Rejestr korzyści #2: marzec-kwiecień

Jacek Kaczmarski przed polską kulturą picia uciekał, aż wylądował na Antypodach. Trudno mu się dziwić…

…skoro jedynymi firmami, które próbują człowieka przekupować w kraju nad Wisłą są dystrybutorzy alkoholu. W ostatnich czasach piłem za cudze:

Hennesy VS by Futura
Fot. Moet Hennessy Polska

Hennessy VS w butelce, której etykiety projektował nowojorski streetartysta Futura. Prezentacja nowej butelki odbyła się w Modest.Gastrobar przy warszawskiej ulicy Wierzbowej, gdzie serwowano również gourmet hot dogi – przekąskę, która była moją naturalną odpowiedzią na pytanie: jakiego junk-foodu sztuka kulinarna nie podnosła jeszcze do rangi ekskluzywnych. Widocznie nie ja jeden wpadłem na ten pomysł. Hot-dogi były chyba pyszne, ale nie jestem pewien, bo na długo wcześniej zdołaliśmy się z Macaronim dorwać do baru, skąd serwowano świetne koktajle na bazie Hennessy VS, m.in. doskonałego soura. Wypiłem dziesięć, ledwo wyszedłem. Proszę o jeszcze –

– szczerze oddany p.

Chivas Regal 18YO by Pininfarina
Fot. Pernod Ricard Polska

Chivas Regal 18 YO by Pininfarina. Nie myśl. Myślenie szkodzi. Jeśli na przykład zaczniesz zastanawiać się, dlaczego największymi wydarzeniami ze świata alkoholi są nowe butelki, może to doprowadzić cię do wniosków, przez które nie będziesz zapraszany na następne premiery. Na szczęście jestem ze starej szkoły dziennikarstwa, w której centralną częścią pracy jest bufet na konferencji. Plus, nowe opakowanie na butelkę, opracowane przez znanego motoryzacyjnego projektanta Pininfarinę, to jest naprawdę klasa. A Chivas powiązał imprezę z prelekcją na temat dobrego dizajnu, którego przykład mieliśmy przed sobą, więc odrobił lekcję. Co do samego Chivasa: obaj dobrze wiemy, że elegancja leży w prostocie (porównaj butelki Taliskera albo Caol Ila), a za te kilka stówek można kupić naprawdę przeciekawego single malta. Ale jeśli będziesz rozważał prezent dla kogoś, komu hasło „18 YO Scotch whisky” i znana marka wydadzą się ważniejsze od małego słówka „blended”, to Chivas by Pininfarina jest w sam raz dla niego – zarówno w wymiarze smaku, jak i ogólnej prezencji. I te szklanki wpisane w kształt obrotomierza i paliwomierza – cudo!

Grimbergen Double w pokalu
Fot. Carlsberg

Trzy małe piwka Grimbergen. Okej. Jeśli na podstawie powyższych wywodów sądzisz, że nie rozumiem rynku, to masz częściową rację. Rację – bo go naprawdę nie rozumiem. Częściową – dlatego, że to powyżej to pikuś.

Carlsberg wprowadził trzy nowe małe piwka belgijskiej marki Grimbergen. Jasne pełne, dubla i pszeniczniaka. Wszystkie lekkie, dobre i ciekawe, zwłaszcza dubel – rzadkie w Polsce, dość ciemne, aromatyczne i korzenne piwo, które aż prosi się o żeberka w sosie BBQ. Tylko że Carlsberg, czyli Okocim, czyli Moët Hennessy, wprowadził je… w 25 lokalach w całej Polsce, sprzedawane wyłącznie z kega. A mimo to spotyka się, nogami swoich przedstawicieli, indywidualnie z indywiduami jak ja, żeby się nowym produktem pochwalić. Nie skarżę się, wręcz przeciwnie. Iść na piwo z ładną dziewczyną zawsze spoko. Jak ona chce płacić, to czasem trochę mniej spoko, ale skoro weźmie fakturę na tych co zwykle, to jestem w stanie ulec. Podobno w lokalach, które go sprzedają, pokal 0,33 l grimbergena kosztuje tyle, co półlitrowa szklanka carlsberga i jest to bardzo korzystny kurs wymiany.

