Szary zestaw koordynowany

Mówi się, że szary to główny konkurent granatowego do roli najważniejszego koloru w szafie mężczyzny. I ma się rację

Jeden z najczęściej spotykanych nie-garniturowcyh zestawów z marynarką składa się z szarej odd jacket w średniej tonacji i ciemniejszych, grafitowych lub czarnych spodni. Dlaczego cieszy się taką popularnością wśród mężczyzn? Może dlatego, że łatwo mieć i szarą marynarkę, i ciemne spodnie w kant, bestialsko ukradzione z garnituru wizytowego?

A może dlatego, że trudno popełnić błąd, kompletując taki zestaw w dzień powszedni? Wszak pozwala on wcielić w życie wszystkie podstawowe reguły ubierania się, na czele z tą, że spodnie powinny być tłem dla reszty ubrania. Są przecież peryferyjne, to twarz i jej okolice, ogólnie górna, ta lepsza połowa ciała ma skupiać wzrok osób, które spotykasz. A zatem ciemne spodnie, które odsyłają dolną połowę ciała na drugi plan, są idealne.

A średnio-, może nawet jasnoszara marynarka stanowi z kolei tło dla tego, co ciału bliższe: koszuli, zwisu męskiego, a wreszcie – brązowej opalenizny z francuskiej riwiery, ekskluzywnych oprawek typu executive i co tam sobie jeszcze nosisz, żeby wywoływać w ludziach wrażenie, że jesteś kim jesteś albo, co częściej, kim nie jesteś.

Od pewnego czasu uważam, że taka zwykła biurowa praca wymaga porzadnego, jasnoszarego garnituru, który można dekompletować i rekompletować dla podkreślenia np. że dziś dzień spotkań, a jutro dzień bez nich. Jeśli więc masz już w szafie podstawowy wizytowy garnitur w ciemnoszarej lub granatowej barwie oraz klubówkę, która może być nieco jaśniejsza (i, im dłużej o tym myślę, jest bezkonkurencyjnie numerem jeden w historii męskiej garderoby, ale może myślę o tym tylko dlatego, że to ulubiony ciuch w mojej szafie), jeśli więc masz już ten garnitur na śluby i inne większe imprezy oraz klubówkę do ubierania się na co dzień jak dorosły, może właśnie jasnoszary garnitur jest kolejnym na liście dużych zakupów?

Zestaw z szarą marynarką na co dzień

Oczywiście szara marynarka do takiego zestawu może być też klubówką numer dwa. W tym wypadku można ją wyróżnić wzorem i jeśli mówimy „wzór na szarej tkaninie garniturowej”, to myślimy „krata księcia Walii”. Taka krata, jeśli pozbawiona jest kontrastowych elementów, bardzo łatwo ukrywa się i marynarka już z kilku metrów daje wrażenie gładkiej. Nie inaczej jest w wypadku wzoru trafnie zwanego jodełką, który, jeśli nie ma szalonego kontrastu, niknie jeszcze bardziej.

Nie jestem wielkim fanem szarego melanżu zwanego solą z pieprzem (te dwie przyprawy często mieszają się w święconce na Wielkanoc i później brzydko to wygląda), ale odnotujmy dla porządku, że taki wzór też istnieje. Tak czy inaczej wszystkie te desenie są na tyle nieinwazyjne, że z łatwością zestawiają się z dowolnie wzorzystymi koszulami.

No i guziki. Projektant przedstawionej na zdjęciu marynarki wybrał plecione z czarnej skóry, czym nikogo nie zaskoczył, ale dał wyraz całkiem trafnej intuicji. Kiedy zastanawiam się nad alternatywami, przychodzi mi do głowy patynowane srebro, takie jak na przykład to u Bensona i Clegga. A jeśli rogowe – to ciemne.

Oto i cała historia. Nie dzielmy tu włosa na czworo w temacie dobierania koszuli – ja w sytuacjach byznesowych czuję się dobrze w kratach o średniej skali oraz wzorzystych koszulach z białymi kołnierzykami, ale to ja. Dziś takich zasad nie ma, a ci, których one jeszcze być może obowiązują, wiedzą o nich o wiele, wiele za mało i w ogóle nie odczuwają tego braku.

Jeśli więc chcesz żelaznych zasad, wypracuj je sobie sam. Szara marynarka z czarnymi lub ciemnoszarymi spodniami to jeden z dobrych punktów startowych.

Klubowy „garnitur”

Zestaw klubowy zastępuje garnitur tam, gdzie chcemy być eleganccy bez wygłupiania się

Jak często czujecie to dziwne rozdarcie, że sytuacja w zasadzie wymaga założenia garnituru, ale poczucie śmieszności wynikające z bycia jedynym, który ten wymóg dostrzega, skutecznie do tego garnituru zniechęca? „Garnitur” klubowy jest tu doskonałym rozwiązaniem. Nie żartuję.

