Jak się ubrać na pogrzeb

Dwa grzbiety, trzy sztuki odzieży i dwie historie rodzinne

Wiem aż za dobrze, że najokrutniejszy miesiąc to kwiecień, a jednak to przełom stycznia i lutego jest w tym roku sezonem chodzenia na pogrzeby. Drugi w tym tygodniu był wyjazdowy, do miasta Świętej Wieży, czerwono-czarnej mafii.

Akt I: pojęcie stylu

Mój macierzysty dziadek miał siedmioro rodzeństwa, z którego jako jedyny, w czasie okupacji, opuścił Częstochowę i przeprowadził się do Warszawy. W duchowej stolicy Polski została nas więc dość pokaźna liczba, a ta zawsze musi się przekładać na pokaźną liczbę ślubów, chrztów i – w naturalnej konsekwencji, jedynej nieuniknionej konsekwencji w życiu – pogrzebów.

Mniejsza zresztą o pogrzeb – o tego typu imprezach można pisać dużo, ale jak to zrobić, żeby było na temat? Przejdźmy od razu do mięsa, czyli do dewolaja ze stypy, podczas której przyszło mi zasiadać koło wuja w swetrze.

Serio, w swetrze? Na stypę?

Rzecz w tym, że był najlepiej ubranym mężczyzną na iwencie.

No, ex aequo z drugim takim, że nieskromnie dodam, choć tak jakbyśmy startowali w dwóch różnych kategoriach. Bo ja jednak na pogrzeb zakładam krawat i marynarkę, choć, jeśli zmarły nie należał do moich najbliższych, nie silę się na czerń. Czułbym się źle, wyglądając jak ktoś, kto próbuje się wpisać w cudzą stratę. „Stonowany” nie zawsze jest synonimem do „czarny”, a wręcz przeważnie nim nie jest. Podobnie jak w rzadkich przypadkach synonimem do „czarny” może okazać się „ekstrawagancki”.

Ale wróćmy do wuja w swetrze. Albo jeszcze za chwilę.

To chyba Władysław Tatarkiewicz (którego pewnie większość z was zna jako autora trzech ciężkawych cegieł z zakresu historii filozofii, ale który był też historykiem sztuki) opisał trzy pojęcia stylu. Wśród nich, pokrótce:

  • Styl jako jednolitość artystycznych środków wyrazu w obrębie dzieła – tak jak mówimy o stylu preppy;
  • Styl jako wyraz lub symptom czegoś – np. styl żałobny;
  • Styl jako tonacja – np. styl podniosły, white tie.

Nie przyszłoby mi do głowy, żeby na pogrzeb nie założyć marynarki i krawata, bo ubierałem się z myślą o tej właśnie uroczystości. Wuj, o którym mowa, wybrał inną definicję stylu. Jego ubiór nie był wyrazem przywiązania do okazji, lecz przywiązania do samego siebie, własnej osobności. Nie jakieś tam durne „podkreślał indywidualizm”, bo tak to sobie mówią korpy, które noszą muchę z okazji casual friday, albo, co gorsze, Piotrusie Pany w tiszercie ze śmiesznym napisem. W jego doborze garderoby nie dostrzegłem żadnych kretyńskich „poszukiwań indywidualizmu”, szczerze mówiąc – nie dostrzegłem tam w ogóle doboru, w najlepszym znaczeniu tego wyrażenia.

Czy to dobrze, czy źle? Zabijcie, nie wiem.

Dress code’y w dzisiejszej Polsce naprawdę nie działają (uprzedzając pytania: piszę tylko o Polsce, bo tylko ją obserwuję z tak bliska) i jeśli naprawdę, jak wieszczy Szarmant (choć daleki jestem od zgody z jego wysilonymi wieszczbami), smoking wróci niebawem, to wróci nie jako dress code black tie, ale jako coś, co można od czasu do czasu założyć, żeby dobrze wyglądać. Bo smoking to kwestia mody, ale istnienie dress code’u popartego systemem wykluczenia osób, które go nie przestrzegają mimo braku odpowiedniej pozycji społecznej dla nieprzestrzegania go, to kwestia wielkiej zmiany społecznej. Ta, która nastąpiła, kod ubioru z naszego życia usunęła. Czy jest na horyzoncie jakaś nowa zmiana na taką skalę? Sami sobie odpowiedzcie.

Z drugiej strony, podobno na początku 1917 roku Lenin z Trockim wymieniali korespondencję pełną marzeń o rewolucji, która, jak sądzili, nie nastąpi za ich życia.

Zdjęcie rodziny Bociągów
Któryś z tych chłopaków jest moim dziadkiem, ale nikt już nie ma pewności, który

Akt II: ryzyko pożarcia

Zostawmy na boku sweter, zresztą piękny, mięsisty kardigan a la Hemingway z szarego melanżu, zapewne merynosowej, wełny. Do zastosowań – dosłownie i w przenośni – outdoorowych (wędrówka przez cmentarz przypominała jako żywo Bieszczady w porze deszczów) okrywał ją softshell na misiu, którego – mimo, że jestem miłośnikiem odzieży trekkingowej – zupełnie w pierwszej chwili nie doceniłem. Druga chwila nastąpiła, kiedy zrozumiałem, że napis „Arctica 2011” nie jest czczą ozdóbką kabotyńskiego producenta, ale naszywką dla uczestnika ekspedycji.