Klasyczny whisky sour, wersja casual

Umiejętności barmańskie to ważna rzecz, ale czasem wystarczy wymieszać trzy składniki w dzbanku, by było tak, jak być powinno

Niektórzy wierzą, że okres noworoczny stanowi prognozę na cały nadchodzący rok. Jeśli rzeczywiście tak jest, to mam powody do optymizmu: spędzę go na twórczym nieróbstwie, rozwijaniu w skrytości kilku pomysłów, rozmowach z przyjaciółmi, dobrym żarciu i alkoholu od ósmej rano.

Marynarka i maszyna do pisania - piękna para
Intelektualnie i sartorialnie, czyli pokój gościnny w gościnnym domu, a jednocześnie pracownia pisarza

Oraz na rozprzestrzenianiu idei, takim jak przedstawienie kilkorgu przyjaciół koktajli na bazie whisky. W poprzednim wpisie dałem już upust miłości do jednego z nich, ale, jak mawiają kiepscy dziennikarze, pointę napisało samo życie.

Zainteresowanie penicyliną przekroczyło moje oczekiwania i skromne zapasy laphroaiga wkrótce się wyczerpały, ale chivas trwał, niewzruszony, w swojej pękatej butelce. Postanowienie, by nowy rok powitać z whisky sour, zostało więc powzięte w Sylwestra i to na tyle późno, że byliśmy już po zakupach. Ani nam się śniło wyściubiać jeszcze raz nos na dwór.

A do tego zamierzaliśmy spędzić ten wieczór na oglądaniu filmów, bez konieczności ciągłego latania do kuchni po shaker. Bo nic tak nie szkodzi zdrowiu jak całe to zbędne napinanie się, kiedy jest czas właśnie wrzucić na luz. Czy taki a nie inny składnik koktajlu jest kanoniczny? Czy nie mogę wypić vesper, skoro zamiast kina lillet mam tylko lillet blanc? Czy do whisky sour potrzebuję shakera, czy szklanicy barmańskiej? Czy mogę przywitać Nowy Rok inaczej, niż na fajerwerkach, wiwatowaniu i Bóg wie czym jeszcze? I czy do tego wszystkiego pasował będzie zielony krawat z grenadyny?

Na takie numery to ja nie idę. Chcecie whisky sour? Macie.

  • Przygotowanie syropu zajęło mi pięć minut stania nad rondelkiem i sypania brązowego cukru do coraz cieplejszej wody. Kiedy rozpuściło się go tyle, że okoliczne osy zaczęły o nim pisać reportaż do studenckiej gazetki, odstawiłem rondelek do ostudzenia, a kiedy zaczął tańczyć po całej kuchni i zawadzać dokładnie we wszystkim, zlaliśmy jego zawartość do pierwszego z brzegu naczynia, którym okazała się trzystumililitrowa butelka po dzecięcym soczku. Dzięki temu przy okazji wiedziałem, ile syropu mam do dyspozycji.
  • Wziąłem duży szklany dzbanek i shakerem z podziałką odmierzyłem 400 ml whisky. Wyszło mi z obliczeń, które amerykanie nazywają matematyką na odwrocie koperty, że jeśli tylko zdobędę ok. ćwierć litra soku z cytryny, takie proporcje będą odpowiednie.
  • Sok udało się zdobyć, bo w parafialnym hipermarkecie mieli akurat półkilogramowe siateczki z napisem „cytryny na sok” i S. przezornie je zakupił. Biada, gdyby były to akurat cytryny na miąższ albo na maseczki regenerujące do twarzy.
  • Koktajl mieszałem łyżką bezpośrednio w dzbanku. Że niekanonicznie? Pozwij mnie.
  • Próba na smak. Dobry whisky sour to wyczuwalny alkohol, słodycz syropu i kwas cytryny. Próbowałem kilka razy i ustaliłem, że pyszka, po czym dla pewności spróbowałem jeszcze kilka razy. Z wyjątkiem jednej szklaneczki, którą sobie wypiłem.
  • A kiedy już wiedziałem, że proporcje są odpowiednie, po prostu wlałem do dzbanka resztę whisky, bo dobrego nigdy za wiele.
  • Newralgicznym punktem był lód, który nie znalazł się na listoniku S., więc mieliśmy do dyspozycji tylko dwie foremki niezbyt trwałych kostek domowej roboty. Aby obniżyć temperaturę koktajlu, przykryłem go alufolią i wystawiłem za okno, bo dzbanek nie mieścił się w lodówce.
  • Reszty się domyślacie. Smakowało wszystkim. A zmagaliśmy się akurat z Atlasem chmur, co okazało się rozwiązaniem średnim.

