Wartość rzeczy

Butiki luksusowych marek bywają przestrzenią bardziej sakralną, niż niejeden kościół. Ale to tylko ściema

Znowu było ostatnio głośno o badaniach, według których najpopularniejszą luksusową marką w Polsce jest Adidas. Żeby nie było: jestem dużym chłopcem i w ogóle nie uważam tego za tragedię. Tragedia, to jest jak tsunami zabije tysiąc ludzkości albo zegar długu publicznego okaże się czymś więcej, niż dziwnie wyskalowanym stoperem bez międzyczasów.

Nie jest to też raczej mój problem w tym sensie, że jak Luis Vuitton postanowi pokazać Nike’owi, kto tu jest bardziej luksusowy, to jako style blogger na pewno na tym nie stracę, a mogę skorzystać. Ale faktem jest, że ludzie – raczej nie moi czytelnicy, ale jednak moje otoczenie – uważają producenta bluz piłkarskich za dostawcę luksusowej odzieży i jest to mój problem w takim samym stopniu jak to, że ceną istnienia tradycyjnych warzywniaków jest tolerowanie na osiedlach gównianych baraczków z blaszanych profili. Czyli problem estetyczny – nie z kategorii zabójczych, ale jednak problem.

A skoro problem istnieje, to coś trzeba na niego spróbować poradzić, żeby nie sprowadzić go do łatwych hasełek typu „wąsy, Podkarpacie i garnitur Kaczyńskiego z tesco”, bo raz, że takie hasełka zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi, a dwa, że tej sprawy tak łatwo pod dywan zamieść się nie da, bo siedzi ona w ten czy inny sposób w większości z nas.

Zanim się oburzycie, wyjaśnię: nie twierdzę, że moi szanowni czytelnicy zatracili kompas stylu i nie wiedzą, w czym kopać gałę, a w czym chodzić na prywatki. Ale sądzę, że wszyscy w jakimś stopniu „wstydamy się majestata”, a to właśnie ten majestat, marketingowy „prestiż”, który budują sobie firmy, kształtuje nasze pojęcie o rynku. Jak bankierzy, którzy otaczali się jeszcze niedawno złotem i marmurami, żeby klienta zepchnąć do roli „lichego i durnowatego” petenta, dzisiejsze salony odzieżowe alias contept store’y alias butiki alias multibrand store’y alias cośtam cośtam atakują nas sterylnie dizajnerskim splendorem, wyniośle usłużnym personelem i wielkimi przestrzeniami, w których człowiek czuje się pod ciągłą obserwacją.

Wyznaję i sądzę, że po tym wyznaniu usłyszę kilka westchnień ulgi: jestem ofiarą tego sklepikarskiego panopticonu. Mam na imię Przemek i bywa, że wstydzę się wejść do drogiego sklepu. Cześć, Przemek. Podziękujmy Przemkowi za to odważne wyznanie. Dziękujemy, Przemek.

Wolf Bracka. Mekka zachodnich luksusowych marek odzieżowych, ale raczej nie klientów. Fot. Wistula/CC-by-SA/Commons

Symbolem tego dziwnego zjawiska stał się ostatnio dom towarowy (tak, prawdziwy dom towarowy, przekornie wracający z tą tradycyjną prostotą po latach mallów, shopping centre’ów i galerii handlowych (no galerii, kurwa ich mać, co wzdycham jako historyk sztuki). Dom towarowy o nazwie vitKac (wolałbym nie wiedzieć, o co chodzi w tej nazwie), znany wcześniej pod sensowniejszą zgoła nazwą Wolf Bracka. Przy Brackiej, ale nie tej, co tam pada deszcz, tylko tej drugiej, w Warszawie. Dom towarowy to w dzisiejszym języku chyba concept multibrand store z segmentu premium. Albo coś. Ważne, że ma ubrania tak drogie, że nie mają metek z cenami – jeśli potrzebujesz sprawdzać, ile kosztują, to zapewne cię nie stać, jasne?

Oczywiście wstydałem się. Na pocieszenie mam to, że byłem w tym zakłopotaniu w dobrym towarzystwie, bo pisał o nim swego czasu nawet Michał Zaczyński, niestety, z niezrozumiałych (*mrug) powodów wpis z bloga usunął. Przeleciałem (pusty, nawiasem mówiąc) sklep zatrzymując się tu i ówdzie szczęśliwy, że nic z modnych ciuszków nie wzbudziło mojej żądzy posiadania na tyle, bym musiał rozważać kwestię zakupu. Widziałem tylko drogie marki, które naszemu wąsaczowi z Podkarpacia od luksusowego adidasa nie powiedziałyby pewnie nic, a mi mówiły: jesteśmy naprawdę drogie. Lepiej wybieganym powiedziałyby na pewno, która z nich należy do LVMH, a która do Prady, bo to przecież wszysko i tak koncernowa robota.

Czas wyjść z takiej bajki, pomyślałem, bo do dupy ma ona fabułę. I uporządkowałem poglądy.

