Wygląd-wizytówka

Własny styl może, ale nie musi, wyrażać się powtarzalnością elementów

Signature look. Wygląd, który jest niepowtarzalny i niepodrabialny jak podpis. Wygląd – specjalność zakładu. Wygląd – wizerunek. Podobnie jak sprezzatura czy pewność siebie, jest znacznie ważniejszym składnikiem stylu, niż to, co masz w garderobie i w jakim stopniu opanowałeś sztukę prasowania czy polerowania butów. I, podobnie jak te pierwsze rzeczy, jest niemożliwy do kupienia i trudny do osiągnięcia. Być może nie da się go w ogóle zaplanować, być może jest kwestią i pewności siebie, i sprezzatury, i rutyny ubioru, zachowania, używania przedmiotów. Być może signature look jest raczej kwestią relacji z otoczeniem, niż looku jako takiego.

Ale zaczyna się jednak od wyglądu. I, było nie było, choć niezwykle trudno jest w pełni kontrolować znaki rozpoznawcze, które wysyłasz, przemyślane zakupy są doskonałym pierwszym krokiem.

Wstawiłem to zdjęcie, bo... a zresztą, kto potrzebuje wymówki, żeby wrzucić taką fajną Meg Ryan?

Wielu zaczyna od tego, co zwykłem nazywać odtwórstwem historycznym, albo – co być może jeszcze gorsze – od podszywania się (sic!) pod przedstawiciela jakiejś grupy społecznej, która wprawdzie istnieje, ale o której działaniu przebierańcy mają niewielkie pojęcie, a jeszcze mniejsze predyspozycje do pogłębienia tego pojęcia. Pół biedy, jeśli, jak czyni to wielu, podszywają się pod bogatych chłoptasiów z amerykańskiego anglosaskiego wschodu.

Cała bieda, jeśli ich wybór padnie na solidnie sezonowaną arystokrację Europy albo, na przykład, bohemę fin-de-siecle’owego Paryża. Tego rodzaju przebieranki będą popisowym wyglądem w tym samym stopniu, jak strój napoleońskiego żołnierza, który zapaleńcy szyją sobie na kilka weekendów w roku. I, nie czarujmy się, ten sam nimb dziwaka będzie cię otaczał.

Przebieractwo wszelkiego rodzaju będzie wyglądem-podpisem w tym znaczeniu, że zwraca uwagę i nie pozwala zapomnieć. Ale, skoro już mówimy dziś tym śmiesznym ponglishem, wymaga on też pewnego understatementu, bo to właśnie on dodaje elegancji właściwej elegancji. Jeśli chcesz się wybijać na pierwszy rzut oka, równie dobrze możesz nosić tiszert ze śmiesznym napisem (na przykład napisem „Jak ci się podoba mój signature look?”) i prędzej czy później – a raczej prędzej – wyjdziesz na osobę maskującą nadskakiwaniem nieśmiałość i do tego pozbawioną resztek dystansu do siebie. A dystans do siebie to w ogóle jedyna perspektywa, z jakiej inteligentny mężczyzna może myśleć o swoim wyglądzie i zabiegać o niego.

Dlatego myśleć o swoim signature look należy wyłącznie z takiej perspektywy, z jakiej myślimy o pakowaniu się przed wyprawą: być może dzisiaj na Maderze jest piętnaście stopni i ulewa, ale przecież to nie powód, żeby pakować więcej puchu niż lekkich tkanin. prawda? Oczywiście zapłacisz za to pewną cenę: nikt, kto spotyka cię pierwszy raz, nie będzie wiedział, że od dwóch lat codziennie nosisz inny krawat (chyba, że założysz o tym blog). Jest to jednak cena stosunkowo niska, zresztą – jaka by nie była, jest do zapłacenia i już. Bądź mężczyzną i pogódź się z tym.

Ta konieczność dłuższej ekspozycji ludzi na twój popisowy wygląd sprawia, że jest on niezwykle przydatny w wypadku osób występujących publicznie, ale też takich, które opierają swoje powodzenie w interesach i nie tylko na marketingu swojej osoby. I to jest druga pułapka: jeśli źle wybierzesz, będziesz wyglądał jak komiwojażer, świadek Jehowy albo ćwok od motywacji, taki co to wie więcej o życiu, bo ma jakąś nieuleczalną chorobę. Pomyśl dwa razy o zawsze tym samym kolorze krawata czy znaczku w klapie marynarki.

Nawet w najprostszym i najskuteczniejszym znaku rozpoznawczym czają się pułapki. Fot. TVN 24

Wreszcie: nawet najlepiej „spozycjonowany” charakterystyczny element ubioru daje ogromne pole do poniesienia spektakularnych porażek. Mało jest w Polsce postaci o tak rozpoznawalnym stylu, jak Tomasz Stańko. I mało jest tak rozpoznawalnych cech jego stylu, jak kapelusz. Kapelusz to w ogóle doskonały pomysł na wyróżniający się ciuch: jest rzadki na ulicy, nie stał się jeszcze archaiczny, a tzw. klasyczna elegancja przypisuje mu niezwykle ważną rolę. Tu czai się niebezpieczeństwo dla Stańki, który na pewno wie, że dżentelmen nie wychodzi z domu bez nakrycia głowy, ale cóż ma zrobić, by zachować swój signature look w telewizyjnym studiu, gdzie dobrze wychowany człowiek czapkę jednak zdejmuje?

Kiedy ostatnio go widziałem, nie zrobił nic – został w kapeluszu, wyglądając przy tym głupio i okazując brak szacunku wobec rozmówców. Chociaż nie jestem fanem rygorystycznych nakazów klasycznej elegancji, takie widoki budzą jednak mój niesmak.

Na pocieszenie: posiadanie wyglądu-podpisu jest właściwie niezależne od tego, jaki styl przyjąłeś (lub przyjęło ci się), dlatego możesz pozostać Jamesem Deanem, jeśli sobie życzysz. Pamiętaj oczywiście, że te próby w 99 proc. przypadków kończą się źle, o czym dobitnie świadczy katalog gwiazd rocka. Jeśli jednak dorosła garderoba wcale ci się nie marzy albo podchodzisz do niej jak pies do jeża, pomyśl o przykładzie Freda Hughesa, o którym Bernhard Roetzel pisze nawet jego dżinsy Levi’s 501 wyglądały jakby były poddane przeróbce na Savile Row – szwy były proste, a na udach spodnie były idealnie dopasowane, co może było skutkiem codziennego prania oraz prasowania. Fred jako pierwszy założył dżinsy łącznie z marynarką. Jednak – kiedy Andy [Warhol] zaadaptował to połączenie jako swój styl, został on nazwany stylem Andy’ego Warhola.

