O roli przypadku

Jedna mała czerwona kropka potrafi nadać sensu całemu zestawowi garderoby. Przekonał się o tym nasz wierny czytelnik pan Tomasz

– Ależ jest, motyla noga, sartorialnie – mówiliśmy sobie często w miniony weekend. Mówiliśmy motyla noga, bo przecież dżentelmen nie przeklina, a sartorialnie mówiliśmy, bo słowa tego dojmująco brak w polszczyźnie. A jak brak, to trzeba je sprowadzić; nie takie rzeczy już się importowało.

A było zaiste sartorialnie. Nocowanie kolegów (i nocowanie u kolegów) coraz częściej zakłada w moim przypadku elementy degustacji wykwintnych trunków i macania po krawatach oraz wspólnego porannego prasowania koszul przy orzeźwiającej mieszance proszków na ból głowy i red bulla. Ten konkretny kolega, jak już wiecie z poprzedniego odcinka naszej sartorialnej epopei, jest lepszy w degustacji, niż ja w prasowaniu, więc cały weekend upłynął pod znakiem raczej praw niż obowiązków dżentelmena.

Sobota jednak przepełniona była pracą. Wyszliśmy na przystanek dość wcześnie, radzi, że słońce nie dokucza nadmiernie naszym przekrwionym oczom, i wtedy stało się TO. – Zapomniałem poszetki! – wykrzyknął mój gość, wyraźnie zdjęty przerażeniem, które doskonale rozumiem.

MAŁA czerwona kropka, ta na poszetce, przekonuje mnie, że sensem elegancji jest dyskrecja. Nie wiedział o tym autor DUŻEJ czerwonej kropki i całego solidnie kiczowatego wystroju baru Pies czy Suka

To trzeci akt historii, do której aktu pierwszego chciałbym teraz P.T. Czytelników zabrać. Jakiś czas temu (nie było jeszcze Smaku Nabytego) nosiłem się z zamiarem napisania pół-żartem felietonu o tym, że skoro to, co w założeniu niewidoczne dla innych, najlepiej świadczy o elegancji, to wszystkie ozdoby powinniśmy nosić w ukryciu. W dobrym trzyczęściowym garniturze pokrycie pleców kamizelki jest z tego samego podszewkowego materiału, co podszewka marynarki; szelki są zawsze jedwabne; guziki na mankietach marynarki wreszcie muszą być rozpinane, ale zawsze zapięte. Po co te zasady, skoro inne mówią, że szelek ani podszewki kamizelki nie należy pokazywać? Ano dlatego – argumentuje konserwa – że dżentelmen ma zasady. „Katolik zostawia po sobie czysty kibel, nawet jak nikt go nie obserwuje” – ten cytat z Wojciecha Cejrowskiego ucieszył ostatnio niezwykle jednego z moich przyjaciół.

Logiczną konsekwencją tego jest – argumentowałbym, gdyby tekst powstał – że takie rzeczy jak poszetka należy zawsze nosić w ukryciu. Przyszło mi to do głowy, bo niektóre kieszonki piersiowe garniturów są tak duże, że zwykła, mała jedwabna chusteczka zwyczajnie w nich ginie, a już zupełnie nie daje tak miłego efektu lekkiego wypchnięcia kieszonki. Zatem… gdyby tak wypełnić czymś brustaszę, zanim wsadzimy do niej poszetkę? A co nadaje się do tego lepiej, niż… druga poszetka? Tak oto doszedłem do wyznacznika najwyższego diapazonu elegancji: dwuposzetkowania. Ma ono same zalety: po pierwsze, posiadanie dwóch poszetek w jednej kieszonce jest tak obciachowe, że w życiu nie przyznasz się do niego nikomu, uzyskując dzięki temu maksimum niewysłowionej elegancji. Po drugie – możesz wyjąć poszetkę i wciąż mieć poszetkę, co nie działa np. w przypadku ciastek, a czyni cię eleganckim nawet w czasie ocierania potu z czoła. A po trzecie, poszetka wreszcie dobrze się układa. Bardzo mi się ten koncept spodobał i rozważałem porobienie sobie z niego śmichów-chichów, aż wreszcie…

ANTRAKT

Akt drugi rozgrywa się w dniu wydarzeń, zaledwie kilkadziesiąt minut przed feralną konstatacją na przystanku tramwajowym. Ubieram się – jak zwykle, mimo wszystkich przygotowań, w pośpiechu. Wybieram poszetkę, wrzucam ją na szybko do kieszonki (umiejętność zrobienia tego bezwzrokowo, w pięć sekund, jest ważniejsza niż jakiekolwiek maniery składania czy drapowania) i odkrywam, że w środku leży już, schowana, wcześniejsza – błękitna z czerwonym brzegiem. Obie lniane, bo jakoś tylko te ostatnio mi podchodzą. – A niech zostanie – myślę sobie i wychodzimy z Tomkiem na rześki wiosenny poranek.