A więc wuj był prawdopodobnie drugim Bociągą za kołem polarnym! (Kto był prawdopodobnie pierwszym Bociągą za kołem polarnym pozwolę sobie skromnie pominąć). Więc to nie będzie raczej normalna stypa z gadaniem o pogodzie i opowiadaniem ciociom, co studiowałem, a wujkom – jak trasa do Warszawy po rozbudowie!

Szybko i przy świadkach zapędziliśmy się w opowieściach o mauzerach i nowych pozwoleniach na wypożyczenie karabinu w svalbardzki interior. – Na Syberii, gdzie się teraz wybieram, niedźwiedzie też są zagrożeniem, ale niewielkim, bo są najedzone – opowiada wuj. – Większym problemem są pułapki kłusowników, które takiego niedźwiedzia, a więc i ciebie, potrafią zabić na miejscu.

– Niedźwiedzie i pułapki! Świetnie! Musisz tam jechać! – zadrwił siedzący nieopodal krewny.

Znacie ten rodzaj drwiny? Kiedy robisz coś, co większości ludzi wydaje się głupie i oni drwią z ciebie, ale nie dlatego, że wydaje im się to głupie, a dlatego, że możliwość porwania się na to wykracza zupełnie poza ich świat, wznosi się ponad system pojęciowy. Kiedy planujesz coś względnie śmiałego, okrzyk „pojebało cię!” oznacza przeważnie „zazdroszczę ci, że jesteś człowiekiem zdolnym w ogóle podjąć taki plan”.

Nie: „nigdy się na to nie zdobędę”, ale właśnie „nigdy bym się na to nie zdobył”. To gigantyczna różnica. Sam na pewno nigdy nie pojadę na taki trekking za Uralem i godzę się z tym, podobnie jak dopuszczam możliwość, że, choć chciałbym, nigdy nie zwiedzę zony Czernobyla. Różnica polega na tym, że żaden z takich mniejszych lub większych wyczynów nie wykracza poza mój, że tak powiem, horyzont hermeneutyczny, tak jak wykracza poza niego bycie pasażerem lotu w głęboki kosmos. W płytki zresztą też.

To jest usterka wyłącznie dyspozycji umysłu. Nie jest sprawą pieniędzy, które masz albo nie, perspektywy wygranej w totka, braku czasu, bo dzieci, choroba w rodzinie, za krótka jedna noga. Bo kiedy mówię, że na Svalbardzie latem jest kilkuprocentowe ryzyko spotkania wygłodniałego niedźwiedzia polarnego, to jeden słyszy „ryzyko spotkania wygłodniałego niedźwiedzia”, a inny słyszy zaledwie „kilkuprocentowe ryzyko”.

Bo to, że pożre cię niedźwiedź, to jest ryzyko, ale jeszcze większe ryzyko polega na tym, że żaden niedźwiedź cię właśnie nie pożre, ale pożre cię jakaś czarna kropka ze skeczu Monty Pythona i prędzej czy później, niepożarty przez niedźwiedzia, będziesz in absentia gościł nas na własnej stypie i nie będziemy ci już mogli zadać tego trudnego pytania: czy było warto nie dać się pożreć niedźwiedziowi?

Lato leśnych ludzi

Kurator, który wymyślił tytuł wystawy Rzeczy budzą uczucia, nie wiedział nawet jak blisko był prawdy

U zarania Smaku Nabytego obiecałem sobie, że nie będę na blogu robił darmowej krypciochy. Nie dlatego,  że niestandardowe formy reklamy jakoś szczególnie mnie obrzydzają, ale dlatego, że obrzydza mnie robienie czegoś, za co mi nie płacą, a powinni.

Ale do cholery, jest to jednak, a w każdym razie powinien być, blog o emocjach i pasjach, a co się tyczy ciuchów, dawno nic nie wzbudziło we mnie tak wielu emocji, jak niepozorny ciuszek, na który wpadłem wczoraj w sklepie. Tak, nic, chyba nawet pierwszy stalunek, czyli szary garnitur ślubny. I nie dlatego, że zobaczyłem w centrum Londynu albo innego Mediolanu jakąś wspaniałą marynarkę i pomyślałem o wszystkich tych wystylizowanych aktorach z Hollywood, jak Hugh Jackman, którzy na pewno świetnie wyglądaliby w niej na pozowanych zdjęciach.

Szczerze mówiąc nie bardzo sobie wyobrażam, jak doskonałość takiego ciucha mogłaby mi się objawić. Z manekina? Takie emocje nie wezmą się nigdy z jakichś, nawet najwspanialszych, rozwiązań konstrukcyjnych czy harmonii. Ja znalazłem swoją magdalenkę Prousta, a do tego znalazłem ją w postaci części garderoby, której nie miałem na sobie od lat i pewnie nieprędko będzie na nią miejsce w moim życiu. Panie i Panowie, kangurka z Cottonfielda:

Oczywiście, pani kierowniczko, ja wszystko rozumie: za nic sobie macie moje uniesienie jakąś tam słusznie zresztą przecenioną szmatką, której nawiasem mówiąc w końcu nie kupiłem, bo rękawy za długie i już od dekady nie mój styl, a kupować część garderoby żeby mieć i żeby wisiała w szafie to jednak obciach.

