Radość wina

Wino to sama radość, ale często jej cząstkę odbiera fakt, że masa mądrali zrobiła z niego naukę, i to naukę typu ąę

Nie żebym miał coś przeciw tym mądralom – też są potrzebni, a jeśli do tego są w stanie ślepym testem udowodnić, że faktycznie się znają, to daj im Boże zdrowie. Ale jeśli przed cieszeniem się winem powstrzymują cię opowieści o wysokiej plus kwasowości w pierwszej ćwiartce, daj sobie spokój z mądralami, a nie z winem. Specjalnie dla ciebie Smak Nabyty przedstawia słownik porad, które dodatnio wpłyną na tzw. user experience wina.

Dość hardkorowy przykład. Przyzwoita kara… dekanter będzie się mniej narzucał i jest przyjemnym gadżetem

Dekanter był kiedyś w moim gronie towarzyskim (→ Towarzystwo) przedmiotem ożywionego sporu, którego źródłem była pomyłka w kolejności – najpierw dużo wypiliśmy, a potem zaczęliśmy się mądrzyć. Wykorzystam przewagę medialną, by jeszcze raz podkreślić, że, drogi Marku, to ja miałem rację w tym sporze: słowo dekanter jest w polszczyźnie jak najbardziej użyteczne i nie da się go zastąpić  bardziej ogólnym słowem karafka. Karafka bowiem to każde szklane naczynie z korkiem, z którego (naczynia, nie korka) można serwować alkohol, dekanter zaś to taki rodzaj karafki, który służy do napowietrzania czerwonego wina na co najmniej pół godziny, a czasem nawet do kilku godzin przed podaniem. Dobry dekanter zwiększa więc do maksimum powierzchnię kontaktu wina z powietrzem, a niektórych nie da się nawet odstawić na płask, żeby kołysanie wywołane wypukłym dnem dodatkowo pozwalało winu oddychać. Wyobraźcie sobie w tej roli karafkę z rżniętego szkła na koniak. I kto ma rację?

Jak widać na tym obrazie Hedy, przekąszanie do wina to dość stara tradycja

Deska serów. Figi. Winogrona. Orzechy. Krakersy. Wędliny. Bagietka i ciemny chleb. Woda na rano. Testuj kombinacje. Zestawiaj smaki. Ciesz się fakturą. Oto czym jest wino. Oczywiście zestawianie win z jedzeniem to osobny rozdział nauk, a tutaj mowa tylko o wsparciu kubków smakowych w piciu wina jako takiego.

Gadżety związane z winem, takie jak nalewak, taki dodatkowy dynks do napowietrzania czy kołnierz do zbierania uronionych kropel, uważam za przesadę, ale co kto lubi. Pamiętaj, że nalewając wino, nie dotykasz szyjką butelki (lub →Dekantera) brzegu →Kieliszka, więc wystarczy dobrze zdjąć folię pod rantem szyjki butelki i nalewać pewnym ruchem, a nic nie powinno kapać. Pewne ruchy zaś to przecież domena prawdziwych mężczyzn, prawda?

Jeśli jesteś fanem drogich marek, słowem-kluczem w poszukiwaniu kieliszków może być np. Riedel

Kieliszki. Dobre kieliszki są konieczne, żeby aromat rozwijał się w pełni. Dobre kieliszki poznaje się po szkle (– Serio!?), które jest cienkie, przejrzyste i po prostu piękne. Jeśli zaczniesz lustrować półkę z kieliszkami w naprawdę gadżeciarskim sklepie, odkryjesz, że każdy szczep ma zaprojektowane specjalnie dla siebie. I to jest właśnie ąę, które można sobie – przynajmniej na początku – darować. Czerwone wina doskonale rozwijają się np. w szerokich kieliszkach do burgunda. Mają one ogromną pojemność, więc właściwa ilość wina rozlewa się w nich szeroko, a lustro płynu stoi nisko. Kiedy zagłębiasz nos w taki kieliszek, bukiet dobrego wina atakuje cię, zapewniając moc doznań. Duża powierzchnia winnej kałuży dodatkowo dobrze napowietrza wino tak jak w → Dekanterze.