Dla wielu barmanów i miłośników miksologii ta nudnawa historia może wydawać się horrorem. Nie ma w niej nic, co być powinno: zmrożonych shakerów, miarek i przestrzegania proporcji, krystalicznie przejrzystych kostek lodu od profesjonalnych dostawców, stołków przy barze ani wisienek maraschino.

Jest za to fajna atmosfera i kilka osób, które dodają do ulubionych nową koktajlową pozycję.

Jak zrobić w domu penicylinę

Koktajl penicillin to stuningowana odmiana whisky sour o właściwościach leczniczych i pysznościowych

Zadzwoniła do mnie, jak zawsze nieoceniona, mama.

– Słuchaj, ja też miałam taki moment przeziębienia, ale wzięłam kilka kropel amolu z łyżeczką herbaty i mi przeszło.
– Spokojnie, mamo – odparłem. – Mnie naprawdę nie trzeba pouczać, jak się leczyć alkoholem.

Penicillin cocktail
Szkło jakie-było i domowej roboty lód mają za zadanie was przekonać, że świetne koktajle można przyrządzać bez napinania się

Oczywiście burknęła coś i odłożyła słuchawkę, po raz kolejny podtrzymana w świętym przekonaniu, że z tego mojego picia nic dobrego nie będzie.

Ma oczywiście swoje racje, ale i ja nie jestem w kaloszu bujany. Wódeczka z „unikalną kompozycją ziół” jest fajna bez względu na to, czy nazwie się ją Ziołami Szwedzkimi, czy Becherovką. Ostatecznie co niby odróżnia Zioła Bittnera od innych bittnerów, przepraszam, bitterów ziołowych?

Głównie banderola. Dlatego można czasem pomarzyć o amerykańskiej prohibicji, za której czasów – kompletnie bez akcyzy – można było kupić moją jak dotąd ulubioną whisky Laphroaig w aptece.

Dlatego też kiedy po raz pierwszy przeczytałem w karcie koktajli nazwę i skład drinka penicillin, miałem dość banalne wyobrażenie co do genezy tego tytułu. Ale chyba się myliłem.

Przepis na antybiotyk

Penicylina to odmiana starej dobrej whisky sour. Podczas gdy ta ostatnia to osłodzona syropem cukrowym kombinacja whisky z sokiem z cytryny, penicillin jest tworem nieco bogatszym, ale wciąż prostym w przygotowaniu.

Składniki koktajlu penicillin
Jedna śmierdząca whisky jedna mniej śmierdząca, syrop własnej roboty, cytryna i kandyzowany imbir. Tadaaam!

Jest też genialna z kilku powodów, a jednym z nich jest ekonomia. Dobrze przyrządzona penicillin pozwala na rozkoszowanie się torfowym single maltem, która to przyjemność do najtańszych nie należy, a jednoczesne upijanie się mieszaną whisky, którą – w razie potrzeby – kupisz w lokalnym spożywczaku.