A jednak coś we mnie siedzi. Jak już się kiedyś przyznałem, byłem przez kilka ważnych lat życia harcerzem i w gruncie rzeczy, dobrze się z tym bawiłem. Taka kangurka była elementem uniformu (nie stricte mundurem, ale zawarta była w regulaminie mundurowym) i gdyby wtedy w Polsce były cottonfieldy i model Hameldon, pewnie wszyscy by się o niego zabijali, a najbogatsi – kupowali. Mój pierwszy odruch kupienia go to odruch tęsknoty za kimś, kim wtedy byłem, ludźmi, którzy mnie otaczali i w ogóle wszystkim tym, co się wiązało z czasami drugiej połowy podstawówki, kiedy człowiek był za duży na gnoja, a za mały na młodzież i najlepiej pasowało doń określenie łobuziak. Ten ciuch nie pasuje już do mnie, bo zdecydowałem się być kimś innym.

I jakoś tak á rebours doświadczam tego, co czują śmieszni młodzi sartorialiści i eleganci: kupiłbym sobie smoking, a potem poszukał miejsca, do którego można w nim chodzić. Z kangurką, bojówkami, butami traperskimi czy – nie wiem – hełmem korkowym albo furażerką mam i tak łatwiej, niż ci marzyciele o smokingach, bo rzeczywiście mogę zaplanować sobie wyprawę w tundrę albo w las i zależy to tylko ode mnie, a nie od tego, czy kto mnie zaprosi na bal w Operze.

Wyczytałem dopiero ostatnio i nie pamiętam gdzie takie, w sumie dość oczywiste, powiedzenie: styl człowieka poznaje się po tym, jak ubiera się w wolnym czasie. Jak z tym jest u Was? Muszę przyznać, że czasem kiedy muszę wrzucić coś na siebie i wyjść po bułki albo pogadać z listonoszem, unikam spojrzenia w lustro po drodze. Z pewnością nie jest jeszcze tak, że wszystko, co mam w szafie, jest godne uwagi. A wszystko to dlatego, że poświęciłem uwagę tylko jednej część szafy, martwiąc się o koszule i marynarki, a zupełnie ignorując fakt, że czasem naprawdę nie chce się prasować i jakieś polo i dżinsy do wrzucenia na siebie na szybko to jeden z najważniejszych elementów codziennej elegancji. Dlatego też stawianie na ciuch tak bardzo odległy od miejskiego stylu byłoby bardzo nieracjonalne. Tworzyłoby przepaść między tym, co do miasta i ludzi, a tym, co po bułki.

Gdyby mi jednak odbiło i postanowiłbym postawić na image leśnego ludka, rozważyłbym następujące pozycje:

…i wszystko to brzmi pięknie, a na końcu i tak wyglądasz jak George prosto z dżungli, co udowodnił autor fotki, niezrównany Scott Schumann/theSartorialist.com

– Spodnie wyłącznie chino, zresztą w tym segmencie najłatwiej o beż. Kieszenie cargo, czyli takie na bokach nogawek, są nieobowiązkowe, ja w każdym razie jestem zdeterminowany, by do nich nie wracać.

– Prawdziwe bojówki, czyli amerykańskie spodnie M65 – tak szerokie, że polecam je tylko osobom grubokościstym i potężnym. Sam do takich nie należę, więc to również zamknięty rozdział w moim życiu. Według niektórych co bardziej wyszczekanych krytyków, jako dwunastolatek wyglądałem w nich jak zmilitaryzowany truteń. Nie mieli na mnie rozmiaru. Może, wbrew propagandzie, Stany nie wysyłały do Wietnamu takich chłopczyków?

– Koszule z lnu w kolorze złamanej bieli, z patkami do zapinania rękawów po podwinięciu i kieszonkami z patkami na obu piersiach.

Kurtka M65, którą sławiłem w jednym z poprzednich postów, jest kultowa i nieprzeceniona, jednak dużo ładniej wychodzą jej podróbki proponowane przez „normalne” firmy odzieżowe.

– Budrysówka. Dużo beżu i trochę granatu. Brązowa skóra w średniej i ciemnej tonacji. Buty chukka, które moim zdaniem powinny po polsku nazywać się osiołki.

– Land rover defender. Z relingami, podestem z hartowanej stali na dachu i rasowymi smugami z błota na błotnikach. Wersja dla ubogich: jakiś tam jeep wrangler.

– Owczarek. Nie znam się na psach, ale gdybym chciał wrócić do image’u dziadka z lasu, zorientowałbym się w temacie.

Dom nad Oniego (jeśli boisz się o dojazdy do pracy, książka pod tym tytułem będzie dobrą choć skromną namiastką) i dobrze wystemplowany paszport.

