swoimi nałogami i słabościami. Do tych ostatnich należą wszak i dziewczyny.

Tę zasadę znają we wszystkich wolnych zawodach: za know-how się płaci i kropka

Marudzę na ten temat, bo zdecydowanie za często słyszę o jakichś nowomodnych wieczorach kawalerskich, których uczestnicy, zamiast jak ludzie iść do klubu nocnego, organizują jakieś dziwne „przeżycia” w rodzaju paintballu, gokartów, skoków na spadochronie albo Bóg wie czego jeszcze. Mam wrażenie, że tego typu imprezy są wieczorami kawalerskimi tylko w wymiarze czasu akcji. Prawdziwy wieczór kawalerski musi zawierać świntuszenie i kropka.

Ma to pewnie z tysiąc wytłumaczeń – przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka opartych o klasyczne teorie antropologiczne, coś z socjologii czy psychologii, ale nade wszystko argumenty zdroworozsądkowe: na paintball, naprawdę, można sobie iść i po ślubie. Wódka i panienki są po to, żeby przekonać nasze narzeczone, jak poważnie traktujemy małżeńskie zobowiązanie, które za chwilę przyjmiemy na siebie. I że to już, naprawdę, ostatni raz. No, może przedostatni. Na odkrycie prawdy twoja przyszła żona ma jeszcze czas. Na razie możesz przyrzekać, że od teraz tylko scrabble i maczanie biszkoptów w herbacie.

Jeśli jesteś świadkiem na ślubie przyjaciela, podejdź serio do dwóch obowiązków wobec niego. Po pierwsze, postaraj się, żeby na własnym wieczorze kawalerskim czuł się zwyczajnie dobrze, co zazwyczaj wynika z dobrej organizacji i dużego luzu. W modelowej sytuacji luz objawia się w tym, jak wieczór jest zaplanowany, a organizacja – jak jest przeprowadzany. Nie planuj dużo. Skup się na programie minimum. Pozostań na tyle trzeźwy, by kontrolować sytuację, dopóki to potrzebne, czyli w grze jest wspólna kasa i plan do zrealizowania.

Drugi obowiązek jest… Jak by to wytłumaczyć? Jest taki znamienny fakt: dziewczyny na wieczorach panieńskich dają sobie przedmioty związane z seksem małżeńskim. W jakiś taki niewiarygodny sposób większość z nich – najwyraźniej autentycznie – jest się w stanie na jeden wieczór wczuć w rolę dziewcząt, które oto czeka seksualna inicjacja i wiążą z nią wielkie nadzieje. Jak dziewczyny wprowadzają się w ten szczególny stan, to temat na zupełnie osobne rozważania.

W tym samym czasie najpopularniejszym upominkiem na wieczorach kawalerskich są lateksowe lale, sprzedawane zresztą – czego sprzedawcy szczególnie nie kryją – wyłącznie na tego typu imprezy. Zapytasz, jaki z tej różnicy wynika obowiązek drużby? Ano taki: dziewczyny swoimi prezentami obiecują sobie seks, chłopaki przepowiadają sobie onanizm. Daj panu młodemu w spokoju rozważyć ten fakt i wyciągnąć wnioski.

A na koniec weź pod uwagę kilka dobrych rad Wujka Dobra Rada:

Niemieckie porno dla konserwatystów. Wikipedia opisuje to jako pierwsze przedstawienie striptizu - rok 1720. Ona zdejmuje krynolinę!

– Zorientuj się, czy pan młody w ogóle życzy sobie imprezy z panienkami. Jest na to kilka metod, począwszy od pytania go wprost, i zwracanie się po taką informację do jego narzeczonej z pewnością jest najgorszą spośród nich

– Jeśli zdecyduje się nie chcieć, uszanuj tę decyzję. Będziesz miał całe życie, żeby ją wyśmiać, więc wstrzymaj się do jego ślubu

– Zapytaj żonkosia, kogo spoza znanej ci paczki chciałby na tym wieczorze zobaczyć. Nawet, jeśli planujesz elementy niespodzianki, lista gości nie musi do nich należeć. Przedstaw gościom swój plan na wieczór, żeby, w wypadku zastrzeżeń, nie czuli się zaskoczeni i postawieni przed faktem dokonanym

– Zadbaj o dress code. Ostatnie, czego chcesz, to bandy gości z hasłem „wieczór kawalerski” wypisanym na tiszertach. Takie przybytki nazywają się gentlemen’s club nie bez powodu

– I powodem tym nie jest, że idzie się tam w smokingu, homburgu i z laseczką, gdybyś miał wątpliwości

