Warszawa po mojemu

Wersja reżyserska przewodnika po Warszawie dla młodzieży męskiej z dobrych domów.

Telefon jak zwykle – w najmniej odpowiednim momencie. Po drugiej stronie researcherka z F5. Prosi o pomoc; przygotowuje dla klienta przewodnik po Warszawie dla współczesnego gentlemana (zwyczajowo parskam śmiechem, ale staram się zabrzmieć przy tym uprzejmie). Namiary do krawców, szewców i fryzjerów „już sobie znalazła“, a mnie prosi o wytypowanie miejsc, w których dżentelmen może zadbać o swoje wnętrze. Co mi nawet pochlebia, jak tak nad tym pomyśleć.

W gotowym tekście moje sugestie zostają zamiecione pod dywan. Co pochlebia mi tym bardziej, bo chyba bym implodował ze wstydu, gdybym mógł być uznany za współautora „przewodnik stołecznego szarmanta“.

Tekst poniższy jest więc funkiel-nówka, nieśmigany. A że trochę od tyłu i stołecznocentryczny? No cóż, przeżyjecie. Nie uzupełnię go o namiary na krawców i szewców, bo raz, że rzemiosło elegancji w Polsce to temat niemal nieogarniony i chyba każdy z google’em jest w stanie w dziesięć minut odtworzyć listę wszystkich warszawskich krawców i szewców – z rankingiem spod dużego palca. A dwa, że artykuł z F5 ma rację, choć uważa, że to tylko żart Nicka Cave’a: jeśli to ty hodujesz krawca, w głębokim dole trzymaj go*. A to zresztą choćby z powodu wymienionego wyżej: na garnitur w Warszawie i tak czeka się kwartał.

No ale do rzeczy: poniżej jedyny i niepowtarzalny, wybiórczy, hipersubiektywny (bo sam nie zawsze wiem, czy zgadzam się ze sobą), przypadkowy, partykularny przewodnik po Warszawie dla umiarkowanie nowoczesnego dżentelmenela. Na trzeźwo nie do zniesienia, więc zaczynamy od barów:

 

 

Bary

Kita koguta – z pewnością nie był to pierwszy bar w Polsce, który poszedł za światowym trendem na craft bartending, czyli kunsztowne koktajle. Ale jest to miejsce, gdzie ten trend krzyżuje się z innym trendem – na naprawdę głośne miejsca w mieście. Otóż musicie wiedzieć i może już wiecie, że nie cierpię głośnych miejsc. Najlepiej czuję się w Kicie w dni, kiedy jej właściciele przeklinają biznes i marzą o warzywniaku. Siedzę sam przy barze, coś bełkoczę do barmana, wydaje mi się, że mnie słucha i wyrzucam z siebie skomplikowane zamówienia, zawsze spoza karty. A więc dlaczego Kita na pierwszym? Bo nawet nie lubiąc tłoku, hałasu, przekrzykiwania muzyki i ruchów frykcyjnych w tzw. tańcu, mam oceany szacunku dla tego, co zrobili w tym miejscu Adam Grądziel i Kuba Kozłowski. Kac po spotkaniu z nimi nie należy może do najlżejszych, ale jest pamiątką zawsze czegoś niezwykłego.

Syreni śpiew – kiedy się otwierał, dziennikarze śledczy pisali w różnych „Stołecznych“ interwencje o treści „OMFG DROGA WUDKA!!!!!“. Bo właśnie tyle dziennikarze wiedzą o alkoholu, że jeśli jest drogi, to jest za drogi. Ale jest to najlepsze znane mi miejsce, żeby napić się whisky. I chociaż zdjęcia z sobotnich wieczorów wyglądają jak wszystkie, czyli nic co zastąpiłoby mi odcinek wina i cztery butelki serialu, to w jeden dzień tygodnia, bodaj w środę, jest improwizacja pianinowa na żywo i prawie pusta sala. I szeroki wybór single maltów. Dobre jak chleb.

La Casa Del Habano i Aficionado Room – miejsca, gdzie nie dyskryminuje się palaczy, chyba że za dyskryminację uznasz cenę cygar. Brakuje mi w takich lokalach tylko jednego: atmosferę „tu jest kurwa premium, buraku!“ buduje się w nich niskim natężeniem oświetlenia, a ja na cygaro nie przychodzę inhalować się premium, tylko poczytać książkę. Nawiasem: kiedy ostatnio byłem w LCDH pogadać z przyjacielem o życiu, miłości i śmierci („a rano zrobię jajecznicę“), przy sąsiednim stolku siedział Amerykanin (uwaga, oceniam po pozorach!) w butach do biegania i ze słuchawkami na uszach. I był takim cudownym kontrastem dla całej tej bufonady „mało światła-cygaro-rum-garnitur w prążek“, że prawie się oświadczyłem.