Kieliszki do win białych uważam, zapewne niesłusznie, za mniej ważne, bo białe wino serwuje się przeważnie schłodzone i skupienie aromatów i tak jest przez to osłabione. Każdy natomiast powinien mieć przynajmniej dwuosobowy zestaw doskonałych kieliszków do szampana, co w zestawieniu z piciem win musujących choć trochę lepszych niż sowietskoje igristoje jest dobrym początkiem prawdziwego delektowania się bąbelkami.

Nie ma oczywiście nic złego w piciu wina ze szklanek, a tanie winko stołowe nawet warto pić z prostych naczyń, żeby nie wyglądać, jak gdyby się celebrowało mistyczną chwilę spożywania Sofii albo Kagora. Winu nie przybywa wartości od dobrego szkła, chodzi o to, żeby nie odebrać mu jego własnej, jeśli ją rzeczywiście ma.

W zestawie z pompkami do wina (produkuje je kilka firm) dostaje się od razu kilka korków, co daje możliwość otwarcia kilku butelek na raz i zrobienia degustacji

Korek próżniowy  pomaga zamknąć niedopitą butelkę wina i wypompować z niej powietrze, dzięki czemu w butelce pozostanie na dłużej wino zamiast octu. Może mieć dwojakie działanie: będziesz dzięki niemu pił mniej albo więcej. Jeśli, kiedy masz ochotę na wino, ale nie masz towarzysza do picia, rezygnujesz z otwarcia butelki (żeby się nie zmarnowało), dzięki takiemu korkowi będziesz mógł skusić się nawet na jeden kieliszek do obiadu. Jeśli zaś w analogicznej sytuacji decydujesz się na wypicie całej butelki, korek sprawi, że nieco łatwiej będzie powiedzieć „stop”. Z moich obserwacji wynika jednak, że w tym drugim przypadku jego skuteczność znacznie spada.

Korkociąg. Jeszcze parę lat temu kręciły mnie (gra słów niezamierzona) korkociągi gadżeciarskie – nawet na prąd. Ale ponieważ sezonuję się zamiast starzeć, dojrzałem do dobrego „barmańskiego” korkociągu działającego na zasadzie dźwigni, który z francuskiego zwany jest trybuszonem, a powinien – trybuszonem dwustopniowym. Słowo to zupełnie słusznie kojarzy się ze średniowieczną machiną oblężniczą i nawet ma podobną funkcję, jeśli wyobrazić sobie, że korek to odmiana fortyfikacji. „Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię” – wołał podobno Archimedes. Gdyby obiecał poruszyć korek w butelce wina, byłoby mu łatwiej – za punkt oparcia służy wtedy brzeg szyjki butelki. Korkociągi barmańskie nie mają tej młodzieńczej gadżeciarskości, ale fajne są naprawdę fajne. I analogowe, co dodaje im splendoru.

Książki, a nawet atlasy o winie są oczywiście mniej ważne, niż samo picie, ale poczytanie o szczepie, regionie czy rodzaju wina, które właśnie pijesz, może pomóc zidentyfikować, co ci się w nim podoba. Na dłuższą metę to się opłaca. Język mówienia o smaku nie jest językiem naturalnym i często nasza pamięć do zapachów przechowuje wyobrażenia, których nie jesteśmy w stanie bez treningu połączyć z pojęciami słownymi. Na szczęście większość tej  pracy inni zrobili za ciebie, skorzystaj więc z ich wiedzy, zamiast uważać to za obciach. Odwagi. Łyk wina. – Ach, no tak. Aromaty skóry i garbniki. Wpadłbyś na to sam z siebie?

Napinka, a właściwie jej brak. Sommelierzy rzeczywiście stworzyli wspólny język, którym rozmawiają o smaku wina, ale jeśli nie czujesz się na siłach, by przełożyć wrażenia podniebienia na ich słowną konceptualizację, daruj sobie. Trening czyni mistrza (→Nos), a nagrody spotykają cierpliwych. Pij, nie pierdol.

Najmodniejszy ostatnio notatnik na świecie ma także wersję do notowania win. Nie ma to jednak jak spontanicznie prowadzony dzienniczek bez rubryk do wypełnienia

Nos i pamięć. Przysłowie mówi, że kłamcy potrzebują dobrej pamięci, więc jeśli chcesz kłamać, że znasz się na winie, musisz pamiętać, co o nim mówiłeś rok temu. Jeśli zaś chcesz nauczyć się odnajdować w winnych smakach więcej prawdy, musisz pamiętać, co o poprzednich winach nie tyle mówiłeś, co myślałeś. Robienie notatek może wydawać się przesadą (mi ciągle się wydaje), ale krytycy wszystkiego – win, kin, obrazów czy zrazów – zawsze robią notatki. Smak znika z ust raczej prędzej niż później (choć o jakości wina świadczy m.in. to, jak długo się w nich utrzymuje), a, jak mówi inne przysłowie, scripta manent, czyli że notatki zostają. Oczywiście możesz zdać się na notatki, które ktoś wcześniej zrobił dla ciebie (→Książki), jednak dotyczą one nie twojego nosa, nie twoich ust, win i przeżyć.

