Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/smak/domains/smaknabyty.pl/public_html/wp-content/themes/fox/inc/admin/import.php on line 324
okulary przeciwłoneczne - Smak Nabyty
Browse Tag

okulary przeciwłoneczne

Rażący problem

Okulary – w tym przeciwsłoneczne – to jedna z niewielu możliwości wpływania dodatkiem na charakter twarzy, a nie tylko jej odzieżowego otoczenia

Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić,/ lecz zacząć muszę nie od konkretów, a od przeprosin – pisał mistrz Młynarski w czasach, kiedy zajmowanie się polityką przynosiło mu chwałę, a nie żenadę. Też zaczynam dziś od przeprosin za ponadtygodniowe milczenie, zapewniam jednak, że kierowało mną jak zawsze Wasze dobro, drodzy Czytelnicy. Odpowiedzialność za słowa kazała mi jeszcze raz sprawdzić, czy trzymają się kupy wszystkie rady, jakich udzielam w sprawach takich jak rodzinne spędzanie świąt, wyjścia z kolegami i ich nieuchronne następstwa. Teraz, kiedy już wiem, że tak, i nawet jajecznica z krewetkami dała się przełknąć, mam pewność, że jestem na kursie i na ścieżce. Tylko słoneczko dalej razi.

Nie w każdym zawodzie ważne jest, czy w twoich okularach efektownie odbijają się płonące stodoły. Szeryf Cooley w "Bracie, gdzie jesteś"

Nie sposób przecenić okulary przeciwsłoneczne, nie tylko w dniach kaca. Mają one wielką moc, zwłaszcza dla osób, które na co dzień nie noszą szkieł korekcyjnych, bo chyba każde okulary dodają twarzy charakteru. Są zupełnie niekontrowersyjnym akcesorium (w przeciwieństwie do spinek do krawata, szelek czy podwiązek), bo latem nosi je większość ludzi. Jednocześnie – patrz punkt pierwszy, dodają twarzy charakteru. Czary.

Czy wspominałem, że chronią przed słońcem? I że nosząc je w bardzo optymistyczny letni dzień nie musisz mrużyć oczu, co prowadzi do wyglądu dziwoląga ze Star Treka? I że, jeśli ich szkła są odpowiednio ciemne, możesz zachować komfort, gapiąc się na wybrane elementy anatomiczne przechodniów płci przeciwnej, którzy – tak się cudownym przypadkiem składa – akurat w najbardziej słoneczne dni najmocniej te elementy eksponują? Żyć nie umierać – dobrze dobrane okulary przeciwsłoneczne to zegarek, kabriolet i modżajto w jednym.

Największy zestaw czadowych PS-ów - guglać "Ray Charles"

Wybierając peesy (za gówniarza mówiłem tak na okulary przeciwsłoneczne, na wzór słowa pegaz na maskę przeciwgazową i pepoż na sami wiecie co), zwróć uwagę w pierwszej kolejności na szkła. Pamiętaj – źle dobrane ubranie prowadzi do katastrofy stylistycznej, ale złe szkła zagrażają czemuś znacznie ważniejszemu – dobremu wzrokowi, który – choćby z jednego przywołanego wyżej powodu – jest w życiu bardzo przydatny i warto o niego dbać. Popsuje się zresztą i tak, więc po co mu to ułatwiać.

Dlatego stawiaj na szkło w miarę neutralnie szare. Wiele markowych okularów ma specyficzny zafarb, który idzie w kierunku zieleni albo brązu. Warto zwrócić na nie uwagę. Każdy filtr optyczny ma tę cechę, że wpuszcza więcej światła w kolorze, w którym jest i mniej tego, który go dopełnia. W tłumaczeniu na polski: w intensywnie fioletowych okularach to, co jest żółte, będzie bardziej intensywne, a w zielonych trawka będzie jaśniejsza. To naprawdę działa, a producenci dobrych okularów na mają opracowane właściwe kolory. Z lubością wspominam jedne z moich awiatorów, które miały tak cudownie purpurowy ton, że miałem ochotę lizać przejeżdżające czerwono-żółte autobusy. Pamiętaj, że barwy otoczenia wpływają na twój nastrój i jeśli dziewczęta wydają ci się bardziej opalone, a lody bardziej truskawkowe, to krótka droga do bycia weselszym ergo fajniejszym ergo bardziej atrakcyjnym. Cudze opalone ramiona, twój lans – żyć nie umierać.