Ponadto jej składniki dzielą się na dwie grupy: łatwo dostępnych i możliwych do długotrwałego przechowywania. Potrzebujesz bowiem:

  • Whisky jako bazę koktajlu. Słodową, jeśli cię stać albo mieszaną, jeśli uważasz to za zbytnią ekstrawagancję. Ja w każdym razie uważam. Użyłem Chivasa, za którego sprezentowanie dziękuję uprzejmie dystrybutorowi Pernod Ricard
  • Cytrynę (na sok)
  • Lód (który, co ciekawe, można długo przechowywać, ale tylko w zamrażalniku)
  • Torfową whisky (w oryginalnym przepisie jest bodaj Laphroaig, do którego to wyboru nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Ale np. w budzie podają ten koktajl na Ardbegu, co nie jest oczywiście złym wyborem)
  • Syrop miodowo-imbirowy (może niezbyt dostępny, ale można go zrobić na zapas, jeśli penicylina ci posmakuje)
  • Kandyzowany imbir do dekoracji (i na zagrychę)

Już rozumiesz, czemu nazwa tej kombinacji pochodzi z medycyny? Witamina C z soku cytrynowego poprawia odporność organizmu i zwalcza przeziębienie. Imbirowi przypisuje się działanie przeciwbólowe i zapobieganie mdłościom (na aukcjach sprzedają go nawet jako lek na chorobę lokomocyjną), a nad wszystkim unosi się apteczny duch Laphroaiga. Ach, no i alkohol. Naprawdę nie warto chorować na coś, czego alkohol nie jest w stanie uleczyć. Z tej perspektywy depresja to całkiem atrakcyjna choroba.

Miksologia

Wlej składniki do shakera tak, by „podstawowej” whisky było trochę mniej niż soku z cytryny i syropu razem wziętych, a następnie wytrzęś na lodzie. Niektórzy zalecają, by torfowy alkohol znalazł się już w shakerze, ale moim zdaniem efekt jest lepszy, kiedy nalejesz trochę (np. pół łyżki) na wierzch drinka po wylaniu go do szklanki.

No dobra, niby kuchnia to nie apteka, ale mówimy w końcu o penicylinie, więc proporcje uważane za właściwe wyglądają tak:

  • 1 część blended whisky
  • ¼ części torfowego single malta
  • ¾ części soku z cytryny
  • ¾ części syropu.

Kandyzowany imbir jest do dekoracji – możesz wrzucić go do środka (nie polecane), naciąć nożykiem albo przebić obok siebie dwiema wykałaczkami i umieścić na brzegu szklanki. Albo podać w torebce i żreć jak czipsy, jeśli lubisz – to w końcu twój koktajl, a kto bogatemu zabroni.

Syrop miodowo-imbirowy - przygotowanie
Zagotuj zupę z miodu i imbiru i odstaw do chłodzenia i przegryzania się smaków. Gotowe

Kiedy już spróbujesz, zapewne przekonasz się do tej orzeźwiająco-leczniczej kompozycji, dlatego możesz zrobić na zapas syropu imbirowego. Po prostu rozpuść miód w ciepłej wodzie (w proporcjach bliskich 1:1, może z lekką przewagą wody) i zagotuj na małym ogniu z grubymi plastrami świeżego imbiru, a następnie pozostaw do schłodzenia.

Korzeń może macerować się w syropie dopóki nie uznasz, że stosunek słodyczy do pikantnej kwaskowości jest odpowiedni – później po prostu wyrzuć plasterki do kosza, a syrop przelej do małej buteleczki. Jeśli nie zanieczyściłeś wywaru, nie ma tam nic, co może się zbyt szybko zepsuć.

Kuracja

O ile twoje wybory nie były naprawdę dziwne, masz do czynienia z nieszczególnie lotną whisky, która stanowi bazę koktajlu, oraz lotną i bogatą w aromaty torfową słodową odmianą tego trunku.

Dlatego właśnie warto rozważyć szczególny proces przygotowania, w którym bogatszy alkohol nie trafia do shakera, ale nalewany jest na wierzch koktajlu. Dzięki temu będzie mniej schłodzony i w mniejszym stopniu schowa się za pozostałymi składnikami, a do tego pływał będzie po wierzchu, oddając nosowi, co nosowskie – wszystkie należne mu apteczne aromaty, sól morską i lizole.

Takie niedobre. A tatuś musi.

