Jak nosić szalik

Przed nami pół roku owijania się w – ba! – wełnę

Tak oto nastały chłody, czas, kiedy chłopcy jak trusie przemykają ulicami przygarbieni, żeby nie wpuścić pod szyję powiewów chłodu albo owijają się warstwami szali tak grubych, że zasłaniają wszystko od nosa po splot słoneczny włącznie, co w połączeniu z bezradnymi męskimi nóżkami wygląda jak projekt autorstwa Władimira Tatlina, który znowu coś przyćpał przy desce kreślarskiej.

Mężczyźni w tym czasie chodzą dumnie wyprostowani, przyjmując na klatę lodowate powiewy bo raz, że nic tak nie sezonuje twarzy jak chłodny podmuch wiatru, a dwa, że to właśnie wyprostowana postawa nakreśla tę cienką granicę między Nami a Nimi.

Modelka od Dunikowskiego Olga Boznańska prezentuje jak się przeziębić

Oczywiście najlepszą pomocą w niekuleniu się z zimna jest skuteczne ubranie, a clou jesiennego przyodziewku to szalik. Coraz więcej mężczyzn na polskich ulicach oswaja fakt, że zwykłe zaplatanie go wokół szyi rzadko kiedy wygląda dobrze (choć warto się starać) i wybiera przeplatanie luźnych końcówek przez pętelkę. W tej sytuacji uciekamy do przodu: oto przegląd tego, co można zrobić ze zwykłym paskiem materiału, a przy okazji nie wyglądać jak pstrokaty pajac.

Jak już wyżej wspomniałem, pojedynczy oplot daje olbrzymie możliwości wyglądania jak chłopczyk ubrany przez mamę. Jednocześnie ma jednak tę zaletę, że stosowali go wielcy: poeta Fikander oraz Harry Potter, obaj w swym chłopięcym image’u nieodparcie uroczy. Aby szalik w ten sposób dobrze się nosił, zadbaj, by babcia zrobiła ci na drutach długaśny i mięsisty wełniany szal w kolorach którejś z renomowanych angielskich szkół średnich, najlepiej Hogwartu.

Znany dandys Stanisław Wyspiański z marsową miną i kotwicą u szyi

Podwójny oplot, dziura pod szyją i dwa dzyndzle z przodu. Krótkie – źle, długie – też źle. Szkoda gadać.

Od węzła kotwicznego zaczyna się właściwa filozofia. Nazwa kotwiczny jest oczywiście mocno umowna – prawdziwa sztuka zawiązania tego węzła w żeglarstwie polega na przewleczeniu i zasupłaniu wokół ucha kotwicy liny, na której drugim końcu znajduje się no, tego… okręt. Albo chociaż jacht. A tu mamy tylko palik szyi i dwa luźne końce, więc po prostu przewlekamy je przez pętlę utworzoną przez złożenie szalika w pół. Po namyśle trudno to jednak nazwać filozofią, ale niech już tak zostanie: wygląda na chociaż nieco skomplikowany. Pamiętaj: to nie tak, że ludzie ze skomplikowanymi węzłami na szalikach wyglądają na bardziej skomplikowanych, więc nie obiecuj sobie za dużo. Jest to przy okazji szalikowy odpowiednik szarej marynarki albo błękitnej koszuli ze średnio rozwartym kołnierzykiem: pasuje absolutnie do (prawie) wszystkiego.

Klemens Janicki zdołał założyć szalik przez głowę bez psucia fryzury – potęga spiżu

