Urlop w niezłym stylu: Złoty ustnik

Już miałem trochę odpuścić i przyznać się do porażki, jeśli chodzi o sześciotekstowy zakres wyjazdowego projektu, ale sartorialne zaskoczenia bywają naprawdę zaskakujące

Opakowanie w stylu cerkiewnym (nawet memento mori jest)…

Na stacji benzynowej udało się kupić papierosy sobranie, które w Polsce bardzo rzadko widuję. Te niezwykle luksusowe fajki z historią sięgającą czasów przedrewolucyjnych w Rosji dalej funkcjonują jako high-end na tym dość fastfoodowym rynku. Po upadku caratu ich produkcja przeniosła się do Anglii, dzięki czemu udało się uchronić ich godło (właśnie godło, a nie logo) – dwugłowego carskiego orła, miłego sercu wielu – m.in. rosyjskich konserwatystów, a także nieszczególnie patriotycznie nastawionych absolwentów Uniwersytetu Warszawskiego, który swoją genezą również sięga panowania w Warszawie dobrego batiuszki cara.

Oczywiście czarne (black russian) i białe (white russian) opakowania ze złotymi tłoczeniami są opatrzone olbrzymią klepsydrą z ostrzeżeniami zdrowotnymi (tak jakby zdrowy tryb życia w mniejszym stopniu groził śmiercią, niż tryb niezdrowy), ale paczka takich szlugów dalej prezentuje się majestatycznie. W środku jest tylko lepiej: pod złotą bibułą kryją się dwa rządki czarnych, sztywnych i długich papierosów ze złotym ustnikiem.

Niezwykła dla współczesnych fajek wysoka gramatura bibułki papierosowej przywodzi na myśl śmieszne naśladownictwo cygar, w których udająca liście tytoniowe bibuła jest prawie tekturą, ale nic z tych rzeczy: sobranie niczego nie naśladują, są papierosami, po prostu wyglądają, jak to się mówi, ekskluzywnie. Wpływa na to też złoty ustnik, śliski i sztywny niczym wykonany ze złotej folii. Opatrzony jest również carskim godłem.

…a dalej – tylko lepiej

Niezwykły jest też tytoń: w smaku wytrawny, w pierwszej chwili przypomina paloną gumę, ale tylko przez chwilę. Odwykłem od zwykłego dymu papierosowego, dlatego jeśli mam ochotę zapalić, a pod ręką nie ma cygar, djarumów ani fajki, sięgam po mentole, które mniej drażnią moje podniebienie. Zwykłe papierosy rzadko udaje mi się dopalić do końca. W mocnej wersji sobranie (9 mg nikotyny i 0,8 substancji smolistych) nie miałem tego problemu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio paliłem papierosa, do którego odnosiłoby się w ogóle pojęcie smaku, a o aromacie tytoniu warto byłoby cokolwiek mówić.

Tytoń jest też dobrze ubity; żarząca się końcówka jest długa na ponad centymetr jak rozżarzona włócznia wycelowana w ciemność wokół mnie. Dla eksperymentu przestałem strzepywać popiół do popielniczki i utrzymywał się on przez dobre 4 centymetry. Był ciemny i zwarty, jak w cygaretce. Papierosy wydawały się odpowiednio wilgotne, co jest też ich przewagą nad cygarami, zważywszy że pewnie poleżały swoje na prowincjonalnej chorwackiej stacji benzynowej.

Nawet niepalący, jeśli ma w domu humidor, może kupić takie papierosy do robienia wrażenia na palących gościach, choć przyznaję, że dobre przechowywanie fajek w humidorze to tylko moje niesprawdzone przypuszczenie. Sztywne tekturowe pudełko z patentowym zamknięciem sprawia, że nie potrzebujesz do lansu nawet papierośnicy. Oczywiście łączenie tej ilości złota z czernią wygląda trochę noworusko (sam jestem zwolennikiem koloru srebra, a nie złota), ale trochę o to chodzi. Srebrno-czarna paczka wyglądałaby trochę jak Ołtarz Częstochowski, a w tym wydaniu jest zgodna ze stereotypem, do którego odwołują się całe papierosy: mitem carskiego splendoru.

Aha, na paczce jest napisane, że papierosy wyprodukowano w Polsce. Zżarłem tu gigabajt przedpłaconego internetu (trochę pracy zdalnej było), więc prześledzę sprawę po powrocie.

