Buty, głupcze!

Ile dżentelmen ma par butów i z czego? Dżentelmen ma tyle par butów, ile da radę kupić, z czego większość skórzanych

Brak tematu o butach mógł się już rzucić w oczy niektórym czytającym koneserom. O ile bowiem prawdą jest, że powinno się ubierać, żeby żyć, a nie żyć, żeby się ubierać, to niezależnie od wybranej drogi ubieramy się po to, żeby wytworzyć między kostkami nóg a szyją jakiś poziom napięcia, spajającego dwa podstawowe elementy: twarz i buty. W tej właśnie kolejności.

Buty to podstawowy środek do odróżniania mężczyzn od „facetów”, „chłopaków” i różnej innej maści „kolesiów”. Każdy, kto kiedykolwiek przyjrzał się bliżej tematowi, dochodzi w końcu do tego samego wniosku: buty są jak Polska – są najważniejsze. Głupcze.

Nie ma takiego zestawu ubrania, które jest butoodporne, czyli nie da się go spieprzyć przy użyciu brzydkich, brudnych lub źle dobranych butów. Zapewne są za to jakieś zestawy ubrań, których nie da się naprawić doskonałym obuwiem (obstawiam tylko bojówki i polar). W Polsce wyróżnianie się butami jest bardzo łatwe; wszyscy zakładają do każdego zestawu buty sportowe, oprócz może nowej klasy średniej, która preferuje buty do górskich wędrówek. Jest tym łatwiej, że znakomita większość twoich znajomych, kolegów z pracy i przedstawicieli obmierzłej grupy mężów atrakcyjnych koleżanek, ma tylko jedną parę butów, „wielosezonową” i na każdą okazję. To dwa pierwsze nawyki, z którymi należy zerwać.

Nawet kobiety, które coś tam o butach wiedzą, bywają zbulwersowane, kiedy producent poucza je, by nigdy nie nosić jednej pary dwa dni z rzędu. Ta zasada nie powinna zaś wzburzać nikogo: każdy but potrzebuje odpoczynku, co potwierdzą zwłaszcza piechurzy: stopa i jej otoczenie to trudne środowisko pracy, od wewnątrz na buty działa ogromna ilość pary, od zewnątrz – napięcia mechaniczne i tzw. przez inżynierów czynniki środowiskowe, czyli wilgoć, deszcz, drobinki ziemi i kamieni. Ja bym chciał po czymś takim odpocząć, warto więc pozwolić na to i butom. A zatem: co najmniej dwie pary.

Ta uwaga brzmi nieco abstrakcyjnie. Dwie pary butów? A gdzie miejsce na zmianę stylu, pogody, planu dnia? Nawet jeśli nie masz w szafie smokingu, a jedynie jeden uniwersalny, ciemny garnitur wieczorowy, wstyd nie mieć do niego osobnych, ładnych czarnych pantofli. Dwie pary to minimum butów na co dzień. Ale minimum to stanowczo za mało. Z drugiej strony porządne buty potrafią kosztować pensję albo dwie (w zależności od butów i od pensji), więc kolekcja godna Roberta Kozyry (który, nawiasem mówiąc, udowadnia, że liczba par, nawet zawrotna, to jeszcze nie wszystko) nie jest taka łatwa do zgromadzenia. Rozwiązanie tego dylematu czai się w podręczniku do matematyki dla drugiej klasy szkoły podstawowej: buty dzielimy na drogie i tanie, a kupować należy z obu tych półek.

Przypomnij sobie zasadę Pareta. A teraz wyobraź sobie szafkę na buty, wśród których dwadzieścia procent najdroższych, kupowanych przez lata (i wystarczających na lata) modeli pochłonęło 80 procent budżetu, który posłużył do wypełniania tej szafki. W garderobie o wartości dziesięciu tysięcy złotych (nie musisz ich wydawać od ręki) masz osiem par butów o wartości tysiaka i czterdzieści par bucików o wartości… no dobra, przyznaję – wybrałem kwotę 10 tysięcy, żeby łatwiej mi się liczyło, ale liczyć i tak mi się nie chce. Reguła Pareta is more like guideline anyway – fajną kolekcją butów wydaje mi się taka, w której kilka klasycznych modeli na pięknym kopycie, błyszczących i ponadsezonowych, uzupełnianych jest przez paletę „kapciuszków” (np. zamszowe mokasynki na kołeczkach – driving mocs, buty pokładowe – deck shoes, chukka – sam długo myślałem, że po polsku to osiołki) itp. Te ostatnie mogą być we wszystkich kolorach tęczy, wygrzebane z koszy na wyprzedaży i kupione z myślą „a co mi tam” – przecież jeśli będziesz ich miał dwadzieścia par, każde założysz góra kilka razy do roku. Ale to one odpowiedzialne są za wrażenie przepastnej szafki z butami.

I za coś jeszcze. Przez ostatnie lata wzrastałem w przekonaniu, że dobre, doskonałe, drogie, klasyczne i ponadczasowe buty to coś, na co zwracają uwagę wszyscy. A zwłaszcza kobiety. „Buty – zęby – paznokcie, w takiej kolejności” – mówili. Guzik prawda. Kiedy po raz pierwszy szlifowałem bruk w nowych penny loafers od J.M. Westona, butach pięknych i renomowanych, szedłem chyba z pół metra nad ziemią, patrząc wszystkim w oczy, szukając w nich tego podziwu. I doczekałem się go… następnego dnia, kiedy przyszła kolej na czerwone zamszowe kapciuszki, bezfirmówki z outletu za raptem kilka złotych.