Oczywiście na ich początek mogłyby iść te wszystkie z gruba ciosane mądrości: uświadom sobie, że to wszystko efekt cwanych sztuczek albo wmawiaj sobie, że to sprzedawcy są dla ciebie, a nie ty dla nich. Możesz tak robić, jeśli to działa, ale jest to równie piękne, mądre i prawdziwe, jak „nabranie świadomości”, że większość pięknych kobiet leci na otwartą propozycję natychmiastowego seksu. Możesz powtórzyć to sobie tysiąc razy, ale jeśli ostatecznie na imprezie zapomnisz języka w gębie i w obawie przed dostaniem z liścia będziesz coś bredził o Pink Floyd albo samochodach, całe to NLP jest psu na budę. Lepiej zostać przy sprawdzonych metodach – ta z Pink Floyd naprawdę działa, a i zabawy jest przy niej dużo więcej.

Pierwszy fakt jest zaś taki: warto wchodzić do literalnie wszystkich sklepów, nawet tych najdroższych, nawet, jeśli nie jesteś przy kasie, a może – zwłaszcza wtedy, kiedy nie jesteś przy kasie. Warszawskie ultraluksusowe sklepy są puste zawsze, kiedy koło nich przechodzę. Z dużym prawdopodobieństem personel będzie celebrował twoje wejście bez względu na to, kim jesteś. A przecież – skoro już czytasz ten blog choćby – nie jesteś ubrany jak kloszard i potrafisz wyglądać jak ktoś, kto może zapłacić, jeśli pozna wartość rzeczy.

A zatem po drugie: dodawaj sobie animuszu, pokazując, że znasz wartość rzeczy. Pierwsze z drugim działa cuda. Uświadomiłem ostatnio pani w obuwniczym butiku w drogiej części miasta, co tak naprawdę oznacza napis goodyear welt (wcześniej myślała, że to określenie jakości skóry). Sprzedawczyni w jednym z butików w Galerii Mokotów dowiedziała się ode mnie ostatnio, jak wiązać szalik wyblinką i była tak podniecona, że kazała mi to demonstrować swoim koleżankom. Każda niezobowiązująca uwaga albo trudne pytanie rzucone sprzedawcy zmieniają cię z klienta, który albo ma kasę, albo może spieprzać, w eksperta, któremu nawet może byłoby warto się przypodobać. A jeśli dodatkowo trochę zablefujesz (czyt. zadasz pytanie niekoniecznie z sensem), odkryjesz, że w luksusowe sklepy, przynajmniej w Polsce, nie są tak luksusowe pod względem kompetencji obsługi. A przecież podobno za to dopłacamy, prawda?

I wreszcie najważniejsze: faktycznie znaj wartość rzeczy. Nie jestem wprost w stanie spamiętać, ile razy ostatnio parskałem na widok jakiejś metki z ceną, parskałem z wyższością, bo wiedziałem, że to cena dla frajerów. Wiesz, ile kosztuje najdroższa koszula szyta na miarę, jaką warto kupić? Ile trzeba zapłacić za sprowadzenie z Londynu albo Paryża NAPRAWDĘ dobrego krawata? Ile kosztuje igła u bardzo przyzwoitego krawca w twoim mieście, a ile – metr dobrej wełny na marynarkę? Jeśli nie wiesz, dowiedz się teraz. Ta wiedza bardzo łatwo zdetronizuje wielu sprzedawców; zamiast za dostawców luksusu, zaczniesz ich uważać za hochsztaplerów.

Bo tym, co decyduje o jakości produktu – nie tylko ciucha – są materiał, jakość przetworzenia, dopasowanie do potrzeb, staranność wykonania, czas. Droga marka może, ale nie musi być gwarantem tych cech i niestety nie ma nawet reguły na to, kiedy może, a kiedy nie musi. Ja natomiast jestem gwarantem tej oto tezy: gdyby jakieś – na przykład polskie – społeczeństwo nabrało umiejętności oceny wyżej wymienionych parametrów, niskie wskaźniki znajomości luksusowych marek byłyby wynikami nie tyle obojętnymi, co wręcz optymistycznymi. Patrz pod światło na tkaninę, a nie w ukryciu na metkę.

Uwolnij łacha

Nigdy nie jest za późno na wycofanie się z błędnej decyzji – nie tylko zakupowej

Byłem ostatnio niemym świadkiem niezwykłego widowiska. Niemym, bo wszystko działo się w telewizorze, gdzie, zapując jak to miewam czasem we zwyczaju, trafiłem na program o gadżetach w TVN Turbo. Trafiłem tak wciągająco, że miałem możliwość obejrzeć cały fragment, w którym śmieszny gość w bluzie z kapturem testował skaner do zbierania miary na garnitur made-to-measure. (Takie zbieranie miary opisał kiedyś Szarmant, ale nie wiem, czy na przykładzie tej samej firmy – to tak gdyby ktoś potrzebował pogłębić risercz.)

Gdyby był w Polsce jakiś kabaret, który robi sobie żarty z krawiectwa miarowego i luksusowej odzieży, ten program załatwiłby mu skecz wszech czasów. Nie będę tutaj oczywiście streszczał odcinka chociaż i miejsce na to i czas/ lecz mi nie wolno, a wielka szkoda/ bo ubawiłoby to was. Dość wspomnieć, że rzekomym efektem skanowania laserem nagiego redaktora była „zielona sztruksowa marynarka przełamana brązowymi akcentami, jak łaty na łokciach, doskonała na wszystkie ważne okazje”. Cytuję z pamięci  i do tego kondensuję treść, ale łapiecie ducha kuriozum, które miało miejsce na antenie programu o fikuśnych elektronicznych rurkach do piwa, kiedy jego dziennikarze zajęli się elegancją.

