Jak zorganizować wieczór kawalerski

 Nie bój się dziewczyn tańczących na rurze. One nie gryzą. No, chyba że za dopłatą…

Nieuchronnie zbliża się sezon ślubów, ale przecież ceremonie powtarzania roty przysięgi to niejedyne rytuały, które koniecznie muszą mieć miejsce w ramach zaślubin. Do równie ważnych należą wieczory kawalerskie i panieńskie, sytuacje, kiedy jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się, że jednak nie jestem dziewczyną.

Gros wieczorów panieńskich, o których słyszałem, sprowadzała się do spotkania, wypicia naparstka alkoholu i pochichotania o sprawach związanych z seksem jakby naprawdę uczestniczki były dziewiętnastowiecznymi pensjonarkami. A potem już tylko tort i kilka gadżetów – wszystko w kształcie siusiaka, pogibać sie na parkiecie do północy i pousypiać pokotem ze zmęczenia. Tak… kobiety, które znam, konwencja wieczoru panieńskiego usypia, są wtedy mniej zmotywowane do zabawy, niż na normalnej imprezie. Za to wieczory kawalerskie to wydarzenia, dla których warto żyć. Wydarzenia, które – słusznie czy nie (daj Boże, żeby jednak niesłusznie) – potrafią mieć wymiar imprezy, która zakończy wszelkie imprezowanie.

Pod warunkiem, że drużba pana młodego – osoba odpowiedzialna za przygotowanie tego szczególnego wieczoru – nie napnie się zbytnio.

Wiemy już z poprzednich odcinków Smaku Nabytego, że dżentelmen nie pali, nie pije i dba o swoje ciało hamując procesy starzenia. Zabiega też o swój wygląd, a jeśli zdarzy mu się założyć czarny kapelusz do brązowych butów, puszcza z gramofonu „Tę ostatnią niedzielę” i honorowo strzela sobie w łeb. I bardzo dobrze, wcale nam idioty nie żal i jeśli postanowił uczynić ze swego ciała, a duszy pewnie też, przestrzeń sterylną jak sala operacyjna, niech przynajmniej zostawi po sobie młode, zadbane i atrakcyjne zwłoki i da spokój nam, którzy na barki wzięliśmy trudy bycia ludźmi z krwi i kości, ze swoimi nałogami i słabościami. Do tych ostatnich należą wszak i dziewczyny.

Tę zasadę znają we wszystkich wolnych zawodach: za know-how się płaci i kropka

Marudzę na ten temat, bo zdecydowanie za często słyszę o jakichś nowomodnych wieczorach kawalerskich, których uczestnicy, zamiast jak ludzie iść do klubu nocnego, organizują jakieś dziwne „przeżycia” w rodzaju paintballu, gokartów, skoków na spadochronie albo Bóg wie czego jeszcze. Mam wrażenie, że tego typu imprezy są wieczorami kawalerskimi tylko w wymiarze czasu akcji. Prawdziwy wieczór kawalerski musi zawierać świntuszenie i kropka.

Ma to pewnie z tysiąc wytłumaczeń – przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka opartych o klasyczne teorie antropologiczne, coś z socjologii czy psychologii, ale nade wszystko argumenty zdroworozsądkowe: na paintball, naprawdę, można sobie iść i po ślubie. Wódka i panienki są po to, żeby przekonać nasze narzeczone, jak poważnie traktujemy małżeńskie zobowiązanie, które za chwilę przyjmiemy na siebie. I że to już, naprawdę, ostatni raz. No, może przedostatni. Na odkrycie prawdy twoja przyszła żona ma jeszcze czas. Na razie możesz przyrzekać, że od teraz tylko scrabble i maczanie biszkoptów w herbacie.