Jak pić (torfową) whisky

Love it or hate it – powiedział Tomek, wyjmując flaszkę silnie torfowej szkockiej. Każdy mężczyzna powinien rozwiązać tę alternatywę

Jesteś sumą ludzi, których spotkałeś. Ta suma nie jest stała, przeważnie rośnie powoli, ułamek po ułamku, ale raz na jakiś czas zdarza się natychmiastowy zysk, który sumę tę zwiększa z dnia na dzień. W moim przypadku z piątku na niedzielę, kiedy miałem pierwszy raz okazję pić z Milerem, który pije z głową.

Tomka, który nie tylko pije, lecz także uczy pić, sprowadziły do Warszawy nasze wspólne interesy. Kanapa była akurat wolna, więc zaproponowałem mu nocleg, a on zrewanżował się namiastką degustacji. Z walizki mojego gościa wywędrowała w połowie pełna (lub w połowie pusta) butelka laphroaig, a z mojego barku dołączyły do niej auchentoshan i pełnoletni glenfiddich.

Starałem się zawsze dobierać dla siebie whisky łagodne, niepotrzebnie chyba założywszy, że są lepsze na start. Może i są zresztą, ale nie na tyle, by budować ich kolekcję. Byłem niesłychanie zadowolony z bardzo łagodnego auchentoshana i widok butelki laphroaig, uznawanej za jedną z najbardziej torfowych whisky szkocji, napawał mnie obawą.

Po przejściu całej drogi muszę powiedzieć, że odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta i w pewnym sensie pesymistyczna: pić whisky należy pod kierunkiem osób bardziej doświadczonych. Dochodzę do tego wniosku, bo już wcześniej wszystko robiłem tak, jak należy, ale w czasie naszej piątkowej degustacji przeniosłem się w zupełnie inne rejony smaku i świadomości rzeczy.

Już wcześniej piłem więc whisky z kieliszków tulipanowych lub koniakówek, ogólnie czegoś, co przymyka alkohol od góry i uwalnia skoncentrowany bukiet wąskim otworem. Tumblery, czyli tak kojarzone z whisky niskie szklanki w kształcie walca, nadają się raczej do czegoś, czego aromat żegnamy bez żalu, głównie whisky mieszanych. Jeśli chcesz poznawać gatunkowe alkohole starzone, zaopatrz się w coś lepiej dostosowanego. Koniakówki nie są błędem, a łatwiej je dostać w sklepie. Tulipany wydają się wzorcem, ale i do nich trzeba się przekonać, bo mają naprawdę wąski wylot i picie z nich whisky nie jest takie, jak na filmach.

Przedpołudnie dnia następnego przebiegało pod hasłem "czym się strułeś, tym się lecz". Na pierwszym planie czerwone skarpetki im. Leopolda Tyrmanda. Fot. Damian Kot

Wielu z nas ma przed oczami obraz znawców i „znawców”, którzy będą tyle czasu patrzeć i wąchać, a później pretensjonalnie płukać usta alkoholem, aż wszystkim się znudzi patrzenie na ich przemądrzałe gesty. Niektóre z nich są jednak warunkiem czucia czegokolwiek w ustach, bo przecież o odkrycie smaku właśnie chodzi. Podobnie jak w wypadku win, także i starzone alkohole noszą w sobie brzemię warunków, w których powstawały i dojrzewały i różnią się od siebie w niewiarygodnym stopniu. Tylko i aż na tym polega hobby picia, degustowania i porównywania.