Wyblinka. Kolejny marynistyczny akcent pod szyją. Bodaj apogeum tego, co można osiągnąć z szalikiem (jeśli należysz do grona ludzi równie dziwacznych – by nie rzec nic gorszego – że w ogóle myślisz o tym, co można osiągnąć z szalikiem). Wygląda na superskomplikowany, więc cały efekt osiągasz nonszalancją, z jaką jednym niezauważalnym ruchem wiążesz go pod szyją. Wyblinkę w żeglarstwie stosuje się do mocowania luźnego końca liny na czymś podłużnym (ale rzadko na szyi), tak, by węzeł tym bardziej trzymał, im bardziej się go ciągnie. Jeśli tym czymś podłużnym jest poler do cumowania łajby, zawiązać jest bardzo łatwo: robisz dwie pętelki w przeciwnych kierunkach liny, nakładasz na siebie (nie da się tego wytłumaczyć jaśniej bez obrazka) i zakładasz od góry na pachołek. Od biedy ten numer może wyjść z szalikiem, jeśli jest on bardzo długi, ale jeśli nie jest, wyglądasz dziwacznie, wyginasz się na wszystkie strony, pocisz, a później i tak burzysz fryzurę przeciągając za ciasne pętelki przez głowę. Dlatego musisz się nauczyć wiązać go bezpośrednio na szyi…

Jarosław Dąbrowski sam nie potrafi w prostych słowach wytłumaczyć zasady wiązania tego węzła

…albo zmienić węzeł na jeszcze ciekawszy i, prawdę mówiąc, rzadszy – kotwiczny z twistem. O ile wyblinkę da się zauważyć – kilka razy w sezonie, ale jednak, o tyle kotwicznego z twistem (tak go sobie nazwałem) to misterna plecionka, której na ulicy nie widziałem bodaj nigdy – choć po prawdzie takie przeoczenie nie byłoby dla mnie niczym szczególnym. By osiągnąć ten węzeł zakładasz na szyję złożony w pół szalik (jak do kotwicznego), przewlekasz tylko jeden koniec przez pętlę, a drugi przewlekasz dopiero po wcześniejszym skręceniu pętli o 180 stopni (to właśnie jest ten twist). Voila! Jest pięknie i z nonszalancją – wszystkie laski twoje (chyba, że poza fajnym węzłem na szaliku jesteś paskudnie brzydki i niezbyt wygadany).

Mikołaj Rej z racji wieku nosi się nieco zachowawczo

Pseudofular. Wiesz, o co chodzi. Oplatasz szalik dwa razy pod szyją, a to co zostaje z przodu wiążesz wysoko na podgardlu. Klasssa. Tak szalik wiązała ci mama, żebyś broń Boże się nie przeziębił w drodze na religię do salki katechetycznej (pamięta ktoś tu jeszcze te czasy?). A serio – to może fajnie wyglądać na szaliczuńkach faktycznie przypominających materiałem fular. No i przynajmniej nie są one fularem, a to zawsze jakiś plus. Ale na wełnianych albo „wełnianych”, mięsistych, płaskich i ciężkich szalikach wypełnia podgardle i, opadając sztywno pionowo, wygląda, jakbyś upozował się na hieratyczne egipskie bóstwo. Albo zawiązał pod szyją stułę, jeśli pogańskie metafory cię brzydzą.

Trudno sprawić, by szalik zawiązany jak krawat nie dominował twarzy… chyba, że się nosi kołnierzyk vatermorder z brązu

Four-in-hand czyli prosty węzeł krawata. Może się sprawdzić, ale wcale nie musi. Może zwłaszcza jeśli masz wielką głowę, która, co by się nie działo, zdominuje i tak wielki i bardzo wyraźy węzeł. Ale jeśli masz wielki łeb, polecam raczej inne sposoby dawania tego do zrozumienia innym: udział w teleturnieju albo doktorat na MIT wydają się całkiem ciekawymi alternatywami.

Na który z węzłów byś się nie zdecydował – musisz zawsze przestrzegać jednej reguły. Nigdy i pod żadnym pozorem nie przyznawaj się przed ludźmi, że sposób wiązania szalika jest tematem, któremu poświęcasz choćby minimum uwagi. Właśnie po to ja – cierpiętniczo – prowadzę ten blog: żebyś ty już nie musiał publicznie obnażać faktu, że tego nie wysysa się z mlekiem matki.

Redakcja uprzejmie dziękuje władzom i personelowi Królikarni – muzeum rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego za nieinterwencjowanie w trakcie podejrzanych praktyk na eksponatach.

Aplikacje do marynarki

Czy krawat + smartfon = modern gentleman?