Jeśli jesteś świadkiem na ślubie przyjaciela, podejdź serio do dwóch obowiązków wobec niego. Po pierwsze, postaraj się, żeby na własnym wieczorze kawalerskim czuł się zwyczajnie dobrze, co zazwyczaj wynika z dobrej organizacji i dużego luzu. W modelowej sytuacji luz objawia się w tym, jak wieczór jest zaplanowany, a organizacja – jak jest przeprowadzany. Nie planuj dużo. Skup się na programie minimum. Pozostań na tyle trzeźwy, by kontrolować sytuację, dopóki to potrzebne, czyli w grze jest wspólna kasa i plan do zrealizowania.

Drugi obowiązek jest… Jak by to wytłumaczyć? Jest taki znamienny fakt: dziewczyny na wieczorach panieńskich dają sobie przedmioty związane z seksem małżeńskim. W jakiś taki niewiarygodny sposób większość z nich – najwyraźniej autentycznie – jest się w stanie na jeden wieczór wczuć w rolę dziewcząt, które oto czeka seksualna inicjacja i wiążą z nią wielkie nadzieje. Jak dziewczyny wprowadzają się w ten szczególny stan, to temat na zupełnie osobne rozważania.

W tym samym czasie najpopularniejszym upominkiem na wieczorach kawalerskich są lateksowe lale, sprzedawane zresztą – czego sprzedawcy szczególnie nie kryją – wyłącznie na tego typu imprezy. Zapytasz, jaki z tej różnicy wynika obowiązek drużby? Ano taki: dziewczyny swoimi prezentami obiecują sobie seks, chłopaki przepowiadają sobie onanizm. Daj panu młodemu w spokoju rozważyć ten fakt i wyciągnąć wnioski.

A na koniec weź pod uwagę kilka dobrych rad Wujka Dobra Rada:

Niemieckie porno dla konserwatystów. Wikipedia opisuje to jako pierwsze przedstawienie striptizu - rok 1720. Ona zdejmuje krynolinę!

– Zorientuj się, czy pan młody w ogóle życzy sobie imprezy z panienkami. Jest na to kilka metod, począwszy od pytania go wprost, i zwracanie się po taką informację do jego narzeczonej z pewnością jest najgorszą spośród nich

– Jeśli zdecyduje się nie chcieć, uszanuj tę decyzję. Będziesz miał całe życie, żeby ją wyśmiać, więc wstrzymaj się do jego ślubu

– Zapytaj żonkosia, kogo spoza znanej ci paczki chciałby na tym wieczorze zobaczyć. Nawet, jeśli planujesz elementy niespodzianki, lista gości nie musi do nich należeć. Przedstaw gościom swój plan na wieczór, żeby, w wypadku zastrzeżeń, nie czuli się zaskoczeni i postawieni przed faktem dokonanym

– Zadbaj o dress code. Ostatnie, czego chcesz, to bandy gości z hasłem „wieczór kawalerski” wypisanym na tiszertach. Takie przybytki nazywają się gentlemen’s club nie bez powodu

– I powodem tym nie jest, że idzie się tam w smokingu, homburgu i z laseczką, gdybyś miał wątpliwości

– Zrób zwiad upatrzonego klubu. Robiłem w życiu kilka researchów i ten nie należał do najbardziej nieprzyjemnych

– Ustal ze wszystkimi wysokość zrzutki na prywatny taniec i drinki dla pana młodego. Upewnij się, że wszyscy akceptują zasady i że masz jaja i dość mocną głowę, żeby ich przestrzegać. Nie zapominaj, że skończycie kompletnie pijani i kasa i tak się pogubi – realizujcie punkty programu nie za późno w nocy i celuj w zapewnienie maksimum frajdy panu młodemu w ramach wyznaczonego budżetu – wcześniejszy zwiad cenowy będzie bardzo pomocny

– Traktowanie piwa jako long drinku w klubie wygląda jakbyś zastawił się, by w ogóle wejść, i nie mógł sobie pozwolić na szaleństwo. Co jest kiepską postawą negocjacyjną w rozmowach z każdym potencjalnym usługodawcą, także w tym biznesie. Patrz punkt czwarty