Cóż, po podliczeniu tego wstępnego kosztorysu, zostaję tu, gdzie jestem. A kangurkę mogę kupić i oprawić w ramki, żeby przypominała mi tego w sumie fajnego czternastolatka, którym kiedyś byłem.

Wygląd-wizytówka

Własny styl może, ale nie musi, wyrażać się powtarzalnością elementów

Signature look. Wygląd, który jest niepowtarzalny i niepodrabialny jak podpis. Wygląd – specjalność zakładu. Wygląd – wizerunek. Podobnie jak sprezzatura czy pewność siebie, jest znacznie ważniejszym składnikiem stylu, niż to, co masz w garderobie i w jakim stopniu opanowałeś sztukę prasowania czy polerowania butów. I, podobnie jak te pierwsze rzeczy, jest niemożliwy do kupienia i trudny do osiągnięcia. Być może nie da się go w ogóle zaplanować, być może jest kwestią i pewności siebie, i sprezzatury, i rutyny ubioru, zachowania, używania przedmiotów. Być może signature look jest raczej kwestią relacji z otoczeniem, niż looku jako takiego.

Ale zaczyna się jednak od wyglądu. I, było nie było, choć niezwykle trudno jest w pełni kontrolować znaki rozpoznawcze, które wysyłasz, przemyślane zakupy są doskonałym pierwszym krokiem.

Wstawiłem to zdjęcie, bo... a zresztą, kto potrzebuje wymówki, żeby wrzucić taką fajną Meg Ryan?

Wielu zaczyna od tego, co zwykłem nazywać odtwórstwem historycznym, albo – co być może jeszcze gorsze – od podszywania się (sic!) pod przedstawiciela jakiejś grupy społecznej, która wprawdzie istnieje, ale o której działaniu przebierańcy mają niewielkie pojęcie, a jeszcze mniejsze predyspozycje do pogłębienia tego pojęcia. Pół biedy, jeśli, jak czyni to wielu, podszywają się pod bogatych chłoptasiów z amerykańskiego anglosaskiego wschodu.

Cała bieda, jeśli ich wybór padnie na solidnie sezonowaną arystokrację Europy albo, na przykład, bohemę fin-de-siecle’owego Paryża. Tego rodzaju przebieranki będą popisowym wyglądem w tym samym stopniu, jak strój napoleońskiego żołnierza, który zapaleńcy szyją sobie na kilka weekendów w roku. I, nie czarujmy się, ten sam nimb dziwaka będzie cię otaczał.

Przebieractwo wszelkiego rodzaju będzie wyglądem-podpisem w tym znaczeniu, że zwraca uwagę i nie pozwala zapomnieć. Ale, skoro już mówimy dziś tym śmiesznym ponglishem, wymaga on też pewnego understatementu, bo to właśnie on dodaje elegancji właściwej elegancji. Jeśli chcesz się wybijać na pierwszy rzut oka, równie dobrze możesz nosić tiszert ze śmiesznym napisem (na przykład napisem „Jak ci się podoba mój signature look?”) i prędzej czy później – a raczej prędzej – wyjdziesz na osobę maskującą nadskakiwaniem nieśmiałość i do tego pozbawioną resztek dystansu do siebie. A dystans do siebie to w ogóle jedyna perspektywa, z jakiej inteligentny mężczyzna może myśleć o swoim wyglądzie i zabiegać o niego.

Dlatego myśleć o swoim signature look należy wyłącznie z takiej perspektywy, z jakiej myślimy o pakowaniu się przed wyprawą: być może dzisiaj na Maderze jest piętnaście stopni i ulewa, ale przecież to nie powód, żeby pakować więcej puchu niż lekkich tkanin. prawda? Oczywiście zapłacisz za to pewną cenę: nikt, kto spotyka cię pierwszy raz, nie będzie wiedział, że od dwóch lat codziennie nosisz inny krawat (chyba, że założysz o tym blog). Jest to jednak cena stosunkowo niska, zresztą – jaka by nie była, jest do zapłacenia i już. Bądź mężczyzną i pogódź się z tym.

Ta konieczność dłuższej ekspozycji ludzi na twój popisowy wygląd sprawia, że jest on niezwykle przydatny w wypadku osób występujących publicznie, ale też takich, które opierają swoje powodzenie w interesach i nie tylko na marketingu swojej osoby. I to jest druga pułapka: jeśli źle wybierzesz, będziesz wyglądał jak komiwojażer, świadek Jehowy albo ćwok od motywacji, taki co to wie więcej o życiu, bo ma jakąś nieuleczalną chorobę. Pomyśl dwa razy o zawsze tym samym kolorze krawata czy znaczku w klapie marynarki.

