Żar(cie) sportowych emocji

Kiedy Maciej Maleńczuk w swoim sławnym hicie składał rymy mundialeiro i hamburgeiro, z pewnością wiedział co robi

Pod wieloma względami nie jestem i chyba już nie zostanę „prawdziwym mężczyzną”. Jednym z głównych jest fakt, że mimo lat starań nie udało mi się ani trochę zostać kibicem piłki nożnej. Próbowałem różnych sposobów, w pierwszym półfinale, tym iberyjskim, postawiłem nawet na konkretny wynik, mianowicie 2:1 dla Hiszpanii po 90 minutach. – Hiszpania jest faworytem – kalkulowałem – ale skoro stawka jest wysoko, to na pewno jedni i drudzy coś tam strzelą. Tak urodził mi się pomysł wyniku, który, jak wszyscy wiedzą, był wart tyle, ile cała moja piłkarska wiedza. Problem w tym, że nawet w obliczu kilkudziesięciozłotowej wygranej nie potrafiłem emocjonować się perspektywą pierwszego gola, bo kto by go nie strzelił, zbliżało mnie to do zwycięstwa. I tak nie zbliżyłem się do niego ani przez moment.

Tak więc założyłem się o pińć złotych, których zresztą nikt nie wygrał i miały wrócić do właściciela, a ja zostawiłem je w ramach napiwku. Z tego co wiem inni poszli w moje ślady, co może wynagrodzi kelnerce konieczność odsiedzenia dogrywki i karnych w knajpie, która normalnie zamyka się o dziesiątej. Na pewno nie wynagrodziło mi oglądania przez dwie godziny gości szarpiących się za koszulki. Ostatnich prawdziwych emocji zaznałem w czasie meczów z udziałem polskiej reprezentacji, ale ten rodzaj uniesień to nie emocje sportowe, a raczej narodowe.

Może nie lubię oglądać piłki w telewizji, ale lubię specyficzną poetykę, jaką jest spotkanie „na meczyk” i czasem, od wielkiego dzwonu, nachodzi mnie ochota na pobawienie się w ten specyficzny rodzaj „prawdziwego mężczyzny”. Wiecie, piwko-dwa-góra siedem, czerwone mięso i „idziesz idziesz!” wywrzaskiwane prosto w ekran. Może bez zaśpiewów i malowania twarzy, bo to trochę jak udawanie orgazmu, a chodzi raczej o odnalezienie w sobie i przetestowanie tego mało używanego aspektu bycia samcem. Jeszcze raz podkreślam: autentycznie zazdroszczę tym z was (zapewne większości), którzy nie muszą niczego znajdować ani odkurzać. Zaznaczam też, że nie należę do tego smutnego gatunku facetów, których żona zaprasza koleżanki na mecz i z pogardą tłumaczy mężowi, czym jest pułapka ofsajdowa. Wiem, co to jest spalony i potrafię go rozpoznać, kiedy go widzę, po prostu potrzebuję się na tym skupiać bardziej niż inni. Raz na dwa lata mi nie zaszkodzi.

Kuchenny fartuch to dla mnie jeden z najważniejszych elementów garderoby, bo pozwala na robienie czegoś w kuchni podczas imprezy. Cechą dobrego fartucha jest nie tylko grube płótno, które chroni przed plamami i ewentualnymi poparzeniami (np. z oleju), lecz także krój który dobrze zasłania koszulę także po bokach, a jednocześnie ładnie eksponuje neckwear. Ten fartuszek dostałem w prezencie od przyjaciela domu, ale jest tak idealny, że lepszego sam bym nie znalazł. Fot. Piotr Schmidtke

Dość naturalnym rozwiązaniem na meczykową imprezkę wydają się hamburgery. Są niezobowiązujące, budzą jakieś takie dżinsowe, że tak powiem, skojarzenia, a jednocześnie dobry hamburger jest dodatkowo lepszy kontrastem do tego, co pod tą nazwą sprzedają fast foody.

Na tym etapie walczyłem z pokusą, żeby zamiast hamburgerów zrobić mięsnego jeża. Wygrałem.

Cała zabawa polega na przygotowaniu mięsa. Poproś w sklepie o zmielenie przyzwoitego kawałka wołowiny (może być łopatka albo jakiś, lepiej nie za drogi, kawałek z tyłu – hamburger z polędwicy to raczej przesada). Hamburger to zasadniczo kotlet mielony (jak w kawale: jadłem lunch. To taki obiad, tylko w Warszawie), więc do środka wrzucić należy jajo i trochę bułki tartej dla konsystencji oraz zeszkloną cebulkę i łychę musztardy – jak w mielonych babuni. Policz po 120 g mięsa na osobę i doprawiaj z głową, pilnując konsystencji. Reszta jest dowolna, ale to od niej wszystko zależy. Moim zdaniem oprócz soli i pieprzu, najlepiej takiego prosto z moździerza, świetnie hamburgerom robi dużo ziaren kolendry (również z moździerza), ale bardziej metroseksualny może być np. „po włosku” z oregano.