Sprzęt elektroniczny może wydawać się zaprzeczeniem stylu. Nie zaprzeczeniem mocnym, stanowiącym jego przeciwieństwo, ale takim, które oznacza stylową neutralność. Bo jak niby połączyć świat konserwatywnego stylu z elektroniką? Być żenującym i udawać, że pewne marki są bardziej konserwatywne i/lub stylowe? Być megażenującym i przebierać telefon w srebro i egzotyczne drewno? Czy być übermegażenującym i pieprzyć smutne mądrości o elektronice bespoke?

Pogodziłem się już, że jestę hipsterę, mam telefon za złotówkę na guziczki, który i tak mnie wkurza, ale mniej niż te wielkie dotykowe mikrokomputery, które nazywają smartfonami. Bo telefon – jak zawsze tłumaczę handlowcom, którzy próbują mnie naciągać – służy do dzwonienia i nieodpisywania na SMS-y. Bo nie lubię SMS-ów, a pisać to już w ogóle.

fot. Lucia-perry/CC-by-SA/Commons

Jednak jakoś życie z gadżetami trzeba sobie ułożyć, bo być hipsterem to jedno, a a stracić przyjaciół przez to, że nie sposób się z tobą skontaktować, to coś zupełnie innego. W moim przypadku sprawa przybrała na wadze, kiedy pozbyłem się z domu komputera (tak, jestem ultrahipsterem) jako trudnego do pogodzenia z przewijakiem; absolutnie nie da się pracować w pobliżu małego dziecka, trzeba znaleźć sobie lokal choćby miała to być kawiarnia i przeczekać tam do wieku przedszkolnego pociechy. Bez elektroniki w domu trudno nawet zrobić jajka na miękko, sprawiłem sobie więc androidowy tablet, na podstawie którego przedstawiam niniejszym mój subiektywny przegląd najfajniejszych aplikacji, które naprawdę ułatwiają życie.

Kiedy tablet zamieszkał z nami, moja pierwsza myśl brzmiała: RSS! Przez kilka dni byłem tak podniecony, że niemal przyłączyłem się do chóru wieszczącego śmierć prasy i w ogóle tradycyjnych mediów, które tradycyjnie – zwłaszcza w Polsce – bywają poinformowane znacznie gorzej niż blogerzy. RSS to moje największe rozczarowanie: konieczność poszukiwania jakichś durnych czytników i testowania kolejnych, synchronizacji, bo jedne dobrze ściągają, a drugie dobrze wyświetlają – wszystko to sprawiło, że leżą odłogiem. Jednak życie dzieje się jakoś tak samo, zauważyliście? I okazało się, że samo podetknęło mi za pomocą czasu optymalne spospoby używania gadżetu.

Dlatego też warto zachować daleko idącą ostrożność, kiedy dyskutuje się o przewagach androjdów nad ajosami i jednych pudełek nad innymi. Nie chodzi nawet o styl, nie chodzi o to, co mój przyjaciel S. nazywa niezdrowym podnieceniem cudzymi decyzjami zakupowymi – chodzi o to, że nie jesteś w stanie podpowiedzieć nikomu właściwego modelu komórki, o ile nie prowadzisz jego trybu życia i nie masz jego preferencji. Nawet pozornie  tak obiektywne parametry jak szybkość procesora czy rozdzielczość wyświetlacza mogą okazać się nieistotne w obliczu parametrów tak ważkich, jak fajność, słitaśność czy lajfstajlowość.

Dlatego mój wybór aplikacji jest mój, ale że innego nie mam, proponuję właśnie ten:

Pocket, czyli czytnik do zakładek na stronach internetowych w parze z wtyczką do wstawiania takich znaczników. Dzięki niemu możesz zaznaczyć na komputerze artykuł, który później przeczytasz w tramwaju albo odwrotnie: jeśli stronę lepiej odwiedzić na komputerze, można zaznaczyć ją na smartfonie do późniejszego odwiedzenia. Artykuły oznaczone jako przeczytane trafiają do archiwum. Ta prosta aplikacja poważnie zmieniła sposób, w jaki korzystam zarówno z czasu biurowego, jak i z komunikacji miejskiej: tam, gdzie czytnik RSS przywiązywałby mnie do kolejnych wpisów z konkretnych kanałów, tu mam bibliotekę lektur od Sasa do Lasa. Przy okazji, jako człowiek z tendencją do lekkiego histeryzowania, uważam że to krok w kierunku poważnej zmiany użytkowania mediów informacyjnych i z napięciem śledzę, dokąd ta zmiana prowadzi.