  • You may also like: wódka stolichnaya i kawior z bieługi.

Tytoń, wrzosiec, cedr…

Można nie lubić dymu, a i tak być fanem palenia, bo daje ono pole do popisu dla prawdziwych gadżeciarzy

Jeśli dzięki mojej skromnej acz kancerogennej działalności blogerskiej nabrałeś ochoty na ambitnego dymka, od chwili przyjemności dzieli cię tylko jedno trudne zadanie: zakupy. Nie ma się czego bać, ważne, by trafić do profesjonalnej trafiki, ale to coraz mniejszy problem, zwłaszcza, że nawet humidorów przybywa w centrach handlowych i hipermarketach.

Dizajnerska fajka to być może jedyny sposób na ucieczkę od imydżu emeryta, ale ceny takowych (i, czasem, obecność udziwnień) każą dwa razy przemyśleć taki zakup

Największym wyzwaniem w kupowaniu fajki jest – o dziwo – fajka. Współcześnie robi się je z korzenia wrzośca, drzewa gruszy, pianki morskiej albo gliny, przy czym zdecydowana większość produkcji przypada na te pierwsze. Pytaj o modele z wrzośca z filtrem węglowym, który trochę pomoże nawet niedoświadczonemu palaczowi utrzymać niską temperaturę dymu. Potraktuj to jak kupowanie butów i zacznij od ładnego i klasycznego modelu, bez udziwnień, z którymi później nie będziesz wiedział, co zrobić (np. niewielki cybuch i bardzo wydłużony ustnik, model niezwykle ciekawy, jest świetny do smakowania chłodnego dymu i komponowania mieszanek, ale wymaga sporej wprawy).

Zwłaszcza, że nic nie uratuje cię od prostej prawdy, że fajka przystoi dopiero w pewnym wieku, i o ile z piękną szpakowacizną albo srebrnymi włosami masz szansę wyglądać jak Tolkien, Hunter Thompson, Sherlock Holmes albo Einstein, to jeśli fizjonomią przypominasz raczej cherubinka, wyślesz prawdopodobnie tylko komunikat, kim chciałbyś być, jeśli dorośniesz.

Jeśli zdecydujesz się chodzić z fajką, oto kolejny metal, który zacznie obciążać twoje kieszenie

Na początek do fajki powinieneś jeszcze dokupić niezbędnik, który eleganckie towarzystwo fajczarskie nazywa ginekologiem (sic!). Tanie są naprawdę tanie, więc dorzuć jeszcze wycior (fajkę należy wyczyścić po każdym paleniu) i zapałki. Aha, może jeszcze tytoń. Wiele z nich jest aromatyzowanych (oczywiście nie tak, jak marmolada do sziszy) i o ile mi wiadomo nie obowiązuje w środowisku żadna forma piętnowania osób, które wolą właśnie taki.

Są specjalne popielnice do fajek. Mają przeważnie korkową podstawkę, o którą można postukać cybuchem, by go opróżnić (czynność uważana przez niektórych za wandalizm) oraz wgłębienia do ustawienia fajki w naturalnej pozycji. Fajka (znowu!) jest jak buty, musi odpocząć po użyciu, a skierowanie wylotu ku górze pozwoli odprowadzić ciepło i wilgoć.

Tak naprawdę tytoniu nie powinno się zapalać benzynowymi zapalniczkami ze względu na sztachanie się oparami (chociaż firma Zippo robi nawet specjalny model do fajki), więc jeśli już musisz inwestować w palarnianą biżuterię, szukaj zapalniczek gazowych. Nazwy firm, które zawsze przewijają się w tym kontekście, to Dunhill, Cartier i Dupont.

So. Fucking. Classy. Gardzę swoją dziesięć lat młodszą, dżinsową wersją, która uznawała Zippo za najpoważniejszą markę zapalniczek. Fot. Dunhill

Zapalniczki przydają się również do cygar, z tym, że na tym stanowisku mają dodatkowe zastępstwo. Oprócz zapałek poleca się tu używać także cedrowych drzazg, których najmniej „eleganckim”, ale powszechnie spotykanym źródłem, jest opakowanie, w którym kupiliśmy cygaro (w blaszanej tytce tytoń owinięty jest w cienką warstewkę cedru). Oczywiście, sama taka drzazga ognia nie skrzesa, ale może pomóc wzbudzić uznanie znawców, a nieznawców może i też.