To był bardzo krótki akt, więc zdążymy dokończyć jeszcze trzeci, zanim zgromadzonym na widowni dystyngowanym damom znowu zachce się siku. Zwłaszcza, że zapewne domyślacie się finału. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy sprawdzać, czy nie mam aby zapasowej poszetki, ale w kwadrans nawet ja nie zdołam zapomnieć (a mam niezwykłe predyspozycje do niezauważania otoczenia), że w mojej kieszonce znajdują się dwie. Poszetka, która została z poprzedniego dnia, była dokładnie w odcieniu koszuli Tomka, a że jechaliśmy akurat na spotkanie subkultury internetowych szarmantów, dżentelmeńska przysługa rent-a-hankerchief była jedynym ratunkiem przed powrotem do domu po brakujące akcesorium.

Nie bloguję tej historii, żeby pochwalić się, jakim jestem wizjonerskim stylistą i troskliwym misiem (choć jestem, nawiasem mówiąc). Bloguję ją dlatego, że przez cały sartorialny dzień intensywnie czerwona kropka przyciągnęła masę spojrzeń i, z tego, co słyszałem, wzbudziła wiele uznania w koleżeńskich kręgach poszetkujących, a już na pewno, była najlepszym ukoronowaniem szaro-granatowego stroju, jaki można sobie wyobrazić. Bez kolorowych skapretek, srebrnych sygnetów, dewizek i spinek do krawata, w pojedynkę zdziałała cuda. Nie jest to niczyim dokonaniem, ale świadczy o wielkiej, niemożliwej wręcz do przecenienia roli przypadku i to przypadku z prawdziwego zdarzenia, nie odtwarzanego, nawet nie sprowokowanego. Dobrze czasem wiązać krawat w łazience restauracji tuż przed ważnym spotkaniem, dobrze – czasem! – nie ocenić stanu garnituru w przeddzień istotnej rozmowy. Guzik przyszyty naprędce nitką o kontrastowym kolorze (bo innej nie było w hotelowym igielniku) potrafi lepiej zadziałać na strój, niż jakiekolwiek dopasowywanie kolorów wzornikami pantone’a.

Celebrity deathmatch

Mężczyzna, który ma 300 par butów kontra mężczyzna z poszetką upiętą agrafką. Obaj na brustaszę mówią butonierka

Lubię dopieszczać (rosnące!) grono moich czytelników częstymi notkami, które już snobistycznie zacząłem określać jako felietony. Już miałem więc dzisiaj uszyć coś „z głowy, czyli z niczego”, ale tę znamienitą pustkę mogę zostawić sobie na lepszą okazję, bo oto w sukurs przyszło mi czasopismo lajfstajlowe marki „Sukces”. Dodatek do Rzeczpospolitej (może serwują go także osobno, a do Rzepy jest w prenumeracie – nie badałem) przynosi wywiad z samym Robertem Kozyrą, znanym jako Człowiek o Trzystu Parach Butów. Redaktorem naczelnym pisma zaś (a w każdym razie autorem wstępniaka, pszaszam, Edytorialu) jest sam Bartosz Węglarczyk, eksredaktor Wyborczej i prowadzący Dzień Dobry TVN, co wiem jako wierny widz testów konsumenckich podpasek i zabawek dla trzylatków.

To zestawienie zaciekawiło mnie niezwykle, bo pamiętam odcinek telewizji śniadaniowej (link zawdzięczam czytelnikowi Kubie), w którym Kozyra wystartował z rękami do Węglarczyka. Oczywiście nie chciał mu dołożyć, a jedynie, w geście koleżeńskiej samopomocy, pokazać nowoczesny i au courant sposób składania poszetki. „Bo to się w ogóle nie tak teraz nosi…”. Chwycił więc koniuszek Węglarczykowej chusteczki, pociągnął i… wywinął kieszeń na lewą stronę, jednocześnie błyskając do kamer agrafką, która spajała misterną konstrukcję. Jak mawiali radiowi komentatorzy sportowi, „jaka szkoda, że państwo tego nie widzą!”.