Co, oczywiście, nie przeczy tezie numer jeden: buty naprawdę są w stanie w pojedynkę zmienić wydźwięk całego zestawu, a ładne buty noszone konsekwentnie – całego osobistego stylu. W to nie można przeinwestować. Jednak jeśli spodziewasz się otwartych hołdów i nabożnych spojrzeń, oczekuj ich raczej ze strony garstki innych koneserów, niż ogółu napotkanych niewiast. Uprzedzałem.

Bez względu na to, który wariant stylu przyjąłeś – zostajesz przy dżinsach, czy uderzasz w garnitury (lub odwrotnie), zacznij od butów i zawsze traktuj jak szczególny segment swojej garderoby, a jeśli masz dopieszczać tylko jeden – niech to będzie właśnie ten. To na nich wszystko stoi – dosłownie i w przenośni.

O pierwszych wrażeniach

Bądź ostrożny przy stwarzaniu pierwszego wrażenia. Możesz je wywrzeć tylko raz

Stało się. Przegrałem jedną z bitew wielkiej stylistycznej kampanii, poległem na najprostszej pułapce: „co pan taki elegancki”, z ust rozmówczyni na spotkaniu, nazwijmy to w uproszczeniu, biznesowym. Ale przyznaję się bez bicia – dałem się podejść jak uczniak. Poprzednie spotkanie, pierwsze w serii, zaplanowałem na dzień, kiedy byłem umówiony na wywiad. A razem z wywiadem – zdjęcie rozmówcy. Więc – na ramię kilkukilowa torba ze sprzętem fotograficznym. Bóg raczy wiedzieć, czy przyjdzie klęknąć, czy gdzieś się wspiąć, wpakować łapy w jakąś dziurę albo wczołgać pod mebel – czego się nie robi dla dobrego ujęcia. A zatem – dżinsy. A jak dżinsy, to bez krawata. I sweterek zamiast marynarki – żadna konstrukcja, czy szyta, czy klejona, nie wytrzyma na dłuższą metę katowania torbą na ramię z kilogramami obiektywów. To od lat źródło moich kompromisów stylistycznych.

Koszula pod swetrem, dobrze dopasowane ciemne dżinsy (w kroju chinos) i zamszowe buty na naprawdę ładnym kopycie. Niby – całkiem estetycznie, skoro wszystko we właściwym rozmiarze i blisko figury; nie ma się czego wstydzić. A dzisiaj – zaledwie – koszula w kratkę, jedwabny krawat knit w kolorze lilaróż i szara marynarka sportowa z ekstrawagancką jedwabną poszetką drukowaną w fioletowo-różowy paisley. Mocno kontrastujące granatowe spodnie. Do warzywniaka może tak nie wychodzę, ale już do centrum handlowego – jasne. Wszędzie, gdzie nie jadę przerzucać węgla albo… nosić torby z aparatem.

Morał tej historii następuje szybciej, niż zazwyczaj: nigdy nie waż się niedoceniać pierwszego wrażenia – możesz je zrobić tylko raz. NIE MA takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby pobłażanie sobie w kwestii ubioru. Tym, którzy już cię znają, nie musisz się tłumaczyć. Oni wiedza, że zawsze jesteś elegancki i pod krawatem, a jeśli akurat nie jesteś pod krawatem i elegancki – patrz punkt pierwszy. Ale jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy w tym dołku bycia underdressed, może ci nie uwierzyć już nigdy.

Konsekwencje praktyczne są zaś takie: bez krawata – najdalej do warzywniaka. Elegancka piżama i szlafrok są równie konieczne, jak garnitur wizytowy – żeby znajomi, którzy wpadną na śniadanie nieco za wcześnie, nie złapali cię nigdy z opuszczoną gardą. I strój domowy – oczywiście trzeba go mieć, żebyś nie musiał rozwalać się w ulubionym fotelu w ulubionych spodniach z kantem. Ale zadbaj, żeby nie składał się z bawełnianego dresu i tiszerta z napisem „Seks instruktor – pierwsza lekcja gratis”. Ostatecznie jeśli jesteś lub zamierzasz dotrzeć na parnas elegancji gdzie człowiek czuje się komfortowo,  kiedy  jest dobrze, a nie wygodnie, ubrany – elegancka podomka i rzeczy do włożenia na siebie „na już” będą podstawą domowego relaksu.

Co prowadzi do obserwacji natury jeszcze bardziej ogólnej. Przeglądam czasami z nudów literaturę poradnikową dla przyszłych „ludzi sukcesu”. Tego typu książki, sprzedawane zazwyczaj przez cwaniaków ludziom smutno naiwnym, są zaprzeczeniem prawdziwej literatury dotyczącej savoir vivre’u (która interesuje mnie w nie mniejszym stopniu). W którejś z tych ponurych, „skazanych na sukces” książeczek z cyklu „jak zostać człowiekiem sukcesu w weekend”, przeczytałem zasadę: człowiek sukcesu nigdy nie oddziela życia prywatnego od zawodowego networkingu. Co, mimo wszystkiego złego, co sądzę o tego typu literaturze i serwowanych przez nią zasadach, jest zasadniczo prawdą. Jeśli pracujesz w korpie i oddzielasz grubą kreską kontakty zawodowe od prywatnych, dla tych pierwszych masz marynarkę i krawat, a dla drugich – tiszert reklamowy i wystrzępione dżinsy… cóż, widocznie korp ma w tobie wielkiego fana sprzedawanego przez siebie lajfstajlu.