W tym momencie moje wynurzenia stoją na rozdrożu. Mógłbym na przykład rzucić kilka smutnych słów o kondycji kraju, w którym stołeczni dziennikarze uważają zieloną marynarkę za przykład stroju na ważne okazje (wtedy dopełniłbym do pięciu tysięcy znaków wzmianką, że przykład idzie z góry, a przecież zieleń i łaty na łokciach to stylówa bliska myśliwskiej). Mógłbym też, jeszcze bardziej beznadziejnie, wołać na puszczy, że rozległy i piękny temat marynarek sprowadza się w mediach do tego, że coś jest laserowe, ma silniczki i kosztuje sto pięćdziesiąt koła. A nawet – o zgrozo – mógłbym powywnętrzać się nad tym, że ktoś wykłada takie pieniądze na zakup maszyny, która będzie kulawo i nie w pełni wykonywać pracę, którą o wiele taniej i lepiej wykona wykwalifikowany człowiek (ten temat zostawię bardziej fachowym kolegom po klawiaturze, albo sobie – na później).

Tymczasem zdecydowałem się na następujący przebieg wywodu. Za mną, czytelniku!

O urokach sartorialnego kabaretu opowiedziałem żonie, z bolesnej przepony ledwo mogąc wykrztusić jego absurdalny przebieg. Dla tego też nie do końca mnie ona zrozumiała i zapytała: – A co jest złego w sztruksowej marynarce? A nie jest to pytanie z cyklu banalnych i łatwych do udzielenia odpowiedzi.

Według wszystkich znaków na niebie i ziemi sztruks jest jednym z materiałów wprost stworzonych na marynarkę. Jest dość wytrzymały, miękki i raczej ciepły, a do tego ma taki każualowy klimat, że się tak wyrażę. do tego łatwo go dostać i występuje w całej gamie niesamowitych kolorów, jednolitych, ale nierzadko szalonych albo przynajmniej frapujących.  Jednak to wszystko teoria, smutna praktyka jest bowiem taka, że większość sztruksowych marynarek na wieszakach to porażka.

Może chodzi o to, że sztruks jest za tani, żeby mieć odpowiednią pozycję w marynarkowym świecie. A może o to, że ze względu na swoją specyficzną strukturę łatwo maskuje niedoskonałości kroju (zgaduję). Wreszcie może przez to, że jego zapoznana wytrzymałość i miękkość przyciągają doń grono zwolenników spośród osób, które ubierają się według maksymy wygoda przede wszystkim, która to maksyma jest prostą drogą do odzieżowego piekła. Dość powiedzieć, że dziewięć na dziesięć zestawów ze sztruksową górą (na dole przeważnie są wtedy dżinsy) to zwyczajnie porażka.

Sztruks jest dla mnie zagadką. Może mieć grube albo cienkie prążki, a ja nawet nie jestem w stanie jednoznacznie wymyślić, który z nich jest bardziej elegancki, ciekawszy, który cechuje wyższą półkę tkanin. Doskonale wyobrażam sobie piękne, soczyste (np. czerwone) sztruksowe spodnie do szarej flanelowej marynarki albo beżowe czy brązowe do klasycznego tweedu w zieleniach i brązach, ale w drugą stronę nijak to nie chce działać. Może to wina wszystkich tych wąsaczy, których spotyka się czasem w przydrożnych knajpkach, mężów dostojnych, z zawodu pewnie leśników, odzianych w sztruksowe marynarki, zarazem znoszone i niedopasowane, a wszystkie w kolorze, jakby posiadacz nie mógł wybrać między butelkową zielenią a butelkowym brązem i wybrał marynarkę w obu tych kolorach na raz. No uraz mam, to chyba musi być to.

I tłumaczyłem to żonie, która zgubiła mój tok myślenia pewnie już po pierwszym zdaniu, tłumaczyłem głównie sobie, z satysfakcją stwierdzając, że będzie z tego moje pięć tysięcy znaków blogowego urobku, aż w końcu przypomniałem sobie wszystkie moje sztruksowe marynarki, w liczbie bodaj dwóch, pierwszą piaskową, umiarkowanie niedopasowaną i nieźle znoszoną, która była moją pierwszą, a mężczyzna nigdy nie przestanie kochać swojej pierwszej. I drugą, czarną i już nieźle dopasowaną – a wtedy pomyślałem, jak gardzę tym żałosnym palantem, którym byłem kupując ją; nie dość, że czarną, to jeszcze sztruksową, i jak mogłem pomyśleć, że ona będzie mogła się równać z tą pierwszą. A później wywaliłem ją za drzwi, jak się wywala niepotrzebną rzecz, nie rozpruwszy nawet kieszeni. Wywaliłem je obie i teraz ich nie ma, i – Och, jaki jestem bez nich szczęśliwy! – westchnąłem na głos, aż Agnieszka oderwała się od listy przebojów, która właśnie w radiu leciała, a radia właśnie słuchaliśmy.

