Użyteczne adresy z sąsiedztwa

„Like so many others, I have become a slave to the Ikea nesting instinct” – mówił znany, choć bezimienny, bohater Fight Clubu. Warto poćwiczyć instynkt wicia gniazda na obiektach z sąsiedztwa, które potrafią znacznie ułatwić życie

Skurczenie świata: znak czasów. Nie musimy nawet mieszkać w mieście, żeby mieć dostęp do towarów i usług z całego świata i naprawdę wiele osób sprowadza przez internet nawet buty (co mi się jeszcze nigdy z powodzeniem nie zdarzyło), nie mówiąc o krawatach, gadżetach czy biżuterii. Dlatego często zapominamy o tym, jak ważne jest nasze tu i teraz. Pogoda cały czas kilka stopni na plusie, więc wybierz się na spacer. Upewnij się, że znasz swój habitus. Oto pięć obiektów, których nie zastąpi ci nawet najszerokopasmowsze łącze internetowe.

Pan: "Aliści, jeno Charvetowi frak mój do prania powierzam". Pani: "No..."

1. Dobra pralnia to skarb dżentelmena. Nie tylko takiego, któremu do świętości trochę daleko i nie zawsze zna pochodzenie plam na ubraniu, które założył poprzedniego wieczora. Po pierwsze, im bardziej dorasta twoja garderoba, tym więcej rzeczy, które ona zawiera, ma na metce napis „dry clean only”. Po drugie, pranie w pralni potrafi odświeżyć rzeczy, które przez miesiące wędrówki między szafą, ciałem i pralką straciły nieco nieskazitelności. Niepokojących plam na ulubionej koszuli nawet nie próbuj zapierać na własną rękę przed konsultacją z panią w pralni.

Z tego, jak istotna jest dobra pralnia, nie zdawałem sobie sprawy dopóki nie odkryłem, że nie wszędzie jest tak, jak u mnie na Grochowie. Uważałem, że skoro panie są zrzędliwe, a raz zgubiły mi spodnie na cały jeden dzień, to znaczy, że firma jest raczej przeciętna. Nic z tych rzeczy: w moim wyobrażeniu PRL-u zderzają się dwa obrazy etosu pracy: robotniczy „czy się stoi czy się leży” z inteligenckim „róbmy swoje”. Panie z pralni mogą wpisywać się w obie te poetyki. Dlatego może i nie odpowiedzą ci „dzień dobry”, ale skutecznie powiedzą „do widzenia” plamie na krawacie. Oczywiście, dzisiejsze sieciówki w hipermarketach (znam ze słyszenia i dobrych opinii 5-á-sec) są zapewne lepsze pod względem tempa i kultury obsługi klienta, pytanie jednak, czy łatwiej obłaskawić ich personel, niż panią z osiedlowego punktu, a to ważna rzecz. Bo jeśli pani z pralni uzna, że dodatkowa porcja wysiłku jest ważna, „bo to taki miły pan” – wygrałeś. A razem z tobą twoja garderoba.

2. Poprawki krawieckie: nie jedź „do miasta”. Przytyło się parę kilo i marynarka nie jest już tym, czym była? Oddaj ją któremuś ze znanych krawców w centrum. Znają marynarki nie tylko z żurnali i wiedzą, jak to czy tamto musi być skonstruowane, co można przesunąć, gdzie popuścić. Ale jeśli właśnie odkryłeś, że koszula, którą lubisz, mogłaby być węższa, spodnie – przestać się włóczyć po ziemi za właścicielem, a guziki płaszcza lepiej trzymać w miejscu, rozejrzyj się dookoła. W polskich miastach punkt poprawek krawieckich czai się w co trzeciej suterenie bloku, co piątym zaadaptowanym garażu albo pomieszczeniu za małym, by pomieścić tam poważny biznes. Zasada, że po którymś zamówieniu będziesz wiedział, czego oczekiwać i na co zwrócić uwagę przy zlecaniu pracy, nie różni się niczym od współpracy z najlepszymi krawcami, u których zamawiasz garnitury.

3. Punkt szewski. Potrzebujesz reperacji fleczka, czy tylko sztacha butaprenu? Obojętne – zawsze z pomocą idą punkty poprawek szewskich, równie popularne, co poprawki krawieckie. Niezwykle przydatne, zanim twój zbiór butów będzie się składał z samych limitowanych serii najlepszych marek, które gwarantują dożywotni serwis door-to-door z dowozem bentleyem. Osobiście nie ufam punktom „usług mistrzowskich”, gdzie zegarmistrz, szlifierzmistrz i szewcmistrz łączą się w jednej osobie, ale zaufanie jest ważniejsze od zasad, więc jeśli twój szewc potrafi dorobić też klucz Gerdy – trzymaj się go. Tylko nie ostrz u niego noży. Tego naprawdę nie robi się na szlifierce.