Nawet w najprostszym i najskuteczniejszym znaku rozpoznawczym czają się pułapki. Fot. TVN 24

Wreszcie: nawet najlepiej „spozycjonowany” charakterystyczny element ubioru daje ogromne pole do poniesienia spektakularnych porażek. Mało jest w Polsce postaci o tak rozpoznawalnym stylu, jak Tomasz Stańko. I mało jest tak rozpoznawalnych cech jego stylu, jak kapelusz. Kapelusz to w ogóle doskonały pomysł na wyróżniający się ciuch: jest rzadki na ulicy, nie stał się jeszcze archaiczny, a tzw. klasyczna elegancja przypisuje mu niezwykle ważną rolę. Tu czai się niebezpieczeństwo dla Stańki, który na pewno wie, że dżentelmen nie wychodzi z domu bez nakrycia głowy, ale cóż ma zrobić, by zachować swój signature look w telewizyjnym studiu, gdzie dobrze wychowany człowiek czapkę jednak zdejmuje?

Kiedy ostatnio go widziałem, nie zrobił nic – został w kapeluszu, wyglądając przy tym głupio i okazując brak szacunku wobec rozmówców. Chociaż nie jestem fanem rygorystycznych nakazów klasycznej elegancji, takie widoki budzą jednak mój niesmak.

Na pocieszenie: posiadanie wyglądu-podpisu jest właściwie niezależne od tego, jaki styl przyjąłeś (lub przyjęło ci się), dlatego możesz pozostać Jamesem Deanem, jeśli sobie życzysz. Pamiętaj oczywiście, że te próby w 99 proc. przypadków kończą się źle, o czym dobitnie świadczy katalog gwiazd rocka. Jeśli jednak dorosła garderoba wcale ci się nie marzy albo podchodzisz do niej jak pies do jeża, pomyśl o przykładzie Freda Hughesa, o którym Bernhard Roetzel pisze nawet jego dżinsy Levi’s 501 wyglądały jakby były poddane przeróbce na Savile Row – szwy były proste, a na udach spodnie były idealnie dopasowane, co może było skutkiem codziennego prania oraz prasowania. Fred jako pierwszy założył dżinsy łącznie z marynarką. Jednak – kiedy Andy [Warhol] zaadaptował to połączenie jako swój styl, został on nazwany stylem Andy’ego Warhola.

Przykład Hughesa jest zresztą pożyteczny, ale to przykład Warhola – wręcz budujący. Bo kraść styl też trzeba się nauczyć, a któż może być lepszym nauczycielem, niż człowiek, który ukradł jeden z najważniejszych stylów malarstwa XX wieku – pop art – i przemycił za ocean w puszce po zupie Campbell’s?

Ja kradł na razie nadmiernie nie będę. Nie chodzi tu o wrodzoną uczciwość albo rozterki moralne, po prostu uważam, że kradzież tylko wtedy ma sens, kiedy naprawdę jest co i komu ukraść. Jeśli ukradniesz dwadzieścia patyków, staniesz się tylko żałosnym drobnym złodziejaszkiem, zresztą zapewne osadzonym. Jeśli potrafisz ukraść dwadzieścia milionów, niedogodność niemożności odwiedzenia krajów mających z Polską umowę o ekstradycję wydaje się niewielka, a emerytura w ciepłych krajach – kusząca. Dlatego ciągle czekam; a nuż spotkam kogoś, kogo w ogóle warto okradać?

Jedną z najsławniejszych białych koszul świata jest ta, w której rozstrzelano cesarza Meksyku Maksymiliana. Fot. François Aubert 1867, więcej np. tutaj

Moje samodzielne próby na razie kończyły się tak, jak często bywa w takich wypadkach: nawet nie spektakularną porażką, ale powolnym rozkładem. Najbardziej heroiczna – w zamierzeniu – była myśl, by park koszul wymieniać powoli na wyłącznie białe. Biała koszula – wiadomo! Ekstraklasa i Symbol. Nie da się nie dopasować do reszty ubrania (najwyżej białe spodnie mogą być problemem), bez względu na styl, okazję, konwencję – musi grać. Podobno nie pasuje do pewnych typów karnacji, ale jeśli musisz założyć koszulę do fraka czy smokingu, nikt cię i tak o cerę nie pyta, więc uznajmy to za jakieś monstrualne – przynajmniej z perspektywy męskiej elegancji – bzdury. Do tego białe koszule nawet w Polsce zawsze są w sprzedaży, a kiedy masz ich kilkadziesiąt, na plan pierwszy wychodzą inne ważne i ciekawe detale, zamiast wzoru na tkaninie. Plan był więc idealny.

A wyszło – jak zawsze. Miałem w liceum dziewczynę, której babcia opowiadała mi partyzancką historię swojego męża, z Drugiej Światowej, oczywiście. Chłopaki jak dęby, wszystko roczniki z trzeciej dekady wieku, uradzili że pójdą do lasu. Uniesione patriotycznym wzruszeniem kobiety uściskały ich serdecznie (a może i coś więcej, o ile w tych czasach ludzie w ogóle uprawiali seks), zrobiły im wałówkę na drogę i długo patrzyły w dal, kiedy ich młodzi bohaterowie znikali za ścianą drzew. A chłopcy szli cały dzień, zjedli kanapki, znowu zgłodnieli i stwierdzili, że taką partyzantkę to oni pieprzą – na głodniaka wojować się nie da. Wrócili więc do wsi i tak się pod pierzyną skończyła ich przygoda partyzancka.