Teatr w dzień powszedni o siódmej? Imieniny u wujka (znacie ten gatunek wujków, z dobrą pracą, jachtem na mazurach i kupą dobrze sytuowanych, ale kiepsko ubranych znajomych, których co roku zaprasza)? Koncert awangardowego jazzu albo wernisaż? We wszystkich tych miejscach dress code’y mieszają się jak wódka z colą. W teatrach studenci, którzy jako stali bywalcy wpadają w dżinsach i sweterkach, sąsiadują z wycieczkami z zakładów pracy odstawionymi jak stróże w Boże Ciało i z inteligentami z tradycją, którzy noszą powyciągane szare tweedy w jodełkę, bo tak i już. O sorcie mundurowym spotkań rodzinnych w ogóle nie warto mówić, zwłaszcza jeśli rodzina jest szeroka i mocno przekrojowa, jeśli chodzi o klasy społeczne jej członków. Garnitur i krawat to w najlepszym wypadku „a coś się tak wystroił”, a garnituru bez krawata nie nosi się i już, tak jak smokingu czy fraka nie nosi się bez muchy. Chyba że wymięte i na kacu.

Tymczasem klasyczny garnitur klubowy jest w zasadzie strojem nieoficjalnym, czy też, jak to się mówi, nieformalnym. Ot, gość założył granatową marynarkę do szarych spodni, nie róbmy z tego wielkiej sprawy. Jakoś tak jest i już, że garnitur przez sam fakt, że spodnie są z tego samego materiału co marynarka, wyróżnia się niezwykle, a zestawy koordynowane nosi nawet metroseksualna gimbaza z Zary (choć oczywiście nie nazywa tego w ten sposób), więc nie ma nad czym się zmóżdżać. Daje elegancki i bardzo klasyczny wygląd, a jednocześnie… no właśnie, nie wyglądasz, jak mrówka w święto lasu. Rzecz przydatna na każualowe wyjście do teatru, ale po tysiąckroć bardziej przydatna na wspomnianych imieninach, gdzie rządzi wódeczka i „a co tam panie w polityce”.

Aby przygotować zestaw klubowy, potrzebujesz: jednej sztuki granatowej marynarki, najlepiej właśnie „klubówki”. Korci mnie, żeby napisać, że kontrastowe guziki i naszywane kieszenie są obowiązkiem, ale o taką marynarkę znacznie trudniej. Jeśli jesteś uparty i zapobiegliwy, zamów granatowy garnitur z wymienianymi guzikami (są takie patenty), dzięki którym niewielkim nakładem pracy możesz zmienić marynarkę garniturową w idealną klubówkę.

Tak czy siak, co by się tam w twojej garderobie nie działo, jestem bardzo przekonany, że marynarka klubowa to najtęższy filar dorosłego zestawu ubraniowego i mówię to nie dlatego, że akurat jestem – a jestem – posiadaczem wyjątkowo pysznego egzemplarza. Raczej odwrotnie: w drodze wyjątku postanowiłem być drogowskazem, który idzie tam, dokąd wskazuje.

Dalej: jedna sztuka szarych spodni i oczywiście trudno nie myśleć tu o flaneli, ale przecież spodnie to tylko tło.

Jedna sztuka białej koszuli. Oczywiście jedna na raz na grzbiecie, a nie jedyna w szafie.

Granatowa marynarka, jasna koszula i ciemny krawat dają idealny kontrast. Biała koszula pasuje na wieczór – nie dlatego, że łatwiej w niej udawać bycie w smokingu, ale dlatego, że biały kolor i mocne kontrasty lubią i dobrze znoszą sztuczne światło. A poza tym wieczorami dziewczyny robią się jakieś takie bardziej kochliwe, a jak wiadomo dziewczynom łatwiej kochać mężczyznę, jeśli jest on w białej koszuli.

Czarne oksfordy, sztuk raz – kto by pomyślał, że buty, które zamówiłeś do ślubu/matury/pierwszej komunii założysz kiedyś bez garnituru?

Na koniec dodatki, na czele z poszetką. Moją zasadą jest zakładanie do krawata lnianej poszetki w tzw. TV-fold, (piszę te słowa pełen zażenowania, że żyjemy w świecie w którym nawet wkładanie chusteczki do kieszeni ma nazwę własną), a jedwabnej i bardziej kwitnącej – kiedy krawata nie noszę. Musisz jednak pamiętać, że po pierwsze to prywatne zasady jakiegoś tam blogera, które niewiele mogą cię obchodzić, a po drugie, że sztuczne światło lubi też dyskretny połysk jedwabiu.