– Zrób zwiad upatrzonego klubu. Robiłem w życiu kilka researchów i ten nie należał do najbardziej nieprzyjemnych

– Ustal ze wszystkimi wysokość zrzutki na prywatny taniec i drinki dla pana młodego. Upewnij się, że wszyscy akceptują zasady i że masz jaja i dość mocną głowę, żeby ich przestrzegać. Nie zapominaj, że skończycie kompletnie pijani i kasa i tak się pogubi – realizujcie punkty programu nie za późno w nocy i celuj w zapewnienie maksimum frajdy panu młodemu w ramach wyznaczonego budżetu – wcześniejszy zwiad cenowy będzie bardzo pomocny

– Traktowanie piwa jako long drinku w klubie wygląda jakbyś zastawił się, by w ogóle wejść, i nie mógł sobie pozwolić na szaleństwo. Co jest kiepską postawą negocjacyjną w rozmowach z każdym potencjalnym usługodawcą, także w tym biznesie. Patrz punkt czwarty

– Zabezpiecz gotówkę – za taniec lepiej nie płacić kartą. Trzymaj kasę w wysokich nominałach, żeby nie wyglądać, jakbyś kupował bilet na tramwaj. Wsadzanie banknotów za bieliznę dziewczyn na scenie nie jest chyba w Polsce zwyczajem, zresztą w tej sytuacji banknoty z Mieszkiem nie bardzo pasują

– Odpowiedni poziom wstępnego napicia, żeby ruszyć w miasto albo zadzwonić po dziewczynki, to „wstawiony”. Większość ludzi na trzeźwo czułaby się w takiej sytuacji idiotycznie, ale i pijany w stosunku do tancerki możesz łatwiej niż myślisz wyjść na impotenta, co nie zadziała dobrze na twoją samoocenę

– Do robienia striptizu służą, jak sama nazwa wskazuje, striptizerki. Licz się z tym, że jeśli zaprosisz na domówkę prostytutkę, może jej się zwyczajnie nie chcieć gibać, bo normalnie bierze większą kasę bez wygłupiania się

– Pilnuj siebie, pana młodego i – w miarę możliwości – co bardziej pijanych gości. Jeśli widzisz któregoś z nich wiedzionego przez dziewczynę za rękę ku drzwiom z napisem „kwatery prywatne”, prawdopodobnie spaprałeś sprawę

Doświadczenie uczy też, że warto koło tej trzeciej-czwartej rano połączyć wieczór kawalerski z niedobitkami panieńskiego. Ile można spędzić na imprezie w jednopłciowym towarzystwie? Przecież kochamy nasze żony i narzeczone i w sumie nawet cieszymy się, że nie kręcą pupami tak lubieżnie jak te dziewczyny, które tej nocy zostawiliśmy za sobą.

W ręku zielony badylek…

Dla wielu z nas dzień kobiet to forma liberalnego terroryzmu, ale, umówmy się, bywały gorsze narzędzia przemocy

Ciekaw jestem waszych strategii na dzień kobiet. Obchodzicie je, czy temat – szerokim łukiem? To święto o wieloznacznym charakterze, bo to i pochody z czerwonymi sztandarami, i kameralne pocałunki podczas (i po!) romantycznych kolacji. Ale przede wszystkim kilometrowe kolejki w kwiaciarniach i, dla wielu, dylemat: obchodzić, czy nie obchodzić (a raczej – uznawać, bo przecież mężczyzna nie ma jak obchodzić albo nie obchodzić dnia kobiet).

Może to niemęskie zachwycać się kwiatami, ale nikt mi nie wmówi, że legendarny semper augustus jest brzydszy od zegarków za pół miliona

Jednym z głównych argumentów w tej walce jest ten, ze specjalny dzień na wręczanie kwiatów naszym ukochanym, do tego ustalony urzędowo za czasów złowrogiego reżimu, sam takowy reżim ustala, bo matkom, żonom i kochankom należy wręczać róż naręcza bez okazji. Argument świetny, ale w ustach tych nielicznych, którzy faktycznie to robią.

Generalnie – zwracam się tutaj do przeciwników obdarowywania na ura! – jestem po waszej stronie, chłopaki. Głównie teoretycznie. Nienawidzę wszelkich tego typu owczych pędów. Antropologowie prześcigają się w zapewnieniach, że walentynki błędnie uważane są za globalistyczny amerykanizm, bo tak naprawdę obchodzone były w Europie od wieków. Ale co z tego, skoro oskarżenia tego święta o niepolskość, tak samo jak (uzasadnione) posądzanie dnia kobiet o komunistyczną genezę, to chyba tylko wymówka takich jak ja, którzy po prostu nie lubią robić pewnych rzeczy tylko dlatego, że inni je robią. Tak już mam i skrycie marzę o kobietach, które rozumieją ten tok myślenia.

