O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.

Zasada Pareta trzymana w szafie

Zostałem ostatnio skonfrontowany z dość wysokim poziomem wiedzy o ubieraniu się: dobór koloru krawata do włosów, a marynarki do karnacji. Jestem trochę przerażony, bo nie znam tych zasad i nie chce mi się ich wkuwać

Na forach, ale na szczęście także poza internetem, można przy odrobinie wysiłku spotkać ludzi, którzy podjęli już swoją „dorosłą” decyzję o przejściu na nowy – moim zdaniem wyższy – poziom ubierania się, a teraz szukają drogi do upragnionego celu. Dobrym pomysłem jest, by robić to z głową i najpierw poczytać coś, choćby na sieci, a dopiero później kupować marynarki i drogie buty. Kiedy jednak zacznie się czytać jedne źródła, a potem weryfikować je u drugich, można pożegnać się z planami zakupowymi, a przywitać – ze schizofrenią.

Zasad jest milion. Jedne mówią o poziomie formalności i dostosowaniu stroju do okazji. Inne – o koordynacji kolorów. Kolejne – o obowiązkach dżentelmena (to musisz mieć koniecznie do pracy, tamto, na spacer po lesie, a jeśli nie spacerujesz, to nazwij „wsią” Łazienki albo cmentarz na Wszystkich Świętych). Bardzo spójny wykład obowiązkowej garderoby dał Macaroni  Tomato, ale i jemu się oberwało: jak można polecić granatowy garnitur osobie o typie karnacji „przedwiośnie” albo „miedź”!?

Miałem ten luksus, że kiedy kupowałem pierwsze marynarki, tego typu rad w polskim internecie zwyczajnie nie było, dzięki czemu w ogóle byłem zdolny coś kupić. Nie były to oczywiście najlepsze inwestycje w tekstylnym świecie, ale gdybym z moją pewnością siebie latał wcześniej sto razy z pytaniem o każdą najmniejszą część garderoby, żeby zbiorowa mądrość oceniła ją należycie, pewnie dalej chodziłbym w bluzach, jak w liceum.

Bo zasad rzeczywiście przez kilkaset lat przechodzenia od cuillotes i kontuszów do jednorzędowego garnituru z krawatem – narosło tysiąc. Jeśli będziesz je próbował wcielać w życie wszystkie i od razu, uwzględniając przy tym realistyczny budżet, sfiksujesz. Na szczęście, jak często w życiu, także i tutaj działa reguła Pareta, która w tym wypadku upomina, że przestrzeganie 20 procent tych zasad odpowiada za 80 proc. efektu. Wystarczy ułożyć te zasady w hierarchię.

A nie jest to ta sama hierarchia, która porządkuje dress code od smokingu z orderami w dół aż do tak codziennych, plebejskich ubrań, jak tweedowa marynarka z chinosami i mokasynami. W moim zestawieniu, myślę, że niezbyt kontrowersyjnym, lista wygląda następująco:

1. Na pierwszym miejscu na pewno dopasowanie. Spójrz w lustro jeszcze raz: jeśli miejsce wszycia rękawów t-shirta masz na wysokości bicepsa, to może powinieneś nosić rozmiar mniejsze? Jeśli twoje jeansy notorycznie strzępią się od tyłu na dole, to nie urok materiału, tylko przesadzona długość. Skoro już przy tym jesteśmy, naprawdę nie ma powodu, żeby rękaw marynarki zasłaniał dłoń i spadał aż do kciuka, jak wierzą wciąż sprzedawczynie w staromodnych sklepach.

2. Z trzech definicji stylu, które zebrał do kupy wielki historyk sztuki Jan Białostocki, najważniejszą jest chyba dopasowanie formy do treści. On nazwał to chyba definicją modalną, ale my nie musimy. Jeśli więc musisz chodzić do pracy w garniturze – nie po raz pierwszy powinieneś czuć się szczęśliwcem: masz łatwo. Jeśli nie musisz – zadbaj, żeby twój casual wyrażał coś poza  „mama nic mi nie wyprasowała, więc na złość jej wyszedłem w piżamie”.

3. Drugą definicją stylu Jana Białostockiego jest „jednolitość jakości artystycznych w obrębie dzieła”. Czy trzeba tu coś dodawać? To nieprawda, że wszystkie buty pasują do dżinsów, jest natomiast prawdą, że złe i brzydkie buty potrafią zepsuć najlepszy garnitur. Prawdą jest też, że gdyby Diabeł z niesmakiem lub bez przekonania ubierał się u Prady, nie zrobiłby większego wrażenia na redakcji Vogue. Noś to, w czym czujesz się dobrze, chociaż niekoniecznie doskonale od pierwszego razu. Pamiętaj o zasadzie hipernadrzędnej: nie tylko whisky jest smakiem nabytym.

Trzy podstawowe zasady i ani słowa o noszeniu jakichś konkretnych ciuchów. No, za wyjątkiem dygresji o garniturowcach, którzy zresztą przecież też się w końcu przebiorą w coś, w czym można wziąć kota na kolana albo postać przy grillu. Oczywiście, te trzy zasady to jeszcze nawet nie 20 procent wszystkich istniejących (wiedziałeś, że kieszonka biletowa z patką obniża formalność marynarki o dwa poziomy, a buty sznurowane na pięć dziurek są bardziej klasyczne od tych na cztery?), ale przyłóż się do ich stosowania, a możesz mieć pewność, że urośniesz o 80 proc. ponad poziom ulicy.