Jeśli czekałeś na odpowiedni moment, żeby wetknąć do butonierki oznakę przynależności do jakiejś nobliwej organizacji lub idei, ten moment właśnie nadszedł. Ostatecznie dlatego nazywamy ten zestaw klubowym: czym innym jest klub, czy szerzej – klubowość, jak nie osadzeniem w pewnej zawikłanej sieci międzyludzkich relacji sympatii i przynależności?

Nie ryzykowałbym zaś do zestawu klubowego kwiatka w butonierce: służy on przecież do emablowania dziewczyn i wydaje się jakiś taki nie na miejscu w stroju, który tak otwarcie nawiązuje do munduru. Nie chcesz chyba nosić badyla tam, gdzie inni noszą ordery?

A ponieważ ten zestaw nazywamy klubowym, dobrym stylem krawata (którego absolutnie nie degraduję do rangi dodatku) jest regimental, czyli krawat w skośne pasy. Jeśli jesteś purystą i krawaciarzem w jednym, wiesz na pewno, że pewne kluby, uniwersytety, a nade wszystko brytyjskie formacje wojskowe, mają własne wzory i schematy kolorystyczne pasów. Jeśli masz jeden z tych zastrzeżonych krawatów, staraj się raczej nie obnosić z tym w pewnych miejscach w obrębie starego Londynu, gdzie sympatyczni acz wyniośli staruszkowie mogliby zmusić cię do zmyślania bohaterskich historii z wojny o Falklandy.

Mi jednak daleko do puryzmu (przejawiam go tylko wtedy, kiedy kelner proponuje mi pepsi zamiast coli z czerwoną kartką) i nikogo z barw na krawacie odpytywać nie zamierzam. Moja alma mater, skądinąd fabryka socjologów, też ma swoje krawaty. Ale co to za krawat w barwy fabryki socjologów? Nie każda bieżąca afiliacja musi pozostawiać skazy na całe życie – przecież nie przedstawia się rodzicom każdej nowopoznanej dziewczyny, prawda?

Nie uwielbiam popadania w patos, ale w takim zestawie wszystko ma znaczenie. Jak powiedzieliby internetowi eleganci, łatwo można obniżać formalność zestawu: spodnie mogą być bez kantu, a krawat dalszy od klasyki, poszetka z linii prostej zwinie się w kłębek, a buty z czarnych przejdą w brąz – i już wszystko jakieś takie mniej wymuskane, bardziej na luzie, bliżej mu do nasiadówki w klubie cygarowym albo nawet piwko z kumplami, jeśli są to kumple z kategorii ĄĘ.

Bo nade wszystko liczy się stosowność. Granatowa marynarka klubowa jest stosowna w zasadzie wszędzie poza balem w Operze i pływalnią, a elementy, które dopełniają klasycznego zestawu klubowego, robią z niej genialny strój: coś jak garnitur, tylko bez poczucia bycia jako jedyny w okolicy w garniturze.

Uwolnij łacha

Nigdy nie jest za późno na wycofanie się z błędnej decyzji – nie tylko zakupowej

Byłem ostatnio niemym świadkiem niezwykłego widowiska. Niemym, bo wszystko działo się w telewizorze, gdzie, zapując jak to miewam czasem we zwyczaju, trafiłem na program o gadżetach w TVN Turbo. Trafiłem tak wciągająco, że miałem możliwość obejrzeć cały fragment, w którym śmieszny gość w bluzie z kapturem testował skaner do zbierania miary na garnitur made-to-measure. (Takie zbieranie miary opisał kiedyś Szarmant, ale nie wiem, czy na przykładzie tej samej firmy – to tak gdyby ktoś potrzebował pogłębić risercz.)

Gdyby był w Polsce jakiś kabaret, który robi sobie żarty z krawiectwa miarowego i luksusowej odzieży, ten program załatwiłby mu skecz wszech czasów. Nie będę tutaj oczywiście streszczał odcinka chociaż i miejsce na to i czas/ lecz mi nie wolno, a wielka szkoda/ bo ubawiłoby to was. Dość wspomnieć, że rzekomym efektem skanowania laserem nagiego redaktora była „zielona sztruksowa marynarka przełamana brązowymi akcentami, jak łaty na łokciach, doskonała na wszystkie ważne okazje”. Cytuję z pamięci  i do tego kondensuję treść, ale łapiecie ducha kuriozum, które miało miejsce na antenie programu o fikuśnych elektronicznych rurkach do piwa, kiedy jego dziennikarze zajęli się elegancją.