Co się tyczy mnie, raz w życiu dostałem pracę zgodnie z „procedurami”, zatrudniony przez nieznajomego pracodawcę na podstawie przesłanej cefałki. Była to pod względem warunków zatrudnienia najgorsza praca, jaką miałem okazję wykonywać. Wszystko, co w moim życiu zawodowym lepsze – a ostatecznie mam przecież jakieś życie zawodowe – przychodziło i będzie mam nadzieję przychodzić dalej ze strony osób, których w życiu nie określiłbym jako „rokujące”. Część z nich to po prostu przyjaciele – dla nich oczywiście jestem piękny i młody nawet blady jak ściana na apokaliptycznym kacu. Ale ta część – znajomi znajomych, kontrahenci kontrahentów, ludzie, którzy zwracają się po radę do tych, do których i ja się po nią zwracam – to jest sól tego ziemskiego biznesu. Większość z nich nie wie, że potajemnie interesujesz się ciuszkami, czytasz blogi modowe i wzdychasz nocami do drogich krawatów. Jak cię widzą, tak cię piszą, i to właśnie zrobienie na nich tego pierwszego dobrego wrażenia jest kluczowe. Ja zaliczyłem ostatnio wpadkę i na pewno wyciągnę właściwe wnioski.

PS. Po wielu próbach znalezienia odpowiedniej ilustracji do tego tematu, zdecydowałem się wrzucić po prostu pierwszą fajną rzecz, która przyjdzie mi do głowy i rzeczą tą jest jeden z odjechanych portretów Hitchcocka. Gdyby ktoś miał ciekawy pomysł na połączenie ilustracji z tematem, chętnie wysłucham. Ja nie mam – każda kreatywność ma swoje granice.

Chrupka koszula w 9 krokach

Szukam po internecie zdjęć prasujących mężczyzn. Łatwo nie jest, ale i tak wierzę, że prasowanie koszuli to czysto męskie zajęcie

Na zakończenie koszulniczej trylogii kilka uwag dotyczących prasowania, które mogą się przydać. Nie moja rzecz omawiać temat bardzo szczegółowo, bo w gruncie rzeczy nie ma o czym gadać. Warto tylko wspomnieć, że:

1. Jeśli prasujesz tylko jedną, góra dwie koszule na najbliższy dzień-dwa, nie zwiędnie ci ręka ani korona z głowy nie spadnie. Oczywiście, można poprosić o to kobietę, ale jej motywacją będzie albo „żeby już mieć z głowy”, albo „żeby wyglądał w tym sexy”. Twoją motywacją jest zaś: „żeby koszula była wyprasowana jak należy” i to jest podejście jedynie słuszne, eleganckie, idealistycznie i absolutnie niezrozumiałe dla kobiet.

2. Prasowanie koszuli da się idealnie pogodzić z różnymi innymi trudnymi obowiązkami, takimi jak oglądanie ulubionego serialu (jeśli są to Mad Men albo Boardwalk Empire, może wystapić efekt synergii), Poważne Rozmowy o Życiu („Mógłbyś wreszcie spojrzeć na mnie a nie na tę pieprzoną koszulę!?”) albo picie wina z przyjaciółmi („Widzisz, on to sobie sam prasuje koszulę i to jak dokładnie!” – które to zdanie wyjaśnia, dlaczego mam znacznie więcej koleżanek niż kolegów).

W mojej skromnej opinii prasowanie koszuli w ogóle nie podpada pod pojęcie sprezzatury. Doktor House nosi zawsze taką wymymłaną i byłby bez tego niewiarygodną postacią, ale tak poza tym wszyscy wiedzą, że uprasowane koszule skądś się biorą (mogą się brać z pralni, ale dla rzeczy lepiej, jeśli będą często prane w pralce, a nie chemicznie) i znacznie wygodniej jest uczynić z prasowania swój znak rozpoznawczy, niż wygładzać poły koszuli pokątnie, w ukryciu przed światem.

Czasem myślę też, że tylko dzięki temu, że gdzieś skanalizowałem swoje pedantyczne zapędy, nie eksplodowały one we mnie w postaci jakiejś nerwicy natręctw i nie muszę teraz dosikiwać do siedmiu, jak pewien znany bohater filmowy. Pedantyzm w prasowaniu koszuli w ogóle odwala dwie trzecie roboty, a pozostałą jedną trzecią załatwią internetowe tutoriale. Tutaj tylko podsumowanie tego, co znajduje się w nie każdym z nich.

1. Większość bawełnianych koszul nie spali się od tego, że ustawisz temperaturę na **** (Len). Jednak może to prowadzić do brzydkiego wyświecania się materiału. Ustaw dobrze grzejące żelazko na „niecałą” bawełnę, czyli trochę przed ***. Dużo roboty ci to nie przysporzy.

2. Suchą koszulę można spryskać spryskiwaczem przed prasowaniem, a później, na czas rozgrzewania żelazka, włożyć zwiniętą do torebki foliowej, żeby wilgoć rozeszła się równomiernie. Można też prasować jeszcze wilgotną (lekko!) po praniu.

3. Kołnierzyk prasuj jako pierwszy i na lewej stronie. Wzdłuż brzegów kołnierzyka mogą się robić zaprasowane zmarszczki. Jeśli będziesz je miał od dołu, zobaczą je tylko świadkowie wiązania krawata. Bo oczywiście wiesz, że wyjście z domu z postawionym kołnierzykiem grozi reputacją powiatowego macho, prawda?

4. Do prasowania karczku naciągamy koszulę głęboko na zaokrągloną część deski. W sprzedaży są specjalne deski z zaokrągleniem tylko od jednej strony, jeśli taką wolisz. W ogóle narzędzi i gadżetów do prasowania jest tyle, że wystarczy ich by nadać jakiejś godności temu skądinąd mało pasjonującemu zajęciu. Niektórych z nich próbowałem, innych nie, ale prawda jest taka, że szkoda życia na roztrząsanie różnych możliwości doprowadzania koszuli do właściwego stanu.