Nietrudno wyglądać dobrze nawet w takiej stylizacji, jeśli za przeciwnika ma się Keanu Reevesa

Dlatego na świat warto patrzeć przez szmaragdowe albo purpurowe okulary, ale nigdy przez różowe. Ani niebieskie, skoro już przy tym jesteśmy. Jeśli założysz okulary w kolorze prawdziwego błękitu, niebo wyda ci się jaśniejsze, a to, co na ziemi – odpowiednio bardziej ciemne. Aby lepiej widzieć (nie obserwujesz przecież nieba, ale domy, ulice, ludzi) źrenice rozszerzą ci się, a wtedy z (rozjaśnionego!) nieba zbombardują ci siatkówkę promienie UV, którym niebieski filtr wyjątkowo sprzyja. Apektów stylistycznych noszenia okuarów w tym kolorze nie zaszczycę nawet komentarzem. Ten numer uchodzi na sucho tylko Garym Oldmanom, a jest dokładnie jednosobowa grupa ludzi na świecie, którzy potrafią być Garym Oldmanem. Wliczając w to Oldmana, oczywiście.

Zresztą uznani producenci okularów nie robią nic tak katastrofalnego. Większość za to ma w ofercie szkła z polaryzacją, które są droższe, ale gdyby ktoś się zastanawiał nad sensem dopłacania, podpowiem: lepiej dopłacić za to, niż za logo na oprawce albo fikuśny futerał. Polaryzacja działa tak, jak ma działać, tzn. likwiduje refleksy światła od niemetalicznych powierzchni, co jest zbawiene np. za kierownicą, kiedy w szybie nie odbija się kwit parkingowy, którego nie chciało ci się zabierać z deski rozdzielczej. Jeśli masz nawyk jeżdżenia w polaryzowanych okularach, o kwitku przypomnisz sobie późną jesienią. Podobnie jak o tym, że możesz korzystać normalnie z komórki – wyświetlacze ciekłokrystaliczne też korzystają z efektu polaryzacji, więc jeśli twoje szkła naprawdę mają tę cechę, pod pewnym kątem ekran twojego telefonu powinien ci się wydawać naprawdę czarny. Jeśli nie znajdziesz takiej pozycji, to znaczy, że sprzedawca okularów próbuje cię naciągnąć. Zauważyłem jednak, że nowsza elektronika, jeśli nie trzymać je jakoś dziwnie, wyświetla wszystko poprawnie. Zazwyczaj.

Zawsze z rezerwą podchodziłem do okularów z odzieżowych sieciówek, a to właśnie ze względu na jakość plastiku, który odruchowo nazywa się szkłem. Szkło optyczne, niech będzie nawet nieszklane, musi jednak spełniać pewne standardy, kosztować pieniądze i nie pochodzić z byle fabryczki w Chinach. Na drugim biegunie są oczywiście bardzo markowe okularki, zwłaszcza wiecie-których-dwóch marek. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak wyjątkowo finezyjna reklama, ale z dwojga złego wolę przepłacić, chociaż wkurzają mnie nachalne logo i sprzedawanie produktu narracją, kto to naszych okularów nie nosił, i lotnicy Dywizjonu 303, i wielcy aktorzy złotego wieku Hollywood. Lepiej mieć przez cały sezon jedną parę, ale precyzyjnie ją wybrać. W końcu może się wtopić w twoją osobowość, prawda?