Przykład Hughesa jest zresztą pożyteczny, ale to przykład Warhola – wręcz budujący. Bo kraść styl też trzeba się nauczyć, a któż może być lepszym nauczycielem, niż człowiek, który ukradł jeden z najważniejszych stylów malarstwa XX wieku – pop art – i przemycił za ocean w puszce po zupie Campbell’s?

Ja kradł na razie nadmiernie nie będę. Nie chodzi tu o wrodzoną uczciwość albo rozterki moralne, po prostu uważam, że kradzież tylko wtedy ma sens, kiedy naprawdę jest co i komu ukraść. Jeśli ukradniesz dwadzieścia patyków, staniesz się tylko żałosnym drobnym złodziejaszkiem, zresztą zapewne osadzonym. Jeśli potrafisz ukraść dwadzieścia milionów, niedogodność niemożności odwiedzenia krajów mających z Polską umowę o ekstradycję wydaje się niewielka, a emerytura w ciepłych krajach – kusząca. Dlatego ciągle czekam; a nuż spotkam kogoś, kogo w ogóle warto okradać?

Jedną z najsławniejszych białych koszul świata jest ta, w której rozstrzelano cesarza Meksyku Maksymiliana. Fot. François Aubert 1867, więcej np. tutaj

Moje samodzielne próby na razie kończyły się tak, jak często bywa w takich wypadkach: nawet nie spektakularną porażką, ale powolnym rozkładem. Najbardziej heroiczna – w zamierzeniu – była myśl, by park koszul wymieniać powoli na wyłącznie białe. Biała koszula – wiadomo! Ekstraklasa i Symbol. Nie da się nie dopasować do reszty ubrania (najwyżej białe spodnie mogą być problemem), bez względu na styl, okazję, konwencję – musi grać. Podobno nie pasuje do pewnych typów karnacji, ale jeśli musisz założyć koszulę do fraka czy smokingu, nikt cię i tak o cerę nie pyta, więc uznajmy to za jakieś monstrualne – przynajmniej z perspektywy męskiej elegancji – bzdury. Do tego białe koszule nawet w Polsce zawsze są w sprzedaży, a kiedy masz ich kilkadziesiąt, na plan pierwszy wychodzą inne ważne i ciekawe detale, zamiast wzoru na tkaninie. Plan był więc idealny.

A wyszło – jak zawsze. Miałem w liceum dziewczynę, której babcia opowiadała mi partyzancką historię swojego męża, z Drugiej Światowej, oczywiście. Chłopaki jak dęby, wszystko roczniki z trzeciej dekady wieku, uradzili że pójdą do lasu. Uniesione patriotycznym wzruszeniem kobiety uściskały ich serdecznie (a może i coś więcej, o ile w tych czasach ludzie w ogóle uprawiali seks), zrobiły im wałówkę na drogę i długo patrzyły w dal, kiedy ich młodzi bohaterowie znikali za ścianą drzew. A chłopcy szli cały dzień, zjedli kanapki, znowu zgłodnieli i stwierdzili, że taką partyzantkę to oni pieprzą – na głodniaka wojować się nie da. Wrócili więc do wsi i tak się pod pierzyną skończyła ich przygoda partyzancka.

Taki był i mój heroizm gładkiej białej koszuli: zobaczyłem ładny prażek i żal mi się zrobiło, by go nie mieć. Może następnym razem wykażę więcej odwagi.

O roli przypadku

Jedna mała czerwona kropka potrafi nadać sensu całemu zestawowi garderoby. Przekonał się o tym nasz wierny czytelnik pan Tomasz

– Ależ jest, motyla noga, sartorialnie – mówiliśmy sobie często w miniony weekend. Mówiliśmy motyla noga, bo przecież dżentelmen nie przeklina, a sartorialnie mówiliśmy, bo słowa tego dojmująco brak w polszczyźnie. A jak brak, to trzeba je sprowadzić; nie takie rzeczy już się importowało.

A było zaiste sartorialnie. Nocowanie kolegów (i nocowanie u kolegów) coraz częściej zakłada w moim przypadku elementy degustacji wykwintnych trunków i macania po krawatach oraz wspólnego porannego prasowania koszul przy orzeźwiającej mieszance proszków na ból głowy i red bulla. Ten konkretny kolega, jak już wiecie z poprzedniego odcinka naszej sartorialnej epopei, jest lepszy w degustacji, niż ja w prasowaniu, więc cały weekend upłynął pod znakiem raczej praw niż obowiązków dżentelmena.

Sobota jednak przepełniona była pracą. Wyszliśmy na przystanek dość wcześnie, radzi, że słońce nie dokucza nadmiernie naszym przekrwionym oczom, i wtedy stało się TO. – Zapomniałem poszetki! – wykrzyknął mój gość, wyraźnie zdjęty przerażeniem, które doskonale rozumiem.

MAŁA czerwona kropka, ta na poszetce, przekonuje mnie, że sensem elegancji jest dyskrecja. Nie wiedział o tym autor DUŻEJ czerwonej kropki i całego solidnie kiczowatego wystroju baru Pies czy Suka

To trzeci akt historii, do której aktu pierwszego chciałbym teraz P.T. Czytelników zabrać. Jakiś czas temu (nie było jeszcze Smaku Nabytego) nosiłem się z zamiarem napisania pół-żartem felietonu o tym, że skoro to, co w założeniu niewidoczne dla innych, najlepiej świadczy o elegancji, to wszystkie ozdoby powinniśmy nosić w ukryciu. W dobrym trzyczęściowym garniturze pokrycie pleców kamizelki jest z tego samego podszewkowego materiału, co podszewka marynarki; szelki są zawsze jedwabne; guziki na mankietach marynarki wreszcie muszą być rozpinane, ale zawsze zapięte. Po co te zasady, skoro inne mówią, że szelek ani podszewki kamizelki nie należy pokazywać? Ano dlatego – argumentuje konserwa – że dżentelmen ma zasady. „Katolik zostawia po sobie czysty kibel, nawet jak nikt go nie obserwuje” – ten cytat z Wojciecha Cejrowskiego ucieszył ostatnio niezwykle jednego z moich przyjaciół.