5. Kanty w rękawach są, moim zdaniem, nieobowiązkowe, ale i niezabronione. Spór o wyższość jednego rozwiązania nad drugim jest przyjemny, ale przystępuj do niego tylko w koszuli wyprasowanej według preferowanej metody. Ostatecznie argumenty żadnej ze stron nie są się w stanie wznieść zbyt wysoko ponad „bo tak”, więc jeśli jesteś nerwowy, żuj korzeń kozłka lekarskiego w trakcie dyskusji, bo nie masz szans jej wygrać. Ja nigdy nie odmawiam sobie kantów. Podkreślają chrupkość odprasowanej koszuli i wkurzają bezkantowców.

6. Mankiety prasujemy jak kołnierzyki, zwracając uwagę na fałdki w miejscu, gdzie wnikają w nie rękawy. Fałdki są potrzebne, żeby zmniejszyć obwód rękawa do obwodu mankietu i warto zaprasować je ładnie, bo tam naprawdę akurat widać.

7. Przed prasowaniem pół i pleców, zapnij ostatni guzik pod kołnierzykiem. Łatwiej wtedy ułożyć koszulę prosto i nie zamiatać czystym mankietem po ziemi. Jeśli prasujesz koszulę z kontrfałdami (czyli tzw. classic fit, o czym wspominam w poprzednim poście), raczej nie zaprasowuj fałd na blachę. Staraj się raczej, na ile to możliwe, wyprasować jak najwięcej materiału i pozwolić fałdce ułożyć się samej.

8. Po wyprasowaniu koszula trafia na wieszak w celu ostygnięcia. Jeden fałszywy ruch i całe prasowanie trzeba będzie komisyjnie unieważniać. Najlepiej oczywiście żeby stygła przez całą noc (o czym piszę w jednym z poprzednich postów).

9. Żeby kołnierzyk ładnie się układał, możesz zaprasować kant w miejscu, w którym ma się łamać. Najlepiej robić to tylko pośrodku kołnierzyka, czyli z tyłu szyi – dzięki temu jego łamanie z przodu będzie wyglądało naturalnie. Ten sam manewr stosujemy w wypadku mankietów na spinki.

Zakończę tutaj, opierając się pokusie wymyślania dziesiątego punktu i nawiązywania tytułem do Dekalogu. To nie dekalog. W ogóle wszystko, o czym tu piszę, to nie dekalog, to raczej proponowana interpretacja przepisów wykonawczych do prawa, które istnieje, ale o którym się nie pisze, bo, jak śpiewał Kaczmarski, mądremu to na nic – głupi nie uwierzy. Pamiętaj o tym, kiedy będziesz próbował spierać się na śmierć i życie o kanty na mankiecie. Albo, kiedy odmówisz komuś bycia mężczyzną, bo chodzi po mieście z postawionym kołnierzykiem koszuli.

Odświętnie na sianku

Rodzinne święta to doskonały moment, żeby ubrać się formalnie, ale trochę inaczej, a nawet z przymrużeniem oka

Święty spokój, chociaż na chwilę. Prezenty kupione, może nawet coś ugotowane, przez lśniące szyby zagląda wieczór. Święta z rodziną potrafią przerażać na różne sposoby: mnie na przykład zapachem zupy grzybowej, którego nie znoszę, a kogo innego – pytaniami o „odpowiednią dziewczynę” i ożenek albo koniecznością wymyślania kilkunastu zestawów spersonalizowanych opłatkowych życzeń. Słowem, zmartwień aż nadto,a tu jeszcze trzeba coś na siebie włożyć.

Święta wydają się doskonałą okazją, żeby poeksperymentować z elegancją. To czas dla rodziny i przyjaciół, rzadko znajdujemy się w miejscach publicznych, a jednocześnie odświętny charakter tych dni nakazuje jakoś tam wyglądać, najlepiej inaczej niż zwykle. Do tego rzadko zdarza się naprawdę skompromitować swoim wyglądem przed rodziną: osobami, które same przebierały cię w czasach, gdy załatwianie czynności fizjologicznych pod siebie w miejscu, gdzie akurat cię położono, było szczytem twoich możliwości. I jeszcze to, że chociaż dalece nie każdy z nas ma w domu kominek wesoło strzelający ogniem z polan, to jednak większość ludzi czuje ciepłą domową atmosferę, podkreśloną przenikliwym chłodem grudnia za oknem, i chce się jakoś w nią wpisywać.

Tu uwaga: zapewne nie w każdym domu garnitur jest na wigilii normą, a, czego by nie mówić, dopasowanie do otoczenia to jeden z kluczowych aspektów dobrego tonu. Skoro już jesteśmy w terminologii muzycznej, zaryzykowałbym tezę, że odchylenie o jedną oktawę w tę czy wewtę to akceptowalna norma dla spotkań rodzinnych i w gronie bliskich przyjaciół. W krawaciarskim towarzystwie przejdzie i mucha (odbierana jako bardziej formalna, czyli oktawę wyżej), jak i otwarty kołnierzyk – oktawę w dół. Dlatego jeśli spodziewasz się, że wszyscy będą w dżinsach i tiszertach, raczej nie bądź bardziej odstawiony, niż w marynarkę, nawet na forum rodzinnym.