Jeśli sam używasz angry birdsów do „pilnego notowania” i „sprawdzania danych” w czasie niezwykle interesujących spotkań, upewnij się, że nie siedzisz tyłem do odbijającej obraz szyby. Fot. Rovio

Angry birds uważam za biznesową aplikację, odkąd zdarzyło mi się kilka razy odbywać poważne spotkania z ludźmi, którzy nie mają wyjścia i muszą na nie od czasu do czasu zabierać dzieci. Wszystkie dzieci znają i kochają angry birdsy, więc póki życia w baterii, nie trzeba przerywać co chwilę ważnego wątku rozmowy, żeby ściągnąć sześciolatka ze ściany albo wyjąć spod cudzego stolika w knajpie. Uwaga dla rodziców dzieci w wieku przedprzedszkolnym: jeden odcinek Krecika z YouTube jest równowartością 3-4 chrupków kukurydzianych.

Appki-zadania (bo nie bardzo wiem jak – nie używając kretyńskiego słowa „dedykowany” – nazwać programy, które tworzą wygodny interfejs dla skomplikowanego serwisu internetowego), to coś, co potrafi uczynić sprzęt mobilny własnym. Trudno tu polecać konkretne, bo to właśnie tu styl życia najpoważniej wpływa na, że tak powiem, konfigurację sprzętu. W mniejszym lub większym stopniu świetną robotę wykonują dla mnie aplikacje do serwisów MailChimp, WordPress, Google Analytics, Dropbox, Booking.com czy JakDojade.pl, ale przecież zawód zawodowi nierówny. Nie potrafię za to na tym ustrojstwie pisać niczego powyżej jednego akapitu, ale chyba nie jest to zaskakujące wobec wyznania, że nie cierpię nawet SMS-ów? Zresztą klawiatury są też aplikacjami, więc może kiedyś uda się znaleźć coś podręcznego.

Pianinko, a jak! Potrzebujesz tylko… drugi tablet, żeby wyświetlić nuty i już możesz zabrzdąkać ulubioną kolędę.

Obciachowe appki dla elegantów. Wiem o nich tyle, że są, i czuję się w czymś w rodzaju obowiązku wspomnieć o tym tutaj. No dobra, być może nie wszystkie są kompletnie obciachowe i nawet nie wszystkie są appkami – bardzo wiele programów ma w nazwie np. słowo „gentleman”, a polega na tym, że dodaje wąchy i cylinder do ikonek albo wycisza dzwonek telefonu, kiedy jesteś w pomieszczeniu. Ale! Jeśli zdarzy ci się używać programów tak żenujących jak przewodnik krok po kroku po węzłach do krawata albo poradnik zakupowy dla „stylowych mężczyzn”, dla odstresowania możesz wyszukać sobie potem w okolicy jakiś miły klub ze striptizem (dzięki aplikacji Strip Pal – Gentlemen’s Club). Żadnej z wymienionych w tym akapicie nie testowałem.

Notatnik winiarski, o czym już pisałem, może być bardzo przydatną rzeczą, jeśli swoje pijaństwo chcesz ubrać w szatki wiedzy i/lub doświadczenia. A jeżeli dodatkowo nie boisz się mieszania alkoholu i elektroniki służącej do komunikacji (ach te rozróby na Facebooku! Ach te pijackie SMS-y do byłych dziewczyn!), możesz taki notatnik prowadzić na smartfonie. Dobre strony: możesz dzięki temu łatwiej znaleźć wino, które ci się podobało. Złe strony: nie wiem, jak to jest u ciebie, ale gdybym ja informował facebooka o każdej butelce, którą otwieram, mógłbym zostać przez system zakwalifikowany jako ciężki przypadek spamera.