Ja jednak widziałem i pamiętam, pamięta też Węglarczyk, który we wstępniaku (pszaszam, Edytorialu) zachowuje zdystansowany entuzjazm ucznia, który zaraz przerośnie mistrza, tylko wcześniej zje obiad i odrobi lekcje:

Robert Kozyra mnie fascynuje. To człowiek, który (…) wyśmienicie się ubiera, ma doskonały gust (…). W tym numerze Robert opowiada o tym, co to znaczy być eleganckim. Zrobiłem sobie skrupulatne notatki, obiecuję pracować nad sobą. Co do sposobu upinania chusteczki w butonierce nie do końca sie co prawda z Robertem zgadzam, ale w oczy mu tego nie powiedziałem, bo się bałem.

Zderzenie jest piękne: upięta na agrafkę sprezzatura walczy tu o lepsze z ostentacyjną skromnością człowieka, który co prawda ma osobny średniej wielkości pokój na marynarki, ale nie chwali się tym w mediach częściej, niż musi, czyli góra pięć-sześć razy w miesiącu.

Czy to przystojne? Jak przy każdej okazji wyzłośliwia się jeden z moich przyjaciół, „z byciem damą (tu: dżentelmenem) jest jak z byciem imperium – jeśli musisz przypominać, że nim jesteś, to nim nie jesteś”. Jednak sprezzatura Kozyry jest godna podziwu, nawet jeśli za kontrolowanymi przeciekami na Plotku stoi wynajęty spec od personal marketingu (a nie sądzę, by tak było). Naturalnie i z uśmiechem zbywa pytania o buty i koszule, pytania, które sam każe sobie stawiać. Węglarczyk w tym sporze też nie ułomek: pół Polski widziało agrafkę, ale sam fakt, że komuś – jak mi – chce się to komentować też jakoś tam świadczy na jego korzyść.

I tylko ta cholerna „butonierka” nie daje mi spokoju. Nie dlatego, że moja neurotycznie uporządkowana natura nie znosi mylenia pojęć. Może raczej dlatego, że każdy, kto jakiegoś obcego języka liznął, powinien wiedzieć, że angielska buttonhole i francuska butoniere odoszą jednoznacznie do dziurki na guzik w klapie marynarki i trochę słabo, że ludzie – bądź co bądź – wykształceni (a niektórzy nawet zapewne inteligentni) nie odczytują jako cudownego zbiegu okoliczności, że taka właśnie dziurka znajduje się na klapie marynarki i że to zapewnie ona na nazwę butonierki zasługuje. A może dlatego, że mężczyzna powinien jednak dawać dowód, że wie co robi, a zatem wie jak się nazywa narzędzie, którego używa?

A może zwyczajnie dlatego, że oto widzę, że nie mam koncesji – i żaden z was nie ma – na prawdę i mądrość, którą tak wzruszająco chwaliłem się w poprzenim felietonie. Bo ile by razy nie napisali jak jest koryfeusze eleganckiej blogosfery, a ja za nimi w szarym końcu, Kozyra ostentacyjnie będzie latał pierwszą klasą po świecie, zamawiał customowe ohydne trampki u Prady, a na poszetkę w brustaszy mówił chusteczka w butonierce, a my, w swoich norkach, będziemy cierpliwie realizować marzenia o przemknięciu, choćby bocznym wejściem, na jakieś Pitti Uomo albo inny pokaz Toma Forda w Paryżu i przypominali, że chusteczka, zwana też poszetką jest w kieszonce, zwanej też brustaszą, ale nigdy w butonierce, ludziom, którzy z zamiarem zakupu poszetki noszą się dłużej, niż Kozrya z zamiarem kupienia trzysta pierwszej pary butów. Dzisiejsza lekcja stylu jest lekcją pokory.