Ten sweter Ralpha Laurena nie spełnia w stu proc. moich wymagań, ale pokazuje klasę

Cudowny formalny casual. Zima. Mróz za oknem. Kompot z suszu, intensywnie czerwony barszcz z uszkami, kapusta i prezenty spod choinki. Wszystko, może oprócz prezentów, paruje wilgotnym aromatem świąt, podnosi się temperatura powietrza i emocji. Obok stołu stoi mężczyzna w swetrze z jasnego kaszmiru w naturalnym kolorze, ciemnych, nie za wąskich spodniach w kant z wysokim stanem, brązowych sznurowanych butach, mogą być z zamszu, a niech tam. Biała koszula i ciemny wełniany krawat – może być czerwonawy albo ziemisty, to dobre odcienie na święta. Piękna wizja? To możesz być ty albo ja, w każdym razie takie wyobrażenie towarzyszy mi od paru lat. Jeśli dotąd go nie zrealizowałem, to tylko dlatego, że zakup stosownego swetra kompletnie mnie przerasta. W cenie, jaką jestem gotów i musiałbym za niego zapłacić (a jest ona co najmniej bliska czterocyfrowej – o wartości prawdziwego kaszmiru pisał ostatnio wyczerpująco mr. Vintage), musi idealnie spełniać moje warunki: odcienia wełny, zdobienia wplatanymi warkoczami (po angielsku cable knit), z kołnierzem szalowym (shawl collar, znany także ze smokingów). Nie kupię go przez internet, bo nawet dwa centymetry za długi rękaw zepsuje cały efekt, a poprawka krawiecka w wypadku dzianiny to mission: impossible. Nie raz się już jednak przekonałem, że cierpliwość hojnie nagradza rozsądnych konsumentów, więc czekam. Opisany zestaw to świetny wybór na uroczystości, kiedy nie przewidujesz garniturowo-krawatowego dress code’u. Jest jak skoda superb w roli limuzyny: swój komfort odczuwasz doskonale, ale na „coś się tak wystroił” zawsze możesz odpowiedzieć „no co, przecież jestem w sweterku!”.

Fred Astaire dość dobrze pokazuje, w jakim środowisku najlepiej czuje się odjechana marynarka smokingowa. Dzięki dr. Kilroyowi za tę stopklatkę

Najbardziej odjechanym w dobrym kierunku strojem, który możesz rozważyć, jest marynarka smokingowa lub jakaś wariacja na jej temat. W skrócie: pierwotnie smoking to strój, który przyodziewało się, jak nazwa wskazuje, w palarni, by móc go tam potem zostawić razem ze smrodem tytoniu, który w niego wsiąknął. Dzisiaj kojarzymy smoking z czarną marynarką o błyszczących klapach, ale welwetowe marynarki smokingowe mogą mieć różne kolory. Nie nadają się wtedy na imprezę black tie (chodzisz na takie?), ale świąteczne zimowe wieczory wydają się wręcz wymarzoną okazją, jeśli ktoś odważy się na ten eksperyment. Alternatywą dla mechatej marynarki smokingowej jest jej bardziej nieformalna, jakby eksperymentalna wersja, czyli zwykła marynarka jedno- lub dwurzędowa, najlepiej z klapami w szpic, w którymś z odważnych kolorów. Do klasycznych i pięknych należą butelkowa zieleń i ceglasta czerwień lub bordo. Ja mam taką w wariancie fioletowym, dlatego używam jej raczej na wieczory kawalerskie w klubach z panienkami i nie chciałbym mieszać ich z choinkową atmosferą.

Impreza garniturowa w rodzinnym domu przyprawia cię o skrępowanie? A może po prostu chcesz spróbować w jakiś sposób podkreślić szczególność świątecznego dnia? To prawda, że garnitur daje małe pole do manewru. Oczywiście nie uważam tego za jego słabość, a raczej za siłę, z której nie wiedzieć czemu dzisiejsi mężczyźni są niezbyt skłonni korzystać. Garnitur wizytowy zazwyczaj dość skutecznie broni się przed zabawą konwencją, ale słabymi punktami tej obrony są butonierka, czyli dziurka na guzik na klapie oraz brustasza, czyli kieszonka na piersi. Ta druga służy głównie do noszenia poszetki, za to ta pierwsza…

Zgoda, kojarzy się głównie z wpinaniem oznak różnorakiej przynależności. Zresztą nadaje się do tego celu świetnie, a logo firm, instytucji, miniaturki różnych przedmiotów, jak szpada szermiercza, walter P-99, nawet krzyż harcerski czy, last but not least, Matka Boska, to dobry wybór, o ile faktycznie wyrażają twoją tożsamość lub przynależność. W przeciwnym razie alternatywą jest kwiat (zazwyczaj goździk, nawet w połączeniu z poszetką dla uzyskania efektu combo fatality) lub inne warzywo sezonowe. To jest mój typ na wigilię tego roku. Przedstawiam… jemiołę w butonierce. Ciekaw jestem waszej reakcji, bardziej, niż reakcji rodziny. Siostra i tak powie mi, że wyglądam jak cudak, a ja jej na to, że jest głupia. To taka ciepła, rodzinna atmosfera, bez której nie ma prawdziwego ducha świąt.

Znaczenie poszczególnych elementów jest następujące: biała koszula i ciemny garnitur podkreślają odświętność wieczoru, czerwone i bordowe elementy nawiązują do ciepłej atmosfery i barw krasnoludkomikołaja, ozdoba w butonierce zdaje się kryczeć: "Co za jemioł!"

Na koniec małe post scriptum w nawiązaniu do tego ostatniego. Jesteśmy razem, ja i P.T. Czytelnicy, od stosunkowo niedawna. Statystyki odwiedzin jednak jednoznacznie wskazują, że tak czy inaczej jesteśmy razem, niech więc będzie mi wolno odwzajemnić Wam tę grzeczność serdecznymi życzeniami. By Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, i, jak mawia moja mama, „zdrowia przede wszystkiem”. Sobie zaś życzę, by w przyszłym roku było Was więcej. Nie obżerajcie się zbytnio –gdzieś tam, w przyszłości, czeka na was cała masa dwurzędowych marynarek, które nie zniosłyby poświątecznej oponki. Wesołych świąt!