Gadżedziarstwo cygar zaczyna się dopiero, kiedy dostaniemy się do kręgu zapalonych miłośników. Każdy z nich musi mieć w domu humidor, bo bez niego nie sposób z głową zgromadzić jakiegokolwiek zapasu do palenia (niektórzy twierdzą, że zamrażarka albo wilgotna gąbka w torebce foliowej jest dobrym substytutem). Na pudełko utrzymujące wilgotność możesz wydać kwoty od umiarkowanej do niewyobrażalnej, ale pośrodku tej skali znajdują się humidory z cedru (a nie jedynie nim wyłożone). Wysoka pozycja tego aromatycznego drewna w kulturze tytoniu sprawia, że naprawdę zastanawiam się, czy nie jest ona tożsama z kulturą drogich butów, które powinny używać cedrowych prawideł.

Popielnica jest w wypadku cygar bardzo ważna. Cygaro może dzięki niej odsapnąć i nie przegrzać się zbytnio, a palacz – wrócić do niego, kiedy znów nabierze ochoty.

Takie humidory serwuje swoim fanom Bentley, za 3600 funtów. I, umówmy się, nie jest to coś, co zamieniłbym za ajpoda

Niektórzy akceptują odgryzanie końcówki cygara, znane z amerykańskich kreskówek, ale wygląda ono raczej źle, zwłaszcza jeśli masz niedoskonały zgryz. Gilotynka jest równie potrzebna, jak niezbędnik fajczarzowi, a najtańsza potrafi być prawie tak samo tania. W zależności od przyjętego rozwiązania możesz odciąć końcówkę cygara gilotynką bądź nożycami albo wykroić w jego środku dziurkę. Dobrym pomysłem wydaje się nie robić na początku zbyt dużej – cygaro o niemałej średnicy to dużo dymu. Odetnij jednak śmiało, żeby nie wyglądało jakbyś zeskrobał tylko wierzchnie liście cygara, bo palenie będzie utrudnione.

Oswojenie  się z tym wszystkim to powolny proces, wymaga wprawy, czasem lektury albo odważnego zapytania miłej pani w trafice (w „Fajce” na Kruczej w Warszawie wiedzą one naprawdę dużo). Pamiętaj o zasadzie, że im ktoś bardziej przemądrzały, na tym większy dystans zasługują jego rady i drugiej – że zasady – np. te o przepalaniu fajki czy zapalaniu cygara – są tylko po to, by uprzyjemnić palenie, i tylko w takim wymiarze warto jest stosować. A gadżety… podobno można żyć bez nich i nawet radzić sobie jakoś, zastępując je substytutami. Ale, tak serio, czy to ma sens? W końcu gadżety to nie wszystko, ale wszystko bez gadżetów to… szkoda gadać.

O dymie na chłodno

Aby przekonać się o zbawczym działaniu i aromacie tytoniu, należy wznieść się ponad wycieczkę do kiosku po fajki

– Odczucia debiutującego palacza przypominają te, które miewa się mając po raz pierwszy na nogach wyśmienite buty lub występując w uszytym na zamówienie garniturze – pisze Bernhard Roetzel w „Gentlemanie. Modzie ponadczasowej”. Zaiste, zwłaszcza sposób, w jaki opisał domniemane przyjemności z papierosów sprawia, że ma się ochotę biec do kiosku po byle jakie fajki. Jednak delektowanie się tytoniem to nieco większe wyzwanie i z produktami dostępnymi w polskich salonikach prasowych ma niewiele wspólnego, nawet, jeśli w grę wchodzą prestiżowe marki.

Dwie podstawowe nie-papierosowe formy tytoniu, które kojarzą się z pojęciem elegancji, to cygara i fajka. Sziszę w Polsce zawłaszczyła młodzież (i słusznie – jest coś z klimatu akademika we wspólnym ciągnięciu z jednego węża), tabaka to produkt raczej folkowy i – poza tabakierą księdza Robaka – z wysoką kulturą niewiele mający wspólnego. Żucie tytoniu jest raczej poza dyskusją, a snuss – kulturalna wersja tegoż, czyli wkładanie między dziąsło a wargę odpowiedniej porcji preparatu – to – w przeciwieństwie do Skandynawii – w Polsce prawdziwa rzadkość.