Idzie wiosna, od wczoraj już kwiecień, a ja nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłem jakiś ciuch, nie licząc butów i skarpetek; będzie pewnie z pół roku. Ale pamiętam dzień, kiedy dwie sztruksowe marynarki powędrowały z pawlacza do kubła, jednego z tych, co to ich właściciel część tych ciuchów sprzedaje do lumpeksów, a część przerabia na szmaty, a organizacji charytatywnej odpala dolę za użyczenie charytatywnego logo. I nie planuję żadnych zakupów, no prawie żadnych, ale wiem, że muszę przedstawić temu kubłu jeszcze kilka fatalnych ciuchów, które szkoda zakładać, ale przecież żal ich też nie nosić, więc wiszą w szafach, napędzane poczuciem winy, a później cząstkę tej żałosnej kondycji emanują na mnie, kiedy gnany tym poczuciem winy zakładam którąś z nich, i wtedy wyglądam tak fatalnie, że lepiej by było zostać cały dzień w piżamie, i źle się czuję i przemykam pod ścianami, żeby kogoś przypadkiem nie spotkać. Ten kubeł jest ich przeznaczeniem i uwolnienie się od nich będzie lepszym nabytkiem niż cokolwiek, co jest mi w stanie zaoferować centrum handlowe.

Bo przecież, jak mawiają angielscy eleganci, less is more.

Ostatnie prezenty

Jeszcze nie wszystkie prezenty gotowe? Trzy minuty planowania oszczędzą trzech godzin zbędnej gonitwy po zatłoczonym mieście

Ostatnie dni przed świętami mają dwa oblicza. Z jednej strony dla mnie zawsze był to piękny czas spotykania ze znajomymi, których niebezpieczne prądy zawiodły na obce wody, ale ze względu na rodzinny charakter zbliżających się świąt zjechali na kilka dni do Warszawy. Zarabiają więc na mnie nie tylko sklepy z upominkami, lecz także kawiarnie i różnej maści stołówki. Z drugiej strony ostatnie dni przed świętami są jak sprint na ostatnich metrach przed metą. Koniec już blisko, ale to ostatnie, mordercze napięcie w pogoni za prezentami potrafi zaboleć.

Jeśli ciągle nie masz wszystkich prezentów, oto co może ci się udać upolować w ostatnich dniach. Na pełnych obrotach działają pewnie wszystkie sklepy, ale stacjonarne, rozreklamowane sieci na pewno mają przewagę nad internetowymi drobnymi biznesami, zwłaszcza na tej ostatniej prostej. Za cenę dreptania w miejscu w kilometrowych kolejkach i problemów z autoryzacją kart płatniczych przez przeciążone łącza banków, możesz spróbować jednego z tych nietypowych upominków:

Ałun ma ostatnio świetny pijar i pewnie niedługo będzie powszechny nawet w hipermarketach. Słabo znam francuski, ale jego nazwę pierre d'alun powinno się chyba wymawiać pier-d-alę. Fot. alepia.com

Tematem, na który można przelać hektolitry atramentu, jest golenie. Jeśli osoba, którą chcesz obdarować, ma zwyczaj zdzierać maszynką starość i śmierć z twarzy, wbrew pozorom pole do popisu jest tu ogromne. Na półkach sieciowych mydlarni (oczywiście na tych półkach na wysokości łydki, na regałach przy wejściu na zaplecze), da się dostać cały asortyment sprzętu nawigacyjnego do odkrywania nowych światów golenia. Pierwszym przykładem mogą być gotowe zestawy upominkowe: rogowe maszynki do golenia, w których wszystko jest staromodne, oprócz „interfejsu”: stosuje się do nich najnowocześniejsze ostrza od popularnych maszynek znanych producentów. W zestawie możesz też dostać pędzel do golenia i specjalny statyw do zawieszania tych utensyliów. Mi osobiście wydaje się to najgorszy pomysł z tej kategorii, ale możliwości są tysiące. Golić się można nie tylko pianką, nawet nie tylko kremem (co już jest bardziej staromodne), lecz także mydłem do golenia, a nawet oliwą. Spośród narzędzi do wyboru są maszynki na tradycyjne żyletki i brzytwy. Nieumiejętność w stosowaniu ich naprawiamy ałunem. Przynajmniej część z tych rzeczy znajdziesz w ofercie sieciowych perfumerii. Zaryzykuj je na prezent – trafisz, nie trafisz, ale zawsze dasz możliwość wypróbowania.

Kolejnym nie takim trudnym do kupienia za pięć dwunasta akcesorium jest coś ostrego. Typowo: nóż. Występują w wielu wariantach i, podobnie jak zegarki, można je dobierać do ubrań. Pomyśl więc o stylu obdarowywanego: może średniej wielkości, masywny składany nóż z blokadą ostrza i klipsem do noszenia w kieszeni będzie pasował do jego nieodłącznych dżinsów? A może do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że także do garnituru robi się lekkie, składane nożyki, które nie obciążą kieszeni ani nie wypchną marynarki, ale pozwolą łatwiej otworzyć list albo paczkę emenemsów?  Jest jeszcze cała gama scyzoryków włącznie z multi-toolami, które za centralne narzędzie mają nie ostrze, ale całkiem użyteczne kombinerki, innymi słowy, dla każdego coś dobrego. I mówiąc „każdego” naprawdę mam to na myśli. Nie ufam mężczyznom, którzy nie ucieszyliby się z noża.