A jakie są wasze ulubione aplikacje dla przenośnego sprzętu?

[facebook]

Anatomia koszuli

Myślisz, że w polskim stacjonarnym sklepie łatwo kupić koszulę, jaką się zaplanuje? Przeczytaj, jaka jest paleta możliwości, a zmienisz zdanie

To jest tekst z trylogii koszulniczej
  1. Anatomia koszuli

Koszule to produkt krawiecki bodaj najlżejszy z możliwych, są też na tyle efemeryczne, że w ogóle nie warto przywiązywać się do konkretnych egzemplarzy. Oczywiście, faworyzowanie jednych kosztem drugich jest nie do uniknięcia, podobnie jak nie da się uniknąć spranych przetarć i zżółknięcia w tych używanych najczęściej. Z drugiej strony trudno ulubione koszule trzymać w szafie jak jakiś rzadki kolekcjonerski obiekt.

Z tego zaklętego kręgu nie ma wyjścia, bo jaki? Nie przywiązywać się do koszul? Niby można próbować, ale przecież nie przestanę i tak marzyć o jednej z ulubionych koszul Jamesa Bonda, którą niebawem mam zamiar zamówić w którejś z firm MTM. Więc co? Jak mawiała matka Adasia Miałczyńskiego – trzeba żyć…

Ale większość koszul to jednak codzienny software. Nie warto konstruować garderoby pod ich kątem – przeżyją je i krawaty, i marynarki, i pewnie nawet spodnie. Regularne (np. raz na rok) oddawanie ich do pralni może pomóc przywrócić pierwotny blask bieli, ale jeśli masz mieć łataną koszulę, to niech będzie jedna i niech całe otoczenie wie, że łatasz ją, bo to ta jedyna.

A teraz coś na osłodę: tego kwiatu jest pół światu. Kiedy już nauczysz się kupować koszule, każdy kolejny planowany zakup będzie słodką łamigłówką z dającym radość rozwiązaniem. Oto składniki rebusu:

To dopiero niektóre warianty dzisiejszego zwykłego kolnierzyka, pełen ich katalog jest ogromny. Fot. Georgeslefebvre.com

Kołnierzyk jak siurek, wybaczcie ten niewybredny żart, może być przede wszystkim miękki albo sztywny. I, jak z siurkiem, miękkich należy unikać. Bo jak się taki już ma, to nie wiadomo, co z nim zrobić. Krawata pod nim nie zawiążesz, bo wygląda dziwacznie, w użyciu zawija się i układa jakoś dziwnie, a wreszcie wygląda niechlujnie i dziewczynom mało imponuje. Jeśli, czytając to zdanie, myślałeś cały czas o siurku – lecz się. Ja pisałem o kołnierzyku.

Uzasadnieniem miękkiego kołnierzyka jest wariant przypinany na rogach na guziczki. W połączeniu z bawełną typu oxford, o prostopadłym splocie, którego wątek jest biały, a osnowa barwna (błękitna, różowa, turkusowa, fioletowa), jest to najbardziej klasyczny element amerykańskiego stylu. Jeszcze lepiej rozpoznawalny z krawatem, więc śmiało wiąż krawat przy koszuli na guziczki, jeśli tylko popierasz wojnę w Iraku i sześciolitrowe czterdziestokonne silniki. Jeśli nie – bacz na tradycje europejskich przodków i koszule button-down noś tylko w weekendy, bez krawata.

W kołnierzykach można też guziczki ukryć na dodatkowych patkach pod spodem (znacznie bardziej eleganckie rozwiązanie do krawata), spinać kołnierze pod węzłem krawata na guzik z pętelką albo na szpilkę (warianty, które dyskwalifikują koszule jako noszone bez krawata), ale przede wszystkim – sztywne kołnierzyki koszuli mogą być mniej lub bardziej rozwarte. Jeśli pamiętasz krzywą gaussa – świetnie ilustruje ona relację między rozwarciem kołnierzyka a jego awangardowością. Średnio, ale raczej bardziej niż mniej rozwarty (tak, wiem, że one mają nazwy, ale trzeba być naprawdę nerdem, żeby się ich uczyć) jest najlepszy do każdego typu twarzy i typowego węzła krawata. Wąskie trącą myszką, co potrafi mieć dobry albo zły wydźwięk, bardzo szeroko rozstawione są bardzo odważne, co być może ma swoje złe strony, ale ja nie potrafię ich dostrzec.

