Zakochani widzą telewizor

Lista znośnych filmów o miłości, dzięki którym w tym roku na walentynki będziesz mógł odpowiedzieć „Dobrze, kochanie“ przynajmniej na jedną propozycję

Zbliża się pierwsza w tym roku okazja, żeby powąchać trochę serduszkowo-różowego napalmu o poranku. Dlatego, nie bacząc nawet na to, że to obciach jak selfie z dzióbkiem, prezentuję jedyną i niepowtarzalną, otwartą listę filmów na romantyczny wieczorek. Z pozoru lista jak lista, ale jest w niej coś wyjątkowego: wybrałem filmy, od których, wbrew wszelkim przesłankom, nie wypadają oczy. Sprawdźcie sami.

Instrukcja obsługi listy: Zestawienie zostało uporządkowane w kolejności od najbardziej do najmniej sentymentalnego. Jeśli twoja lepsza połówka jest bardzo sentymentalna, musisz zacząć od pierwszego i obserwować reakcje, żeby wiedzieć, kiedy przestać. Ale możesz też, jeśli masz wyjątkowo hardą babę, zacząć od trzeciego, a nawet piątego z listy. Jeśli potrzebujesz wcześniej ustalić, jak bardzo sentymentalna jest twoja ukochana, możesz posłużyć się testem różowej bombonierki (wtedy liczysz długość wzdechu w sekundach po otrzymaniu) albo zabić jej ulubionego chomika trzewikiem z kordowanu (wtedy miarą jest długość focha liczona w miesiącach). W tym drugim przypadku rozciągnij wcześniej na podłodze folię malarską, bo narobienie bałaganu w mieszkaniu może zafałszować wyniki pomiaru.

No dobra, pogadaliśmy. Do rzeczy.

Kiedy Harry poznał Sally

Zaczynamy od mocnego akordu, bo to naprawdę typowy romkom. Ale! Nora Ephron jest taką scenarzystką romkomów, jak Meg Ryan bohaterką romkomów: Wzorcem z Sèvres. Matką założycielem. No i do tego stopnia klasykiem, że jak ulał pasuje tu hasło Wczoraj obciach – dziś awangarda (podsłuchałem je kiedyś na pożegnaniu starego składu Radiostacji, na początku wieku). Ach, jest jeszcze ten gość, Harry. Powiedzieć o Harrym, że jest najlepszym bohaterem męskim romkomu to jednak trochę błąd. Jest to jedyny znany mi w ogóle bohater romkomu, taki zbliżony do człowieka. Na tym to wyczrepuje, zarówno w dobrym, jak i w złym sensie, zalety tego filmu. Póki co jest on numerem jeden na mojej liście filmów, których niby nie chcę już więcej oglądać, ale mogę dać się przekupić butelką wina i deską serów.

Okrucieństwo nie do przyjęcia

Kiedy bracia Coen kręcą różne rzeczy, to przeważnie próbują być zdystansowani i ironiczni. Ale wtedy wkracza Żorż Clooney, którego powłóczyste spojrzenie nie potrafi być powłóczyste w ironiczny sposób, więc trochę zżera efekt. Nie zeżarło go oczywiście w Bracie, gdzie jesteś, ale to głównie dlatego, że cały tamten film był pomyślany tzw. jako beka z typa. No ale ironia w Okrucieństwie… została, a warsztat jest mocny, więc i film zasługuje na mocne 2/7 na tutejszej liście.

Ach tak, Catherine Zeta Jones. W sumie gwiazdka jakich tysiące, z tym że kiedyś zrobili jej portret dla Vanity Fair. I mój album ze zdjęciami z tego periodyku nieco wyblakł na tej stronie.

 Dziennik Bridget Jones

Jeśli jeszcze nie znasz tego widoku, czas się ożenić
Jeśli jeszcze nie znasz tego widoku, czas się ożenić

A teraz szybciutko spieprzamy z rejonów romkomowych. Bo jednak Kiedy Harry poznał Sally to poza wszystkim typowy krążownik o napędzie wzruszeniowym klasy Nora Ephron: bohaterowie, perypetie, bla bla bla, a na końcu spotykają się w kameralnej księgarni na Piątej Alei (kiedy w grę wchodzi film o miłości okazuje się, że książki są zawsze sexy – por. Notting Hill albo You’ve got mail).

W zestawieniu zaś musi się znaleźć Dziennik Bridget Jones na wszelki wypadek, gdybyś żył w przeświadczeniu, że to głupi babski romkom. Taki dla bab. Otóż nie – jest i dziewczę z wałeczkami, pryszczami i kompleksem, i faceci, którzy nieumiejętnie oklepują sobie mordki, i jeszcze kilka innych fajnych rzeczy. I nawet Hoough Grant jakoś w tym się odnalazł!