Logiczną konsekwencją tego jest – argumentowałbym, gdyby tekst powstał – że takie rzeczy jak poszetka należy zawsze nosić w ukryciu. Przyszło mi to do głowy, bo niektóre kieszonki piersiowe garniturów są tak duże, że zwykła, mała jedwabna chusteczka zwyczajnie w nich ginie, a już zupełnie nie daje tak miłego efektu lekkiego wypchnięcia kieszonki. Zatem… gdyby tak wypełnić czymś brustaszę, zanim wsadzimy do niej poszetkę? A co nadaje się do tego lepiej, niż… druga poszetka? Tak oto doszedłem do wyznacznika najwyższego diapazonu elegancji: dwuposzetkowania. Ma ono same zalety: po pierwsze, posiadanie dwóch poszetek w jednej kieszonce jest tak obciachowe, że w życiu nie przyznasz się do niego nikomu, uzyskując dzięki temu maksimum niewysłowionej elegancji. Po drugie – możesz wyjąć poszetkę i wciąż mieć poszetkę, co nie działa np. w przypadku ciastek, a czyni cię eleganckim nawet w czasie ocierania potu z czoła. A po trzecie, poszetka wreszcie dobrze się układa. Bardzo mi się ten koncept spodobał i rozważałem porobienie sobie z niego śmichów-chichów, aż wreszcie…

ANTRAKT

Akt drugi rozgrywa się w dniu wydarzeń, zaledwie kilkadziesiąt minut przed feralną konstatacją na przystanku tramwajowym. Ubieram się – jak zwykle, mimo wszystkich przygotowań, w pośpiechu. Wybieram poszetkę, wrzucam ją na szybko do kieszonki (umiejętność zrobienia tego bezwzrokowo, w pięć sekund, jest ważniejsza niż jakiekolwiek maniery składania czy drapowania) i odkrywam, że w środku leży już, schowana, wcześniejsza – błękitna z czerwonym brzegiem. Obie lniane, bo jakoś tylko te ostatnio mi podchodzą. – A niech zostanie – myślę sobie i wychodzimy z Tomkiem na rześki wiosenny poranek.

To był bardzo krótki akt, więc zdążymy dokończyć jeszcze trzeci, zanim zgromadzonym na widowni dystyngowanym damom znowu zachce się siku. Zwłaszcza, że zapewne domyślacie się finału. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy sprawdzać, czy nie mam aby zapasowej poszetki, ale w kwadrans nawet ja nie zdołam zapomnieć (a mam niezwykłe predyspozycje do niezauważania otoczenia), że w mojej kieszonce znajdują się dwie. Poszetka, która została z poprzedniego dnia, była dokładnie w odcieniu koszuli Tomka, a że jechaliśmy akurat na spotkanie subkultury internetowych szarmantów, dżentelmeńska przysługa rent-a-hankerchief była jedynym ratunkiem przed powrotem do domu po brakujące akcesorium.

Nie bloguję tej historii, żeby pochwalić się, jakim jestem wizjonerskim stylistą i troskliwym misiem (choć jestem, nawiasem mówiąc). Bloguję ją dlatego, że przez cały sartorialny dzień intensywnie czerwona kropka przyciągnęła masę spojrzeń i, z tego, co słyszałem, wzbudziła wiele uznania w koleżeńskich kręgach poszetkujących, a już na pewno, była najlepszym ukoronowaniem szaro-granatowego stroju, jaki można sobie wyobrazić. Bez kolorowych skapretek, srebrnych sygnetów, dewizek i spinek do krawata, w pojedynkę zdziałała cuda. Nie jest to niczyim dokonaniem, ale świadczy o wielkiej, niemożliwej wręcz do przecenienia roli przypadku i to przypadku z prawdziwego zdarzenia, nie odtwarzanego, nawet nie sprowokowanego. Dobrze czasem wiązać krawat w łazience restauracji tuż przed ważnym spotkaniem, dobrze – czasem! – nie ocenić stanu garnituru w przeddzień istotnej rozmowy. Guzik przyszyty naprędce nitką o kontrastowym kolorze (bo innej nie było w hotelowym igielniku) potrafi lepiej zadziałać na strój, niż jakiekolwiek dopasowywanie kolorów wzornikami pantone’a.

Celebrity deathmatch

Mężczyzna, który ma 300 par butów kontra mężczyzna z poszetką upiętą agrafką. Obaj na brustaszę mówią butonierka

Lubię dopieszczać (rosnące!) grono moich czytelników częstymi notkami, które już snobistycznie zacząłem określać jako felietony. Już miałem więc dzisiaj uszyć coś „z głowy, czyli z niczego”, ale tę znamienitą pustkę mogę zostawić sobie na lepszą okazję, bo oto w sukurs przyszło mi czasopismo lajfstajlowe marki „Sukces”. Dodatek do Rzeczpospolitej (może serwują go także osobno, a do Rzepy jest w prenumeracie – nie badałem) przynosi wywiad z samym Robertem Kozyrą, znanym jako Człowiek o Trzystu Parach Butów. Redaktorem naczelnym pisma zaś (a w każdym razie autorem wstępniaka, pszaszam, Edytorialu) jest sam Bartosz Węglarczyk, eksredaktor Wyborczej i prowadzący Dzień Dobry TVN, co wiem jako wierny widz testów konsumenckich podpasek i zabawek dla trzylatków.

To zestawienie zaciekawiło mnie niezwykle, bo pamiętam odcinek telewizji śniadaniowej (link zawdzięczam czytelnikowi Kubie), w którym Kozyra wystartował z rękami do Węglarczyka. Oczywiście nie chciał mu dołożyć, a jedynie, w geście koleżeńskiej samopomocy, pokazać nowoczesny i au courant sposób składania poszetki. „Bo to się w ogóle nie tak teraz nosi…”. Chwycił więc koniuszek Węglarczykowej chusteczki, pociągnął i… wywinął kieszeń na lewą stronę, jednocześnie błyskając do kamer agrafką, która spajała misterną konstrukcję. Jak mawiali radiowi komentatorzy sportowi, „jaka szkoda, że państwo tego nie widzą!”.