– Zabezpiecz gotówkę – za taniec lepiej nie płacić kartą. Trzymaj kasę w wysokich nominałach, żeby nie wyglądać, jakbyś kupował bilet na tramwaj. Wsadzanie banknotów za bieliznę dziewczyn na scenie nie jest chyba w Polsce zwyczajem, zresztą w tej sytuacji banknoty z Mieszkiem nie bardzo pasują

– Odpowiedni poziom wstępnego napicia, żeby ruszyć w miasto albo zadzwonić po dziewczynki, to „wstawiony”. Większość ludzi na trzeźwo czułaby się w takiej sytuacji idiotycznie, ale i pijany w stosunku do tancerki możesz łatwiej niż myślisz wyjść na impotenta, co nie zadziała dobrze na twoją samoocenę

– Do robienia striptizu służą, jak sama nazwa wskazuje, striptizerki. Licz się z tym, że jeśli zaprosisz na domówkę prostytutkę, może jej się zwyczajnie nie chcieć gibać, bo normalnie bierze większą kasę bez wygłupiania się

– Pilnuj siebie, pana młodego i – w miarę możliwości – co bardziej pijanych gości. Jeśli widzisz któregoś z nich wiedzionego przez dziewczynę za rękę ku drzwiom z napisem „kwatery prywatne”, prawdopodobnie spaprałeś sprawę

Doświadczenie uczy też, że warto koło tej trzeciej-czwartej rano połączyć wieczór kawalerski z niedobitkami panieńskiego. Ile można spędzić na imprezie w jednopłciowym towarzystwie? Przecież kochamy nasze żony i narzeczone i w sumie nawet cieszymy się, że nie kręcą pupami tak lubieżnie jak te dziewczyny, które tej nocy zostawiliśmy za sobą.

W ręku zielony badylek…

Dla wielu z nas dzień kobiet to forma liberalnego terroryzmu, ale, umówmy się, bywały gorsze narzędzia przemocy

Ciekaw jestem waszych strategii na dzień kobiet. Obchodzicie je, czy temat – szerokim łukiem? To święto o wieloznacznym charakterze, bo to i pochody z czerwonymi sztandarami, i kameralne pocałunki podczas (i po!) romantycznych kolacji. Ale przede wszystkim kilometrowe kolejki w kwiaciarniach i, dla wielu, dylemat: obchodzić, czy nie obchodzić (a raczej – uznawać, bo przecież mężczyzna nie ma jak obchodzić albo nie obchodzić dnia kobiet).

Może to niemęskie zachwycać się kwiatami, ale nikt mi nie wmówi, że legendarny semper augustus jest brzydszy od zegarków za pół miliona

Jednym z głównych argumentów w tej walce jest ten, ze specjalny dzień na wręczanie kwiatów naszym ukochanym, do tego ustalony urzędowo za czasów złowrogiego reżimu, sam takowy reżim ustala, bo matkom, żonom i kochankom należy wręczać róż naręcza bez okazji. Argument świetny, ale w ustach tych nielicznych, którzy faktycznie to robią.

Generalnie – zwracam się tutaj do przeciwników obdarowywania na ura! – jestem po waszej stronie, chłopaki. Głównie teoretycznie. Nienawidzę wszelkich tego typu owczych pędów. Antropologowie prześcigają się w zapewnieniach, że walentynki błędnie uważane są za globalistyczny amerykanizm, bo tak naprawdę obchodzone były w Europie od wieków. Ale co z tego, skoro oskarżenia tego święta o niepolskość, tak samo jak (uzasadnione) posądzanie dnia kobiet o komunistyczną genezę, to chyba tylko wymówka takich jak ja, którzy po prostu nie lubią robić pewnych rzeczy tylko dlatego, że inni je robią. Tak już mam i skrycie marzę o kobietach, które rozumieją ten tok myślenia.