Cnotą kwiaciarni jest pracować do późna i mieć szeroki asortyment

4. Dobra kwiaciarnia jest nie tylko dla mężczyzny „w pewnym wieku” tym, czym kiosk z kondomami dla chłopaka. Ma też inną ważną funkcję. Połowie populacji – wiecie, tej drugiej połowie – zastępuje aptekę (magnez na PMS, proszki na „nie dzisiaj, boli mnie głowa”, prozak na ból życia), kiosk z upominkami (jeśli nie było kiedy kupić cioci prezentu na imieniny; wujkowi w takiej sytuacji dajemy nieotwartą flaszkę z własnego barku), a w ograniczonym zakresie nawet galerię handlową.

Nie musisz się znać na kwiatach, żeby rozpoznać dobrą kwiaciarnię. Poznasz ją po tym, że nie musisz się w niej znać na kwiatach (uroki rekurencji), różnica między sumą cen kwiatów a ceną bukietu, czyli koszty przybrania, nie jest załamująca, a całość jest ładna i zapakowana w coś, co oddycha (celofan zamraża kwiaty w zimie i dusi je w lecie). Wspominałem o kwiaciarce? To taka sprzedawczyni z duszą artystki-florystki, do tego osadzona w miejscu stworzonym do flirtu. Nie wspominaj o niej żonie, kiedy wrócisz do domu z kwiatami – może zepsuć efekt.

5. Całodobowy kebab. Nie wiem, jak wy, ale ja rzadko mogę się powstrzymać przed kebsem o czwartej nad ranem po dobrze zagospodarowanym wieczorze. Przyznaję jednak, że dorzuciłem ten punkt dla równego rachunku.

4 odpowiedzi do “Użyteczne adresy z sąsiedztwa”

  1. 6. Sklep z winiarzem. Specjalnie piszę z „winiarzem”, bo sklepów z winem to jest od cholery, a chodzi o sklep z gościem, który pije i wie co pije i któremu gustowi można zaufać na tyle, aby dać, powiedzmy, stówkę za flaszkę na specjalną okazję. Taki, który powstrzyma swojego ulubionego klienta przed kupieniem szajsu za parę dych (wciśnie ten szajs komuś innemu), uczciwie powie, że akurat tego nie warto – bo chce mieć zadowolonego klienta, bo wie, że klient wróci i znowu zostawi pół pensji na rzecz paru flaszek zepsutego soku owocowego.

    7. Fryzjer. W sensie – nie zakład, tylko fryzjer, człowiek w tym zakładzie. Jeden, konkretny człowiek, ewentualnie kobieta, ale jednak lepiej nie, czyli człowiek, do którego idzie się bez bojaźni i drżenia w kwestii tego, co na głowie powstanie. Taki, co sam zadzwoni z pytaniem, kiedy Szanowny Pan się do nas wybiera, bo on od piętnastego będzie na urlopie przez tydzień i nie chciałby, żeby akurat wtedy Sz.P. potrzebował strzyżenia.

    8. Porządny sklep z mięsem. Taki, w którym można kupić coś więcej niż karkówkę na grilla. Np. zamówić gęsie wątróbki na węgierski pasztet. Dziczyznę. Królka, celem wykonania takiego ragout, jakie wykonałem wczoraj. Konkretny kawałek polędwicy na filet mignon. Etc.

    9. Cała sieć sklepów z różnymi artykułami, w których nie jesteśmy kimś obcym. Naprawdę lepiej kupować bułki u kogoś, kto zapyta nie tylko „gotówką czy kartą’, ale również „co słychać u mamusi, czy już zdrowa, a jak się dzieci chowają?”. Jeśli ktoś się takich relacji brzydzi, to znaczy, że jest wyalienowanym człowiekiem znikąd i nigdy nie będzie dżentelmenem, ile by nie wydał na wdzianka, perfumy i kondomy.

    10. Kawiarnie, knajpy, restauracje, nie ciągle nowe i inne, tylko ciągle te same. Ideałem jest sytuacja, w której niżej wchodzi się do określonego przybytku, a barman przyjaźnie macha zza baru i kelnerka bez pytania przynosi tatara i kufelek Tuchera, że tak odwołam się do konkretnego przykładu. Tudzież w którym przeprasza, że akurat stolik Szanownego Pana zajęty, ale zaraz się tym zajmiemy.