W tym momencie moje wynurzenia stoją na rozdrożu. Mógłbym na przykład rzucić kilka smutnych słów o kondycji kraju, w którym stołeczni dziennikarze uważają zieloną marynarkę za przykład stroju na ważne okazje (wtedy dopełniłbym do pięciu tysięcy znaków wzmianką, że przykład idzie z góry, a przecież zieleń i łaty na łokciach to stylówa bliska myśliwskiej). Mógłbym też, jeszcze bardziej beznadziejnie, wołać na puszczy, że rozległy i piękny temat marynarek sprowadza się w mediach do tego, że coś jest laserowe, ma silniczki i kosztuje sto pięćdziesiąt koła. A nawet – o zgrozo – mógłbym powywnętrzać się nad tym, że ktoś wykłada takie pieniądze na zakup maszyny, która będzie kulawo i nie w pełni wykonywać pracę, którą o wiele taniej i lepiej wykona wykwalifikowany człowiek (ten temat zostawię bardziej fachowym kolegom po klawiaturze, albo sobie – na później).

Tymczasem zdecydowałem się na następujący przebieg wywodu. Za mną, czytelniku!

O urokach sartorialnego kabaretu opowiedziałem żonie, z bolesnej przepony ledwo mogąc wykrztusić jego absurdalny przebieg. Dla tego też nie do końca mnie ona zrozumiała i zapytała: – A co jest złego w sztruksowej marynarce? A nie jest to pytanie z cyklu banalnych i łatwych do udzielenia odpowiedzi.

Według wszystkich znaków na niebie i ziemi sztruks jest jednym z materiałów wprost stworzonych na marynarkę. Jest dość wytrzymały, miękki i raczej ciepły, a do tego ma taki każualowy klimat, że się tak wyrażę. do tego łatwo go dostać i występuje w całej gamie niesamowitych kolorów, jednolitych, ale nierzadko szalonych albo przynajmniej frapujących.  Jednak to wszystko teoria, smutna praktyka jest bowiem taka, że większość sztruksowych marynarek na wieszakach to porażka.

Może chodzi o to, że sztruks jest za tani, żeby mieć odpowiednią pozycję w marynarkowym świecie. A może o to, że ze względu na swoją specyficzną strukturę łatwo maskuje niedoskonałości kroju (zgaduję). Wreszcie może przez to, że jego zapoznana wytrzymałość i miękkość przyciągają doń grono zwolenników spośród osób, które ubierają się według maksymy wygoda przede wszystkim, która to maksyma jest prostą drogą do odzieżowego piekła. Dość powiedzieć, że dziewięć na dziesięć zestawów ze sztruksową górą (na dole przeważnie są wtedy dżinsy) to zwyczajnie porażka.

Sztruks jest dla mnie zagadką. Może mieć grube albo cienkie prążki, a ja nawet nie jestem w stanie jednoznacznie wymyślić, który z nich jest bardziej elegancki, ciekawszy, który cechuje wyższą półkę tkanin. Doskonale wyobrażam sobie piękne, soczyste (np. czerwone) sztruksowe spodnie do szarej flanelowej marynarki albo beżowe czy brązowe do klasycznego tweedu w zieleniach i brązach, ale w drugą stronę nijak to nie chce działać. Może to wina wszystkich tych wąsaczy, których spotyka się czasem w przydrożnych knajpkach, mężów dostojnych, z zawodu pewnie leśników, odzianych w sztruksowe marynarki, zarazem znoszone i niedopasowane, a wszystkie w kolorze, jakby posiadacz nie mógł wybrać między butelkową zielenią a butelkowym brązem i wybrał marynarkę w obu tych kolorach na raz. No uraz mam, to chyba musi być to.

I tłumaczyłem to żonie, która zgubiła mój tok myślenia pewnie już po pierwszym zdaniu, tłumaczyłem głównie sobie, z satysfakcją stwierdzając, że będzie z tego moje pięć tysięcy znaków blogowego urobku, aż w końcu przypomniałem sobie wszystkie moje sztruksowe marynarki, w liczbie bodaj dwóch, pierwszą piaskową, umiarkowanie niedopasowaną i nieźle znoszoną, która była moją pierwszą, a mężczyzna nigdy nie przestanie kochać swojej pierwszej. I drugą, czarną i już nieźle dopasowaną – a wtedy pomyślałem, jak gardzę tym żałosnym palantem, którym byłem kupując ją; nie dość, że czarną, to jeszcze sztruksową, i jak mogłem pomyśleć, że ona będzie mogła się równać z tą pierwszą. A później wywaliłem ją za drzwi, jak się wywala niepotrzebną rzecz, nie rozpruwszy nawet kieszeni. Wywaliłem je obie i teraz ich nie ma, i – Och, jaki jestem bez nich szczęśliwy! – westchnąłem na głos, aż Agnieszka oderwała się od listy przebojów, która właśnie w radiu leciała, a radia właśnie słuchaliśmy.