Cygara i fajka uchodzą za snobistyczne zupełnie zasłużenie. Jedno i drugie wymaga od palacza sporej ilości uwagi, która wyłącza go z biegu spraw dookoła. Fajka – dlatego, że trzeba ją odpowiednio nabić i targać ze sobą wszystkie akcesoria. Cygaro – głównie dlatego, że wydzielany przez nie aromat myli się większości niepalących go z dymiącym się torfem, smrodem pożaru w stajni albo czymś równie romantycznym. Jedno i drugie wymaga uwagi przy paleniu, a dochodzenie do wprawy może trwać latami. Wreszcie – jedno i drugie wyglądać może pretensjonalnie, zwłaszcza u młodych mężczyzn, którzy wyglądają na nienaturalnie postarzonych (co nazwałbym efektem fulara).

Czego nie piszę po to, by kogokolwiek zniechęcić. Przeciwnie, tytoń to wspaniała używka, ale pod warunkiem, że wyprodukowano go z liści tytoniu, a nie z niesprzedanej w warzywniaku kapusty albo wygrzebanych na śmietniku kwiaciarni syntetycznej rafii i liści chryzantemy. Powszechnym błędem początkujących palaczy jest za to traktowanie każdego wyrobu tytoniowego jak papierosów, z czego biorą się później rozczarowania cygarem (plus zieloność twarzy i womit), zwęglone cybuchy fajek, poparzenia ust, a nawet smród spalonej marmolady w mieszkaniu po wypaleniu sziszy. Aaaby tego uniknąć, rozważ wzięcie pod uwagę następujących wskazówek:

Po pierwsze, nie kupuj tytoniu byle gdzie. Cygara należy kupować wyłącznie w sklepie wyposażonym w humidor, czyli skrzynkę lub pomieszczenie utrzymujące odpowiednią wilgotność i temperaturę. Skoro czytasz ten tekst, sam zapewne jeszcze humidora nie masz; staraj się więc wypalić cygaro w niedługim czasie po zakupie (czasie liczonym w dniach, nie tygodniach). Jeśli chodzi o tytoń fajczarski, jest nieco łatwiej, bo jest on szczelnie pakowany i wilgoć ze środka nie znika tak prędko. Wybierz za to sklep, gdzie prawdopodobnie zaopatruje się więcej fajczarzy, a nie osiedlowy spożywczak, którego właściciel, raz, na próbę, pięć lat temu wziął dwie torebki amphory albo poniatowskiego i teraz czeka, aż mu to jakiś frajer kupi. Jeśli czeka na frajera – niech nie znajdzie go w tobie, co?

Po drugie, skoro już jesteś w specjalistycznym sklepie, nie wahaj się prosić sprzedawcę o radę. Parafrazując, zapewne Lincolna lub Twaina, lepiej zapytać i uchodzić za głupca, niż nie zapytać i rozwiać wątpliwości.

Po trzecie, uwzględniając powyższe założenie, podchodź ostrożnie do wszelkich autorytetów, a zwłaszcza osoby na tyle bezczelne, by nie znając cię, zwracać ci uwagę na błędy w paleniu (on już wie, o kim mówię). Prawdziwa pasja to wypadkowa wiedzy teoretycznej, mądrości wynikającej z doświadczenia i inteligencji. Mając – jak zakładam – przynajmniej jeden z tych atrybutów, powinieneś umieć odnaleźć go u innych. Niezawodnym sygnałem ostrzegawczym jest stosowanie do hobby terminów z zakresu religioznawstwa, takich jak „mistyka”, „ceremoniał”, „kultowy”, a zwłaszcza „profanacja”. Ta złota i syntetyczna zasada, którą zezwalam odtąd nazywać moim nazwiskiem, dotyczy cię zarówno jako potencjalnego odbiorcy, jak i nadawcy tego typu komunikatów.

Do zasad, którymi chętnie dzielą się „wtajemniczeni” (termin religioznawczy, a jakże) należy apodyktyczny zakaz zaciągania się. Zauważyłem, że osoby mądre nie są tak stanowcze: i cygarem, i fajką, możesz się zaciągać do płuc, ale nie musisz i lepiej nie zaczynaj od tak zdecydowanych posunięć. Nikotyna wchłania się przez śluzówkę w ustach, aromat obierany jest smakiem i węchem. Dalsze inhalacje nie są konieczne.