Przy zakupie koszuli warto też zwrócić uwagę na wysokość stójki, podstawy kołnierzyka. Zdarzyło mi się trafić na stójkę tak wysoką (jest zapinana na dwa guziczki, z czego jeden położony jest pod skosem), że źle wygląda z krawatem, bo jest od niego znacznie szersza.

Guziki mogą być w koszuli odkryte lub kryte plisą. To drugie ma uzasadnienie w hardkorowym savoir vivrze, gdzie guzików nie należy pokazywać, jeśli więc planujesz muchę zamiast krawata, wybierasz plisę. To kolejny zakaz czy nakaz, który wydaje mi się nieprzystający do realiów Polski XXI wieku. Jeśli ubierasz się na Ważną Uroczystość, możesz wybrać plisę, ale bądź świadom, że krawat ją zasłoni – niech to ułatwi sprawę. Guziki przyzwoitych koszul powinny być zrobione z masy perłowej lub przynajmniej ją udawać i, chociaż technicznie rzecz biorąc, są guzikami bieliźniarskimi, naprawdę ciężko źle wyglądać tylko przez fakt, że pokazuje się je na ulicy.

W sklepach z węzełkami do mankietów można się poczuć jak na kwasie. Fot. Orosilber Joaillerie PVT LTD

A skoro już jesteśmy w tych partiach ciała, warto pomyśleć o taliowaniu. Coraz powszechniejsze są warianty slim, chociaż mam wrażenie, że w polskich sklepach wciąż uważane są za nieformalne. Zresztą także handlarze chińszczyzną z prestiżowej londyńskiej Jermyn Street określają luźne kroje koszul jako classic, co budzi u mnie pewne zdziwienie. W uproszczeniu: koszula może mieć z tyłu dwie fałdki, które sprawiają, że poniżej poziomej części barkowej materiału jest więcej, niż to wynika z szerokości w ramionach. Jeśli masz brzuszek, dostajesz dzięki nim zapas materiału, który sprawia, że nie wyglądasz jak pierzyna z Porwania Baltazara Gąbki.  Inne koszule nie mają tych fałdek, a te taliowane – wręcz przeciwnie, mają dodatkowo zaszewki, które zbierają nadmiar materiału w talii (co, jak podejrzewam przenikliwie, może tłumaczyć genezę nazwy). Te przeznaczone są dla najszczuplejszych. Zasada, że koszule taliowane są bardziej casual, a do garnituru należy wybierać classic fit, jest jedną z tych budzących moje zdziwienie. Nie sądzę, żeby źle dopasowana koszula wyglądała dobrze w jakimkolwiek klasycznym okresie klasycznej męskiej elgancji. Może klasyczny był brzuszek? Nie mnie roztrząsać te zawiłości.

Właściwa długość rękawów koszuli to jedyna gwarancja, że będzie ona dobrze wyglądała z kamizelką. Nie gwarantuję, że ta jest właściwa - to rzecz preferencji

Mankietologia to w zasadzie temat na inną opowieść, przynajmniej jeśli chodzi o sposoby wykończenia, choć chyba nie jest ich tyle, co w wypadku kołnierzyków. Dość powiedzieć, że o ile mankiety na spinki są chyba faktycznie bardziej formalne (pasują na garniturowe okazje), o tyle nic nie stoi na przeszkodzie, by nosić je na co dzień, nawet do dżinsów. Do biura warto zmienić ciężkie metalowe spinki na węzełki plecione z elastycznej gumki: do sztywniackiego mankietu wyglądają wręcz dowcipnie, można je (raczej na sieci, niż w Polsce) kupić w dziesiątkach kolorów, a do tego są lekkie i nie stukają o blat  biurka, kiedy przystępujesz do pisania na klawiaturze. Zawsze staram się, żeby mankiet koszuli sięgał do miejsca, które zaznaczono na zdjęciu obok. Kolejna rzecz, w którą nie należy wierzyć sprzedawczyniom, to że długość rękawa reguluje się zapięciem mankietu. Dobrze dopasowana marynarka zniszczy wszystko, a metody na skrócenie rękawa koszuli są dwie: droga i nieestetyczna.

