Trudna sztuka dekompresji

Czasami potrzeba chwilę pomyśleć, żeby oczyścić mózg z myśli

Za dziesięć północ wróciłem z redakcji, zastałem żonę ze szczoteczką do zębów i dwadzieścia minut później byłem już w łóżku. Ale wciąż przed oczami mam szpigiel najnowszego numeru „Restauracji” i sądzę, że raczej mi się dziś przyśni. O ile będę w stanie zasnąć.

W psychologii istnieje pojęcie dekompresji. Mało znam pojęć z psychologii i mało ich staram się znać, ale tego jednego już się nauczyłem. O dekompresji mówi ten najgorszy, sprzedajny rodzaj psychologa, który sprzedaje chrupki w hipermarkecie. Planuje on w hali strefę dekompresji – miejsce, w którym nie można klienta atakować nadmiarem bodźców, bo ten klient myślami jest jeszcze na zewnątrz. Ale o dekompresji mówi też ten mniej zły rodzaj psychologa, który tłumaczy ci, dlaczego żona dzwoni do ciebie po wyjściu z pracy i pół godziny nawija o swoim dniu, nawija jeszcze na schodach, chociaż zaraz wejdzie do mieszkania i będzie mogła wszystko opowiedzieć osobiście.

Dekompresja, wbrew tytułowi tego tekstu, nie jest sztuką, bo nie jest w ogóle czynnością, jest stanem. Ale można się jej nauczyć, tak jak można nauczyć się spać. Byłem absolutnie pewien, że nie będę w tym tygodniu w stanie napisać nic ponad to, co piszę w pracy. Ale z tym szumem w głowie z całego dnia łatwo nie zasnę, więc może kilka akapitów. Bez korekty, jak ostatnio. I pewnie bez pointy, bo pointa wymaga namysłu – ale zobaczymy, gdzie oczy poniosą. Oto czego możesz spróbować, żeby trochę przewietrzyć łeb z myśli:

– Spacer do domu. Jeśli wychodzisz z pracy, nie pchaj się od razu do autobusu. Autobusy łoskoczą i zawsze coś cię wkurwi. Poza tym powietrze – Szok! To naprawdę działa! – powietrze wietrzy. Z drugiej strony – papieros też działa, chociaż nie wietrzy.

– Alkohol. W niewielkich ilościach, skoro jesteś zmęczony. I mocny. Piwo nie rozwiązuje problemów, piwo generuje problemy. I brzuch też takie piwo generuje.

– Pisanie. Bo dwa powyższe to zaledwie narzędzia odprężenia. Uspokoić oddech i poprawić krążenie, takie tam drobiazgi. Ale jeśli myśli znajdują się w mózgu, to wietrzenie się ich nie ima. Jest za to technika polegająca na tym, że siadasz przed dzienniczkiem i piszesz byle co, byle pisać, wszystko co ci przychodzi do głowy. Wyobrażam sobie, że ona może działać. Sam nie próbuję, bo jednak dla mnie pisanie to nieco co innego, inny zestaw nawyków, inny rodzaj, nazwijmy to z braku lepszego słowa, intuicji. Ale – jak widać – u mnie pisanie też działa. Paradoksalnie, można by powiedzieć, bo odpoczywam pisaniem po całym dniu pisania.

– Medytacja. Modlitwa. Co tam lubisz i umiesz. Obie te sztuki są mi, jak sądzę, z grubsza niedostępne, przy czym pierwsza bardziej. Modlitwa rozumiana jako rozmowa z Bogiem uspokaja o tyle, że (przyjmuję, że Bóg nie odpowiada ci w sensie werbalnym) nie wprowadza do twojego monologu zaburzających wypowiedzi. Medytacja zaś, rozumiana jako oczyszczanie głowy z myśli, to jednak zupełnie inna historia. I, przyznaję szczerze: rada „jak masz za dużo myśli w głowie, to pomedytuj” jest radą klasy „jak jest ci źle, to niech przestanie ci być źle”. No ale podobno to wszystko kwestia techniki.

– Jazda samochodem bez celu. Z cichą muzyką, ale bez radia. Nocą. Poezja śpiewana raczej działa mi na nerwy, ale w takich razach po prostu nucę sobie „W mieście jak ryby tramwaje, a miasto jak studnia bez dna…”

– Siedzenie przy barze. Spędziłem ostatnio dzień na targach w Berlinie, targach tak wielkich, że żeby w Polsce zrobić takie, trzeba by chyba połączyć targi poznańskie, kieleckie i jeszcze dorzucić oba warszawskie tereny targowe. Domyślacie się może, ile tam było szumu. Wieczorem poszedłem do Buck and Breck, najlepszego baru w Niemczech według rankingu Best Bars of The World 2014. Siedziałem sam, jako jeden z piętnastu gości, przy barze – bo tak tam się siedzi. Barman podawał mi kartę. Barman przyjmował zamówienie. Barman podawał mi drinka. Barman często pytał, czy na pewno dobrze się czuję. A ja, choć jego pytanie podszyte było pewnością, że zaraz zemdleję i narobię kłopotu, czułem się coraz lepiej. I nie chodzi tylko o alkohol. Siedzenie samemu przy barze podtrzymuje cię w złudzeniu, że nie jesteś sam, a jednocześnie z tego złudzenia ciągle odziera. Dobry barman – jak taksówkarz czy fryzjer – wyczuje, kiedy dobrze się czujesz we własnej splendid isolation.