Ja jednak widziałem i pamiętam, pamięta też Węglarczyk, który we wstępniaku (pszaszam, Edytorialu) zachowuje zdystansowany entuzjazm ucznia, który zaraz przerośnie mistrza, tylko wcześniej zje obiad i odrobi lekcje:

Robert Kozyra mnie fascynuje. To człowiek, który (…) wyśmienicie się ubiera, ma doskonały gust (…). W tym numerze Robert opowiada o tym, co to znaczy być eleganckim. Zrobiłem sobie skrupulatne notatki, obiecuję pracować nad sobą. Co do sposobu upinania chusteczki w butonierce nie do końca sie co prawda z Robertem zgadzam, ale w oczy mu tego nie powiedziałem, bo się bałem.

Zderzenie jest piękne: upięta na agrafkę sprezzatura walczy tu o lepsze z ostentacyjną skromnością człowieka, który co prawda ma osobny średniej wielkości pokój na marynarki, ale nie chwali się tym w mediach częściej, niż musi, czyli góra pięć-sześć razy w miesiącu.

Czy to przystojne? Jak przy każdej okazji wyzłośliwia się jeden z moich przyjaciół, „z byciem damą (tu: dżentelmenem) jest jak z byciem imperium – jeśli musisz przypominać, że nim jesteś, to nim nie jesteś”. Jednak sprezzatura Kozyry jest godna podziwu, nawet jeśli za kontrolowanymi przeciekami na Plotku stoi wynajęty spec od personal marketingu (a nie sądzę, by tak było). Naturalnie i z uśmiechem zbywa pytania o buty i koszule, pytania, które sam każe sobie stawiać. Węglarczyk w tym sporze też nie ułomek: pół Polski widziało agrafkę, ale sam fakt, że komuś – jak mi – chce się to komentować też jakoś tam świadczy na jego korzyść.

I tylko ta cholerna „butonierka” nie daje mi spokoju. Nie dlatego, że moja neurotycznie uporządkowana natura nie znosi mylenia pojęć. Może raczej dlatego, że każdy, kto jakiegoś obcego języka liznął, powinien wiedzieć, że angielska buttonhole i francuska butoniere odoszą jednoznacznie do dziurki na guzik w klapie marynarki i trochę słabo, że ludzie – bądź co bądź – wykształceni (a niektórzy nawet zapewne inteligentni) nie odczytują jako cudownego zbiegu okoliczności, że taka właśnie dziurka znajduje się na klapie marynarki i że to zapewnie ona na nazwę butonierki zasługuje. A może dlatego, że mężczyzna powinien jednak dawać dowód, że wie co robi, a zatem wie jak się nazywa narzędzie, którego używa?

A może zwyczajnie dlatego, że oto widzę, że nie mam koncesji – i żaden z was nie ma – na prawdę i mądrość, którą tak wzruszająco chwaliłem się w poprzenim felietonie. Bo ile by razy nie napisali jak jest koryfeusze eleganckiej blogosfery, a ja za nimi w szarym końcu, Kozyra ostentacyjnie będzie latał pierwszą klasą po świecie, zamawiał customowe ohydne trampki u Prady, a na poszetkę w brustaszy mówił chusteczka w butonierce, a my, w swoich norkach, będziemy cierpliwie realizować marzenia o przemknięciu, choćby bocznym wejściem, na jakieś Pitti Uomo albo inny pokaz Toma Forda w Paryżu i przypominali, że chusteczka, zwana też poszetką jest w kieszonce, zwanej też brustaszą, ale nigdy w butonierce, ludziom, którzy z zamiarem zakupu poszetki noszą się dłużej, niż Kozrya z zamiarem kupienia trzysta pierwszej pary butów. Dzisiejsza lekcja stylu jest lekcją pokory.

Dwa portrety

Przyzwoite ciuchy, które nie krzyczą „jesteśmy makabrycznie drogie!” nadal mają w Polsce za mało adwokatów

Po kilku trochę zakręconych tygodniach mam wreszcie czas na nadrobienie paru zaniedbanych lektur. Na szczęście MaleMen nie zniknął w międzyczasie z toalety.

No, skoro pierwsze dwa zdania mam już za sobą, mogę sobie pozwolić na krótką dygresję. Zawsze trzymam lektury w toalecie, zwłaszcza czasopisma, ale także zbiory felietonów, aforyzmów (pełne wydanie Leca zajęło mi jakiś czas) i w ogóle wszystko, co podzielone jest na względnie krótkie moduły tekstowe. Praktyka trzymania lektur w toalecie powoduje wzburzenie głównie u osób, które z literami na co dzień nie mają szczególnie do czynienia, i zrozumienie tych pozostałych. Po latach odkrywam, że niektórzy szczególnie związani z kulturą pisma znajomi przeglądają przy „okazji” spis moich lektur, co w jakiś śmieszny dla mnie, ale sympatyczny sposób wzbogaca nasze relacje.

Ale do tzw. adremu. Mimo pewnych (obawiałem się nachalniejszych) zmian w czasopismie od czasu odejścia Krzysztofa Miękusa ze stanowiska wydawcy, dalej warto przynajmniej od czasu do czasu rzucić okiem na MaleMena, w którym fajna jest większość rzeczy mimo koszmarnie obciachowego tytułu. Miło jest myśleć, że istnieją prócz mnie na rynku prasy i inne osoby, dla których mężczyzna  nie znaczy góra mięsa z kieszenią na najnowszą komórkę. Czytelnicy modelowi Playboya, mam wrażenie, z klasyków literatury znają tylko Clarksona.

Obiecywałem adrem, ale niesforna myśl zdryfowała. Oto on. Do grona bohaterów tego czasopisma dołączyli w pierwszym wydaniu ostatniego (według Majów) roku m.in. dwaj artyści: artysta aktor Dziędziel Marian i artysta muzyk Stańko Tomasz.

Kierowca autobusu na Ibizie, prywatnie – mistrz od Smarzowskiego

Dziędziel, przez całe życie pokorny mistrz drugiego planu, jest zasłużenie prze-znanym ostatnio aktorem, jego siwowłosa obecność jest zaś conditio sine qua non każdego przyzwoitego filmu (teraz, kiedy to napisałem, Wajda weźmie go pewnie na złość do kolejnej ekranizacji lektury), u Smarzowskiego i nie tylko. Autor zdjęć do tekstu, Michał Szlaga, postanowił (lub się postanowiło za niego) uwiecznić to przejście przy użyciu sesji zdjęciowej na Ibizie. Na zdjęciu otwierającym tekst stoi więc Dziędziel na Ibizie, pod palmą, między lazurem basenu a lazurem oceanu. Stoi, a na sobie ma buty pokładowe z haemu (z kategorii tanich), spodnie z haemu, z kategorii tanich, oraz własną kurtkę i torbę, w którą się na tę Ibizę spakował. I, przysięgam, od pasa w górę wygląda jak kierowca autobusów, starych ikarusów z harmonijkowymi drzwiami, którymi to autobusami jeździłem do podstawówki. Taka torba zawierała zawsze oldskulowy szklany termos, przeważnie czerwony, z pożółkłą, acz białą, pokrywką-kubkiem, pokrytą zaciekami herbaty.