  2. Ad. 6 – teraz będę płakał, bo mi zamknęli Tequilę, która mimo nazwy była dokładnie takim sklepem, a teraz jej już nie ma i chyba drugiego takiego na Grochowie sobie nie wyobrażam, ale może kiedyś jeszcze coś odkryję. No, ale co z tym zrobiłem to temat, który chciałem kiedyś poruszyć.

    Ad. 7 – bez przesady, do fryzjera można jechać do miasta. Oczywiście, fryzjer to też temat, który chcę kiedyś poruszyć :)

    Ad. 8 – trudne i prawdziwe. Pisałem ostatnio, ale chyba nie tutaj, że najbardziej lubię mięso od sprzedawców, którzy na słowo „sanepid” zaczynają się nerwowo rozglądać. Ale z drugiej strony mam kolegę, którego mama w takim sanepidzie pracowała, i jego teoria brzmi „sąsiad – owszem, wypić można, lecz to sąsiad, brat – to brat”. Innymi słowy jeśli masz kupować surowe mięso spod lady, to musisz znać rodzinę sprzedawcy na trzy pokolenia wstecz, żeby móc mu zaufać. A „na zakładzie mięsa pasteryzuje się”.

    Ad. 9 – to jest oczywiście fajne, ale ja na przykład wyobrażam sobie jeden taki sklep w Warszawie, a i tam głównie może mnie spotkać „Boże, jak ty urosłeś”. A ja, w sumie, przeprowadziłem się na razie raz, w dorosłym życiu, co z punktu widzenia mieszkańców Warszawy jest życiem osiadłym jak sama osiadłość.

    Ad. 10 – czysta prawda, ale także, w dużym stopniu, inteligencki mit życia kulturalnego Międzywojnia. Sam zresztą kiedyś chyba zauważyłeś, że społeczna funkcja kawiarni zanika na rzecz phpBB :)

  3. Ad. 10. Jak tam ksiądz uważa, mit czy nie. A już na pewno nie wiem, czy dotyczący inteligenckiego życia. Ja mam po prostu kilka gastronomiczno-wyszynkowych przybytków, gdzie dobrze znają mnie i moje gusta i staram się nie chodzić do innych, bo nienawidzę „próbować czegoś nowego”: przede wszystkim oczywiście Kafo w Gliwicach, gdzie pracuję. W mniejszym stopniu, ale również Winebar Lofty, także w Gliwicach, Spencer w Katowicach (dzień dobry, pan dziś sam, czy koledzy przyjdą? Sam? A więc to co zwykle…?) oraz, ku mojemu zaskoczeniu ostatnio – Zazie (a dla panów, jak zwykle, karafeczka litrowa i potem następna i następna, tak?) i Winoman w Krakowie. W Winomanie jest to nieco perwersyjne, masochistyczne wręcz, bo rudowłosa, urocza kelnerka o – nie da się ukryć – wybitnej wiedzy enologicznej za każdym razem upokarza mnie przy okazji zamawiania i próbowania wina. W stylu: „no, jeśli Pan twierdzi, że w TYM winie nie ma wyraźnej beczki, to ja już nie mogę panu pomóc”. A ja wracam. :))

  4. No, do Incanto Agnieszka kiedyś przyszła z kolegą, to dostali trzy nakrycia, bo jak to może być żeby mnie nie było :) Ale fakt, parę różnorodnych lokali, gdzie cię znają, jest nie tylko miłe, lecz także przydatne – bo to i na spotkanie biznesowe, i na randkę („z tym, że randek nie mam…”), i na organizację śledzika dla kolegów z siatkówki – wygodna rzecz. Trochę inaczej jest ze sklepem z winem – zamknięcie Tequili było dla mnie ciosem, ale pomyślałem, że to okazja żeby zacząć myśleć o winie dla siebie więcej od sprzedawcy – wcześniej nie miałem motywacji. Gorzej, że nie znam punktów sprzedaży wina z ciekawym wyborem i niskimi marżami, a taka właśnie Tequila była. Jak je znajdę, to i kompetentni sprzedawcy znajdą się sami :)
    Co do relacji masochistycznych z rudą: na forum bespoke.pl opowiadał kiedyś któryś z kolegów swoją wizytę w trafice w Bristolu:
    „- Poproszę Cohibę.
    – Gratuluję gustu…
    – Dziękuję.
    -… bo ja bym tego gówna do ust nie wziął”.
    Cytat z pamięci, ale oddaje ducha.

Możliwość komentowania jest wyłączona.