Kto powiedział, że mężczyźnie nie można dać tulipana? Fot. Whiskyglass.com

Szkłem także można się skaleczyć, ale, co jest w nim szczególnie fajne, wcale nie trzeba. Można zrobić sobie nim za to krzywdę w przyjemniejszy sposób, np. nadużywając za jego pośrednictwem alkoholu. Zestaw szkła to także wygodny i uniwersalny prezent, bo zawsze możesz znaleźć model kieliszka, którego obdarowany jeszcze nie ma (o ile nie jest kolekcjonerem). Prawdziwy snobizm wymaga bowiem innych kieliszków do białego, czerwonego, koniaku, whisky, piękne są kieliszki do burgunda, cudnie pije się wino Gruner Veltliner z ciężkich szklanek bez nóżki o pojemności ok. 150 ml, świetne są angielskie szklanki do piwa, lekko rozszerzające się, z „garbem” w górnej części. Tych ostatnich nie udaje mi się od dłuższego czasu znaleźć, ale wiele ciekawych i nietypowych szkieł w całej palecie możliwych cen widywałem podczas niedawnych spacerów po galeriach (handlowych, kretynko!).

W ostatecznym rozrachunku wszyscy mężczyźni to jednak gadżeciarze, choć potrafią się dość skrajnie różnić swoimi fetyszami. Dlatego jeśli adresat twojego prezentu zawsze ma kieszenie pełne różnych rzeczy, po prostu szukaj na nie futerałów. Klucze, karty, wizytówki, pióro, lecz także krawat w podróży, okulary, ajpod, ajpad, ajfon, ajmak, aj, waj, czego to ludzie w skórę nie oprawią. Plastikowy odtwarzacz muzyki w egzotycznej skórze wygląda co prawda trochę jak szylkretowa oprawka na żyletkę Gilette z czterema ostrzami (czyli: jakby udawała coś, czym nie jest), ale dobrej egzotycznej skóry pewnie i tak nie zdołasz już przed Gwiazdką załatwić. Za to różnych przetworów cielaczka czy innego poczciwego zwierzątka domowego jest na pęczki w każdym centrum handlowym. Wszystko da się zapakować. Zrób to jednak z litością dla kieszeni marynarki obdarowywanego: zbyt wypchane tracą fason.

Jeśli z powyższych propozycji z jakichś przyczyn nie zdołałeś wybrać niczego dla siebie, skorzystaj także, w charakterze ostatniej deski ratunku, z listy pięciu najważniejszych dodatków.

Okresy przejściowe

Jedna porządna marynarka to za mało, żeby zrobić z mężczyzny mężczyznę dobrze ubranego. A dwie to często za dużo, żeby kupić je w jednym sezonie. Nie jest to jednak problem bez wyjścia.

Przedstawianie ludziom – zwłaszcza bliskim i znajomym – nowego lepszego Ja nigdy nie jest tak łatwe, jak to wygląda w programach BBC. Nauczyłem się, głównie na błędach, kilku rzeczy, które postaram się tu podsumować. Warto je brać pod uwagę, kiedy robisz w swojej szafie miejsce na rzeczy w nowym stylu. Zrób na nie miejsce także w życiu.

Patrick Grant to jeden z TYCH gości, których zawsze pokazuje się w przykładach. Na tym zdjęciu nie wywołuje okrzyków zachwytu, nazajutrz mógłby przyjść i pod muchą, prawda?

Głównym wrogiem restylingu jest „coś się tak wystroił”, fraza, która w założeniu zawiera cień komplementu, nawet podziwu, ale w głębi dosadnie udowadnia, jak wiele jeszcze drogi przed nami. Mając na względzie motywację do dalszych starań, najlepiej unikać tej frazy tak długo, jak się da. Dlatego otoczenie należy przyzwyczajać do nowego stylu powoli. Pomyśl o aparacie rentgenowskim i reaktorze 4 w Czarnobylu. Oba promieniują, ale tylko jeden budzi grozę. Małe dawki – oto czego trzeba.

Przyzwyczajaj otoczenie powoli. Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby – jeśli to dopiero twoje pierwsze kroki w nowym świecie – w twojej szafie znajdowały się już trzy  porządne marynarki, kilkanaście koszul i stosowna liczba krawatów, które wieńczą dzieło. A jeśli trafiłeś fajną rzecz (lepiej zaczynać od jednej fajnej rzeczy, niż pięciu kiepskich) – to kiedy pewnej, powiedzmy, środy zepniesz wszystkie siły i zaprezentujesz na sobie antologię najlepszych ciuchów ze swojej garderoby, jedynym objawem podziwu, na jaki zasłużysz, może się okazać „coś się tak wystroił”.

Najrozsądniejszą receptą na „coś się tak wystroił”, jaka przychodzi mi do głowy, jest stopniowa zmiana stylu. Znasz te zdjęcia, na których dobrze ubrani mężczyźni noszą koszulę bez krawata, na niej sweter, a na nim marynarkę? Może lepiej zacząć od tylko jednego z tych ostatnich elementów, a nie obu na raz? Jeśli do tej pory nosiłeś tylko t-shirty i dżinsy, to zmiana tych dwóch elementów wystarczy na początek, by wyglądać świetnie i nie musieć odpowiadać na krępujące pytanie.

Okres przejściowy to ważna rzecz, bo to, jak zareaguje otoczenie i jak ty będziesz się czuł w nowym wydaniu, może zadecydować o kierunku i trwałości tak pożądanej przemiany. Możesz przyjąć różne kierunki natarcia: nosić koszulę ze swetrem, ale bez marynarki albo marynarkę na t-shirt (czego nie miałem okazji nigdy spróbować osobiście, ale widok jest to powszechny). Jestem skłonny, nieco wbrew sobie, polecać nawet marynarkę do jeansów, chociaż sztruksowa albo bawełniana właśnie w takim zestawieniu to najczęstszy przypadek nieudanych eksperymentów „klasycyzacji” garderoby.