A na następnym zdjęciu dziędziel, w tym samym u dołu, ale w marynarce klubowej i białej koszuli, piękny, ale zupełnie inny, już nie-Dziędziel, może aktor, ale jednak rysów nie okłamał, jednak jego niskobudżetowe pochodzenie nie da się zamaskować marynarką, jak nie ukryje swojego niemal górniczego pochodzenia Artur Rojek, kilka miesięcy wcześniej sfotografowany dla MaleMena z czarną obwódką wokół oczu i ostrymi, nieprzyjemnymi rysami człowieka, naznaczonego ciężkim znojem górniczego lajfstajlu i surową estetyką hałd, kominów, rolad i familoków. Świetny aktor założył strój milionera-dandysa na Ibizie, ale go nie zagrał, może nie wiedział, że ma zagrać, że musi odmienić coś w sobie, nie wiedział, że ten strój to rola. A w granatowej wiatrówce, z polskim wąchem, zagrał siebie, był sobą, skromnym człowiekiem, który dziwnym uporem dotrwał do swojej szansy i teraz, na Ibizie ma trochę dłuższy dzień, by w świetle południowego słońca kontemplować absurdalne z pozoru koleje ludzkiego losu.

A kilka stron dalej jest Tomasz Stańko, artysta słusznie sławiony jako jeden z najciekawiej ubierających się polskich mężczyzn, nie przez jakość kroju czy tkanin, ale przez styl, który budował przez całe pełne sukcesów życie, w drugiej połowie tego życia w świetnych ciuchach czujący się jak ryba w wodzie, czyli zaprzeczenie Dziędziela. Ale też ubrany w sieciówce, w Zarze dla odmiany. I tylko podpis: buty – własność bohatera zdradza w nim herosa stylu, a nie studyjnych stylizacji, bo takie buty, balmorale z zamszową cholewką na guziczki, naprawdę prędko się w Zarze nie pojawią. I czytam tego MaleMena, któremu o Stańce nawet nie chciało się napisać, tylko wrzucili jakiś losowy tekst – o ironio – o tym, że od zawsze lubił się dobrze ubierać, o tym, jak wpisuje się w długą tradycję świetnie ubranych jazzmanów (bez wzmianki o Tyrmandzie – nie wiem, czy godne to szacunku za nieszablonowe myślenie, czy pogardy – za tak koszmarne przeoczenie) i nie wiem, co skłoniło kogoś do przebierania Tomasza Stańki do zdjęć, jakby się sam ubrać nie umiał. Oczywiście, tak naprawdę wiem, o co chodzi, jeśli nie wiadomo o co chodzi, ale na takiej płaszczyźnie głębszej, gdzie nie liczy się parę złotych, a MaleMen na pewno paru złotych nie musi liczyć, gdyby nie chciał, to dalej nie wiem.

Nie mówię, że to złe stylizacje, bo ta zła nie jest. Tylko po co stylizować Stańkę?

A na następnej stronie „MaleMen best dressed man by H&M” obiecuje talon do sieciówki na kwotę, za którą nawet nie ma się co nastawiać na zakupy, i to obiecuje ładnemu chłopcu w trampkach, który przyśle swoją stylizację do redakcji. I on, dla odmiany, ani nie jest sobą, bo niby co to znaczy i kim miałby być, ani wzorcem osobowym, ani nawet ciekawostką, bo co to za ciekawostka z haemu. Ani adeptem elegancji, bo takich nie kieruje się na lekcję do sieciówki; to demoralizujące.

I jestem zadowolony, bo utwierdza mnie to w przekonaniu, że styl to coś, co ma się w środku, a nie coś, co ma się na sobie, tylko raczej w jaki sposób się to ma. Ale jestem też niezadowolony, a nawet nieszczęśliwy, bo jeśli MaleMen żyje dyktatem sieciówek z nisko-średniej półki i ludzie, którzy wiedzą, że Wojaczek to nie imię bohatera komiksów Marvela, tylko taki komunikat na temat ubrań dostają, a mężczyźni prawdziwie zamożni w swoich „Sukcesach” i, nie wiem, „Panach” mogą poczytać tylko o płaszczach za sumy pięciocyfrowe, zresztą mają z takimi pismami kontakt pewnie tylko w poczekalni u fryzjera, to ja już nie wiem, co dalej i chyba jakiś thinktank naprawdę jest tu potrzebny.

Co rzekłszy, idę się upić w zadumie, a Pan, Panie Stańko… Ubierz się Pan jakoś normalnie.

O pierwszych wrażeniach

Bądź ostrożny przy stwarzaniu pierwszego wrażenia. Możesz je wywrzeć tylko raz

Stało się. Przegrałem jedną z bitew wielkiej stylistycznej kampanii, poległem na najprostszej pułapce: „co pan taki elegancki”, z ust rozmówczyni na spotkaniu, nazwijmy to w uproszczeniu, biznesowym. Ale przyznaję się bez bicia – dałem się podejść jak uczniak. Poprzednie spotkanie, pierwsze w serii, zaplanowałem na dzień, kiedy byłem umówiony na wywiad. A razem z wywiadem – zdjęcie rozmówcy. Więc – na ramię kilkukilowa torba ze sprzętem fotograficznym. Bóg raczy wiedzieć, czy przyjdzie klęknąć, czy gdzieś się wspiąć, wpakować łapy w jakąś dziurę albo wczołgać pod mebel – czego się nie robi dla dobrego ujęcia. A zatem – dżinsy. A jak dżinsy, to bez krawata. I sweterek zamiast marynarki – żadna konstrukcja, czy szyta, czy klejona, nie wytrzyma na dłuższą metę katowania torbą na ramię z kilogramami obiektywów. To od lat źródło moich kompromisów stylistycznych.