Ale takich kobiet nie znam, a gdybym jakąś spotkał, podejrzewałbym podstęp. Kobieta to takie stworzenie, dla którego 3549 odcinek telenoweli jest alternatywą godną wzięcia pod uwagę, nawet jeśli na drugim kanale leci film Martina Scorsese. I właśnie dlatego zasługują na swój dzień. Da się go przełknąć, jeśli potrafisz sam uczynić swoimi wszystkie pozostałe dni roku. I, abstrahując wszelką filozofię… one po prostu lubią dostawać kwiaty. Jeśli rozumiesz to na co dzień, możesz nie stosować się od święta; to aż tak proste.

Kiedy się już zdecydujesz, unikaj czerwonych róż. Nie ma na to żadnej maksymy (zresztą – może jest, nie kolekcjonuję maksym), jest czysta estetyka. Licealiści i goci, którzy nigdy nie dorośli, ciągle posuwają z takimi po mieście. Uważają, że im dłuższa łodyga i im bardziej pąsowy, rozwinięty kwiat, tym bardziej jest uwodzicielsko i erotycznie. Rekordowe róże, które widuję na ulicach w rękach men in black idących na randkę w bojówkach, mają żerdzie jak młode sosny i kolor krwi wymieszanej pół na pół ze smołą. To dostateczny powód, żeby szukać innej drogi. Pamiętaj, że im bardziej próbujesz udawać barok, tym bardziej uzyskujesz tani biedermeier.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że wiele dziewczyn słyszało kiedyś pojęcie mowa kwiatów. Chodzi o odkrywcze połączenie dwóch głupich zabaw: flirtu towarzyskiego (czyli coś takiego, jak teraz na kapslach od tymbarków) i dawania kwiatów. Prowadzić ma do tego, że dając określony kwiat, komunikujesz jakieś związane z nim przesłanie, np. żółta róża oznaczałaby zazdrość. Oczywiście każdy kod działa wtedy, kiedy rozumieją go obie strony dialogu, czyli w tym wypadku – wcale. Kanoniczny męski punkt widzenia sprowadza się do dwuwiersza z piosenki Jacka Kaczmarskiego: aż podał jej tulipan,/ dumny, łebski, gładki,/ purpurą nabrzmiały/ jak płonącym mrokiem,/ a ona na to róży/ rozchyliła płatki/ by spłynęły po nich/ życionośne soki. Kiedy wiele lat temu usłyszałem to po raz pierwszy, nabrałem przekonania, że jestem w stanie tę mowę kwiatów jakoś ogarnąć, jej sedno okazało się jednak głupsze, niż mowa dzieci-kwiatów, więc próby ogarniania zarzuciłem.

Moją osobistą słabością zawsze były stokrotki i skromne bukiety kwiatków polnych, takie za kilka złotych. W kategoriach moich tutejszych wynurzeń pasowałoby do nich jak ulał słowo understatement, ale nigdy nie myślałem o nich w tych kategoriach. Od zawsze wydawało mi się zaś, że są proste i niezobowiązujące, do tego lepiej niż wszystkie te ostentacyjnie piękne rośliny z pierwszej ligi, świadczą o pięknie przyrody, która je wydała. Lojalnie jednak uprzedzam, że miny obdarowywanych wskazywały na niezrozumienie moich emocji, więc nie namawiam do pójścia w moje ślady. Trochę te reakcje rozumiem; dawanie bukietu za pińćzłoty to trochę jak wręczanie ukochanej futra z psa ze schroniska; wszyscy wiemy, że psy są wspaniałe, posłuszne i kochane, ale coś jednak w tym obrazie może nie grać.

A tak poza wszystkim, to właśnie zaczyna się chyba sezon na tulipany; kwiat szlachetny historią (pewien kryzys ekonomiczny w XVII wieku zaczął się od załamania na giełdzie tulipanów), a do tego kwiat piękny i występujący w gamie bezpiecznych z punktu widzenia mowy kwiatów kolorów. Zamawiając bukiet pamiętaj, że kiczu nie ma w przyrodzie, a tylko w tym, co człowiek z tą przyrodą robi; im prościej, tym bezpieczniej. Unikaj tulipanów w celofanowej tytce – są skaraniem boskim ostatnich lat. Nie dość, że funkcjonują w nowej rzeczywistości na tych samych prawach, co skompromitowany przez PRL goździk, to jeszcze świadczą o nieumiejętnym obchodzeniu się z kwiatem, który – jak noga w skarpetce z poliestru – zwyczajnie źle się czuje w sztucznym tworzywie.