Wayfarery. Źle z nimi, bez nich jeszcze gorzej

Nie wtopi się jednak raczej, jeśli będzie to klasyczny wayfarer, choć, przyznaję, te „oryginalne” są porządnie wykonane i mają właściwe proporcje. Wayfarery noszą wszyscy ludzie myślący o swoim wyglądzie i chyba łatwiej uchodzić za oryginała nawet w awiatorach, choć pasują raczej do skórzanej kurtki, niż garnituru. Wszelkie inne formy podłużnych okularów w cienkich ramkach albo tych sportowych to domena ludzi, którzy o stylu w ogóle nie myślą albo myślą, ale coś dziwnego. Chętnie zobaczę zdjęcia, które obalą tę teorię.

Oczywiście to nie wypełnia bez reszty katalogu możliwości w dziedzinie okularów. Nie staram się jednak stworzyć przewodnika zakupowego, więc powiem tylko: wybieraj z rozwagą. Ale i z fantazją. Mimo (minionej już chyba, na szczęście) mody na hipsterskie wayfarery zerówki (za piętnaście zyli z allegro), grube oprawki dalej wyglądają niebanalnie w porównaniu ze zwykłymi cienkimi. Trynd na lata 50. każe zwrócić uwagę na clubmastery, czyli druciane z rogowymi czy szylkretowymi „brwiami”. Rzeczy dizajnerskie są dizajnerskie i grożą wizerunkiem sir Bono. Czyli złym. Niepolecanym wizerunkiem clowna grozi też noszenie okularów szerszych niż twarz. Nie prowadziłem na ten temat badań antropometrycznych, ale pi razy oko ta reguła wydaje się działać.

Warto też zwrócić uwagę, że dzięki mniejszemu kontrastowi między oprawką a ciemnym szkłem, masywne okulary w wersji przeciwsłonecznej nie będą się tak rzucały w oczy, jak te same w wersji korekcyjnej. Możesz to potraktować jako szansę na wejście w stylówę Dona Drapera albo Władysława Gomułki, jeśli do tej pory bałeś się odejść od imydżu stu najbogatszych Forbesa.

Myślę zresztą, że wybór okularów przeciwsłonecznych ma się nijak do kwalifikowania się na tę listę, aczkolwiek, niestety, tego akurat nie mówię z własnego doświadczenia.

Pięć najważniejszych dodatków

Tak to się już ponuro w życiu składa, że goniąc za rzeczami wielkimi czasem zapominamy o małych, które dają wielki efekt. Oto pięć dodatków, które nadają znaczenie słowu „styl”, nie opróżniając przy tym portfela. Może posłużyć jako lista obecności, zastosowana do własnej szafy, albo lista prezentów choinkowych dla eleganckich krewnych i znajomych.

 

Wiem, zdjęcie Bonda jako ilustracja to ograny numer. Ale taki Robert Kozyra nie byłby ani trochę lepszy

1. Poszetka jest oczywiście na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że, jak twierdzą uparci, należę do subkultury, która poszetką wyraża swoją tożsamość. Chodzi raczej o to, że chusteczka w kieszonce marynarki jest czytelnym sygnałem noszenia tej ostatniej dobrowolnie, z dumą i na luzie. Jeśli masz mieć tylko jedną chusteczkę do brutaszy i używać jej codziennie przez całe życie – nie jest to błąd, o ile jest ona biała. Z białą poszetką nie można źle trafić i choćbyś miał tysiąc krawatów, będzie pasowała do każdego. W internecie znajdziesz setki sposobów składania poszetki – wybierz dowolny, pod warunkiem, że stosuje się do niego słowo „nonszalancko”.