 

 

Kawiarnie do pracy i na spotkania

Jestem prosty chłopak, żyję lokalnie, żuję stewię od rolnika spod Łomży, a jak mam przejechać na warszawską stronę Wisły, to mówię „jadę do miasta“ i ubieram** krawat. Dlatego miejscami mój przewodnik naturalnie przyjmuje paradygmat „jeden obiekt u nas, drugi u miastowych“. W tej kategorii mamy:

Wrzenie Świata – owszem, uważam, że wylewanie alkoholu do ścieku przystoi tylko jeśli masz muchę, dwurzędówkę, druciane okulary i fotografują cię grafleksem z eksplodującą żarówką, a później publikują to na okładce Chicago Tribune z roku 1930. Ale jednak Wrzenie to najlepsza znana mi stołeczna kawiarnia: za daleko od miejsc premium, żeby przyciągać biznes omawiający duże pieniądze (którymi gardzę, bo ich nie mam), zbyt kameralnie, żeby było po co tam się lansować, ot w sam raz. A do tego można popatrzeć, jakich to książek dziś się nie kupi, a do tego piwo i rozsądnie wymyślona oferta śniadaniowa. Teraz myślę, że to po prostu Czuły barbarzyńca bis, ale wyprawa do Czułego to nie na moje lata.

U Krawca Cafe – nazywa się tematycznie, odległa od domu o stajanie i zwyczajnie świetna, cicha kawiarnia została ostatnio wybrana przez czytelników „Gazety Stołecznej“ bodajże najlepszą kawiarnią do pracy. Co nieodmiennie mnie bawi, bo w jakiś sposób odzwierciedla dzisiejszą kondycję ludzką młodych wykształconych: idź do kawiarni i napierdalaj ludziom po oczach jarzącym się logo macbooka. No ale kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci muffinem; mają niezawodne WiFi, gniazdko koło stolika i duże filiżanki herbaty. Rum trzeba przynosić w piersiówce, no ale nie takie rzeczy…

Ministerstwo kawy – tam robią najlepszą znaną mi kawę w Warszawie, może ex aequo z Filtrami. Na prawym brzegu dobrej kawy, niestety, jeszcze nie robią, o ile wiem.

 

 

Tzw. destynacje na spacery

Jak przystało na niedzisiejszego dżentelmena, kocham Anglię. A tak serio, jedną z rzeczy, które bardzo mi się podobają w Londynie, są pory lunchu, kiedy korpy wychodzą z nor, żeby coś przekąsić na ławce w parku, gdzie się spotykają i jedzą razem. Uważam to za, czytelnik zechce wybaczyć, wyższą kulturę bankowości i zabiegam o jej wprowadzanie w Polsce – jedząc, oczywiście samemu, w parkach i na skwerach. Ale do mojej listy włączyłem

Parki Łazienkowski i Skaryszewski – bo najlepsze rzeczy na świecie są gratis, a także dlatego, że architekturę parkową i ogrodnictwo też trzeba nauczyć się smakować

 

 

Kina

Praha na prawym i Atlantic na lewym brzegu, bo o sieciówkach w ogóle nie ma co gadać – pełnią taką funkcję, jak i sieciowe kawiarnie: są zlokalizowane na pustyniach, czyli przeważnie w centrach handlowych. Przy czym o ile kawiarnianą sieciówkę jakoś zdzierżę, to sieciowych kin staram się nie karmić jak tylko mogę. Ciąży mi świadomość, że pieniądze z mojego biletu wydadzą na nowy projektor do 4D SHD HWDP, podskakujące fotele i maszynę zapachową do wyświetlania Jurrasic Park 4.

Iluzjon – wiem, że nie trzeba tego dodawać. To kino było seksowne odkąd pamiętam (w liceum oglądałem tam Nosferatu. Symfonię grozy z taperem!), ale teraz, po remoncie jest to – uwaga, młodsi czytelnicy – prawdopodobnie najlepsze miejsce na randkę w Warszawie i reszcie galaktyki. Plus spacer ulicą Narbutta, jeśli jest ciepło.

 

 

Teatry

Tu jest trochę trudno, bo nie mam o teatrze jakiegoś szczególnego pojęcia. Z założenia więc odrzucam rzeczy zbyt wysoko artystyczne. Ale z drugiej strony trudno chodzić do teatru na Kac Vegas i inscenizacje lektur szkolnych. Dlatego wybieram

Ateneum na lewym i Powszechny na prawym brzegu Wisły. Miejsce na podium dostaje też Roma za Akademię Pana Kleksa – bo za resztę to mocna czwórka. A pan Kleks powinien być w stałym repertuarze teatru, bo dzieci rodzą się co roku i wszystkie powinny móc to obejrzeć.