Sommelier w restauracji naprawdę potrafi pomóc dobrać wino, przytemperuj go tylko, jeśli będzie dzielił włos na czworo. Jeśli chcesz iść z nim w zawody, możesz próbować się mądrzyć albo chociaż dorzucać swoje trzy grosze, ale bądź szczery przed samym sobą: czy potrafisz to robić bez ryzyka zbłaźnienia się? Jeśli nie, lepiej zamknąć dziób. Zbłaźnić się publicznie jest znacznie mniej honorowo niż choćby dostać w dziąsło na dzielnicy.

Towarzystwo potrzebne jest nie tylko dlatego, że pijacy piją samotnie, lecz także do tego, żeby ktoś skrytykował twoje proletariackie gusta do tanich kwaśnych win z południa Włoch albo lepkich owocowych pryt z Mołdawii. Najnowsze ustalenia francuskich naukowców mówią, że Kartezjusz nie miał wszystkich koniecznych danych, kiedy wysnuwał wniosek o bezinteresowności sądu smaku – tak naprawdę nasz gust kształtuje się pod wpływem tego, co o tych samych rzeczach sądzą inni, więc daj się im wypowiedzieć i nie daj się zagłuszyć.

To dizajnerskie wiaderko Alberta Fernandeza do schładzania utrzymuje niską tempteraturę jeszcze dłużej dzięki otoczce powietrza między przejrzystymi a stalowymi ściankami, a do tego zbiera rosę, która powstaje na ściankach zimnego naczynia

Wiaderko na lód do podtrzymywania chłodu ulubionych białych win w upalne dni podczas grillów i pikników (oraz na kiczowate nieco, ale i tak przyjemne, romantyczne wieczory z szampanem) dodaje i smaku, i lansu. Dodatkowo, przy zgoła innych okazjach, nie trzeba dzięki niemu ganiać ciągle z wódką do zamrażarki, więc inwestycja zwraca się podwójnie. Oprócz lodu wlej do wiaderka lodowatej wody dla poprawienia efektu. (Po edycji: jak zauważa życzliwy komentator Artek, wiaderko to zwane jest coolerem barmańskim. Niech was jednak nazwa nie zwiedzie, nie ma w nim nic barmańskiego i można go używać w dowolnych okolicznościach przyrody, z których szczególnie polecam pikniki w upalne dni).

Wważny aforyzm na koniec, którego autorem jest Julian Tuwim: „Kieliszek trzymamy wyłącznie za nóżkę. Najpierw nóżka, potem – do brzuszka”.

Jak pić (torfową) whisky

Love it or hate it – powiedział Tomek, wyjmując flaszkę silnie torfowej szkockiej. Każdy mężczyzna powinien rozwiązać tę alternatywę

Jesteś sumą ludzi, których spotkałeś. Ta suma nie jest stała, przeważnie rośnie powoli, ułamek po ułamku, ale raz na jakiś czas zdarza się natychmiastowy zysk, który sumę tę zwiększa z dnia na dzień. W moim przypadku z piątku na niedzielę, kiedy miałem pierwszy raz okazję pić z Milerem, który pije z głową.

Tomka, który nie tylko pije, lecz także uczy pić, sprowadziły do Warszawy nasze wspólne interesy. Kanapa była akurat wolna, więc zaproponowałem mu nocleg, a on zrewanżował się namiastką degustacji. Z walizki mojego gościa wywędrowała w połowie pełna (lub w połowie pusta) butelka laphroaig, a z mojego barku dołączyły do niej auchentoshan i pełnoletni glenfiddich.

Starałem się zawsze dobierać dla siebie whisky łagodne, niepotrzebnie chyba założywszy, że są lepsze na start. Może i są zresztą, ale nie na tyle, by budować ich kolekcję. Byłem niesłychanie zadowolony z bardzo łagodnego auchentoshana i widok butelki laphroaig, uznawanej za jedną z najbardziej torfowych whisky szkocji, napawał mnie obawą.