Taki był i mój heroizm gładkiej białej koszuli: zobaczyłem ładny prażek i żal mi się zrobiło, by go nie mieć. Może następnym razem wykażę więcej odwagi.

O roli przypadku

Jedna mała czerwona kropka potrafi nadać sensu całemu zestawowi garderoby. Przekonał się o tym nasz wierny czytelnik pan Tomasz

– Ależ jest, motyla noga, sartorialnie – mówiliśmy sobie często w miniony weekend. Mówiliśmy motyla noga, bo przecież dżentelmen nie przeklina, a sartorialnie mówiliśmy, bo słowa tego dojmująco brak w polszczyźnie. A jak brak, to trzeba je sprowadzić; nie takie rzeczy już się importowało.

A było zaiste sartorialnie. Nocowanie kolegów (i nocowanie u kolegów) coraz częściej zakłada w moim przypadku elementy degustacji wykwintnych trunków i macania po krawatach oraz wspólnego porannego prasowania koszul przy orzeźwiającej mieszance proszków na ból głowy i red bulla. Ten konkretny kolega, jak już wiecie z poprzedniego odcinka naszej sartorialnej epopei, jest lepszy w degustacji, niż ja w prasowaniu, więc cały weekend upłynął pod znakiem raczej praw niż obowiązków dżentelmena.

Sobota jednak przepełniona była pracą. Wyszliśmy na przystanek dość wcześnie, radzi, że słońce nie dokucza nadmiernie naszym przekrwionym oczom, i wtedy stało się TO. – Zapomniałem poszetki! – wykrzyknął mój gość, wyraźnie zdjęty przerażeniem, które doskonale rozumiem.

MAŁA czerwona kropka, ta na poszetce, przekonuje mnie, że sensem elegancji jest dyskrecja. Nie wiedział o tym autor DUŻEJ czerwonej kropki i całego solidnie kiczowatego wystroju baru Pies czy Suka

To trzeci akt historii, do której aktu pierwszego chciałbym teraz P.T. Czytelników zabrać. Jakiś czas temu (nie było jeszcze Smaku Nabytego) nosiłem się z zamiarem napisania pół-żartem felietonu o tym, że skoro to, co w założeniu niewidoczne dla innych, najlepiej świadczy o elegancji, to wszystkie ozdoby powinniśmy nosić w ukryciu. W dobrym trzyczęściowym garniturze pokrycie pleców kamizelki jest z tego samego podszewkowego materiału, co podszewka marynarki; szelki są zawsze jedwabne; guziki na mankietach marynarki wreszcie muszą być rozpinane, ale zawsze zapięte. Po co te zasady, skoro inne mówią, że szelek ani podszewki kamizelki nie należy pokazywać? Ano dlatego – argumentuje konserwa – że dżentelmen ma zasady. „Katolik zostawia po sobie czysty kibel, nawet jak nikt go nie obserwuje” – ten cytat z Wojciecha Cejrowskiego ucieszył ostatnio niezwykle jednego z moich przyjaciół.

Logiczną konsekwencją tego jest – argumentowałbym, gdyby tekst powstał – że takie rzeczy jak poszetka należy zawsze nosić w ukryciu. Przyszło mi to do głowy, bo niektóre kieszonki piersiowe garniturów są tak duże, że zwykła, mała jedwabna chusteczka zwyczajnie w nich ginie, a już zupełnie nie daje tak miłego efektu lekkiego wypchnięcia kieszonki. Zatem… gdyby tak wypełnić czymś brustaszę, zanim wsadzimy do niej poszetkę? A co nadaje się do tego lepiej, niż… druga poszetka? Tak oto doszedłem do wyznacznika najwyższego diapazonu elegancji: dwuposzetkowania. Ma ono same zalety: po pierwsze, posiadanie dwóch poszetek w jednej kieszonce jest tak obciachowe, że w życiu nie przyznasz się do niego nikomu, uzyskując dzięki temu maksimum niewysłowionej elegancji. Po drugie – możesz wyjąć poszetkę i wciąż mieć poszetkę, co nie działa np. w przypadku ciastek, a czyni cię eleganckim nawet w czasie ocierania potu z czoła. A po trzecie, poszetka wreszcie dobrze się układa. Bardzo mi się ten koncept spodobał i rozważałem porobienie sobie z niego śmichów-chichów, aż wreszcie…

ANTRAKT

Akt drugi rozgrywa się w dniu wydarzeń, zaledwie kilkadziesiąt minut przed feralną konstatacją na przystanku tramwajowym. Ubieram się – jak zwykle, mimo wszystkich przygotowań, w pośpiechu. Wybieram poszetkę, wrzucam ją na szybko do kieszonki (umiejętność zrobienia tego bezwzrokowo, w pięć sekund, jest ważniejsza niż jakiekolwiek maniery składania czy drapowania) i odkrywam, że w środku leży już, schowana, wcześniejsza – błękitna z czerwonym brzegiem. Obie lniane, bo jakoś tylko te ostatnio mi podchodzą. – A niech zostanie – myślę sobie i wychodzimy z Tomkiem na rześki wiosenny poranek.