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.

Okresy przejściowe

Jedna porządna marynarka to za mało, żeby zrobić z mężczyzny mężczyznę dobrze ubranego. A dwie to często za dużo, żeby kupić je w jednym sezonie. Nie jest to jednak problem bez wyjścia.

Przedstawianie ludziom – zwłaszcza bliskim i znajomym – nowego lepszego Ja nigdy nie jest tak łatwe, jak to wygląda w programach BBC. Nauczyłem się, głównie na błędach, kilku rzeczy, które postaram się tu podsumować. Warto je brać pod uwagę, kiedy robisz w swojej szafie miejsce na rzeczy w nowym stylu. Zrób na nie miejsce także w życiu.

Patrick Grant to jeden z TYCH gości, których zawsze pokazuje się w przykładach. Na tym zdjęciu nie wywołuje okrzyków zachwytu, nazajutrz mógłby przyjść i pod muchą, prawda?

Głównym wrogiem restylingu jest „coś się tak wystroił”, fraza, która w założeniu zawiera cień komplementu, nawet podziwu, ale w głębi dosadnie udowadnia, jak wiele jeszcze drogi przed nami. Mając na względzie motywację do dalszych starań, najlepiej unikać tej frazy tak długo, jak się da. Dlatego otoczenie należy przyzwyczajać do nowego stylu powoli. Pomyśl o aparacie rentgenowskim i reaktorze 4 w Czarnobylu. Oba promieniują, ale tylko jeden budzi grozę. Małe dawki – oto czego trzeba.

Przyzwyczajaj otoczenie powoli. Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby – jeśli to dopiero twoje pierwsze kroki w nowym świecie – w twojej szafie znajdowały się już trzy  porządne marynarki, kilkanaście koszul i stosowna liczba krawatów, które wieńczą dzieło. A jeśli trafiłeś fajną rzecz (lepiej zaczynać od jednej fajnej rzeczy, niż pięciu kiepskich) – to kiedy pewnej, powiedzmy, środy zepniesz wszystkie siły i zaprezentujesz na sobie antologię najlepszych ciuchów ze swojej garderoby, jedynym objawem podziwu, na jaki zasłużysz, może się okazać „coś się tak wystroił”.

Najrozsądniejszą receptą na „coś się tak wystroił”, jaka przychodzi mi do głowy, jest stopniowa zmiana stylu. Znasz te zdjęcia, na których dobrze ubrani mężczyźni noszą koszulę bez krawata, na niej sweter, a na nim marynarkę? Może lepiej zacząć od tylko jednego z tych ostatnich elementów, a nie obu na raz? Jeśli do tej pory nosiłeś tylko t-shirty i dżinsy, to zmiana tych dwóch elementów wystarczy na początek, by wyglądać świetnie i nie musieć odpowiadać na krępujące pytanie.

Okres przejściowy to ważna rzecz, bo to, jak zareaguje otoczenie i jak ty będziesz się czuł w nowym wydaniu, może zadecydować o kierunku i trwałości tak pożądanej przemiany. Możesz przyjąć różne kierunki natarcia: nosić koszulę ze swetrem, ale bez marynarki albo marynarkę na t-shirt (czego nie miałem okazji nigdy spróbować osobiście, ale widok jest to powszechny). Jestem skłonny, nieco wbrew sobie, polecać nawet marynarkę do jeansów, chociaż sztruksowa albo bawełniana właśnie w takim zestawieniu to najczęstszy przypadek nieudanych eksperymentów „klasycyzacji” garderoby.

W takim ukryciu krawat może czekać na comming out choćby i sezon - łatwiej mu będzie przyzwyczaić otoczenie

Jeszcze rok temu chodzenie do biura pod krawatem wydawało mi się lekką przesadą. Przeszło mi po miesiącu nowej pracy i od tego czasu rzadko występuję z rozpiętym kołnierzykiem. W firmie, gdzie dżins ma sens, przestrzegałem (jako jedyny) zasady casual friday, bo i jako jedyny miałem przestrzeń, żeby spuszczać z formalności stroju. Nawiasem mówiąc, najfajniejszy typ casual friday to taki, kiedy przychodzisz do pracy ze spakowanym plecakiem na stelażu i prosto z biura wsiadasz w pociąg gdzieś daleko. Ale „o tym, moje dzieci, to już zupełnie inna historia”. Tym niemniej moje pojawianie się pod krawatem przeszło praktycznie niezauważone, bo pod swetrem zwis męski  dodaje uroku niezwykle dyskretnie. Kiedy środkowa warstwa ubrania spłynęła razem z roztopami – krawat się ostał i tak już trwa.