Koszula pod swetrem, dobrze dopasowane ciemne dżinsy (w kroju chinos) i zamszowe buty na naprawdę ładnym kopycie. Niby – całkiem estetycznie, skoro wszystko we właściwym rozmiarze i blisko figury; nie ma się czego wstydzić. A dzisiaj – zaledwie – koszula w kratkę, jedwabny krawat knit w kolorze lilaróż i szara marynarka sportowa z ekstrawagancką jedwabną poszetką drukowaną w fioletowo-różowy paisley. Mocno kontrastujące granatowe spodnie. Do warzywniaka może tak nie wychodzę, ale już do centrum handlowego – jasne. Wszędzie, gdzie nie jadę przerzucać węgla albo… nosić torby z aparatem.

Morał tej historii następuje szybciej, niż zazwyczaj: nigdy nie waż się niedoceniać pierwszego wrażenia – możesz je zrobić tylko raz. NIE MA takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby pobłażanie sobie w kwestii ubioru. Tym, którzy już cię znają, nie musisz się tłumaczyć. Oni wiedza, że zawsze jesteś elegancki i pod krawatem, a jeśli akurat nie jesteś pod krawatem i elegancki – patrz punkt pierwszy. Ale jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy w tym dołku bycia underdressed, może ci nie uwierzyć już nigdy.

Konsekwencje praktyczne są zaś takie: bez krawata – najdalej do warzywniaka. Elegancka piżama i szlafrok są równie konieczne, jak garnitur wizytowy – żeby znajomi, którzy wpadną na śniadanie nieco za wcześnie, nie złapali cię nigdy z opuszczoną gardą. I strój domowy – oczywiście trzeba go mieć, żebyś nie musiał rozwalać się w ulubionym fotelu w ulubionych spodniach z kantem. Ale zadbaj, żeby nie składał się z bawełnianego dresu i tiszerta z napisem „Seks instruktor – pierwsza lekcja gratis”. Ostatecznie jeśli jesteś lub zamierzasz dotrzeć na parnas elegancji gdzie człowiek czuje się komfortowo,  kiedy  jest dobrze, a nie wygodnie, ubrany – elegancka podomka i rzeczy do włożenia na siebie „na już” będą podstawą domowego relaksu.

Co prowadzi do obserwacji natury jeszcze bardziej ogólnej. Przeglądam czasami z nudów literaturę poradnikową dla przyszłych „ludzi sukcesu”. Tego typu książki, sprzedawane zazwyczaj przez cwaniaków ludziom smutno naiwnym, są zaprzeczeniem prawdziwej literatury dotyczącej savoir vivre’u (która interesuje mnie w nie mniejszym stopniu). W którejś z tych ponurych, „skazanych na sukces” książeczek z cyklu „jak zostać człowiekiem sukcesu w weekend”, przeczytałem zasadę: człowiek sukcesu nigdy nie oddziela życia prywatnego od zawodowego networkingu. Co, mimo wszystkiego złego, co sądzę o tego typu literaturze i serwowanych przez nią zasadach, jest zasadniczo prawdą. Jeśli pracujesz w korpie i oddzielasz grubą kreską kontakty zawodowe od prywatnych, dla tych pierwszych masz marynarkę i krawat, a dla drugich – tiszert reklamowy i wystrzępione dżinsy… cóż, widocznie korp ma w tobie wielkiego fana sprzedawanego przez siebie lajfstajlu.

Co się tyczy mnie, raz w życiu dostałem pracę zgodnie z „procedurami”, zatrudniony przez nieznajomego pracodawcę na podstawie przesłanej cefałki. Była to pod względem warunków zatrudnienia najgorsza praca, jaką miałem okazję wykonywać. Wszystko, co w moim życiu zawodowym lepsze – a ostatecznie mam przecież jakieś życie zawodowe – przychodziło i będzie mam nadzieję przychodzić dalej ze strony osób, których w życiu nie określiłbym jako „rokujące”. Część z nich to po prostu przyjaciele – dla nich oczywiście jestem piękny i młody nawet blady jak ściana na apokaliptycznym kacu. Ale ta część – znajomi znajomych, kontrahenci kontrahentów, ludzie, którzy zwracają się po radę do tych, do których i ja się po nią zwracam – to jest sól tego ziemskiego biznesu. Większość z nich nie wie, że potajemnie interesujesz się ciuszkami, czytasz blogi modowe i wzdychasz nocami do drogich krawatów. Jak cię widzą, tak cię piszą, i to właśnie zrobienie na nich tego pierwszego dobrego wrażenia jest kluczowe. Ja zaliczyłem ostatnio wpadkę i na pewno wyciągnę właściwe wnioski.

PS. Po wielu próbach znalezienia odpowiedniej ilustracji do tego tematu, zdecydowałem się wrzucić po prostu pierwszą fajną rzecz, która przyjdzie mi do głowy i rzeczą tą jest jeden z odjechanych portretów Hitchcocka. Gdyby ktoś miał ciekawy pomysł na połączenie ilustracji z tematem, chętnie wysłucham. Ja nie mam – każda kreatywność ma swoje granice.

Wyścig zbrojeń… po włosku

Próby wyróżniania się w tłumie wyróżniających się prawie zawsze źle się kończą

Mamy czym żyć przez najbliższe pół roku. Kilka dni temu zakończyła się nagłośniejsza chyba impreza szmatkowa dla samców, czyli targi Pitti Immagine Uomo we Florencji (oczywiście, jeśli chcesz uchodzić za światowca, mówisz po prostu Pitti Uomo, albo nonszalancko Pitti – dzięki czemu niezorientowani mogą nawet pomyśleć, że mówisz o prawdziwiej galerii sztuki).

Feta zakończona, tekstylni rozjechali się do domów, teraz przeżywać będzie blogosfera. Należy spodziewać się dużo szumu, bo na targi w tym roku pofatygowali się osobiście i Macaroni, i Szarmant. Mr Vintage nie pojechał, ale za to jako pierwszy stworzył relację, bo obserwacja z oddali ułatwia syntetyczne sprawozdanie.

Ja zdawać sprawy nie zamierzam, bo z aż tak daleka ledwo widać, zwłaszcza to, co pod dachem, objęte jest chyba zakazem fotografowania (chociaż Macaroni przywiózł zdjęcia, co zmienia postać na posiedzieć). Bo Pitti Uomo to pewnie najlepiej obfotografowana przez fotografów street fashion impreza modowa, ale trzeba pamiętać, że widzimy tylko subiektywny wybór gości odwiedzających targi. Jak jest w halach – to opowiedzą szczęściarze, którzy tam byli.