 

 

Muzea i galerie

Dla dzielnego F5, które miało to raczej w powazaniu, wytypowałem

Zachętę jako miejsce, w którym dzieje się prawdopodobnie najwięcej i najciekawiej. Kocham surowy, nazistowski gmach Muzeum Narodowego w Warszawie, ale instytucja ta chyba jeszcze nie do końca otrząsnęła się po ostatnich zamieszaniach kadrowych i organizacyjnych. I piszę to z perspektywy potencjalnego widza, a nie człowieka przyssanego do cyca z plotkami – który to disclaimer dedykuję wszystkim znajomym ze studiów gotowym wyciągać pochopne wnioski.

Muzeum Wojska Polskiego i Centrum Nauki Kopernik – o ile współcześni gentlemani mają dzieci. W wytycznych do tekstu tego nie było, więc nie wiem

 

 

Hotele

Oczywiście w Warszawie się mieszka, a nie nocuje, więc o hotelach nie wiem nic prócz tego, że jestem sekretarzem redakcji najlepszego (a jakże!) polskiego czasopisma hotelarskiego. A zatem, z tego co udało mi się ustalić:

Mamaison Le Regina i Bristol to najlepsze hotele w Warszawie, ale to oczywiście płynne, subiektywne itp. No ale jeśli przenocujesz w jednym z tych, raczej pokojowa nie podpieprzy ci zegarka i raczej zrobią ci club sandwicza w środku nocy, jeśli wyjarasz za dużo trawki i chwyci cię głód.

Hostel Oki Doki przy placu Dąbrowskiego, jeśli musicie z żoną dać sobie chwilkę czasu, a nie stać cię na Le Reginę. Albo jeśli w kryzysie wieku średniego dopadnie cię potrzeba podrywania studentek metodą na backpackera.

Grand Mercure za lokalizację i szampana do śniadania od szóstej rano. Bo jednak standardy trzeba mieć, co to za śniadanie bez szampana.

 

 

Miscellanea

BUW – kiedy do pracy potrzebna jest cisza, parę książek, gniazdko koło biurka i WiFi. Czyli zawsze. Chyba że…

Pewnego sierpniowego dnia wziąłem plik komputeropisu książki i poszedłem do BUW-u nieco go pokreślić na czerwono. Plan był genialny, bo w wakacje bibliteka właściwie pusta, studenci kradną mleko spod innych adresów, a klimatyzacja działa jak powinna. I szło mi świetnie, nawet zająłem lukratywne miejsce w nieistniejącej już strefie pufa nad główną promenadą, gdy wtem! Przyszło dziewczę, rozciągnęło się na pufie naprzeciwko, jakby to był leżak na plaży w Batumi i jęło czytać coś o teologii Śródziemia. Młoda damo, jeśli to czytasz, to wiedz, że wisisz mi za pełną dniówkę pracy. Dziękuję za uwagę.

Strzelnica Parabellum w Sulejówku – strzelałem w niej z tak standardowych dla strzelnic broni jak: luger P08, walther P38, mauser, tommygun (ale z prostym magazynkiem), M4, H&K MP5. Czyli dużo frajdy, a Bóg wie co jeszcze mają w zanadrzu. A do tego bardzo, jak mawia dzisiejsza młodzież, klimatyczna miejscówka.

Księgarnie Prusa i Liber, z wiadomych powodów – żeby popatrzeć, co możnaby jeszcze przeczytać, gdyby mieć czas. Ale po co mieć czas na czytanie?

Powązki – jeśli jesteś prawdziwym dżentelmenem w Warszawie, zapewne masz tam pradziadków. Jeśli nie – możesz tam wpaść pierwszego listopada wieczorem, pochwalić się dużym… statywem fotograficznym. Zwycięzcy zlotów posiadaczy statywów trafiają po spacerze na Powązkach do Wine Baru Mielżyński na zasłużony popas.

Sąd na Solidarności albo Izba wytrzeźwień na Kolskiej – jeśli nie byłeś przynajmniej w jednym z tych miejsc, życie uznaje się za niezaliczone. Warunkowe zaliczenie uzyskać można podobno w szpitalu dermatologiczno-wenerologicznym na Koszykowej. Oczywiście byłem tam tylko na testach alergologicznych.

 

 

No i najważniejsze

Dworzec Centralny – bo tu wszystko się kończy i zaczyna. I nie mam na myśli bynajmniej wizyt w Złotych Tarasach.

 


* – tak, wiem
** – tak, wiem