I nie zapominaj o podstawowym imperatywie, nakazie wszystkich nakazów: bądź sobą w tym, jak wybierasz i dajesz kwiaty. Kiedy ona mówi, że nieważne, jakie są – zwiędłe, brzydkie, „bo takie były” – są piękne, prawdopodobnie naprawdę ma to na myśli. Wybieraj więc tak, jakbyś wybierał krawat – w zgodzie ze sobą.

Ale wybierz i daj, do jasnej cholery. Życie nie polega na skupianiu się na własnych natręctwach i uprzedzeniach.

Ostatnie prezenty

Jeszcze nie wszystkie prezenty gotowe? Trzy minuty planowania oszczędzą trzech godzin zbędnej gonitwy po zatłoczonym mieście

Ostatnie dni przed świętami mają dwa oblicza. Z jednej strony dla mnie zawsze był to piękny czas spotykania ze znajomymi, których niebezpieczne prądy zawiodły na obce wody, ale ze względu na rodzinny charakter zbliżających się świąt zjechali na kilka dni do Warszawy. Zarabiają więc na mnie nie tylko sklepy z upominkami, lecz także kawiarnie i różnej maści stołówki. Z drugiej strony ostatnie dni przed świętami są jak sprint na ostatnich metrach przed metą. Koniec już blisko, ale to ostatnie, mordercze napięcie w pogoni za prezentami potrafi zaboleć.

Jeśli ciągle nie masz wszystkich prezentów, oto co może ci się udać upolować w ostatnich dniach. Na pełnych obrotach działają pewnie wszystkie sklepy, ale stacjonarne, rozreklamowane sieci na pewno mają przewagę nad internetowymi drobnymi biznesami, zwłaszcza na tej ostatniej prostej. Za cenę dreptania w miejscu w kilometrowych kolejkach i problemów z autoryzacją kart płatniczych przez przeciążone łącza banków, możesz spróbować jednego z tych nietypowych upominków:

Ałun ma ostatnio świetny pijar i pewnie niedługo będzie powszechny nawet w hipermarketach. Słabo znam francuski, ale jego nazwę pierre d'alun powinno się chyba wymawiać pier-d-alę. Fot. alepia.com

Tematem, na który można przelać hektolitry atramentu, jest golenie. Jeśli osoba, którą chcesz obdarować, ma zwyczaj zdzierać maszynką starość i śmierć z twarzy, wbrew pozorom pole do popisu jest tu ogromne. Na półkach sieciowych mydlarni (oczywiście na tych półkach na wysokości łydki, na regałach przy wejściu na zaplecze), da się dostać cały asortyment sprzętu nawigacyjnego do odkrywania nowych światów golenia. Pierwszym przykładem mogą być gotowe zestawy upominkowe: rogowe maszynki do golenia, w których wszystko jest staromodne, oprócz „interfejsu”: stosuje się do nich najnowocześniejsze ostrza od popularnych maszynek znanych producentów. W zestawie możesz też dostać pędzel do golenia i specjalny statyw do zawieszania tych utensyliów. Mi osobiście wydaje się to najgorszy pomysł z tej kategorii, ale możliwości są tysiące. Golić się można nie tylko pianką, nawet nie tylko kremem (co już jest bardziej staromodne), lecz także mydłem do golenia, a nawet oliwą. Spośród narzędzi do wyboru są maszynki na tradycyjne żyletki i brzytwy. Nieumiejętność w stosowaniu ich naprawiamy ałunem. Przynajmniej część z tych rzeczy znajdziesz w ofercie sieciowych perfumerii. Zaryzykuj je na prezent – trafisz, nie trafisz, ale zawsze dasz możliwość wypróbowania.