To był bardzo krótki akt, więc zdążymy dokończyć jeszcze trzeci, zanim zgromadzonym na widowni dystyngowanym damom znowu zachce się siku. Zwłaszcza, że zapewne domyślacie się finału. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy sprawdzać, czy nie mam aby zapasowej poszetki, ale w kwadrans nawet ja nie zdołam zapomnieć (a mam niezwykłe predyspozycje do niezauważania otoczenia), że w mojej kieszonce znajdują się dwie. Poszetka, która została z poprzedniego dnia, była dokładnie w odcieniu koszuli Tomka, a że jechaliśmy akurat na spotkanie subkultury internetowych szarmantów, dżentelmeńska przysługa rent-a-hankerchief była jedynym ratunkiem przed powrotem do domu po brakujące akcesorium.

Nie bloguję tej historii, żeby pochwalić się, jakim jestem wizjonerskim stylistą i troskliwym misiem (choć jestem, nawiasem mówiąc). Bloguję ją dlatego, że przez cały sartorialny dzień intensywnie czerwona kropka przyciągnęła masę spojrzeń i, z tego, co słyszałem, wzbudziła wiele uznania w koleżeńskich kręgach poszetkujących, a już na pewno, była najlepszym ukoronowaniem szaro-granatowego stroju, jaki można sobie wyobrazić. Bez kolorowych skapretek, srebrnych sygnetów, dewizek i spinek do krawata, w pojedynkę zdziałała cuda. Nie jest to niczyim dokonaniem, ale świadczy o wielkiej, niemożliwej wręcz do przecenienia roli przypadku i to przypadku z prawdziwego zdarzenia, nie odtwarzanego, nawet nie sprowokowanego. Dobrze czasem wiązać krawat w łazience restauracji tuż przed ważnym spotkaniem, dobrze – czasem! – nie ocenić stanu garnituru w przeddzień istotnej rozmowy. Guzik przyszyty naprędce nitką o kontrastowym kolorze (bo innej nie było w hotelowym igielniku) potrafi lepiej zadziałać na strój, niż jakiekolwiek dopasowywanie kolorów wzornikami pantone’a.

Dwa portrety

Przyzwoite ciuchy, które nie krzyczą „jesteśmy makabrycznie drogie!” nadal mają w Polsce za mało adwokatów

Po kilku trochę zakręconych tygodniach mam wreszcie czas na nadrobienie paru zaniedbanych lektur. Na szczęście MaleMen nie zniknął w międzyczasie z toalety.

No, skoro pierwsze dwa zdania mam już za sobą, mogę sobie pozwolić na krótką dygresję. Zawsze trzymam lektury w toalecie, zwłaszcza czasopisma, ale także zbiory felietonów, aforyzmów (pełne wydanie Leca zajęło mi jakiś czas) i w ogóle wszystko, co podzielone jest na względnie krótkie moduły tekstowe. Praktyka trzymania lektur w toalecie powoduje wzburzenie głównie u osób, które z literami na co dzień nie mają szczególnie do czynienia, i zrozumienie tych pozostałych. Po latach odkrywam, że niektórzy szczególnie związani z kulturą pisma znajomi przeglądają przy „okazji” spis moich lektur, co w jakiś śmieszny dla mnie, ale sympatyczny sposób wzbogaca nasze relacje.

Ale do tzw. adremu. Mimo pewnych (obawiałem się nachalniejszych) zmian w czasopismie od czasu odejścia Krzysztofa Miękusa ze stanowiska wydawcy, dalej warto przynajmniej od czasu do czasu rzucić okiem na MaleMena, w którym fajna jest większość rzeczy mimo koszmarnie obciachowego tytułu. Miło jest myśleć, że istnieją prócz mnie na rynku prasy i inne osoby, dla których mężczyzna  nie znaczy góra mięsa z kieszenią na najnowszą komórkę. Czytelnicy modelowi Playboya, mam wrażenie, z klasyków literatury znają tylko Clarksona.

Obiecywałem adrem, ale niesforna myśl zdryfowała. Oto on. Do grona bohaterów tego czasopisma dołączyli w pierwszym wydaniu ostatniego (według Majów) roku m.in. dwaj artyści: artysta aktor Dziędziel Marian i artysta muzyk Stańko Tomasz.

Kierowca autobusu na Ibizie, prywatnie – mistrz od Smarzowskiego

Dziędziel, przez całe życie pokorny mistrz drugiego planu, jest zasłużenie prze-znanym ostatnio aktorem, jego siwowłosa obecność jest zaś conditio sine qua non każdego przyzwoitego filmu (teraz, kiedy to napisałem, Wajda weźmie go pewnie na złość do kolejnej ekranizacji lektury), u Smarzowskiego i nie tylko. Autor zdjęć do tekstu, Michał Szlaga, postanowił (lub się postanowiło za niego) uwiecznić to przejście przy użyciu sesji zdjęciowej na Ibizie. Na zdjęciu otwierającym tekst stoi więc Dziędziel na Ibizie, pod palmą, między lazurem basenu a lazurem oceanu. Stoi, a na sobie ma buty pokładowe z haemu (z kategorii tanich), spodnie z haemu, z kategorii tanich, oraz własną kurtkę i torbę, w którą się na tę Ibizę spakował. I, przysięgam, od pasa w górę wygląda jak kierowca autobusów, starych ikarusów z harmonijkowymi drzwiami, którymi to autobusami jeździłem do podstawówki. Taka torba zawierała zawsze oldskulowy szklany termos, przeważnie czerwony, z pożółkłą, acz białą, pokrywką-kubkiem, pokrytą zaciekami herbaty.