Pierwszym po nalaniu gestem znawcy jest rzut oka na alkohol w kieliszku i to, jak spływa po ściankach. Prawdę mówiąc, jeśli w ogóle potrzebujesz czytać ten tekst, nie powinieneś oczekiwać, że cokolwiek dojrzysz w torze, po którym whisky ścieka po szkle. Mógłbyś bez żalu pominąć ten etap, ale i tak musisz, to znaczy MUSISZ, przygotować nos na nadejście Mocy. Temu właśnie – działaniu mocnego alkoholu na śluzówkę nosa – służy kilkukrotny i powolny niuch alkoholu. Zbliżaj szklaneczkę do nosa, wciągaj powietrze i odsuwaj źródło zapachu. Zmysłowy szał już się zaczął i możesz myśleć o zapachach i skojarzeniach, jakie przywodzi ci na myśl whisky. Zamykanie oczu służy temu, by „moc obliczeniową” mózgu, zazwyczaj pochłanianą przez wrażenia wzrokowe, skierować na inne rejony – w tym wypadku węch i wyobraźnię. Znacznie więcej pretensjonalnych zachowań, niż nam się wydaje, ma swoje korzenie w racjonalności.

Nie są to kryształy Blake'a Carringtona, ale pije się z nich przednio. Fot. Whiskeyglass.com

Daj sobie dłuższą chwilę na to wąchanie. Jest co odwlekać w czasie, bo w kolejności nastąpić musi rzecz nieprzyjemna: pierwszy łyk. Bo musisz coś wiedzieć o whisky: to alkohol. Czterdziesto-, czasem nawet pięćdziesięcioprocentowy. Udawanie, że nie pali w język to najtańszy rodzaj twardzielstwa, taki z osiedlowej siłki. Ocenianie whisky po tym, że pierwszy łyk wstrząsa ciałem i stawia mózg w poprzek, również do roztropnych nie należy. Pierwszy łyk służy do rozlania po języku, dokładnie i powoli, nawet za cenę drgawek i strojenia głupich min. Ciało ma być przygotowane.

Bo picie to dialog z ciałem. Ono dobrze wie, że alkohol to trucizna (a, przyznaję to niechętnie, jest to przede wszystkim trucizna). Dlatego wysyła do mózgu sygnały, że jest niedobry, be, wypluj to. Dlatego degustowanie alkoholu jest tryumfem ducha nad materią i dlatego breezery, gdzie smak alkoholu jest zamaskowany, są niemoralne (choć funkcja upijania dziewczyn nieco je usprawiedliwia). Smak nabyty, czyli odnalezienie wieloznacznej rozkoszy ukrytej w gorzkiej otoczce, to właśnie ten proces walki ducha z ciałem.

Wracamy na Ziemię. Pamiętaj, że płucząc język mocnym alkoholem chcesz zahartować, a nie wypalić sobie kubki smakowe. Dopilnuj, żeby płyn dotarł do każdego zakamarka na języku, ale w żadnym nie trzymaj go na tyle długo, by ryzykować uszkodzenia. Za chwilę poczujesz być może wanilię, cytrusy albo pieczone jabłka, delikatne i finezyjne smaki, więc potrzebujesz kubków smakowych w pełnej gotowości.

Dopiero drugi łyk jest pierwszym. Zaczerpnij go zdecydowanie i pomyśl chwilę o smakach, których dostarcza. Smaki whisky biorą się, tak w skrócie, z użytego do produkcji alkoholu surowca, procesu destylacji, beczki i miejsca leżakowania. Każdy z tych elementów zostawia po sobie nie tylko skojarzenia i marketing, ale też prawdziwe substancje, których zapachy występują także gdzie indziej. To dzięki temu ludzie w ogóle porozumiewają się co do smaków: jeśli ktoś mówi „karmel”, to być może pewne estry spotykane w karmelu rzeczywiście się w jego kieliszku znalazły. Naturalną dyspozycją mózgu jest wykrywać rzeczy, na które zwrócono ci uwagę, więc jeśli twój znajomy usłyszy od znawcy: „waniliowa whisky” i mówi: „rzeczywiście, waniliowa”, to nie musi oznaczać, że kolega pozuje, a tak naprawdę powtarza po ekspertach.