Ale takich kobiet nie znam, a gdybym jakąś spotkał, podejrzewałbym podstęp. Kobieta to takie stworzenie, dla którego 3549 odcinek telenoweli jest alternatywą godną wzięcia pod uwagę, nawet jeśli na drugim kanale leci film Martina Scorsese. I właśnie dlatego zasługują na swój dzień. Da się go przełknąć, jeśli potrafisz sam uczynić swoimi wszystkie pozostałe dni roku. I, abstrahując wszelką filozofię… one po prostu lubią dostawać kwiaty. Jeśli rozumiesz to na co dzień, możesz nie stosować się od święta; to aż tak proste.

Kiedy się już zdecydujesz, unikaj czerwonych róż. Nie ma na to żadnej maksymy (zresztą – może jest, nie kolekcjonuję maksym), jest czysta estetyka. Licealiści i goci, którzy nigdy nie dorośli, ciągle posuwają z takimi po mieście. Uważają, że im dłuższa łodyga i im bardziej pąsowy, rozwinięty kwiat, tym bardziej jest uwodzicielsko i erotycznie. Rekordowe róże, które widuję na ulicach w rękach men in black idących na randkę w bojówkach, mają żerdzie jak młode sosny i kolor krwi wymieszanej pół na pół ze smołą. To dostateczny powód, żeby szukać innej drogi. Pamiętaj, że im bardziej próbujesz udawać barok, tym bardziej uzyskujesz tani biedermeier.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że wiele dziewczyn słyszało kiedyś pojęcie mowa kwiatów. Chodzi o odkrywcze połączenie dwóch głupich zabaw: flirtu towarzyskiego (czyli coś takiego, jak teraz na kapslach od tymbarków) i dawania kwiatów. Prowadzić ma do tego, że dając określony kwiat, komunikujesz jakieś związane z nim przesłanie, np. żółta róża oznaczałaby zazdrość. Oczywiście każdy kod działa wtedy, kiedy rozumieją go obie strony dialogu, czyli w tym wypadku – wcale. Kanoniczny męski punkt widzenia sprowadza się do dwuwiersza z piosenki Jacka Kaczmarskiego: aż podał jej tulipan,/ dumny, łebski, gładki,/ purpurą nabrzmiały/ jak płonącym mrokiem,/ a ona na to róży/ rozchyliła płatki/ by spłynęły po nich/ życionośne soki. Kiedy wiele lat temu usłyszałem to po raz pierwszy, nabrałem przekonania, że jestem w stanie tę mowę kwiatów jakoś ogarnąć, jej sedno okazało się jednak głupsze, niż mowa dzieci-kwiatów, więc próby ogarniania zarzuciłem.

Moją osobistą słabością zawsze były stokrotki i skromne bukiety kwiatków polnych, takie za kilka złotych. W kategoriach moich tutejszych wynurzeń pasowałoby do nich jak ulał słowo understatement, ale nigdy nie myślałem o nich w tych kategoriach. Od zawsze wydawało mi się zaś, że są proste i niezobowiązujące, do tego lepiej niż wszystkie te ostentacyjnie piękne rośliny z pierwszej ligi, świadczą o pięknie przyrody, która je wydała. Lojalnie jednak uprzedzam, że miny obdarowywanych wskazywały na niezrozumienie moich emocji, więc nie namawiam do pójścia w moje ślady. Trochę te reakcje rozumiem; dawanie bukietu za pińćzłoty to trochę jak wręczanie ukochanej futra z psa ze schroniska; wszyscy wiemy, że psy są wspaniałe, posłuszne i kochane, ale coś jednak w tym obrazie może nie grać.

A tak poza wszystkim, to właśnie zaczyna się chyba sezon na tulipany; kwiat szlachetny historią (pewien kryzys ekonomiczny w XVII wieku zaczął się od załamania na giełdzie tulipanów), a do tego kwiat piękny i występujący w gamie bezpiecznych z punktu widzenia mowy kwiatów kolorów. Zamawiając bukiet pamiętaj, że kiczu nie ma w przyrodzie, a tylko w tym, co człowiek z tą przyrodą robi; im prościej, tym bezpieczniej. Unikaj tulipanów w celofanowej tytce – są skaraniem boskim ostatnich lat. Nie dość, że funkcjonują w nowej rzeczywistości na tych samych prawach, co skompromitowany przez PRL goździk, to jeszcze świadczą o nieumiejętnym obchodzeniu się z kwiatem, który – jak noga w skarpetce z poliestru – zwyczajnie źle się czuje w sztucznym tworzywie.