 

 

 

 

 

Jeśli Tom Ford nie wstydził się dawać swojemu bohaterowi spinki do krawata – ty też nie musisz

2. Spinka do krawata. Natknąłem się nie raz na porady z gatunku savoir vivre’u, i chociaż nie mam o nim zbyt wielkiej i usystematyzowanej wiedzy, to potrafię rozpoznać idiotyczną regułę, kiedy ją czytam. O spince do krawata dowiedziałem się, kolejno: że to wymysł Jankesów, na tyle głupich, że krawat tonie im w zupie; że przystoi, i owszem, ale tylko kelnerom; a ostatnio, że to biżuteria na tyle elegancka, że pasuje tylko do stroju formalnego. Cóż, nie wiem, jak wam, ale mi krawat rzadko sprawia problem w trzymaniu kieliszka czy odkrawaniu kęsów kaczki. Spinka może być natomiast nieocenionym sprzymierzeńcem na co dzień, w domu czy w pracy, gdzie (serio!) może się zdarzyć, że zdejmiesz marynarkę, a niesforny zwis męski będzie bezwzględnie dążył do zachowania pionu niezależnie od tego, co robisz. Nonszalancja, jak zawsze, jest ważna, ale tutaj postawiłbym na słowo „prostota”.

 

 

 

 

 

Laurence Fellows wiedział, że irchowe rękawiczki to szczyt lansu, a parasol zagrażający przechodniom – niekoniecznie

3. Irchowe rękawiczki. Klimat w Polsce sprawia, że konieczne są przynajmniej dwie pary rękawiczek – jedna z ociepleniem, druga bez. Granatowym garniturem wśród rękawiczek są te z jeleniej irchy, przyjemnie i ekstrawagancko żółciutkie, najlepiej z palcami zszywanymi od zewnątrz kontrastową nitką. Jeśli masz płaszcz z kieszonką piersiową – jesteś szczęściarzem. To najlepsze (zaraz po dłoniach) miejsce na takie rękawiczki: wkładaj je zawsze pionowo, palcami do góry – niech przechodnie też żółkną – z podziwu i zazdrości. Na pewno w wielu miastach są jeszcze – i dobrze sobie radzą – rzemieślnicy produkujący rękawiczki. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w Warszawie warto odwiedzić kilka zakładów, bo ceny potrafią znacznie się różnić.

 

4. Dobry parasol. Wszyscy mają jednorazówki z logo kontrahenta swojego pracodawcy albo nadrukiem na pamiątkę jakiejś konferencji, na którą szef ich wysłał. To chyba dostateczny powód, żeby twój parasol miał rękojeść z prawdziwego zdarzenia, obciągniętą skórą albo z przyzwoitego drewna. Przed zakupem dowiedz się, gdzie w twojej okolicy naprawiają parasole, bo uszkodzenie od wiatru, to nie kwestia „czy”, a „kiedy”. Pamiętaj też, że złamanie zasad parasolowego BHP na ulicy psuje cały efekt elegancji. Dlatego podpieranie się nim jak laską (kiedy nie pada), choć staroświeckie, nigdy nie wyjdzie z kanonu dobrych praktyk – zabezpiecza ono przed wsadzeniem końcówki parasola w oko Bogu ducha winnego przechodnia.

 

 

 

 

Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu
Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu

5. Okulary przeciwsłoneczne. W pięknym choć pechowym kraju między Bugiem a Odrą słońce wpada zimą późnym przedpołudniem tylko po to, żeby o piętnastej przypomnieć sobie, że ma coś do załatwienia na Maderze. Mamy więc porę roku, kiedy jedyne okulary przeciwsłoneczne, jakie cieszą się wzięciem, to model promowany przez MON na obozy w Afganistanie. Dopóki stosowny minister nie sformuje oddziału hipsterów bojowych, warto zaopatrzyć się w mocno przecenione ray bany albo inne persole. Osobiście, gdybym miał wybierać, czy dopłacić za logo, czy za polaryzację, wybrałbym bez wahania to drugie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że licealiści siedzą w kawiarniach sieciowych w takich samych okularach jak twoje, to model wayfarer Ray Bana dalej jest chyba wzorcem z Sèvres przeciwsłonecznych okularów do miasta. Ponieważ czarny to owoc, a nie kolor, postawiłbym na szylkret, czyli brązową panterkę w dobrym guście.

[simple_series title=”Ubierz się jakoś”]