Tyle pierwszej reguły – prostej, bo technicznej. Druga jest trudniejsza, bo wymaga siły woli. W okresie swoich pierwszych zakupów w „tych innych” sklepach i butikach trafisz na pewno na wiele kuszących okazji, które w pierwszej chwili wydawać się będą przewrotnie i luzacko polemizującymi z tradycją. W takich sytuacjach najelpiej sprawdza się gryzak lub coś innego, co pozwala zacisnąć zęby. Tak, pomarańczowe marynarki są świetne, a kiedy zobaczysz, ile gadżetów można na nich umieścić (kieszonka biletowa, patka na kieszonce na piersi, podwójna butonierka, pętelka na guzik przy kozerce, czyli łączeniu klap z kołnierzem, łaty na łokciach – wymieniać dalej?)… przy takiej ofercie pokusa będzie silna. Takiej też potrzebujesz woli: eksperymenty są dla tych, którzy przerobili podstawy. Ja sam prędko się na nie nie zdecyduję, a kiedy już uznam, że jestem gotowy, zapewne będę już stylowym geriatrą i zamówię zamiast nich piątą klasyczną granatową marynarkę klubową. Nie chodzi o to, żeby nie wyglądać inaczej, lepiej, niech będzie – nawet nowocześniej. Ale żeby znaleźć swój styl, musisz wiedzieć, gdzie szukać. Szara czy brązowa marynarka to pierwszy adres, pod który warto uderzyć. Jeśli ten argument cię nie przekonuje – postaraj się, żeby nauka na błędach nie była zbyt kosztowna. Zresztą to, co po angielsku nazywa się novelties (np. spinki do mankietów w fikuśnych kształtach) znajdziesz pewnie w outletach większości marek z niższej średniej półki, zatem tu akurat nie powinieneś mieć problemów. Po prostu wspomnij moje słowa, kiedy za kilka lat będziesz się głowił, jak w ogóle można było coś takiego kupić. Ja, żeby opędzić się od tej myśli, musiałem swego czasu hojnie obdarować kosz na używaną odzież.

Inaczej nauczyłem się rozwiązywać problem pytania „coś się tak wystroił”. Tutaj podpowiedź podsunęło mi samo życie: spotkałem pewnego dnia kolegę, który zmierzył mnie od stóp do głów i – publicznie – wykrzyknął: „A coś ty się tak odstawił? Do pierwszej komunii idziesz?”. Najadłem się wstydu, ale wyciągnąłem wnioski i od tego czasu za każdym razem na pytanie „Coś się tak wystroił” odpowiadam: „idę do pierwszej komunii”. Minął jakiś czas i już nie muszę nikomu się tłumaczyć.

Zapach mężczyzny

Niektóre mają pół wieku i wciąż można je kupić. Klasyczne i czysto męskie perfumy żyją w cieniu współczesnych obupłciowych kompozycji.

Żaden inny element męskiej garderoby nie wpisał się tak mocno w kulturę unisex, jak perfumy. Wizerunek trafia do nas przez rozum, mamy czas, choćby podświadomie, przeanalizować go. Dlatego wciąż nie wymiera ostatecznie grupa mężczyzn, którzy trendowi unisex mniej lub bardziej się opierają, stawiając na wizerunek jednoznacznie męski. Tymczasem projektanci, którzy serwują nam swoje kompozycje perfum, stawiają bardzo powszechnie na bezpłciowe nuty cytrusowe, łagodne, nawet słodkawe i niektóre z nich nazywają „Men”,  jakby obowiązkiem mężczyzny było pachnieć kwiatkami i świeżością kostki toaletowej.

Zapach, podobnie jak smak, uderza bezpośrednio w nasze odczucia estetyczne, atakuje pola skojarzeń, wyobrażenia. Pamiętacie magdalenkę Prousta? Dlatego, poza wyraźnymi anty-magdalenkami, perfumy podobają nam się prawie zawsze, bo po prostu pięknie pachną. Kto by miał tyle życia, żeby uczyć się nut głowy, serca i bazy, a później rozkładać je na czynniki pierwsze? Moje początkowe fascynacje perfumami to L’Eau par Kenzo, czyli kosz cytrusów i Givenchy Irresistible, pierwsze, zielono-czarne.

Dzisiaj jestem im – częściowo – wierny i patrzę z niepokojem na ubywanie błękitnego płynu z kolejnego flakonu. Ale Kenzo to włoski warzywniak, a ja, mimo, że oczywiście jestem miłośnikiem śródziemnomorskich klimatów, chciałbym się jednak kojarzyć z czymś nieco innym. Ciężkie drzewne i ziołowe nuty Givenchy, których kontynuację znalazłem ostatnio w Dsquared Silver Wind Wood, mają dalej wiele uroku, zwłaszcza że to zapach, w którym bardzo mnie lubi moja żona, co – szczęśliwy, kto nie wie – na pewnym etapie życia ma swoje zalety. Ale zapach lasu w wydaniu wylansowanych projektantów to jednak coś jak Land Rover Defender przerobiony na limuzynę (mówiłem, że zapachy przenoszą od razu do dzikiego świata pozarozumowych wyobrażeń?), a życie w mieście wymaga innych nut.

Jakich? Na pewno mydlarnianych, bo oznaczają mężczyznę zadbanego, ale nie przesadnie przywiązującemgo wagę do maskowania swojej naturalności. Zapach mydła czy kremu do golenia, jak kurze łapki wokół oczu, podkreśli dostojną, niedbałą naturalność. A na wierzch, czego dusza zapragnie: kawa, wódka, koniak, tytoń, a dla odważnych – może opium?

Poszukiwania rozpocząłem w sieciowych perfumeriach. Trudno w nich oczywiście o „butikowe” zapachy, które na pewno byłyby bardziej charakterystyczne i niepowtarzalne, może także lepsze jakościowo. Ale sieciówki to dobre miejsce na start, a może wyniki kwerendy przydadzą się jeszcze w ogniu przedświątecznych zakupów.