Po przejściu całej drogi muszę powiedzieć, że odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta i w pewnym sensie pesymistyczna: pić whisky należy pod kierunkiem osób bardziej doświadczonych. Dochodzę do tego wniosku, bo już wcześniej wszystko robiłem tak, jak należy, ale w czasie naszej piątkowej degustacji przeniosłem się w zupełnie inne rejony smaku i świadomości rzeczy.

Już wcześniej piłem więc whisky z kieliszków tulipanowych lub koniakówek, ogólnie czegoś, co przymyka alkohol od góry i uwalnia skoncentrowany bukiet wąskim otworem. Tumblery, czyli tak kojarzone z whisky niskie szklanki w kształcie walca, nadają się raczej do czegoś, czego aromat żegnamy bez żalu, głównie whisky mieszanych. Jeśli chcesz poznawać gatunkowe alkohole starzone, zaopatrz się w coś lepiej dostosowanego. Koniakówki nie są błędem, a łatwiej je dostać w sklepie. Tulipany wydają się wzorcem, ale i do nich trzeba się przekonać, bo mają naprawdę wąski wylot i picie z nich whisky nie jest takie, jak na filmach.

Przedpołudnie dnia następnego przebiegało pod hasłem "czym się strułeś, tym się lecz". Na pierwszym planie czerwone skarpetki im. Leopolda Tyrmanda. Fot. Damian Kot

Wielu z nas ma przed oczami obraz znawców i „znawców”, którzy będą tyle czasu patrzeć i wąchać, a później pretensjonalnie płukać usta alkoholem, aż wszystkim się znudzi patrzenie na ich przemądrzałe gesty. Niektóre z nich są jednak warunkiem czucia czegokolwiek w ustach, bo przecież o odkrycie smaku właśnie chodzi. Podobnie jak w wypadku win, także i starzone alkohole noszą w sobie brzemię warunków, w których powstawały i dojrzewały i różnią się od siebie w niewiarygodnym stopniu. Tylko i aż na tym polega hobby picia, degustowania i porównywania.

Pierwszym po nalaniu gestem znawcy jest rzut oka na alkohol w kieliszku i to, jak spływa po ściankach. Prawdę mówiąc, jeśli w ogóle potrzebujesz czytać ten tekst, nie powinieneś oczekiwać, że cokolwiek dojrzysz w torze, po którym whisky ścieka po szkle. Mógłbyś bez żalu pominąć ten etap, ale i tak musisz, to znaczy MUSISZ, przygotować nos na nadejście Mocy. Temu właśnie – działaniu mocnego alkoholu na śluzówkę nosa – służy kilkukrotny i powolny niuch alkoholu. Zbliżaj szklaneczkę do nosa, wciągaj powietrze i odsuwaj źródło zapachu. Zmysłowy szał już się zaczął i możesz myśleć o zapachach i skojarzeniach, jakie przywodzi ci na myśl whisky. Zamykanie oczu służy temu, by „moc obliczeniową” mózgu, zazwyczaj pochłanianą przez wrażenia wzrokowe, skierować na inne rejony – w tym wypadku węch i wyobraźnię. Znacznie więcej pretensjonalnych zachowań, niż nam się wydaje, ma swoje korzenie w racjonalności.

Nie są to kryształy Blake'a Carringtona, ale pije się z nich przednio. Fot. Whiskeyglass.com

Daj sobie dłuższą chwilę na to wąchanie. Jest co odwlekać w czasie, bo w kolejności nastąpić musi rzecz nieprzyjemna: pierwszy łyk. Bo musisz coś wiedzieć o whisky: to alkohol. Czterdziesto-, czasem nawet pięćdziesięcioprocentowy. Udawanie, że nie pali w język to najtańszy rodzaj twardzielstwa, taki z osiedlowej siłki. Ocenianie whisky po tym, że pierwszy łyk wstrząsa ciałem i stawia mózg w poprzek, również do roztropnych nie należy. Pierwszy łyk służy do rozlania po języku, dokładnie i powoli, nawet za cenę drgawek i strojenia głupich min. Ciało ma być przygotowane.