W cygarach sztuką jest „zaledwie” wybór, w fajce – ubicie. Jedno i drugie ma zapewnić właściwy transport powietrza i dymu w kierunku ust i podsycenie żaru. Nie pakuj tytoniu do fajki na siłę. Ubijaj lekko i kilkukrotnie. Sprawdzaj organoleptycznie. Użyj zapałek (na konkursach fajczarskich dają przeważnie po dwie). Pierwsze, fałszywe podpalenie ma lekko unieść tytoń. W cygarze to samo osiąga się, obracając przez chwilę koniec cygara nad płomieniem zapałki. Oba w jakiś tajemniczy dla mnie sposób przygotowują tytoń do równomiernego rozżarzenia się, które jest warunkiem koniecznym równego palenia. Dopiero potem, zaciągając się, dostarczasz odpowiednią ilość tlenu by wilgotne liście faktycznie zaczęły się palić. Upewnij się, że żar jest wyraźny i równomierny.

Teraz zaczyna się ekwilibrystyka: warunkiem przyjemności z palenia jest podtrzymanie żaru, ale na takim poziomie, by wysoka temperatura nie poparzyła ust. Alkohol schładza się, żeby jego smak przestał być taki inwazyjny. Z tytoniem jest odwrotnie: gorący robi się bezsensowny i powoduje cierpienie. A przecież to właśnie lekiem na nie ma być dymek. – Zapal sobie w każde święta, pal spokojnie, leż i stękaj – by zakończyć jak rozpocząłem, cytatem z klasyka.

Patriarchalny smrodek

Dawniej tytoń nie śmierdział ani trochę mniej, niż ten dzisiejszy, więc nie ma powodu, żeby na ura! porzucać palenie

Tytoń rozpanoszył się w kulturze Zachodu w XVI wieku i praktycznie od początku towarzyszą mu wszystkie kontrowersje, z którymi borykamy się do dziś. Żeby nie być gołosłownym: politykę antynikotynową wymyślił krój Anglii Jakub I w 1603 roku, monopol tytoniowy i dyktaturę korporacji – car Piotr zwany Wielkim w 1697, zakaz palenia (egzekwowany więzieniem) – jeszcze pod koniec XV wieku, straszenie rakiem – w 1857 roku. Nawet koalicja odpowiedzialnej sprzedaży, czyli zakaz sprzedawania tytoniu nieletnim, obowiązuje w Anglii już od 1908 roku.

Kiedy dzisiaj rano, krztusząc się i dusząc, wychodziłem z domu klatką schodową, na której sąsiadka ma zwyczaj zapalać taniego mentolowego slima, zastanawiałem się, czy tak naprawdę było z czym i o co walczyć. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć kultury tytoniu przez pryzmat dzisiejszych papierosów, które dalej spełniają standardy z peerelowskiego kawału: – Dodajemy wagon tytoniu na każde dwa wagony siana. – Ach, więc to dodatek tytoniu jest sekretem!

Przyglądałem się ostatnio (i trochę trollowałem, przyznaję bez bicia) dyskusji wokół pytania, czy rzeczą dżentelmena jest palić. Dla mnie – dyskusją idiotyczną już od tego pytania począwszy, żadna odpowiedź nie jest w stanie przebić samego pytania poziomem absurdu, zwłaszcza, że logicznego argumentu podać nie sposób i wszystko – jak zwykle – obraca się w sferze estetyki. Nasz stosunek do tytoniu obrazuje przejście wizerunku dżentelmena, które się przez ostatnie kilkadziesiąt lat dokonało. Jestem pewien, że jeszcze w latach pięćdziesiątych, może sześćdziesiątych, tak w Polsce (przekazy rodzinne), jak i w Anglii (literatura) młodzi ludzie, powiedzmy – w wieku licealnym – byli zachęcani do palenia przez rodziców, i to nawet matki, niekoniecznie ojców. Bo rzeczą mężczyzny było palić. Jestem też pewien, że znacznie mniej rozpowszechnione (o ile w ogóle istniało) było pojęcie „młodzież” – to byli młodzi mężczyźni, zdolni do założenia rodziny, do pójścia do wojska, tak samo, jak do odrobienia lekcji z matematyki albo wykucia łacińskiej drugiej deklinacji (rzeczowniki na –us i –um, rodzaj męski i nijaki).