Zanim wtrącę do tego obrazu swoje trzy grosze, uważam za stosowne uczynić mały disclaimer. Kiedy bowiem napiszę to, co napiszę, wielu może uznać, że przemawia przeze mnie zazdrość wobec Macaroniego i Szarmanta, dwóch polskich style bloggerów, że byli na targach. Ucieknę przed tym pytaniem do przodu: zazdroszczę, i to jak! W miejscu, w którym się znajduję, tylko kilka metrów i jedna ściana dzielą mnie od olbrzymiej zaspy śniegu i myśl, że mógłbym być teraz we Florencji, spacerując wśród szpalerów najlepszych męskich ciuszków świata, sprawia, że zielenieję z zazdrości i nawet porzucam myśl o tych wszystkich Uffizich, Brunelleschich i Ghibertich, które przypadkiem też we Florencji się znajdują. Oczywiście, jak na pewno mawia Paolo Coelho, nie ma takiego marzenia, którego nie da się spełnić dzięki wytrwałości i walizce sałaty, więc domyślam się, że kiedyś jeszcze na Pitti trafię, o ile mój zapał nie ostygnie.

"Kawałek plastiku w butonierce" to dla wielu "aaale oooobciach!", a mi się niezmiernie podoba. Fot. Tommy Ton/GQ

Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, przechodzę do sedna. Otóż kiedy po raz pierwszy trafiłem na pokaz obszernej kolekcji zdjęć z wybiegu na papieroska przed pawilonami Pitti Uomo, było to dla mnie pewnego rodzaju odkrycie. Największe wrażenie zrobiła na mnie nonszalancja w noszeniu zupełnie odjechanych rzeczy, której doskonałym przykładem było nieortodoksyjne a świetne zastosowanie butonierki płaszcza. Nawiasem mówiąc, tym zdjęciem podzieliłem się na forum bespoke, dzięki czemu dowiedziałem się, że jedyny sposób na zachowanie elegancji przy posługiwaniu się elektrogadżetami to mieć 10-letnią nokię zapakowaną w stal jubilerską i kupioną za absurdalne pieniądze w salonie jubilerskim (o zjawisku nobilitowania szajsu biżuteryjną oprawą czyt. Svarovsky’ego kryształ).

Teraz jestem w te doświadczenia tak bogaty, że mógłbym je eksportować. Naoglądałem się już tylu zdjęć przebranych mężczyzn, mężczyzn o ciekawych twarzach, mężczyzn w wieku, w którym powinno się mieć coś do powiedzenia – a kiedy patrzę na nich, widzę tylko ile czasu rano się stroili. Ile wysiłku zajmuje niektórym z nich kombinowanie już nawet nie jak wyglądać lepiej, ale – jak wyglądać inaczej, bardziej oryginalnie. Sto kilkadziesiąt zdjęć razy kilku fotografów (najważniejsi to oczywiście Scott Schumann z The Sartorialist, który w tym roku pokazał klasę i relacji nie zrobił, i Tommy Ton z GQ), razy dwie edycje imprezy w roku razy kilka lat, od których śledzę fotorelację, to daje kilka tysięcy zdjęć… tak samo ubranych gości. Mój podziw szybko przeszedł nutką sceptycyzmu, która, w drodze powolnej fermentacji, zmieniła go w rozczarowanie. To ostatnie sięga już niemal poziomu odrazy. – Is this how men look like? – pytał Tyler Durden, wskazując na plakat reklamowy slipków Calvina Kleina. – Czy to tak wyglądają mężczyźni? – pytam ja, oglądając setny „street photo” reportaż z najbardziej oczywistego miejsca dla wszystkich „street photo” reporterów.

Oczywiście, wiele zależy od wyboru zdjęć, co staram się udowodnić, przedstawiając dwie osobne kolekcje (niestety, z przyczyn technicznych z którymi nie zamierzam się zmagać, wszystkie zdjęcia z tego wpisu trafiły do jednej galerii). Oczywiście, trudno porównywać znajdujących się w tych zestawach obok siebie Lino Ieluzziego z Nickiem Woosterem (dwa nazwiska, które lepiej znać, jeśli chcesz jako tako orientować się w tych fotkach). Nie chcę też nadużywać słowa hipster, bo znowu ktoś się obrazi (pamiętajcie, że prawdziwy hipster zawsze będzie zaprzeczał, że nim jest), ale mam wrażenie, że gdyby cała ulica wyglądała tak, jak parkur na Pitti Uomo, nie bylibyśmy w ani o jotę lepszej sytuacji, niż ta, w której znajdujemy się teraz: ze smutnego obraz miasta zmieniłby się na wkurzający.

Morał tej historii jest taki: ubierajmy się dla własnej przyjemności, nawet próżności, dla innych, dla kobiet, na których chcemy robić wrażenie, dla okazji, które chcemy uświetnić albo które uświetniają nas i chcemy to wyrazić. Ale nie róbmy z tego wyścigu zbrojeń, a jeśli już – to niech bronią w tym wyścigu będzie doskonałość minimalizmu i dyskrecji, a nie błyszczący i świszczący, ale krótkotrwały fajerwerk, z którym kojarzy mi się styl Pitti Uomo. A ten sam morał przełożony na praktyczną poradę: dobrze jest się wyróżniać ze źle ubranego tłumu, ale jeszcze lepiej jest się wtopić w tłum dobrze ubrany. I trzeba mieć rozsądek, żeby się jedno z drugim nie popieprzyło.

 

Chrupka koszula w 9 krokach

Szukam po internecie zdjęć prasujących mężczyzn. Łatwo nie jest, ale i tak wierzę, że prasowanie koszuli to czysto męskie zajęcie

Na zakończenie koszulniczej trylogii kilka uwag dotyczących prasowania, które mogą się przydać. Nie moja rzecz omawiać temat bardzo szczegółowo, bo w gruncie rzeczy nie ma o czym gadać. Warto tylko wspomnieć, że:

1. Jeśli prasujesz tylko jedną, góra dwie koszule na najbliższy dzień-dwa, nie zwiędnie ci ręka ani korona z głowy nie spadnie. Oczywiście, można poprosić o to kobietę, ale jej motywacją będzie albo „żeby już mieć z głowy”, albo „żeby wyglądał w tym sexy”. Twoją motywacją jest zaś: „żeby koszula była wyprasowana jak należy” i to jest podejście jedynie słuszne, eleganckie, idealistycznie i absolutnie niezrozumiałe dla kobiet.