Bo picie to dialog z ciałem. Ono dobrze wie, że alkohol to trucizna (a, przyznaję to niechętnie, jest to przede wszystkim trucizna). Dlatego wysyła do mózgu sygnały, że jest niedobry, be, wypluj to. Dlatego degustowanie alkoholu jest tryumfem ducha nad materią i dlatego breezery, gdzie smak alkoholu jest zamaskowany, są niemoralne (choć funkcja upijania dziewczyn nieco je usprawiedliwia). Smak nabyty, czyli odnalezienie wieloznacznej rozkoszy ukrytej w gorzkiej otoczce, to właśnie ten proces walki ducha z ciałem.

Wracamy na Ziemię. Pamiętaj, że płucząc język mocnym alkoholem chcesz zahartować, a nie wypalić sobie kubki smakowe. Dopilnuj, żeby płyn dotarł do każdego zakamarka na języku, ale w żadnym nie trzymaj go na tyle długo, by ryzykować uszkodzenia. Za chwilę poczujesz być może wanilię, cytrusy albo pieczone jabłka, delikatne i finezyjne smaki, więc potrzebujesz kubków smakowych w pełnej gotowości.

Dopiero drugi łyk jest pierwszym. Zaczerpnij go zdecydowanie i pomyśl chwilę o smakach, których dostarcza. Smaki whisky biorą się, tak w skrócie, z użytego do produkcji alkoholu surowca, procesu destylacji, beczki i miejsca leżakowania. Każdy z tych elementów zostawia po sobie nie tylko skojarzenia i marketing, ale też prawdziwe substancje, których zapachy występują także gdzie indziej. To dzięki temu ludzie w ogóle porozumiewają się co do smaków: jeśli ktoś mówi „karmel”, to być może pewne estry spotykane w karmelu rzeczywiście się w jego kieliszku znalazły. Naturalną dyspozycją mózgu jest wykrywać rzeczy, na które zwrócono ci uwagę, więc jeśli twój znajomy usłyszy od znawcy: „waniliowa whisky” i mówi: „rzeczywiście, waniliowa”, to nie musi oznaczać, że kolega pozuje, a tak naprawdę powtarza po ekspertach.

Jeśli przewidziałeś na wieczór więcej niż jeden alkohol, uporządkuj otwieranie kolejnych butelek według intensywności ich smaku. Póki nie poznasz kryteriów, posiłkuj się opisami w sieci albo na etykietach. Zastosowaliśmy to kryterium i natychmiast auchentoshan, którego tak ceniłem, okazał się zbyt prosty i bez smaku. Z dojrzalszym glenfiddich było znacznie lepiej, ale to na koniec przygotowana była bomba. Tomek dobrze wstrząsnął butelkę laphroaig i otworzył ją dobre pół metra od mojej twarzy…

Świadomość tego, że nie jestem na brzegu zimnego morza Północy odzyskałem z pięć sekund później. Dym, lizol i wodorosty – to podsumowanie, na które wpadłbym bez szkolenia. Odpowiedź na kluczową kwestię – love it or hate it – zostawiłem do powrotu z dalekomorskiego rejsu, na który wybrała się moja psychika. Kiedy wróciła, dała mi zielone światło. Degustacja była zakończona, bo piliśmy już ze wszystkich przewidzianych do niej butelek. Każdy został przy swojej ulubionej i muszę przyznać, że narzucona przez whisky dynamika picia w dalszej części wieczoru niezwykle przypadła mi do gustu. Dużo można zakładać o dziewiętnastej, ale to tak naprawdę wybór alkoholu na wieczór determinuje przebieg imprezy. Inaczej upaja wino, inaczej wódka, a inaczej whisky (piwo też, o ile w ogóle bierzesz je pod uwagę). Inna jest rozmowa, inne emocje, inne poranki.

Z uwag technicznych: po każdej whisky płucz szklaneczkę i usta wodą. Jeśli nie wierzysz, jak olbrzymi wpływ na smak następnej whisky może być poprzednia w tej samej szklance, nalej sobie whisky rano, kiedy nie piłeś, do szklanki, zlej z powrotem do butelki i przekonaj się, jak długo utrzymywał się będzie poprzedni aromat. Ci, którzy poważnie myślą o alkoholu, często decydują się na robienie notatek, które przechowają na dłużej doświadczenia z trunkami i pozwalają usystematyzować wiedzę. Ja takich nie robię, ale tego wieczora uczyniłem wyjątek. Oto efekty:

Wobec morskich aromatów laphroaig, bateria butelek okazała się baterią nadbrzeżną

Oko: widok imprezy był cudowny. Bateria butelek (degustowaliśmy trzy, ale na stole, w zapasie, stały jeszcze burbon i starkus od Kozuby i synów), a do tego, bez napinki, jakieś czipsy, skibki ciemnego chleba (idealna przekąska do whisky) i dwóch, zdecydowanie overdressed panów upajających się (metodycznie!) drogą wódą.