Jeśli przewidziałeś na wieczór więcej niż jeden alkohol, uporządkuj otwieranie kolejnych butelek według intensywności ich smaku. Póki nie poznasz kryteriów, posiłkuj się opisami w sieci albo na etykietach. Zastosowaliśmy to kryterium i natychmiast auchentoshan, którego tak ceniłem, okazał się zbyt prosty i bez smaku. Z dojrzalszym glenfiddich było znacznie lepiej, ale to na koniec przygotowana była bomba. Tomek dobrze wstrząsnął butelkę laphroaig i otworzył ją dobre pół metra od mojej twarzy…

Świadomość tego, że nie jestem na brzegu zimnego morza Północy odzyskałem z pięć sekund później. Dym, lizol i wodorosty – to podsumowanie, na które wpadłbym bez szkolenia. Odpowiedź na kluczową kwestię – love it or hate it – zostawiłem do powrotu z dalekomorskiego rejsu, na który wybrała się moja psychika. Kiedy wróciła, dała mi zielone światło. Degustacja była zakończona, bo piliśmy już ze wszystkich przewidzianych do niej butelek. Każdy został przy swojej ulubionej i muszę przyznać, że narzucona przez whisky dynamika picia w dalszej części wieczoru niezwykle przypadła mi do gustu. Dużo można zakładać o dziewiętnastej, ale to tak naprawdę wybór alkoholu na wieczór determinuje przebieg imprezy. Inaczej upaja wino, inaczej wódka, a inaczej whisky (piwo też, o ile w ogóle bierzesz je pod uwagę). Inna jest rozmowa, inne emocje, inne poranki.

Z uwag technicznych: po każdej whisky płucz szklaneczkę i usta wodą. Jeśli nie wierzysz, jak olbrzymi wpływ na smak następnej whisky może być poprzednia w tej samej szklance, nalej sobie whisky rano, kiedy nie piłeś, do szklanki, zlej z powrotem do butelki i przekonaj się, jak długo utrzymywał się będzie poprzedni aromat. Ci, którzy poważnie myślą o alkoholu, często decydują się na robienie notatek, które przechowają na dłużej doświadczenia z trunkami i pozwalają usystematyzować wiedzę. Ja takich nie robię, ale tego wieczora uczyniłem wyjątek. Oto efekty:

Wobec morskich aromatów laphroaig, bateria butelek okazała się baterią nadbrzeżną

Oko: widok imprezy był cudowny. Bateria butelek (degustowaliśmy trzy, ale na stole, w zapasie, stały jeszcze burbon i starkus od Kozuby i synów), a do tego, bez napinki, jakieś czipsy, skibki ciemnego chleba (idealna przekąska do whisky) i dwóch, zdecydowanie overdressed panów upajających się (metodycznie!) drogą wódą.

Nos: podpowiada mi, że to początek nowego rozdziału w życiu i w barku. Odkładam na półkę bajeczki o whisky dla początkujących – możesz na to mówić „smak nabyty”, ale tak naprawdę on jest w tobie (albo nie) i trzeba tylko pozwolić mu wyjść. Serio, nie uważasz chyba łososia za entry level do owoców morza, co?

Usta: pełne wyraźnych i niezwykle zaskakujących smaków. Zaskakujących niekiedy w dwóch wymiarach: tym, że w ogóle znalazły się w alkoholu i tym, że wydają się smaczne, ciekawe, a nie odrzucające. Tym, jak wyraźnie różnią się dziś od siebie whisky, które jeszcze wczoraj uważałem za zbliżone i łagodne. Tym, że pieczona gruszka na etykiecie osiemnastoletniego glenfiddicha to nie marketing ani propozycja serwowania, ale najlepsze syntetyczne ujęcie tego, co kryje się pod warstwą gorzkiego smaku alkoholu.

Finisz: łatwy do przewidzenia. Doczołgałem się do łóżka z kłębowiskiem myśli, nie dowierzając, że upiłem się single maltem, który jeszcze dzień wcześniej wydawał mi się alkoholem na jedną szklaneczkę raz na jakiś czas. Obudziłem się zaś wciąż z posmakiem soli morskiej na spękanych wargach, tych nadmorskich aerozoli, które wzbijają się w powietrze, kiedy kilka metrów od ciebie roztrzaskują się z hukiem fale lodowatego oceanu. I wiem już, że chcę wracać na to morze, a butelka laphroaig nie pozostanie na długo jedynym torfem w moim barku.