Idzie wiosna, od wczoraj już kwiecień, a ja nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłem jakiś ciuch, nie licząc butów i skarpetek; będzie pewnie z pół roku. Ale pamiętam dzień, kiedy dwie sztruksowe marynarki powędrowały z pawlacza do kubła, jednego z tych, co to ich właściciel część tych ciuchów sprzedaje do lumpeksów, a część przerabia na szmaty, a organizacji charytatywnej odpala dolę za użyczenie charytatywnego logo. I nie planuję żadnych zakupów, no prawie żadnych, ale wiem, że muszę przedstawić temu kubłu jeszcze kilka fatalnych ciuchów, które szkoda zakładać, ale przecież żal ich też nie nosić, więc wiszą w szafach, napędzane poczuciem winy, a później cząstkę tej żałosnej kondycji emanują na mnie, kiedy gnany tym poczuciem winy zakładam którąś z nich, i wtedy wyglądam tak fatalnie, że lepiej by było zostać cały dzień w piżamie, i źle się czuję i przemykam pod ścianami, żeby kogoś przypadkiem nie spotkać. Ten kubeł jest ich przeznaczeniem i uwolnienie się od nich będzie lepszym nabytkiem niż cokolwiek, co jest mi w stanie zaoferować centrum handlowe.

Bo przecież, jak mawiają angielscy eleganci, less is more.

Dress kod

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja

Środa Popielcowa, późny wieczór, BP przy Krakowskiej. Czekam na zapieksa, kiedy wchodzi typ. Mierzę go wzrokiem, zresztą w ogóle częściej mierzę wzrokiem mężczyzn, niż kobiety. Wiosna przyjdzie, może to się zmieni. U kobiet nie szukam ubioru, wręcz przeciwnie.

W głowie tysiąc myśli, mam za sobą ciężki dzień, a w Popielec je się przecież „trzy razy dziennie, raz do syta”. Moje do syta było kilka godzin wcześniej, zanim ciężkość dnia ujawniła się naprawdę. Staram się analizować ubiór typa, ale nie bardzo pamiętam, jak to było. Piekarnik termocośtam, konwekcyjny czy jakiś, każe mi czekać jeszcze 45 sekund…

Zacząłem od twarzy. To dobrze. Jeśli pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to twarz, to znaczy, że uniknął podstawowego błędu: nie przebrał się. Kiedy teraz o tym myślę, dalej jestem w stanie powiedzieć coś o twarzy, fryzurze – krótko obciętej, „biznesowej”. Młodzieńczych rysach. Pryszczaty nastawiony na sukces. Okulary w cienkiej oprawie, jak na okładce magazynów dla dojrzałych panów, jak na dorocznym zdjęciu prezesa banku, takim do celów pijarowych.

Przykład bardzo miłego, moim zdaniem, zastosowania M65 z garniturem...

W wycięciu zapiętej kurtki koszula i krawat. Koszula różowa – odważny. Krawat granatowy, w drobne kropeczki – zachowawczy. Kurtka na marynarce: problem w ocenie. Są tacy, co jej nienawidzą. Uważają, że łamie kanony. Właściwym okryciem na garnitur jest płaszcz, mówią. Ja nie mówię – kurtka na garnitur, nie tylko kurtka husky, jak znany Barbour (nie mylisz z Burberrym, prawda) albo inna flauszowa bosmanka czy budrysówka… w Polsce nawet amerykańska kurtka wojskowa wz. 1965 ma swoją piękną historię i „ambasadorów marki”, jak się mawia w dzisiejszych ponurych czasach. Hłaskę i Stachurę, by wymienić dwóch pierwszych z brzegu, zamiast guglać. Nosił taką chyba też superubek z powieści Twardocha „Przemienienie”. Nosili ją ci, którzy chcieli podkreślić, że w wojnie sześciodniowej to „nasi Żydzi pobili ich Arabów”, a nie odwrotnie.

Mój typ miał na sobie zwykłą, komercyjną wersję tej kurtki. Wyglądał dobrze, co zawdzęczał temu, że była ona dostatecznie długa i poły marynarki nie wystawały spod spodu jak minispódniczka. Bo garnitur miał, to pewne. Wskazywały na to spodnie w kolorze zgniłozielonobrązowym, w prążek. Either mad or genius, jak mawiał Jack Sparrow. Sam kolor, a do tego zestawienie go z różem koszuli (i granatem krawata) to igraszka na polu minowym. Jeśli o mnie chodzi – wystrzałowa, a nie wybuchowa, ale dalej nie mam pewności, czy dobierając ten zestaw grał z nut, czy ze słuchu. Wysublimowany elegant z nutką nonkonformizmu (ten kolor garnituru!), czy młody stażem (pryszcze) i niski szczeblem pracownik korpa, który zakłada na grzbiet, co popadnie, i popadło akurat to?