Odświętnie na sianku

Rodzinne święta to doskonały moment, żeby ubrać się formalnie, ale trochę inaczej, a nawet z przymrużeniem oka

Święty spokój, chociaż na chwilę. Prezenty kupione, może nawet coś ugotowane, przez lśniące szyby zagląda wieczór. Święta z rodziną potrafią przerażać na różne sposoby: mnie na przykład zapachem zupy grzybowej, którego nie znoszę, a kogo innego – pytaniami o „odpowiednią dziewczynę” i ożenek albo koniecznością wymyślania kilkunastu zestawów spersonalizowanych opłatkowych życzeń. Słowem, zmartwień aż nadto,a tu jeszcze trzeba coś na siebie włożyć.

Święta wydają się doskonałą okazją, żeby poeksperymentować z elegancją. To czas dla rodziny i przyjaciół, rzadko znajdujemy się w miejscach publicznych, a jednocześnie odświętny charakter tych dni nakazuje jakoś tam wyglądać, najlepiej inaczej niż zwykle. Do tego rzadko zdarza się naprawdę skompromitować swoim wyglądem przed rodziną: osobami, które same przebierały cię w czasach, gdy załatwianie czynności fizjologicznych pod siebie w miejscu, gdzie akurat cię położono, było szczytem twoich możliwości. I jeszcze to, że chociaż dalece nie każdy z nas ma w domu kominek wesoło strzelający ogniem z polan, to jednak większość ludzi czuje ciepłą domową atmosferę, podkreśloną przenikliwym chłodem grudnia za oknem, i chce się jakoś w nią wpisywać.

Tu uwaga: zapewne nie w każdym domu garnitur jest na wigilii normą, a, czego by nie mówić, dopasowanie do otoczenia to jeden z kluczowych aspektów dobrego tonu. Skoro już jesteśmy w terminologii muzycznej, zaryzykowałbym tezę, że odchylenie o jedną oktawę w tę czy wewtę to akceptowalna norma dla spotkań rodzinnych i w gronie bliskich przyjaciół. W krawaciarskim towarzystwie przejdzie i mucha (odbierana jako bardziej formalna, czyli oktawę wyżej), jak i otwarty kołnierzyk – oktawę w dół. Dlatego jeśli spodziewasz się, że wszyscy będą w dżinsach i tiszertach, raczej nie bądź bardziej odstawiony, niż w marynarkę, nawet na forum rodzinnym.

Ten sweter Ralpha Laurena nie spełnia w stu proc. moich wymagań, ale pokazuje klasę

Cudowny formalny casual. Zima. Mróz za oknem. Kompot z suszu, intensywnie czerwony barszcz z uszkami, kapusta i prezenty spod choinki. Wszystko, może oprócz prezentów, paruje wilgotnym aromatem świąt, podnosi się temperatura powietrza i emocji. Obok stołu stoi mężczyzna w swetrze z jasnego kaszmiru w naturalnym kolorze, ciemnych, nie za wąskich spodniach w kant z wysokim stanem, brązowych sznurowanych butach, mogą być z zamszu, a niech tam. Biała koszula i ciemny wełniany krawat – może być czerwonawy albo ziemisty, to dobre odcienie na święta. Piękna wizja? To możesz być ty albo ja, w każdym razie takie wyobrażenie towarzyszy mi od paru lat. Jeśli dotąd go nie zrealizowałem, to tylko dlatego, że zakup stosownego swetra kompletnie mnie przerasta. W cenie, jaką jestem gotów i musiałbym za niego zapłacić (a jest ona co najmniej bliska czterocyfrowej – o wartości prawdziwego kaszmiru pisał ostatnio wyczerpująco mr. Vintage), musi idealnie spełniać moje warunki: odcienia wełny, zdobienia wplatanymi warkoczami (po angielsku cable knit), z kołnierzem szalowym (shawl collar, znany także ze smokingów). Nie kupię go przez internet, bo nawet dwa centymetry za długi rękaw zepsuje cały efekt, a poprawka krawiecka w wypadku dzianiny to mission: impossible. Nie raz się już jednak przekonałem, że cierpliwość hojnie nagradza rozsądnych konsumentów, więc czekam. Opisany zestaw to świetny wybór na uroczystości, kiedy nie przewidujesz garniturowo-krawatowego dress code’u. Jest jak skoda superb w roli limuzyny: swój komfort odczuwasz doskonale, ale na „coś się tak wystroił” zawsze możesz odpowiedzieć „no co, przecież jestem w sweterku!”.