Długość koszuli też jest tak naprawdę czynnikiem, ale chyba potrafisz kupić taką, która nie wylezie ze spodni? Bo – och, Boże, zapomniałem dodać – koszulę po ukończeniu dwunastego roku życia nosi się tylko w spodniach. Ale to już wiesz, prawda?

O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.

O znajomości węzłów

Niektórzy twierdzą, że można znać tylko dwa węzły krawata. To, jak w starym kawale o Radiu Erewań, prawda, ale częściowo.

Moja biblioteczka książek poświęconych męskiej elegancji, stylowi i tzw. sztuce życia nie jest bogata i nie rozwijam jej jakoś szczególnie, żeby nie mylić teorii z praktyką. Jeszcze mniej z niej zostanie, jeśli odrzucę pozycje, które kupiłem przez przypadek i teraz się wstydzę. Może zresztą zaszczycę je kiedyś osobną notką. W obejmującej klika pozycji kolekcji tych, które naprawdę sobie cenię, jest 85 sposobów wiązania krawata Thomasa Finka i Yonga Mao. Długo jej nie używałem.

Książka naukowo udowadnia, że dokładnie tyle węzłów wyczerpuje listę tego, co można zrobić z krawatem, nie licząc może krępowania koleżanek i wiązania go sobie na czole podczas zakrapianych imprez integracyjnych w korpo. Jednak inne źródła nienaukowo przekonują, że cała ta prawda jest funta kłaków warta: potrzebujesz znać four-in-hand – najprostszy węzeł, asymetryczny i nieco „artystyczny” oraz coś uporządkowanego, symetrycznego i nie za dużego, słowem – półwindsor.

Nawiasem mówiąc, siłą książki Finka i Mao, w porównaniu do innych krawaciarskich tytułów jest fakt, że nawet stosując całe życie te dwa (lub dowolne inne dwa, a nawet jeden) węzeł, po przeczytaniu akurat ich książki nie masz poczucia straty czasu i pieniędzy. Nie żałowałem więc, ale codziennie wiążąc pod szyją ulubiony four-in-hand miałem poczucie jakiejś dziwnej pustki.

Zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, kiedy odkryłem, że jeden z moich ulubionych krawatów – szary wełniany oscar jacobson z wełny Loro Piana – jeszcze nigdy nie leżał tak, jak powinien. Mój ukochany zwis męski, o zupełnie normalnej szerokości ok. 8 centymetrów w swym najszerszym miejscu, zwęża się ku górze tak gwałtownie, że na wysokości, na której go wiążę, ma ich zaledwie dwa czy trzy. Węzeł wielkości piąstki noworodka nigdy nie będzie wyglądał dobrze, a obowiązkowa łezka, czyli fałdka materiału pod węzłem, przy tej mięsistości wełny daje wrażenie przypadkowego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) marszczenia. Przeprowadzone niedawno eksperymenty wykazały, że four-in-hand niestety nie zdaje egzaminu, za to jego pogrubiony kuzyn, victoria, zbliża mnie nieco do ideału. Do testów zatrudniłem podręcznik Finka i Mao, bo do tej pory żadnym katalogiem węzłów nie zaprzątałem sobie głowy.

Ostatecznie, chociaż z efektów dalej nie jestem w stu procentach zadowolony, mogę ogłosić swoją reedukację: dwa węzły w zupełności wystarczą na całe życie, pod warunkiem, że twoja kolekcja krawatów była tworzona z myślą właśnie o tych dwóch. W przeciwnym razie czuj się skazany na poszukiwania. Dobry przewodnik będzie w nich niezwykle przydatny.