Obwarzanki na spodniach, znamionujące nadmierną długość, były wskazówką, ale nie z tych jednoznacznych. Lustracja trwa, ale jej ostatni akcent powie wszystko. Czas ocenić buty.

.

..

...i przykład buta, który... zresztą bez komentarza

Znacie to uczucie, kiedy któryś z dalszych znajomych w poczuciu moralnego uniesienia wrzuci na Facebooka zdjęcie skatowanych (rzekomo w schronisku) psów? What has been seen, cannot be unseen. Tyle myślę o jego butach. Kiedy były nowe, przypominały pewnie wypchanego borsuka ze skaju. Teraz z dwóch metrów możnaby pomyśleć, że to ortalion, gdyby nie kształt pantofla. Szare, matowe, w porach pseudo- lub ekoskóry kryją tyle soli, że w XIII wieku król dzierżawiłby je magnatom jako żupy solne. A więc handlowiec, nie żaden dandys – wybaczcie, eleganccy handlowcy, ale to jest stereotyp, który musicie przełamywać. Schrypiałym głosem rzucam „czosnkowy”, co mojej postnej zapiekance doda ekumenicznego posmaku i wychodzę. Na końcu zauważam na oprawkach srebrzysty napis Ray Ban. Marka nie najdroższa, ale jednak marka. Ten napis w przeliczeniu za słowo kosztuje dużo więcej, niż wszystko, co w życiu napisałem.

A miało być tak pięknie. Zanim minąłem dystrybutory z wachą za 5,70, w głowie obracałem tylko jedno słowo: niemoralne. To niemoralne kupować markowe oprawki okularów i takie cichobiegi, piątą pochodną ropy naftowej.

Co każe postawić na nowo pytanie o relacje: ile za co warto płacić? Oprawki Ray Bana przykuły co prawda moją uwagę, ale, przyznajmy uczciwie, zrobiły to zwłaszcza kontrastowym, srebrzystym logiem. Pewnie każdy producent ma takie w ofercie i zaryzykuję twierdzenie, że da się kilkakrotnie taniej kupić inne, o pomijalnych różnicach w jakości. Za to buty, o ile te nie były z hipermarketu, a choćby ze znanych z koszmarków obuwniczych sieciówek, prawdopodobnie mógł kupić lepsze w tej samej cenie. Oszczędziwszy na oprawkach, mógł za uzyskane pieniądze kupić coś, w czym nie wstyd wyjść. Dawałem tu już upust przekonaniu, że za buty da się przepłacić, ale trzeba się postarać. Żadne sensownie wydane na buty pieniądze między pewnie ok. 500 a 2,5 tys. złotych nie są zmarnowane.

Każdy, kto musi zwracać uwagę na pieniądze, potrafi zapewne przepłacić za koszulę. Dobra prezencja w koszuli wymaga spełnienia dwóch warunków: dopasowania i świeżości tkaniny. Chińszczyzna z Jermyn Street daje tę możliwość już od ok. 120-150 złotych i nie zniechęcam nikogo do celowania wyżej, jeśli naprawdę tego nie czuje.

Spodnie: tło dla marynarki. Fot. The Sartorialist za Manolo for the Men

W zestawach koordynowanych z marynarką zawsze warto myśleć o spodniach jako tle dla tej ostatniej. To dlatego lepsze gładkie spodnie i wzorzysta marynarka, dlatego też lepsze wyraźnie jaśniejsze (albo, bodaj rzadziej, wyraźnie ciemniejsze). Z tego również można wysnuć zasadę, że lepiej dużo zapłacić za górę, niż za dół i że dopasowanie marynarki jest ze wszech miar kluczowe.

W ogóle narzuca się pytanie: skąd się wzięło i czy ma sens to zjawisko, że nawet Macaroni, blogger jednak w szyciu miarowym niezwykle doświadczony, dopiero po kilku garniturach i osobnych marynarkach zdecydował się na płaszcz od krawca. Komentatorzy (blogów, nie tacy ze Skanera Politycznego TVN24) zarzucają mu niedopatrzenie, ale mi wydaje się ono mieć sens. Marynarka jest tym złotym środkiem, czy raczej czubeczkiem krzywej Gaussa, formuje sylwetkę (koszula tego nie robi, to marynarka trzyma ją w ryzach), a jednocześnie jest na tyle bliska ciału, że wymaga doskonałego dopasowania, by dać takiż efekt. Zresztą mądrością nie od dziś jest, by kupować lub zamawiać dwie pary spodni do każdego garnituru; marynarka żyje po prostu dłużej, a dobra – dużo dłużej.