2. Prasowanie koszuli da się idealnie pogodzić z różnymi innymi trudnymi obowiązkami, takimi jak oglądanie ulubionego serialu (jeśli są to Mad Men albo Boardwalk Empire, może wystapić efekt synergii), Poważne Rozmowy o Życiu („Mógłbyś wreszcie spojrzeć na mnie a nie na tę pieprzoną koszulę!?”) albo picie wina z przyjaciółmi („Widzisz, on to sobie sam prasuje koszulę i to jak dokładnie!” – które to zdanie wyjaśnia, dlaczego mam znacznie więcej koleżanek niż kolegów).

W mojej skromnej opinii prasowanie koszuli w ogóle nie podpada pod pojęcie sprezzatury. Doktor House nosi zawsze taką wymymłaną i byłby bez tego niewiarygodną postacią, ale tak poza tym wszyscy wiedzą, że uprasowane koszule skądś się biorą (mogą się brać z pralni, ale dla rzeczy lepiej, jeśli będą często prane w pralce, a nie chemicznie) i znacznie wygodniej jest uczynić z prasowania swój znak rozpoznawczy, niż wygładzać poły koszuli pokątnie, w ukryciu przed światem.

Czasem myślę też, że tylko dzięki temu, że gdzieś skanalizowałem swoje pedantyczne zapędy, nie eksplodowały one we mnie w postaci jakiejś nerwicy natręctw i nie muszę teraz dosikiwać do siedmiu, jak pewien znany bohater filmowy. Pedantyzm w prasowaniu koszuli w ogóle odwala dwie trzecie roboty, a pozostałą jedną trzecią załatwią internetowe tutoriale. Tutaj tylko podsumowanie tego, co znajduje się w nie każdym z nich.

1. Większość bawełnianych koszul nie spali się od tego, że ustawisz temperaturę na **** (Len). Jednak może to prowadzić do brzydkiego wyświecania się materiału. Ustaw dobrze grzejące żelazko na „niecałą” bawełnę, czyli trochę przed ***. Dużo roboty ci to nie przysporzy.

2. Suchą koszulę można spryskać spryskiwaczem przed prasowaniem, a później, na czas rozgrzewania żelazka, włożyć zwiniętą do torebki foliowej, żeby wilgoć rozeszła się równomiernie. Można też prasować jeszcze wilgotną (lekko!) po praniu.

3. Kołnierzyk prasuj jako pierwszy i na lewej stronie. Wzdłuż brzegów kołnierzyka mogą się robić zaprasowane zmarszczki. Jeśli będziesz je miał od dołu, zobaczą je tylko świadkowie wiązania krawata. Bo oczywiście wiesz, że wyjście z domu z postawionym kołnierzykiem grozi reputacją powiatowego macho, prawda?

4. Do prasowania karczku naciągamy koszulę głęboko na zaokrągloną część deski. W sprzedaży są specjalne deski z zaokrągleniem tylko od jednej strony, jeśli taką wolisz. W ogóle narzędzi i gadżetów do prasowania jest tyle, że wystarczy ich by nadać jakiejś godności temu skądinąd mało pasjonującemu zajęciu. Niektórych z nich próbowałem, innych nie, ale prawda jest taka, że szkoda życia na roztrząsanie różnych możliwości doprowadzania koszuli do właściwego stanu.

5. Kanty w rękawach są, moim zdaniem, nieobowiązkowe, ale i niezabronione. Spór o wyższość jednego rozwiązania nad drugim jest przyjemny, ale przystępuj do niego tylko w koszuli wyprasowanej według preferowanej metody. Ostatecznie argumenty żadnej ze stron nie są się w stanie wznieść zbyt wysoko ponad „bo tak”, więc jeśli jesteś nerwowy, żuj korzeń kozłka lekarskiego w trakcie dyskusji, bo nie masz szans jej wygrać. Ja nigdy nie odmawiam sobie kantów. Podkreślają chrupkość odprasowanej koszuli i wkurzają bezkantowców.

6. Mankiety prasujemy jak kołnierzyki, zwracając uwagę na fałdki w miejscu, gdzie wnikają w nie rękawy. Fałdki są potrzebne, żeby zmniejszyć obwód rękawa do obwodu mankietu i warto zaprasować je ładnie, bo tam naprawdę akurat widać.

7. Przed prasowaniem pół i pleców, zapnij ostatni guzik pod kołnierzykiem. Łatwiej wtedy ułożyć koszulę prosto i nie zamiatać czystym mankietem po ziemi. Jeśli prasujesz koszulę z kontrfałdami (czyli tzw. classic fit, o czym wspominam w poprzednim poście), raczej nie zaprasowuj fałd na blachę. Staraj się raczej, na ile to możliwe, wyprasować jak najwięcej materiału i pozwolić fałdce ułożyć się samej.

8. Po wyprasowaniu koszula trafia na wieszak w celu ostygnięcia. Jeden fałszywy ruch i całe prasowanie trzeba będzie komisyjnie unieważniać. Najlepiej oczywiście żeby stygła przez całą noc (o czym piszę w jednym z poprzednich postów).

9. Żeby kołnierzyk ładnie się układał, możesz zaprasować kant w miejscu, w którym ma się łamać. Najlepiej robić to tylko pośrodku kołnierzyka, czyli z tyłu szyi – dzięki temu jego łamanie z przodu będzie wyglądało naturalnie. Ten sam manewr stosujemy w wypadku mankietów na spinki.

Zakończę tutaj, opierając się pokusie wymyślania dziesiątego punktu i nawiązywania tytułem do Dekalogu. To nie dekalog. W ogóle wszystko, o czym tu piszę, to nie dekalog, to raczej proponowana interpretacja przepisów wykonawczych do prawa, które istnieje, ale o którym się nie pisze, bo, jak śpiewał Kaczmarski, mądremu to na nic – głupi nie uwierzy. Pamiętaj o tym, kiedy będziesz próbował spierać się na śmierć i życie o kanty na mankiecie. Albo, kiedy odmówisz komuś bycia mężczyzną, bo chodzi po mieście z postawionym kołnierzykiem koszuli.