I nie zapominaj o podstawowym imperatywie, nakazie wszystkich nakazów: bądź sobą w tym, jak wybierasz i dajesz kwiaty. Kiedy ona mówi, że nieważne, jakie są – zwiędłe, brzydkie, „bo takie były” – są piękne, prawdopodobnie naprawdę ma to na myśli. Wybieraj więc tak, jakbyś wybierał krawat – w zgodzie ze sobą.

Ale wybierz i daj, do jasnej cholery. Życie nie polega na skupianiu się na własnych natręctwach i uprzedzeniach.

Dandys w krainie kadrowych

Jak dobrze się ubrać na rozmowę kwalifikacyjną bez sfrustrowania niezrozumiałymi radami z Bożej łaski stylistów

Zostałem ostatnio zapytany przez nowopoznaną osobę płci, ponad wszelką wątliwość w tym wypadku, pięknej, czy dobrze jej się zdaje, że prowadzę blog na temat etykiety ubioru (znaczy: przed spotkaniem guglała po nazwisku). Byłem zmuszony przyznać jej rację, i to dwukrotnie: bo po pierwsze, faktycznie jej się zdaje, a po drugie, to złudzenie ma pozory prawdziwości, więc zdaje jej się dobrze. Rzecz w tym, że ja się na etykiecie ubioru znam zaledwie powierzchownie, a do zasad, z którymi się zetknąłem, stosunek mam raczej krytyczny: albo są czcze, i wtedy należy się czuć z nich (warunkowo) zwolnionym, albo uzasadnione jakąś wewnętrzną logiką, i wtedy w ogóle przestają być zasadami etykiety ubioru. Wszystkie te teksty o tym, jak należy się ubierać, nawet w wypadku ważnych uroczystości, a co dopiero sytuacji bardziej codziennych, to raczej tematy do dyskusji, niż zasady. Zwłaszcza w Polsce ich kategoryczne obowiązywanie jest wątpliwe.

Jedną z takich zasad jest rada, której udziela się osobom poszukującym pracy. Brzmi ona: nie należy być ubranym lepiej, niż rekrutujący. Zasada, której nigdy nie rozumiałem.

Nie rozumiałem jej po pierwsze z tego błahego powodu, że nie wiem, skąd można wiedzieć, jak będzie ubrany haerowiec albo dyrektor w firmie, którą znamy ze strony internetowej albo portalu rekrutacyjnego. Fakt, dzisiejszy rynek nie obfituje w oferty pracy, więc można czas bezrobocia poświęcić na mały zwiad, a zaoszczędzić go na spisywaniu nadmiaru listów motywacyjnych. Ale przecież tak na serio nikt tego nie będzie robił; zresztą w firmach, gdzie da się cokolwiek ustalić, czyli obowiązuje spisany dress code (tak, są nawet w Polsce takie firmy), ludzie mają chyba na tyle świadomości by wiedzieć, że ten dress code obowiązuje ich i nie należy przykładać go do ludzi spoza korporacji. A w firmach, gdzie dress code’u nie ma, obowiązuje stara dobra wolna amerykanka i jakiekolwiek nawiązanie strojem do kogokolwiek, by się od niego odróżnić bądź by się upodobnić, graniczy z cudem.

Ale to dopiero wierzchołek problemu, a jego sedno sprowadza się do tego co zwykle: można dobrze wyglądać w byle czym, albo ohydnie – w garniturze (bo do tego sprowadza się „dobry ubiór” w sytuacjach biznesowych).

Rozumowanie potoczne zawiera w sobie to samo pojęcie formalności, co logika skodyfikowanej etykiety ubioru. Tzw. przeciętny człowiek może co prawda nie wiedzieć, że frak (tylko z białą muchą) jest bardziej odświętny od smokingu (z czarną muchą), albo że zamienianie kolorów much jest rażącym naruszeniem etykiety. Na pewno zaś większość przeciętnych ludzi nie zdaje sobie sprawy, że tzw. strój dworski, koronacyjny czy jak go nazwać, z krótkimi spodniami i pończochami, jest (a jest) polecany do najbardziej uroczystych eventów, takich, jak właśnie koronacje. Ale jest to wiedza, która dotyczy tylko kilkuset osób z korpusu dyplomatycznego, jednego kujona z Krakowskiego Przedmieścia, który musi dopilnować, żeby prezydent nie pojechał na ślub królewski w stroju myśliwskim, i może jeszcze kilku gości z MSZ-u. Większość Polaków zaś w równym stopniu wie, a raczej – niewielu wie, a większość czuje – że marynarka w innym kolorze, niż spodnie, to strój mniej formalny od pełnego garnituru, że koszula na spinki jest bardziej odświętna niż taka z mankietem na guziki i że, kiedy raz niechcący ktoś założy wełniane spodnie, bo dżinsy są w praniu, na miejscu jest zakrzyknąć „a coś ty taki elegancki!”.