Podobnie jak buty – i podobnie jak w buty, w nią też warto zainwestować. To, w połączeniu z umiejętnością oceniania właściwych rozmiarów ciuchów, potrafi zdziałać cuda, a na pewno ochronić cię przed milczącą krytyką losowo spotkanego człowieka na stacji benzynowej.

Odświętnie na sianku

Rodzinne święta to doskonały moment, żeby ubrać się formalnie, ale trochę inaczej, a nawet z przymrużeniem oka

Święty spokój, chociaż na chwilę. Prezenty kupione, może nawet coś ugotowane, przez lśniące szyby zagląda wieczór. Święta z rodziną potrafią przerażać na różne sposoby: mnie na przykład zapachem zupy grzybowej, którego nie znoszę, a kogo innego – pytaniami o „odpowiednią dziewczynę” i ożenek albo koniecznością wymyślania kilkunastu zestawów spersonalizowanych opłatkowych życzeń. Słowem, zmartwień aż nadto,a tu jeszcze trzeba coś na siebie włożyć.

Święta wydają się doskonałą okazją, żeby poeksperymentować z elegancją. To czas dla rodziny i przyjaciół, rzadko znajdujemy się w miejscach publicznych, a jednocześnie odświętny charakter tych dni nakazuje jakoś tam wyglądać, najlepiej inaczej niż zwykle. Do tego rzadko zdarza się naprawdę skompromitować swoim wyglądem przed rodziną: osobami, które same przebierały cię w czasach, gdy załatwianie czynności fizjologicznych pod siebie w miejscu, gdzie akurat cię położono, było szczytem twoich możliwości. I jeszcze to, że chociaż dalece nie każdy z nas ma w domu kominek wesoło strzelający ogniem z polan, to jednak większość ludzi czuje ciepłą domową atmosferę, podkreśloną przenikliwym chłodem grudnia za oknem, i chce się jakoś w nią wpisywać.

Tu uwaga: zapewne nie w każdym domu garnitur jest na wigilii normą, a, czego by nie mówić, dopasowanie do otoczenia to jeden z kluczowych aspektów dobrego tonu. Skoro już jesteśmy w terminologii muzycznej, zaryzykowałbym tezę, że odchylenie o jedną oktawę w tę czy wewtę to akceptowalna norma dla spotkań rodzinnych i w gronie bliskich przyjaciół. W krawaciarskim towarzystwie przejdzie i mucha (odbierana jako bardziej formalna, czyli oktawę wyżej), jak i otwarty kołnierzyk – oktawę w dół. Dlatego jeśli spodziewasz się, że wszyscy będą w dżinsach i tiszertach, raczej nie bądź bardziej odstawiony, niż w marynarkę, nawet na forum rodzinnym.

Ten sweter Ralpha Laurena nie spełnia w stu proc. moich wymagań, ale pokazuje klasę

Cudowny formalny casual. Zima. Mróz za oknem. Kompot z suszu, intensywnie czerwony barszcz z uszkami, kapusta i prezenty spod choinki. Wszystko, może oprócz prezentów, paruje wilgotnym aromatem świąt, podnosi się temperatura powietrza i emocji. Obok stołu stoi mężczyzna w swetrze z jasnego kaszmiru w naturalnym kolorze, ciemnych, nie za wąskich spodniach w kant z wysokim stanem, brązowych sznurowanych butach, mogą być z zamszu, a niech tam. Biała koszula i ciemny wełniany krawat – może być czerwonawy albo ziemisty, to dobre odcienie na święta. Piękna wizja? To możesz być ty albo ja, w każdym razie takie wyobrażenie towarzyszy mi od paru lat. Jeśli dotąd go nie zrealizowałem, to tylko dlatego, że zakup stosownego swetra kompletnie mnie przerasta. W cenie, jaką jestem gotów i musiałbym za niego zapłacić (a jest ona co najmniej bliska czterocyfrowej – o wartości prawdziwego kaszmiru pisał ostatnio wyczerpująco mr. Vintage), musi idealnie spełniać moje warunki: odcienia wełny, zdobienia wplatanymi warkoczami (po angielsku cable knit), z kołnierzem szalowym (shawl collar, znany także ze smokingów). Nie kupię go przez internet, bo nawet dwa centymetry za długi rękaw zepsuje cały efekt, a poprawka krawiecka w wypadku dzianiny to mission: impossible. Nie raz się już jednak przekonałem, że cierpliwość hojnie nagradza rozsądnych konsumentów, więc czekam. Opisany zestaw to świetny wybór na uroczystości, kiedy nie przewidujesz garniturowo-krawatowego dress code’u. Jest jak skoda superb w roli limuzyny: swój komfort odczuwasz doskonale, ale na „coś się tak wystroił” zawsze możesz odpowiedzieć „no co, przecież jestem w sweterku!”.