W takim ukryciu krawat może czekać na comming out choćby i sezon - łatwiej mu będzie przyzwyczaić otoczenie

Jeszcze rok temu chodzenie do biura pod krawatem wydawało mi się lekką przesadą. Przeszło mi po miesiącu nowej pracy i od tego czasu rzadko występuję z rozpiętym kołnierzykiem. W firmie, gdzie dżins ma sens, przestrzegałem (jako jedyny) zasady casual friday, bo i jako jedyny miałem przestrzeń, żeby spuszczać z formalności stroju. Nawiasem mówiąc, najfajniejszy typ casual friday to taki, kiedy przychodzisz do pracy ze spakowanym plecakiem na stelażu i prosto z biura wsiadasz w pociąg gdzieś daleko. Ale „o tym, moje dzieci, to już zupełnie inna historia”. Tym niemniej moje pojawianie się pod krawatem przeszło praktycznie niezauważone, bo pod swetrem zwis męski  dodaje uroku niezwykle dyskretnie. Kiedy środkowa warstwa ubrania spłynęła razem z roztopami – krawat się ostał i tak już trwa.

Tyle pierwszej reguły – prostej, bo technicznej. Druga jest trudniejsza, bo wymaga siły woli. W okresie swoich pierwszych zakupów w „tych innych” sklepach i butikach trafisz na pewno na wiele kuszących okazji, które w pierwszej chwili wydawać się będą przewrotnie i luzacko polemizującymi z tradycją. W takich sytuacjach najelpiej sprawdza się gryzak lub coś innego, co pozwala zacisnąć zęby. Tak, pomarańczowe marynarki są świetne, a kiedy zobaczysz, ile gadżetów można na nich umieścić (kieszonka biletowa, patka na kieszonce na piersi, podwójna butonierka, pętelka na guzik przy kozerce, czyli łączeniu klap z kołnierzem, łaty na łokciach – wymieniać dalej?)… przy takiej ofercie pokusa będzie silna. Takiej też potrzebujesz woli: eksperymenty są dla tych, którzy przerobili podstawy. Ja sam prędko się na nie nie zdecyduję, a kiedy już uznam, że jestem gotowy, zapewne będę już stylowym geriatrą i zamówię zamiast nich piątą klasyczną granatową marynarkę klubową. Nie chodzi o to, żeby nie wyglądać inaczej, lepiej, niech będzie – nawet nowocześniej. Ale żeby znaleźć swój styl, musisz wiedzieć, gdzie szukać. Szara czy brązowa marynarka to pierwszy adres, pod który warto uderzyć. Jeśli ten argument cię nie przekonuje – postaraj się, żeby nauka na błędach nie była zbyt kosztowna. Zresztą to, co po angielsku nazywa się novelties (np. spinki do mankietów w fikuśnych kształtach) znajdziesz pewnie w outletach większości marek z niższej średniej półki, zatem tu akurat nie powinieneś mieć problemów. Po prostu wspomnij moje słowa, kiedy za kilka lat będziesz się głowił, jak w ogóle można było coś takiego kupić. Ja, żeby opędzić się od tej myśli, musiałem swego czasu hojnie obdarować kosz na używaną odzież.

Inaczej nauczyłem się rozwiązywać problem pytania „coś się tak wystroił”. Tutaj podpowiedź podsunęło mi samo życie: spotkałem pewnego dnia kolegę, który zmierzył mnie od stóp do głów i – publicznie – wykrzyknął: „A coś ty się tak odstawił? Do pierwszej komunii idziesz?”. Najadłem się wstydu, ale wyciągnąłem wnioski i od tego czasu za każdym razem na pytanie „Coś się tak wystroił” odpowiadam: „idę do pierwszej komunii”. Minął jakiś czas i już nie muszę nikomu się tłumaczyć.

Użyteczne adresy z sąsiedztwa

„Like so many others, I have become a slave to the Ikea nesting instinct” – mówił znany, choć bezimienny, bohater Fight Clubu. Warto poćwiczyć instynkt wicia gniazda na obiektach z sąsiedztwa, które potrafią znacznie ułatwić życie

Skurczenie świata: znak czasów. Nie musimy nawet mieszkać w mieście, żeby mieć dostęp do towarów i usług z całego świata i naprawdę wiele osób sprowadza przez internet nawet buty (co mi się jeszcze nigdy z powodzeniem nie zdarzyło), nie mówiąc o krawatach, gadżetach czy biżuterii. Dlatego często zapominamy o tym, jak ważne jest nasze tu i teraz. Pogoda cały czas kilka stopni na plusie, więc wybierz się na spacer. Upewnij się, że znasz swój habitus. Oto pięć obiektów, których nie zastąpi ci nawet najszerokopasmowsze łącze internetowe.

Pan: "Aliści, jeno Charvetowi frak mój do prania powierzam". Pani: "No..."

1. Dobra pralnia to skarb dżentelmena. Nie tylko takiego, któremu do świętości trochę daleko i nie zawsze zna pochodzenie plam na ubraniu, które założył poprzedniego wieczora. Po pierwsze, im bardziej dorasta twoja garderoba, tym więcej rzeczy, które ona zawiera, ma na metce napis „dry clean only”. Po drugie, pranie w pralni potrafi odświeżyć rzeczy, które przez miesiące wędrówki między szafą, ciałem i pralką straciły nieco nieskazitelności. Niepokojących plam na ulubionej koszuli nawet nie próbuj zapierać na własną rękę przed konsultacją z panią w pralni.