Co więcej, potoczne rozumowanie dodaje od siebie nowe formy dystynkcji, takie jak przekonanie, że rzeczy bardziej niewygodne są bardziej odświętne, albo że dwurzędówka jest bardziej formalna od jednorzędowej marynarki (bo chyba jest. Kiedyś czytałem jakieś uzasadnienie, ale go nie pamiętam).

I co w tym kontekście znaczy staranie się, by nie być lepiej ubranym od kogokolwiek? Jeśli trafimy na pracodawcę, który ma zwyczaj słuchać pań w Intermodzie, że w rękawie marynarki masz móc schować dłoń jak w mufce, że właściwa długość nogawki to pół metra więcej, niż długość nogi, że pąsowienie na twarzy i niedotlenienie to objaw dobrego dopasowania kołnierzyka, jeśli tymi wytycznymi będzie się kierował nasz pracodawca – to zawsze w dobrze dopasowanym garniturze będziemy wyglądać lepiej niż on i będzie to widoczne dla każdej osoby w otoczeniu, nawet jeśli nikt nie będzie w stanie wskazać ani nazwać różnicy. Czy to znaczy, że masz mieć osobny workowaty garniak sprzed stu lat tylko na rozmowy kwalifikacyjne?

A co z inną sytuacją, kiedy kultura korporacji albo osobiste preferencje dyrektora zakładają noszenie w pracy dżinsów i bluzy z kapturem? Jak wtedy, drodzy styliści i etykieciści, polecicie się ubrać młodym poszukiwaczom pracy? Licytować się na stylistyczną nijakość, czy uciec się do workowatego do garnituru z poprzedniego akapitu?

Wszystkie te rady są do niczego. Nie zrezygnujesz przecież z garnituru, skoro nosi się go czasem także po to, by podkreślić rangę sytuacji, w której się znajdujemy i to, jak zależy nam na efektach spotkania. Może w jakimś Facebooku albo innym Google’u, korpach znanych z ostentacyjnego demonstrowania pozornie hipsterskiego i wyluzowanego stosunku do aktywności zawodowej, jeszcze jakoś by to przeszło. Ale tam, gdzie obowiązuje ten hipsteryzm w wersji light, gdzie łapie się byka jedną rączką za jeden rożek, i to zapytawszy go wcześniej o zdanie, twój dyrektor w bluzie z kapturem może okazać się drogowskazem, który nie wskazuje tam, dokąd idzie.

Dlatego w poszukiwaniu pracy raczej postaw na garnitur, a w butonierkę wetknij understatement. Zrezygnuj z poszetki, jeśli nie ubiegasz się o posadę stylisty (niektórzy twierdzą, że w dzisiejszych czasach poszetka i krawat naraz to nadmiar ekstrawagancji). Zachowaj dystans dwóch kroków za modą i pół kroku za tip topem ponadczasowej elegancji. Nie udowadniaj na siłę, że jest wiele lepszych na krawaty tkanin, niż jedwab. Ale bądź sobą w stosunku do innych, a jednocześnie pokaż im, że znasz zasady ubierania się dla innych i dla okoliczności. To jedyne logiczne wyjście.

Zresztą, może dzięki temu będą w mniejszym szoku, kiedy pierwszego dnia przyjdziesz do pracy.

PS. Teraz, kiedy się już pomądrzyłem, może dodałby do tego coś ktoś, kto ma zbliżył się do pracy etatowej bardziej, niż na odległość splunięcia? Co poradzilibyście młodszym (stażem) towarzyszom niedoli, którzy w poszukiwaniu rady zbłądzą na ten felieton?

Ostatnie prezenty dla mężczyzn. Ratunek dla wiecznie spóźnionych

Jeszcze nie wszystkie prezenty dla mężczyzn gotowe? Trzy minuty planowania oszczędzą trzech godzin zbędnej gonitwy po zatłoczonym mieście

Czytaj dalej