Fred Astaire dość dobrze pokazuje, w jakim środowisku najlepiej czuje się odjechana marynarka smokingowa. Dzięki dr. Kilroyowi za tę stopklatkę

Najbardziej odjechanym w dobrym kierunku strojem, który możesz rozważyć, jest marynarka smokingowa lub jakaś wariacja na jej temat. W skrócie: pierwotnie smoking to strój, który przyodziewało się, jak nazwa wskazuje, w palarni, by móc go tam potem zostawić razem ze smrodem tytoniu, który w niego wsiąknął. Dzisiaj kojarzymy smoking z czarną marynarką o błyszczących klapach, ale welwetowe marynarki smokingowe mogą mieć różne kolory. Nie nadają się wtedy na imprezę black tie (chodzisz na takie?), ale świąteczne zimowe wieczory wydają się wręcz wymarzoną okazją, jeśli ktoś odważy się na ten eksperyment. Alternatywą dla mechatej marynarki smokingowej jest jej bardziej nieformalna, jakby eksperymentalna wersja, czyli zwykła marynarka jedno- lub dwurzędowa, najlepiej z klapami w szpic, w którymś z odważnych kolorów. Do klasycznych i pięknych należą butelkowa zieleń i ceglasta czerwień lub bordo. Ja mam taką w wariancie fioletowym, dlatego używam jej raczej na wieczory kawalerskie w klubach z panienkami i nie chciałbym mieszać ich z choinkową atmosferą.

Impreza garniturowa w rodzinnym domu przyprawia cię o skrępowanie? A może po prostu chcesz spróbować w jakiś sposób podkreślić szczególność świątecznego dnia? To prawda, że garnitur daje małe pole do manewru. Oczywiście nie uważam tego za jego słabość, a raczej za siłę, z której nie wiedzieć czemu dzisiejsi mężczyźni są niezbyt skłonni korzystać. Garnitur wizytowy zazwyczaj dość skutecznie broni się przed zabawą konwencją, ale słabymi punktami tej obrony są butonierka, czyli dziurka na guzik na klapie oraz brustasza, czyli kieszonka na piersi. Ta druga służy głównie do noszenia poszetki, za to ta pierwsza…

Zgoda, kojarzy się głównie z wpinaniem oznak różnorakiej przynależności. Zresztą nadaje się do tego celu świetnie, a logo firm, instytucji, miniaturki różnych przedmiotów, jak szpada szermiercza, walter P-99, nawet krzyż harcerski czy, last but not least, Matka Boska, to dobry wybór, o ile faktycznie wyrażają twoją tożsamość lub przynależność. W przeciwnym razie alternatywą jest kwiat (zazwyczaj goździk, nawet w połączeniu z poszetką dla uzyskania efektu combo fatality) lub inne warzywo sezonowe. To jest mój typ na wigilię tego roku. Przedstawiam… jemiołę w butonierce. Ciekaw jestem waszej reakcji, bardziej, niż reakcji rodziny. Siostra i tak powie mi, że wyglądam jak cudak, a ja jej na to, że jest głupia. To taka ciepła, rodzinna atmosfera, bez której nie ma prawdziwego ducha świąt.

Znaczenie poszczególnych elementów jest następujące: biała koszula i ciemny garnitur podkreślają odświętność wieczoru, czerwone i bordowe elementy nawiązują do ciepłej atmosfery i barw krasnoludkomikołaja, ozdoba w butonierce zdaje się kryczeć: "Co za jemioł!"

Na koniec małe post scriptum w nawiązaniu do tego ostatniego. Jesteśmy razem, ja i P.T. Czytelnicy, od stosunkowo niedawna. Statystyki odwiedzin jednak jednoznacznie wskazują, że tak czy inaczej jesteśmy razem, niech więc będzie mi wolno odwzajemnić Wam tę grzeczność serdecznymi życzeniami. By Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, i, jak mawia moja mama, „zdrowia przede wszystkiem”. Sobie zaś życzę, by w przyszłym roku było Was więcej. Nie obżerajcie się zbytnio –gdzieś tam, w przyszłości, czeka na was cała masa dwurzędowych marynarek, które nie zniosłyby poświątecznej oponki. Wesołych świąt!

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.