Kolejnym nie takim trudnym do kupienia za pięć dwunasta akcesorium jest coś ostrego. Typowo: nóż. Występują w wielu wariantach i, podobnie jak zegarki, można je dobierać do ubrań. Pomyśl więc o stylu obdarowywanego: może średniej wielkości, masywny składany nóż z blokadą ostrza i klipsem do noszenia w kieszeni będzie pasował do jego nieodłącznych dżinsów? A może do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że także do garnituru robi się lekkie, składane nożyki, które nie obciążą kieszeni ani nie wypchną marynarki, ale pozwolą łatwiej otworzyć list albo paczkę emenemsów?  Jest jeszcze cała gama scyzoryków włącznie z multi-toolami, które za centralne narzędzie mają nie ostrze, ale całkiem użyteczne kombinerki, innymi słowy, dla każdego coś dobrego. I mówiąc „każdego” naprawdę mam to na myśli. Nie ufam mężczyznom, którzy nie ucieszyliby się z noża.

Kto powiedział, że mężczyźnie nie można dać tulipana? Fot. Whiskyglass.com

Szkłem także można się skaleczyć, ale, co jest w nim szczególnie fajne, wcale nie trzeba. Można zrobić sobie nim za to krzywdę w przyjemniejszy sposób, np. nadużywając za jego pośrednictwem alkoholu. Zestaw szkła to także wygodny i uniwersalny prezent, bo zawsze możesz znaleźć model kieliszka, którego obdarowany jeszcze nie ma (o ile nie jest kolekcjonerem). Prawdziwy snobizm wymaga bowiem innych kieliszków do białego, czerwonego, koniaku, whisky, piękne są kieliszki do burgunda, cudnie pije się wino Gruner Veltliner z ciężkich szklanek bez nóżki o pojemności ok. 150 ml, świetne są angielskie szklanki do piwa, lekko rozszerzające się, z „garbem” w górnej części. Tych ostatnich nie udaje mi się od dłuższego czasu znaleźć, ale wiele ciekawych i nietypowych szkieł w całej palecie możliwych cen widywałem podczas niedawnych spacerów po galeriach (handlowych, kretynko!).

W ostatecznym rozrachunku wszyscy mężczyźni to jednak gadżeciarze, choć potrafią się dość skrajnie różnić swoimi fetyszami. Dlatego jeśli adresat twojego prezentu zawsze ma kieszenie pełne różnych rzeczy, po prostu szukaj na nie futerałów. Klucze, karty, wizytówki, pióro, lecz także krawat w podróży, okulary, ajpod, ajpad, ajfon, ajmak, aj, waj, czego to ludzie w skórę nie oprawią. Plastikowy odtwarzacz muzyki w egzotycznej skórze wygląda co prawda trochę jak szylkretowa oprawka na żyletkę Gilette z czterema ostrzami (czyli: jakby udawała coś, czym nie jest), ale dobrej egzotycznej skóry pewnie i tak nie zdołasz już przed Gwiazdką załatwić. Za to różnych przetworów cielaczka czy innego poczciwego zwierzątka domowego jest na pęczki w każdym centrum handlowym. Wszystko da się zapakować. Zrób to jednak z litością dla kieszeni marynarki obdarowywanego: zbyt wypchane tracą fason.

Jeśli z powyższych propozycji z jakichś przyczyn nie zdołałeś wybrać niczego dla siebie, skorzystaj także, w charakterze ostatniej deski ratunku, z listy pięciu najważniejszych dodatków.

Szkic o darze

Kupowanie prezentów potrafi być torturą. Te kilka prostych zasad może je nieco ułatwić.