Dzisiejsza młodzież musi się wyszumieć, wyjechać, poznać świat, zanim, koło trzydziestki, dorośnie albo i nie do dzieci i kredytu na mieszkanie; dzisiejszy dżentelmen nie może palić, bo przecież savoir vivre to także savoir corps, traktowanie ciała, które jest nam dane, z szacunkiem i oszczędnie. Dżentelmen ciało zmusza do uległości sportem, a nie heroicznym piciem, kiedy nie ma na wódkę ochoty, nie tytoniowym dymem. Historyczne pojmowanie słowa dżentelmen, wypracowane w oparciu o materiał empiryczny, czyli faktycznych dżentelmenów, zderza się tu z reinterpretacją tego pojęcia według dzisiejszych postulatów i wyobrażeń.

Tytoń, kawa i surowy klimat norweskich fiordów (który nie zmieścił się na zdjęciu) - kombinacja, która bardzo przypadła mi do gustu

Pod tym względem „nowoczesnym dżentelmenem” nie jestem i nie wybieram się na drugą stronę barykady. Paliłem chyba wszystko, co powstaje z tytoniu, idiotycznie ukrywając się -naście lat temu przed mamą, bo przecież serce by jej pękło, bo ona też z tych nowych, gazety czyta, o rakach, zawałach i wszystkich tych bzdetach i chyba nie wie, jak każda matka nie wie, że na coś, kiedyś, jej dziecko musi umrzeć, bo taki jest los człowieka – umrzeć. Ukrywałem się więc przed nią z paleniem, a ona przecież widziała, ale udawała, że nie widzi, tak było lepiej dla wszystkich.

Z tym doświadczeniem muszę przyznać, że jest w tytoniu coś, czemu trudno się jednak oprzeć, chociaż okres palenia paczki fajek dziennie nie był przyjemny i trzeba było go porzucić. Gorzki dym cygar to przecież rozkosz z tej samej kategorii, co whisky, początkowe zmuszanie się, katowanie receptorów, by wkrótce nauczyły się rozróżniać aromaty i delektować ukrytymi smakami. Fajka, kiedy nauczysz się osiągać z niej chłodny i aromatyczny dym, jest jeszcze przyjemniejsza. Wprowadzenie na polski rynek indonezyjskich bodajże djarumów było olśnieniem. Wystarczy tylko sięgnąć po alternatywę dla fastfoodowego papierosa.

Jakie były papierosy sto lat temu? Trudno mi powiedzieć. Podejrzewam, że bardziej przypominały dzisiejsze biełomorkanały – musiały być mocniejsze, bo i bez filtra, i tytoń pewnie był bardziej aromatyczny, tytoniowy (paląc biełomora miałem wrażenie, że palę cygaro).  Czy był lepszy? To przekonanie dla frajerów. Uwagi o tym, że palacze śmierdzą i smrodzą pojawiają się – według opracowań – od czasów, kiedy Europa odkryła Kubę. Zresztą – nie zapominaj o marynarce smokingowej: powstała właśnie jako przebranie, żeby elegancki mężczyzna nie niszczył i nie wędził bardziej porządnych ubrań. A że tak to się rozwinęło… cóż, bywa.

Pomyśl o palarniach, męskim wychodzeniu po obiedzie do biblioteki, pomieszczenia, gdzie się pali, co wykurza żony i córki. Serio uważam, że takie praktyki są w życiu człowieka zwyczajnie potrzebne. Męska rozmowa lubi dym, karty lubią dym, samotność i zaduma lubią dym, a kobiety dymu nie lubią – wszak to cudowny układ, i, o ile jeszcze nie siedzisz za głęboko pod pantoflem, naprawdę warto zaprzyjaźnić się z tą maksymą, bo dziś, tak samo, jak w każdych innych czasach, potrzebujemy męskiej integralności i chwili odpoczynku od krzyku dzieci i kłapania małżeńskich dziobów. A więc – na cygaro albo do klubu z rurami na scenie, a frajerzy w tiszertach i polarach niech sobie odpoczywają od dziewczyn (albo nawet je zapraszają) na paintballu i gokartach. Niech oni wierzą, że nastały czasy związków stuprocentowo partnerskich i zerwaliśmy z patriarchalnym szowinizmem.

Nie było żadnych starych dobrych czasów – te, które mamy, są dobre jak każde inne. Tytoń zawsze śmierdział, a życie zawsze było ciężkie i gorzkie. Nasi przodkowie – cieleśni czy duchowi – radzili sobie i z jednym, i z drugim. Nie ma powodu, by na zawsze porzucać ich spuściznę. Zapalimy?