Nos: podpowiada mi, że to początek nowego rozdziału w życiu i w barku. Odkładam na półkę bajeczki o whisky dla początkujących – możesz na to mówić „smak nabyty”, ale tak naprawdę on jest w tobie (albo nie) i trzeba tylko pozwolić mu wyjść. Serio, nie uważasz chyba łososia za entry level do owoców morza, co?

Usta: pełne wyraźnych i niezwykle zaskakujących smaków. Zaskakujących niekiedy w dwóch wymiarach: tym, że w ogóle znalazły się w alkoholu i tym, że wydają się smaczne, ciekawe, a nie odrzucające. Tym, jak wyraźnie różnią się dziś od siebie whisky, które jeszcze wczoraj uważałem za zbliżone i łagodne. Tym, że pieczona gruszka na etykiecie osiemnastoletniego glenfiddicha to nie marketing ani propozycja serwowania, ale najlepsze syntetyczne ujęcie tego, co kryje się pod warstwą gorzkiego smaku alkoholu.

Finisz: łatwy do przewidzenia. Doczołgałem się do łóżka z kłębowiskiem myśli, nie dowierzając, że upiłem się single maltem, który jeszcze dzień wcześniej wydawał mi się alkoholem na jedną szklaneczkę raz na jakiś czas. Obudziłem się zaś wciąż z posmakiem soli morskiej na spękanych wargach, tych nadmorskich aerozoli, które wzbijają się w powietrze, kiedy kilka metrów od ciebie roztrzaskują się z hukiem fale lodowatego oceanu. I wiem już, że chcę wracać na to morze, a butelka laphroaig nie pozostanie na długo jedynym torfem w moim barku.

Ostatnie prezenty

Jeszcze nie wszystkie prezenty gotowe? Trzy minuty planowania oszczędzą trzech godzin zbędnej gonitwy po zatłoczonym mieście

Ostatnie dni przed świętami mają dwa oblicza. Z jednej strony dla mnie zawsze był to piękny czas spotykania ze znajomymi, których niebezpieczne prądy zawiodły na obce wody, ale ze względu na rodzinny charakter zbliżających się świąt zjechali na kilka dni do Warszawy. Zarabiają więc na mnie nie tylko sklepy z upominkami, lecz także kawiarnie i różnej maści stołówki. Z drugiej strony ostatnie dni przed świętami są jak sprint na ostatnich metrach przed metą. Koniec już blisko, ale to ostatnie, mordercze napięcie w pogoni za prezentami potrafi zaboleć.

Jeśli ciągle nie masz wszystkich prezentów, oto co może ci się udać upolować w ostatnich dniach. Na pełnych obrotach działają pewnie wszystkie sklepy, ale stacjonarne, rozreklamowane sieci na pewno mają przewagę nad internetowymi drobnymi biznesami, zwłaszcza na tej ostatniej prostej. Za cenę dreptania w miejscu w kilometrowych kolejkach i problemów z autoryzacją kart płatniczych przez przeciążone łącza banków, możesz spróbować jednego z tych nietypowych upominków:

Ałun ma ostatnio świetny pijar i pewnie niedługo będzie powszechny nawet w hipermarketach. Słabo znam francuski, ale jego nazwę pierre d'alun powinno się chyba wymawiać pier-d-alę. Fot. alepia.com