Wigilia za niecały tydzień, a na ostatnią chwilę zostawiamy zazwyczaj te prezenty, które sprawiają nam największy kłopot, tak, że myśl o nich odkładamy na ostatnią chwilę. Nie ma już sensu kierować do konkretnych sklepów, a zwłaszcza internetowych. Wzamian za przewodnik zakupowy dziś kilka luźnych myśli dotyczących dawania prezentów. Przyjmowanie jest łatwiejsze: wystarczy się ucieszyć i pamiętać, co od kogo dostaliśmy, żeby za rok on nie dostał tego samego od nas.

Po pierwsze – nie przesadzaj z praktycznością. Każdemu może się zdarzyć, że przepalą mu się tuż przed świętami trzy żarówki na raz. Jednak coś mi mówi, że dziesięciopak żarówek ucieszy mało kogo.

Po drugie – nie przesadzaj z niepraktycznością. Oczywiście, jest masa ludzi, którzy lubią półkowe durnostojki, tym fajniejsze, im więcej kurzu potrafią zgromadzić w trudno dostępnych miejscach. Jednak prawdą jest to, co mówią: nie powinno się inwestować w biznes, którego się nie rozumie, więc jeśli Twój krewny/znajomy amator durnostojek nie jest kolekcjonerem o dobrze znanych światu gustach, nie idź tą drogą.

Po trzecie – pamiętaj, że dar rodzi zobowiązanie. Nie musisz znać pojęcia mana, jak mieszkańcy amerykańskiego northwestu tłumaczą ten mechanizm, by wiedzieć, że zbyt drogi prezent może postawić obdarowanego w kłopotliwym położeniu. Jeśli ma ci być wdzięczny, lepiej, żeby zobowiązanie dotyczyło trafności daru, niż jego ceny.

Po czwarte – nie celuj w cudze hobby. Pamiętasz maksymę o inwestowaniu w rzeczy, na których się nie znasz? Wraca tu ze zdwojoną siłą. Masz krewnego z jachtem, a sam nie wiesz, co to kilwater? Nie kupuj mu kabestanu, bo zapewne nie trafisz. Trudno natomiast spudłować z albumem fotograficznym Sto jachtów, na które nigdy nie będzie cię stać. Każdy żeglarz przynajmniej raz spojrzy na niego z przyjemnością, a jak będziesz miał fart – będzie go używał jako conversation piece w towarzystwie kolegów po hobby.

Co do mnie, doszedłem jakiś czas temu do wniosku, że książki są najbardziej uniwersalnym prezentem. Nie tylko dlatego, że nigdy nie jest ich dość, bo takich rzeczy jest więcej, m.in. krawaty, seks w liceum, sztabki złota i kultowe samochody z lat sześćdziesiątych. Książka jest najlepszym sposobem, by podzielić się z obdarowanym swoim gustem czy zainteresowaniami. Tylko nie zepsuj tego. Pozostając przy żeglarskim przykładzie: jeśli jesteś zapalonym wodniakiem, szczurowi lądowemu wręcz raczej Znaczy kapitana, niż Wybieranie szotów dla średnio zaawansowanych.

Nigdy nie odważyłem się jeszcze na wręczenie komuś używanego prezentu, ale nie odrzucam z góry takiej możliwości. Warto tylko pamiętać, żeby – jeśli już dajesz komuś używaną książkę –nie była to zeszłoroczna używana nowość wydawnicza, ale antyk z patyną czasu. Albo upewnij się, że obdarowany wie, co dla ciebie znaczy przedmiot, który mu dałeś.

Zawsze mam natomiast rezerwę wobec bonów prezentowych, które, siłą rzeczy, mają określoną i napisaną wartość. Dając coś takiego, czułbym się, jakbym wręczał prezent z nie zasłoniętą ceną. Za to zawsze sam zachowuję paragon od prezentu, który zamierzam wręczyć. Dlatego też warto dyskretnie obserwować obdarowanych przy wigilii. Gdyby w ich egzemplarzu książki znalazło się kilka niezadrukowanych stron – trzeba wyjść z ukrycia i przyznać, że Mikołaj nie istnieje. To wielkie wyzwanie, ale jesteś mężczyzną. Poradzisz sobie.