Z tego, jak istotna jest dobra pralnia, nie zdawałem sobie sprawy dopóki nie odkryłem, że nie wszędzie jest tak, jak u mnie na Grochowie. Uważałem, że skoro panie są zrzędliwe, a raz zgubiły mi spodnie na cały jeden dzień, to znaczy, że firma jest raczej przeciętna. Nic z tych rzeczy: w moim wyobrażeniu PRL-u zderzają się dwa obrazy etosu pracy: robotniczy „czy się stoi czy się leży” z inteligenckim „róbmy swoje”. Panie z pralni mogą wpisywać się w obie te poetyki. Dlatego może i nie odpowiedzą ci „dzień dobry”, ale skutecznie powiedzą „do widzenia” plamie na krawacie. Oczywiście, dzisiejsze sieciówki w hipermarketach (znam ze słyszenia i dobrych opinii 5-á-sec) są zapewne lepsze pod względem tempa i kultury obsługi klienta, pytanie jednak, czy łatwiej obłaskawić ich personel, niż panią z osiedlowego punktu, a to ważna rzecz. Bo jeśli pani z pralni uzna, że dodatkowa porcja wysiłku jest ważna, „bo to taki miły pan” – wygrałeś. A razem z tobą twoja garderoba.

2. Poprawki krawieckie: nie jedź „do miasta”. Przytyło się parę kilo i marynarka nie jest już tym, czym była? Oddaj ją któremuś ze znanych krawców w centrum. Znają marynarki nie tylko z żurnali i wiedzą, jak to czy tamto musi być skonstruowane, co można przesunąć, gdzie popuścić. Ale jeśli właśnie odkryłeś, że koszula, którą lubisz, mogłaby być węższa, spodnie – przestać się włóczyć po ziemi za właścicielem, a guziki płaszcza lepiej trzymać w miejscu, rozejrzyj się dookoła. W polskich miastach punkt poprawek krawieckich czai się w co trzeciej suterenie bloku, co piątym zaadaptowanym garażu albo pomieszczeniu za małym, by pomieścić tam poważny biznes. Zasada, że po którymś zamówieniu będziesz wiedział, czego oczekiwać i na co zwrócić uwagę przy zlecaniu pracy, nie różni się niczym od współpracy z najlepszymi krawcami, u których zamawiasz garnitury.

3. Punkt szewski. Potrzebujesz reperacji fleczka, czy tylko sztacha butaprenu? Obojętne – zawsze z pomocą idą punkty poprawek szewskich, równie popularne, co poprawki krawieckie. Niezwykle przydatne, zanim twój zbiór butów będzie się składał z samych limitowanych serii najlepszych marek, które gwarantują dożywotni serwis door-to-door z dowozem bentleyem. Osobiście nie ufam punktom „usług mistrzowskich”, gdzie zegarmistrz, szlifierzmistrz i szewcmistrz łączą się w jednej osobie, ale zaufanie jest ważniejsze od zasad, więc jeśli twój szewc potrafi dorobić też klucz Gerdy – trzymaj się go. Tylko nie ostrz u niego noży. Tego naprawdę nie robi się na szlifierce.

Cnotą kwiaciarni jest pracować do późna i mieć szeroki asortyment

4. Dobra kwiaciarnia jest nie tylko dla mężczyzny „w pewnym wieku” tym, czym kiosk z kondomami dla chłopaka. Ma też inną ważną funkcję. Połowie populacji – wiecie, tej drugiej połowie – zastępuje aptekę (magnez na PMS, proszki na „nie dzisiaj, boli mnie głowa”, prozak na ból życia), kiosk z upominkami (jeśli nie było kiedy kupić cioci prezentu na imieniny; wujkowi w takiej sytuacji dajemy nieotwartą flaszkę z własnego barku), a w ograniczonym zakresie nawet galerię handlową.

Nie musisz się znać na kwiatach, żeby rozpoznać dobrą kwiaciarnię. Poznasz ją po tym, że nie musisz się w niej znać na kwiatach (uroki rekurencji), różnica między sumą cen kwiatów a ceną bukietu, czyli koszty przybrania, nie jest załamująca, a całość jest ładna i zapakowana w coś, co oddycha (celofan zamraża kwiaty w zimie i dusi je w lecie). Wspominałem o kwiaciarce? To taka sprzedawczyni z duszą artystki-florystki, do tego osadzona w miejscu stworzonym do flirtu. Nie wspominaj o niej żonie, kiedy wrócisz do domu z kwiatami – może zepsuć efekt.

5. Całodobowy kebab. Nie wiem, jak wy, ale ja rzadko mogę się powstrzymać przed kebsem o czwartej nad ranem po dobrze zagospodarowanym wieczorze. Przyznaję jednak, że dorzuciłem ten punkt dla równego rachunku.

Pięć najważniejszych dodatków

Tak to się już ponuro w życiu składa, że goniąc za rzeczami wielkimi czasem zapominamy o małych, które dają wielki efekt. Oto pięć dodatków, które nadają znaczenie słowu „styl”, nie opróżniając przy tym portfela. Może posłużyć jako lista obecności, zastosowana do własnej szafy, albo lista prezentów choinkowych dla eleganckich krewnych i znajomych.