Tematem, na który można przelać hektolitry atramentu, jest golenie. Jeśli osoba, którą chcesz obdarować, ma zwyczaj zdzierać maszynką starość i śmierć z twarzy, wbrew pozorom pole do popisu jest tu ogromne. Na półkach sieciowych mydlarni (oczywiście na tych półkach na wysokości łydki, na regałach przy wejściu na zaplecze), da się dostać cały asortyment sprzętu nawigacyjnego do odkrywania nowych światów golenia. Pierwszym przykładem mogą być gotowe zestawy upominkowe: rogowe maszynki do golenia, w których wszystko jest staromodne, oprócz „interfejsu”: stosuje się do nich najnowocześniejsze ostrza od popularnych maszynek znanych producentów. W zestawie możesz też dostać pędzel do golenia i specjalny statyw do zawieszania tych utensyliów. Mi osobiście wydaje się to najgorszy pomysł z tej kategorii, ale możliwości są tysiące. Golić się można nie tylko pianką, nawet nie tylko kremem (co już jest bardziej staromodne), lecz także mydłem do golenia, a nawet oliwą. Spośród narzędzi do wyboru są maszynki na tradycyjne żyletki i brzytwy. Nieumiejętność w stosowaniu ich naprawiamy ałunem. Przynajmniej część z tych rzeczy znajdziesz w ofercie sieciowych perfumerii. Zaryzykuj je na prezent – trafisz, nie trafisz, ale zawsze dasz możliwość wypróbowania.

Kolejnym nie takim trudnym do kupienia za pięć dwunasta akcesorium jest coś ostrego. Typowo: nóż. Występują w wielu wariantach i, podobnie jak zegarki, można je dobierać do ubrań. Pomyśl więc o stylu obdarowywanego: może średniej wielkości, masywny składany nóż z blokadą ostrza i klipsem do noszenia w kieszeni będzie pasował do jego nieodłącznych dżinsów? A może do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że także do garnituru robi się lekkie, składane nożyki, które nie obciążą kieszeni ani nie wypchną marynarki, ale pozwolą łatwiej otworzyć list albo paczkę emenemsów?  Jest jeszcze cała gama scyzoryków włącznie z multi-toolami, które za centralne narzędzie mają nie ostrze, ale całkiem użyteczne kombinerki, innymi słowy, dla każdego coś dobrego. I mówiąc „każdego” naprawdę mam to na myśli. Nie ufam mężczyznom, którzy nie ucieszyliby się z noża.

Kto powiedział, że mężczyźnie nie można dać tulipana? Fot. Whiskyglass.com

Szkłem także można się skaleczyć, ale, co jest w nim szczególnie fajne, wcale nie trzeba. Można zrobić sobie nim za to krzywdę w przyjemniejszy sposób, np. nadużywając za jego pośrednictwem alkoholu. Zestaw szkła to także wygodny i uniwersalny prezent, bo zawsze możesz znaleźć model kieliszka, którego obdarowany jeszcze nie ma (o ile nie jest kolekcjonerem). Prawdziwy snobizm wymaga bowiem innych kieliszków do białego, czerwonego, koniaku, whisky, piękne są kieliszki do burgunda, cudnie pije się wino Gruner Veltliner z ciężkich szklanek bez nóżki o pojemności ok. 150 ml, świetne są angielskie szklanki do piwa, lekko rozszerzające się, z „garbem” w górnej części. Tych ostatnich nie udaje mi się od dłuższego czasu znaleźć, ale wiele ciekawych i nietypowych szkieł w całej palecie możliwych cen widywałem podczas niedawnych spacerów po galeriach (handlowych, kretynko!).

W ostatecznym rozrachunku wszyscy mężczyźni to jednak gadżeciarze, choć potrafią się dość skrajnie różnić swoimi fetyszami. Dlatego jeśli adresat twojego prezentu zawsze ma kieszenie pełne różnych rzeczy, po prostu szukaj na nie futerałów. Klucze, karty, wizytówki, pióro, lecz także krawat w podróży, okulary, ajpod, ajpad, ajfon, ajmak, aj, waj, czego to ludzie w skórę nie oprawią. Plastikowy odtwarzacz muzyki w egzotycznej skórze wygląda co prawda trochę jak szylkretowa oprawka na żyletkę Gilette z czterema ostrzami (czyli: jakby udawała coś, czym nie jest), ale dobrej egzotycznej skóry pewnie i tak nie zdołasz już przed Gwiazdką załatwić. Za to różnych przetworów cielaczka czy innego poczciwego zwierzątka domowego jest na pęczki w każdym centrum handlowym. Wszystko da się zapakować. Zrób to jednak z litością dla kieszeni marynarki obdarowywanego: zbyt wypchane tracą fason.

Jeśli z powyższych propozycji z jakichś przyczyn nie zdołałeś wybrać niczego dla siebie, skorzystaj także, w charakterze ostatniej deski ratunku, z listy pięciu najważniejszych dodatków.