Nie ma to jak o świcie, w ręczniku na biodrach, boksować się z własnym cieniem. Chanel Egoiste Platinum wydają mi się prostsze niż plakat, który je reklamował

Pierwszym bodźcem do poszukiwań była rozmowa na perfumiarski temat z przyjacielem, którego skóra epatowała mnie w międzyczasie Chanel Egoiste, zapachem zaiste spełniającym kryteria męskości (rozmawialiśmy m.in. o świetnej reklamie tego pachnidła). Jednak wypuszczone na rynek już ponad dwadzieścia lat temu perfumy w którymś momencie tak obezwładniają zapachem tytoniu, że nieomal budziłyby we mnie – palącym sporadycznie – poczucie winy. Tytoń, którego szukałem w perfumach, znalazł mnie sam i od razu znokautował. Co prawda marka Egoiste znana jest też w bardziej popularnym, nowoczesnym i wygładzonym wydaniu Platinum, zapachu bardzo ciekawym, ale… no właśnie, popularnym, nowoczesnym i wygładzonym. Świetnie uzupełniałby smoking na balu, gdzie żaden mężczyzna nie próbuje narzucić swojego ja innym, jednak dla potrzeb codziennego życia towarzyskiego i uczuciowego wydaje mi się zbyt mało partykularny.

Drugi trop to nowe perfumy Carolina Herrera 212 Vip Men. Narobiły mi wielkiego smaku mową o wódce, kawiorze, skórze i drzewie. Skojarzenia tych zapachów, zwłaszcza rosyjskobrzmiących nut wódki i kawioru, w opracowaniu zachodnich perfumiarzy, zdawały mi się mieć potencjał wyrażania czegoś nieuchwytnego w kondycji polskiego mężczyzny (znacie tę anegdotkę o Francuzie, który leciał do Moskwy i Rosjaninie, który podróżował do Paryża? Obaj mieli międzylądowanie w Warszawie. „Moskwa!” wykrzyknął urzeczony Francuz – „Paryż!”, zachwycił się Rosjanin). Niestety, po jednej próbie muszę powiedzieć, że marketing wyprzedził produkt, choć może kiedyś dam mu drugą szansę.

Pour Monsieur powstały w 1955 i wciąż są bez problemu dostępne w handlu

Tymczasem są ważniejsze sprawy. Otóż nawet na półkach perfumerii w zwykłych centrach handlowych (w przeciwieństwie do butików dla wtajemniczonych) można trafić staromodne, urzekające męskie „mydlarnie” w dawnych i nowych wydaniach. Na krótką listę zakwalifikowanych do kolejnego etapu postępowania dostał się więc klasyczny zapach Armaniego, właściwie bez tytułu (Armani Pour Homme), opracowany bodaj w połowie lat osiemdziesiątych. Jednak chyba pod względem klasyki przewyższają go zapachy ze stajni Chanel: Pour Monsieur i Antaeus. Ten pierwszy zobaczył światło dzienne już w 1955 roku, jest więc najstarszy z ankietowanych. Do czasu premiery Antaeusa, która miała miejsce na początku lat 80., był to jedyny męski zapach Chanel i chyba rozumiem dlaczego: kardamon, cedr, wetiwer i kilka innych nut w tym przeciekawym pachnidle to wszystko, czego potrzeba mężczyźnie. Pour Monsieur jest zdecydowanie niedzisiejszy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. To samo można powiedzieć o drugich perfumach Chanel, ale one wydały mi się zbyt narzucające.

TYCH nut na szczęście nie znajdziecie w "autorskim" zapachu Toma Forda

Dla porzadku, na końcu sprawdziłem, jak rzecz ma się dzisiaj. Kontynuatorem klasyki jest linia Toma Forda, który swoim filmem Samotny mężczyzna udowodnił, że klasyczną elegancję traktuje poważnie i z nostalgią. Najbezpieczniejsze są perfumy, które sygnował wyłącznie nazwiskiem (Tom Ford), choć zdjęcie, które je reklamuje, zdaje się twierdzić co innego. Tom Ford Grey Vetiver to bardzo ciekawy, klasyczny zapach, który – podobnie jak wcześniej Egoiste – sprawił mi niemałą niespodziankę, kiedy po kilku godzinach poczułem wyraźny… smar. Podobno Grey Vetiver to nowoczesny zapach, niewątpliwie nie jest jednak unisex. Jak by jednak nie było, kiedy zamierzasz oczarować nim kogoś, z kim jesteś umówiony, upewnij się, że jest to osoba punktualna. Jeśli spóźni się o godzinę na właściwe, ciężkie męskie nuty, zastanie na miejscu spotkania spracowanego mechanika. Aha, Tom Ford robi jeszcze perfumy o nazwie Extreme, która wydaje mi się dobrana równie idealnie, jak słowo Irresistible do perfum, którym nie może się oprzeć moja żona. Jest zatem zbyt ekstremalna. Perfuma, nie żona.

Na koniec kilka ogólnikowych zastrzeżeń: po pierwsze – wierzę w to, że istnieje grupa ludzi, którzy potrafią rozmawiać we wspólnym języku o zapachach czy smakach, można i warto się tego języka uczyć, ale – póki co – lepiej nie ode mnie. Po drugie – to co na mnie albo na kimś, kogo znam pachnie w konkretny sposób, może i będzie pachnieć inaczej na tobie. W Egoiście tytoń jest – to fakt potwierdzony przez wszystkich. Ale być może stwierdzenie, że pachnie się nimi jak kryształowa popielnica, to jakaś moja osobista psychodrama? Tak czy inaczej ten zapach na pewno warto sprawdzić. A po trzecie – zapachy znanych marek, które można znaleźć w perfumeriach w centrach handlowych, do tego w Polsce (nieniachalnie dopieszczanej przez luksusowe marki), to naprawdę dopiero wierzchołek góry lodowej. I chociaż mam swoich faworytów w poszukiwaniu zapachu dla dorosłego mężczyzny, to gdzieś tam jest życie, którego jeszcze nie wiodę. Nie poddaję się więc, a na razie zostaję przy Armanim i dwóch najstarszych Chanelach. Jako jedyne wyróżniały się z wielu próbek po dobie leżakowania, a w świecie zapachów oznacza to, że są niemal nieprzemijające. Jak stary dobry styl.