Zakochany bez pamięci (Eternal Sunshine Of The Spotless Mind)

Bo jak Charlie Kaufman bierze się do pisania scenariusza, to nie ma wiecie czego wiecie gdzie. Film o miłości, który napisał gość od Synekdochy. Nowy Jork i Być jak John Malkovich. Kropka. I gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości: Jim Carey to nie jest ten gość od Ace Ventua i tego schrzanionego Batmana. To znaczy technicznie jest, ale…

Właśnie się zorientowałem, że opisując trzeci z kolei film, piszę tylko o tym, kto go zrobił i kto w nim zagrał. I przez chwilę mi to przeszkadzało, ale wkrótce uświadomiłem sobie, że filmy o miłości są o miłości i taki ich ulotny (albo wątpliwy) urok: one są o miłości i już.

Bram Stoker’s Dracula

Film o miłości. Ale nie, zaraz!

Wśród pierdyliardów filmów o wampirach w ogóle i Draculi w szczególe wyróżnia się raptem kilka. Herzog. Nosferatu. Symfonia grozy – który wyróżnia się tym, że jest jak designerskie krzesło: taki klasyk, że usiedzisz, choćby wpijało się w dupę. No i Bram Stoker’s Dracula Coppoli, do tego Francisa F., a nie jego rozpieszczonej, choć zdolnej córeczki.

Są granice kiczu i granice kiczu. Tutaj mamy tę pierwszą
Są granice kiczu i granice kiczu. Tutaj mamy tę pierwszą

Coppola rozpisał film w taki sposób, że jest jednocześnie ekranizacją książki i opowieścią o kontekście, w którym książka powstała. Kontekst zawsze tworzy książkę, a o tym, że Draculę Stokera kontekst tworzył wyjątkowo – o tym wiedział w moich czasach każdy licealista (mam starą maturę). I żaden, słownie żaden reżyser Holywoodu. Więc owszem, plejada aktorów (oraz Kijanu Reeves as himself), ale jednak wkraczamy do świata, gdzie można o filmie napisać coś więcej.

I właśnie dlatego (see what I did there?) tego nie zrobię. Bo gdzie jest coś więcej, tam nie ma sensu wysilać się na jakieś suche podsumowania i opisy. Dodajmy tylko, że dystans Coppoli wobec Draculi wydaje mi się dystansem wyższego rzędu, niż inteligentna, owszem, ale jednak beka, na którą stać braci Cohen.

Oczy szeroko zamknięte

Wszyscy krytycy powiesili na Kubricku psy za ten film. I tak długo z pozycji swoich czasem nawet trzydziestu lat na karku obsztorcowywali starego mistrza, że zrobił się to na chwilę temat dyżurny spikerów radiowych i głuptasów na sobotnich imprezach.

Ale umieszczam ten film na liście nie z przekory, ja go autentycznie uważam. W sumie nawet nie wiem za co, ale jako film o anatomii zdrady wydaje mi się trafiać gdzieś blisko istoty rzeczy. Na tyle, że jeśli macie jakiś trudny temat do obgadania (no, może nie od razu w stylu „bo wiesz, kochanie, ja też kiedyś jak ten pan tutaj…“), ale jeśli ona nie do końca rozumie, co masz na myśli mówiąc że nie powinna się tak często śmiać z dowcipów tego oficera na balu… no, ten film ma szanse jakoś tam pomóc.

Plus: kiczowata scena porno, po której nie musisz już iść na 50 twarzy Saszy Grey, bo dostałeś je w reżyserii Kubricka.

Plus: Walc op. 2 Szostakowicza w naprawdę doskonałym wykonaniu, jeśli kręcą cię formy tańca, w których nie ocierasz penisa o tyłek partnerki. Pam pam pam, pararararam, pararararam.

Fight Club

Czy musimy do tego wracać? Jeśli ja mam zostawiać deskę opuszczoną, to ty zostawiaj deskę podniesioną, to jedyne uczciwe rozwiązanie.

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego kobiety uparcie twierdzą, że walentynki to święto dla dwojga, ale kwadrans później, chórem z dystrybutorami filmów, zgodnie wrzeszczą, że tylko jedno z dwojga ma się dobrze bawić w kinie, czyli ryczeć i smarkać. Dlatego obejrzyjcie Fight Club na deser po Draculi. Albo Zapaśnika. Albo Big Lebowsky.

 

Ale przede wszystkim zauważ: walentynki wypadają w tym roku w ostatnią sobotę karnawału. W dobrym tonie jest więc olać to wszystko i pobaunsować trochę. Kto wie, jaki będzie karnawał w przyszłym roku?