A na następnym zdjęciu dziędziel, w tym samym u dołu, ale w marynarce klubowej i białej koszuli, piękny, ale zupełnie inny, już nie-Dziędziel, może aktor, ale jednak rysów nie okłamał, jednak jego niskobudżetowe pochodzenie nie da się zamaskować marynarką, jak nie ukryje swojego niemal górniczego pochodzenia Artur Rojek, kilka miesięcy wcześniej sfotografowany dla MaleMena z czarną obwódką wokół oczu i ostrymi, nieprzyjemnymi rysami człowieka, naznaczonego ciężkim znojem górniczego lajfstajlu i surową estetyką hałd, kominów, rolad i familoków. Świetny aktor założył strój milionera-dandysa na Ibizie, ale go nie zagrał, może nie wiedział, że ma zagrać, że musi odmienić coś w sobie, nie wiedział, że ten strój to rola. A w granatowej wiatrówce, z polskim wąchem, zagrał siebie, był sobą, skromnym człowiekiem, który dziwnym uporem dotrwał do swojej szansy i teraz, na Ibizie ma trochę dłuższy dzień, by w świetle południowego słońca kontemplować absurdalne z pozoru koleje ludzkiego losu.

A kilka stron dalej jest Tomasz Stańko, artysta słusznie sławiony jako jeden z najciekawiej ubierających się polskich mężczyzn, nie przez jakość kroju czy tkanin, ale przez styl, który budował przez całe pełne sukcesów życie, w drugiej połowie tego życia w świetnych ciuchach czujący się jak ryba w wodzie, czyli zaprzeczenie Dziędziela. Ale też ubrany w sieciówce, w Zarze dla odmiany. I tylko podpis: buty – własność bohatera zdradza w nim herosa stylu, a nie studyjnych stylizacji, bo takie buty, balmorale z zamszową cholewką na guziczki, naprawdę prędko się w Zarze nie pojawią. I czytam tego MaleMena, któremu o Stańce nawet nie chciało się napisać, tylko wrzucili jakiś losowy tekst – o ironio – o tym, że od zawsze lubił się dobrze ubierać, o tym, jak wpisuje się w długą tradycję świetnie ubranych jazzmanów (bez wzmianki o Tyrmandzie – nie wiem, czy godne to szacunku za nieszablonowe myślenie, czy pogardy – za tak koszmarne przeoczenie) i nie wiem, co skłoniło kogoś do przebierania Tomasza Stańki do zdjęć, jakby się sam ubrać nie umiał. Oczywiście, tak naprawdę wiem, o co chodzi, jeśli nie wiadomo o co chodzi, ale na takiej płaszczyźnie głębszej, gdzie nie liczy się parę złotych, a MaleMen na pewno paru złotych nie musi liczyć, gdyby nie chciał, to dalej nie wiem.

Nie mówię, że to złe stylizacje, bo ta zła nie jest. Tylko po co stylizować Stańkę?

A na następnej stronie „MaleMen best dressed man by H&M” obiecuje talon do sieciówki na kwotę, za którą nawet nie ma się co nastawiać na zakupy, i to obiecuje ładnemu chłopcu w trampkach, który przyśle swoją stylizację do redakcji. I on, dla odmiany, ani nie jest sobą, bo niby co to znaczy i kim miałby być, ani wzorcem osobowym, ani nawet ciekawostką, bo co to za ciekawostka z haemu. Ani adeptem elegancji, bo takich nie kieruje się na lekcję do sieciówki; to demoralizujące.

I jestem zadowolony, bo utwierdza mnie to w przekonaniu, że styl to coś, co ma się w środku, a nie coś, co ma się na sobie, tylko raczej w jaki sposób się to ma. Ale jestem też niezadowolony, a nawet nieszczęśliwy, bo jeśli MaleMen żyje dyktatem sieciówek z nisko-średniej półki i ludzie, którzy wiedzą, że Wojaczek to nie imię bohatera komiksów Marvela, tylko taki komunikat na temat ubrań dostają, a mężczyźni prawdziwie zamożni w swoich „Sukcesach” i, nie wiem, „Panach” mogą poczytać tylko o płaszczach za sumy pięciocyfrowe, zresztą mają z takimi pismami kontakt pewnie tylko w poczekalni u fryzjera, to ja już nie wiem, co dalej i chyba jakiś thinktank naprawdę jest tu potrzebny.

Co rzekłszy, idę się upić w zadumie, a Pan, Panie Stańko… Ubierz się Pan jakoś normalnie.