Formowanie hamburgerów wymaga osobnego narzędzia. Kiedy robiłem je po raz pierwszy, użyłem krążka wykrojonego z półtoralitrowej butelki PET, ale była za miękka i rozwiązanie nie sprawdziło się. Stosunkowo łatwo dostać zestaw wykrawaczy do placków i ciasteczek, który ma tę zaletę, że łatwo dobierzesz średnicę potrzebnej foremki do średnicy bułki, którą uda ci się kupić. Jednak, może trochę dlatego, że jestem gadżeciarzem, kiedy spotkam praskę stworzoną specjalnie do hamburgeiros, kupię ją. Szukać zamierzam w sklepach z kuchennymi gadżetami. Dzięki uformowaniu i sprasowaniu hamburgery nie rozpadną się podczas smażenia, którego dokonuję na patelni grillowej. Przed smażeniem schłodź kotlety przez godzinę w lodówce, obtocz w tartej bułce i skrop olejem.

Żeby sprawnie wydawać posiłki z kuchni na salę, kucharz musi zadbać o mise-en-place, czyli dobry dostęp do wszystkiego, czego będziesz potrzebował do przyrządzenia dania. Na tej małej powierzchni może powstać cały posiłek, wystarczy, że wjedzie patelnia z hamburgeiros

Są w Warszawie artyści hamburgerowi, którzy podają swoje dzieła np. we włoskiej bułce typu ciabatta i choć efekt jest wart uwagi, to moim zdaniem jednak nie to samo. Słodkawe bułki hamburgerowe posypane sezamem po to zawierają cukier, żeby lekko podkreślać pozostałe smaki, ale także po to, by łatwiej się rumienić. Używam do tego oldskulowego opiekacza elektrycznego, ale chodzi po prostu o górne źródło ciepła, więc piekarnik elektryczny może się nadać równie dobrze.

Reszta jest już z górki: żeby twoje dzieło pokazywało makiecie z plakatu McDonalda gdzie raki zimują, wrzucasz sałatę, ser, cebulę i ogórki. Blisko amerykańskich pikli jest coś, co można kupić w słoikach zatytułowanych sałatka szwedzka, ale taki dzień jak dziś wprost prosi się o nutkę kontrkultury w postaci małosolnych. Jest też sezon na pomidory, kup więc polskie gruntowe i pokrój – jak by to wytłumaczyć – poziomo, żeby każdy plasterek zawierał przekrój gniazd nasiennych. Dupki pomidorów pójdą na rano na sałatkę, podaj gościom to, co najlepsze. A niech mają.

Sosy to zupełnie osobna sprawa, bo potrafią radykalnie wpłynąć na oblicze dania. Prosty sos, np. czosnkowy, łatwo zrobić z solą i pieprzem na jogurcie. Jeśli dodasz koperek, dodaj więcej czosnku, bo zioła tłumią jego smak. Czosnek wcześniej utrzyj w moździerzu albo drobno posiekaj i posyp solą – pod jej wpływem puści sok i będzie bardziej… hmm… czosnkowy.

Hambuksy to wyjątkowo trudna rzecz do jedzenia przed telewizorem. Warto pomóc sobie patykiem do szaszłyków

Jeśli zdecydowałeś się na wersję mięsa z oregano, spróbuj rzadkiego sosu pomidorowego. Jeśli dodatkowo jako sera użyjesz mozarelli, będziesz miał kompletny fusion. Nie biorę odpowiedzialności za efekt, ale twoja dziewczyna może cię za to pokochać. Hamburgery po włosku – to nie brzmi zbyt męsko. Ja zostałem przy tradycyjnej wersji z musztardą i ketchupem, ale równie tradycyjny może być sos barbecue.

I gotowe. Dla uzupełnienia możesz pokusić się o zrobienie mczestawu, czyli dorzucenie ziemniaków w postaci frytek lub pieczonych łódek, jednak wtedy upewnij się, że goście będą naprawdę głodni. Dorzucisz je czy nie, danie i tak jest z punktu widzenia diety bardzo grzeszne, skoro łączy bułę z mięsem, czyli węglowodany z białkiem. Ale kto by się przejmował, skoro finał mistrzostw zdarza się raz na dwa lata? Jutro można znowu być normalnym sobą, jeść na kolację pomidory z mozarellą i pić białe wino.

5 odpowiedzi do “Żar(cie) sportowych emocji”

  1. Ha, mam taki sam stosunek do piłki nożnej. Jakiś finał mundialu czy euro raz na dwa lata w zupełności mi wystarczy. Emocjonuję się raczej umiarkowanie. Kumple jeszcze w liceum zaprosili mnie na mecz Polska-Anglia. Po strzelonym przez naszą drużynę golu koledzy podskoczyli i wrzeszczeli a ja się lekko uśmiechnąłem :) Do tego uważam że boisko jest co najmniej 2 razy za duże a spalony jest bez sensu.

    Zdjęcie a la Martha Stewart śliczne ;)

  2. Bardzo lubię Twoje wpisy ale, z całym szacunkiem, ten to już czysta herezja. Podałeś przepis na ordynarny kotlet mielony a nie hamburgera. Tak się po prostu nie robi!

  3. Dzisiaj będę testował przepis z tą różnicą, że mam paczkowane mielone wieprzowo-wołowe. :( Bida, panie, bida!

  4. Oryginalna realizacja dla smakoszy. Uświadczyłam tu wielu ciekawych materiałów. Doświadczony redaktor. Jeszcze tu pozostanę. Dobre na maxa.

Możliwość komentowania jest wyłączona.