 

Wiem, zdjęcie Bonda jako ilustracja to ograny numer. Ale taki Robert Kozyra nie byłby ani trochę lepszy

1. Poszetka jest oczywiście na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że, jak twierdzą uparci, należę do subkultury, która poszetką wyraża swoją tożsamość. Chodzi raczej o to, że chusteczka w kieszonce marynarki jest czytelnym sygnałem noszenia tej ostatniej dobrowolnie, z dumą i na luzie. Jeśli masz mieć tylko jedną chusteczkę do brutaszy i używać jej codziennie przez całe życie – nie jest to błąd, o ile jest ona biała. Z białą poszetką nie można źle trafić i choćbyś miał tysiąc krawatów, będzie pasowała do każdego. W internecie znajdziesz setki sposobów składania poszetki – wybierz dowolny, pod warunkiem, że stosuje się do niego słowo „nonszalancko”.

 

 

 

 

 

Jeśli Tom Ford nie wstydził się dawać swojemu bohaterowi spinki do krawata – ty też nie musisz

2. Spinka do krawata. Natknąłem się nie raz na porady z gatunku savoir vivre’u, i chociaż nie mam o nim zbyt wielkiej i usystematyzowanej wiedzy, to potrafię rozpoznać idiotyczną regułę, kiedy ją czytam. O spince do krawata dowiedziałem się, kolejno: że to wymysł Jankesów, na tyle głupich, że krawat tonie im w zupie; że przystoi, i owszem, ale tylko kelnerom; a ostatnio, że to biżuteria na tyle elegancka, że pasuje tylko do stroju formalnego. Cóż, nie wiem, jak wam, ale mi krawat rzadko sprawia problem w trzymaniu kieliszka czy odkrawaniu kęsów kaczki. Spinka może być natomiast nieocenionym sprzymierzeńcem na co dzień, w domu czy w pracy, gdzie (serio!) może się zdarzyć, że zdejmiesz marynarkę, a niesforny zwis męski będzie bezwzględnie dążył do zachowania pionu niezależnie od tego, co robisz. Nonszalancja, jak zawsze, jest ważna, ale tutaj postawiłbym na słowo „prostota”.

 

 

 

 

 

Laurence Fellows wiedział, że irchowe rękawiczki to szczyt lansu, a parasol zagrażający przechodniom – niekoniecznie

3. Irchowe rękawiczki. Klimat w Polsce sprawia, że konieczne są przynajmniej dwie pary rękawiczek – jedna z ociepleniem, druga bez. Granatowym garniturem wśród rękawiczek są te z jeleniej irchy, przyjemnie i ekstrawagancko żółciutkie, najlepiej z palcami zszywanymi od zewnątrz kontrastową nitką. Jeśli masz płaszcz z kieszonką piersiową – jesteś szczęściarzem. To najlepsze (zaraz po dłoniach) miejsce na takie rękawiczki: wkładaj je zawsze pionowo, palcami do góry – niech przechodnie też żółkną – z podziwu i zazdrości. Na pewno w wielu miastach są jeszcze – i dobrze sobie radzą – rzemieślnicy produkujący rękawiczki. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w Warszawie warto odwiedzić kilka zakładów, bo ceny potrafią znacznie się różnić.

 

4. Dobry parasol. Wszyscy mają jednorazówki z logo kontrahenta swojego pracodawcy albo nadrukiem na pamiątkę jakiejś konferencji, na którą szef ich wysłał. To chyba dostateczny powód, żeby twój parasol miał rękojeść z prawdziwego zdarzenia, obciągniętą skórą albo z przyzwoitego drewna. Przed zakupem dowiedz się, gdzie w twojej okolicy naprawiają parasole, bo uszkodzenie od wiatru, to nie kwestia „czy”, a „kiedy”. Pamiętaj też, że złamanie zasad parasolowego BHP na ulicy psuje cały efekt elegancji. Dlatego podpieranie się nim jak laską (kiedy nie pada), choć staroświeckie, nigdy nie wyjdzie z kanonu dobrych praktyk – zabezpiecza ono przed wsadzeniem końcówki parasola w oko Bogu ducha winnego przechodnia.

 

 

 

 

Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu
Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu

5. Okulary przeciwsłoneczne. W pięknym choć pechowym kraju między Bugiem a Odrą słońce wpada zimą późnym przedpołudniem tylko po to, żeby o piętnastej przypomnieć sobie, że ma coś do załatwienia na Maderze. Mamy więc porę roku, kiedy jedyne okulary przeciwsłoneczne, jakie cieszą się wzięciem, to model promowany przez MON na obozy w Afganistanie. Dopóki stosowny minister nie sformuje oddziału hipsterów bojowych, warto zaopatrzyć się w mocno przecenione ray bany albo inne persole. Osobiście, gdybym miał wybierać, czy dopłacić za logo, czy za polaryzację, wybrałbym bez wahania to drugie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że licealiści siedzą w kawiarniach sieciowych w takich samych okularach jak twoje, to model wayfarer Ray Bana dalej jest chyba wzorcem z Sèvres przeciwsłonecznych okularów do miasta. Ponieważ czarny to owoc, a nie kolor, postawiłbym na szylkret, czyli brązową panterkę w dobrym guście.