Fred Astaire dość dobrze pokazuje, w jakim środowisku najlepiej czuje się odjechana marynarka smokingowa. Dzięki dr. Kilroyowi za tę stopklatkę

Najbardziej odjechanym w dobrym kierunku strojem, który możesz rozważyć, jest marynarka smokingowa lub jakaś wariacja na jej temat. W skrócie: pierwotnie smoking to strój, który przyodziewało się, jak nazwa wskazuje, w palarni, by móc go tam potem zostawić razem ze smrodem tytoniu, który w niego wsiąknął. Dzisiaj kojarzymy smoking z czarną marynarką o błyszczących klapach, ale welwetowe marynarki smokingowe mogą mieć różne kolory. Nie nadają się wtedy na imprezę black tie (chodzisz na takie?), ale świąteczne zimowe wieczory wydają się wręcz wymarzoną okazją, jeśli ktoś odważy się na ten eksperyment. Alternatywą dla mechatej marynarki smokingowej jest jej bardziej nieformalna, jakby eksperymentalna wersja, czyli zwykła marynarka jedno- lub dwurzędowa, najlepiej z klapami w szpic, w którymś z odważnych kolorów. Do klasycznych i pięknych należą butelkowa zieleń i ceglasta czerwień lub bordo. Ja mam taką w wariancie fioletowym, dlatego używam jej raczej na wieczory kawalerskie w klubach z panienkami i nie chciałbym mieszać ich z choinkową atmosferą.

Impreza garniturowa w rodzinnym domu przyprawia cię o skrępowanie? A może po prostu chcesz spróbować w jakiś sposób podkreślić szczególność świątecznego dnia? To prawda, że garnitur daje małe pole do manewru. Oczywiście nie uważam tego za jego słabość, a raczej za siłę, z której nie wiedzieć czemu dzisiejsi mężczyźni są niezbyt skłonni korzystać. Garnitur wizytowy zazwyczaj dość skutecznie broni się przed zabawą konwencją, ale słabymi punktami tej obrony są butonierka, czyli dziurka na guzik na klapie oraz brustasza, czyli kieszonka na piersi. Ta druga służy głównie do noszenia poszetki, za to ta pierwsza…

Zgoda, kojarzy się głównie z wpinaniem oznak różnorakiej przynależności. Zresztą nadaje się do tego celu świetnie, a logo firm, instytucji, miniaturki różnych przedmiotów, jak szpada szermiercza, walter P-99, nawet krzyż harcerski czy, last but not least, Matka Boska, to dobry wybór, o ile faktycznie wyrażają twoją tożsamość lub przynależność. W przeciwnym razie alternatywą jest kwiat (zazwyczaj goździk, nawet w połączeniu z poszetką dla uzyskania efektu combo fatality) lub inne warzywo sezonowe. To jest mój typ na wigilię tego roku. Przedstawiam… jemiołę w butonierce. Ciekaw jestem waszej reakcji, bardziej, niż reakcji rodziny. Siostra i tak powie mi, że wyglądam jak cudak, a ja jej na to, że jest głupia. To taka ciepła, rodzinna atmosfera, bez której nie ma prawdziwego ducha świąt.

Znaczenie poszczególnych elementów jest następujące: biała koszula i ciemny garnitur podkreślają odświętność wieczoru, czerwone i bordowe elementy nawiązują do ciepłej atmosfery i barw krasnoludkomikołaja, ozdoba w butonierce zdaje się kryczeć: "Co za jemioł!"

Na koniec małe post scriptum w nawiązaniu do tego ostatniego. Jesteśmy razem, ja i P.T. Czytelnicy, od stosunkowo niedawna. Statystyki odwiedzin jednak jednoznacznie wskazują, że tak czy inaczej jesteśmy razem, niech więc będzie mi wolno odwzajemnić Wam tę grzeczność serdecznymi życzeniami. By Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, i, jak mawia moja mama, „zdrowia przede wszystkiem”. Sobie zaś życzę, by w przyszłym roku było Was więcej. Nie obżerajcie się zbytnio –gdzieś tam, w przyszłości, czeka na was cała masa dwurzędowych marynarek, które nie zniosłyby poświątecznej oponki. Wesołych świąt!

O nizaczmieniu i klasykach

Wierzcie lub nie, ale pojęcie sprezzatura pojawiło się w Polsce już w czasach… Zygmunta Augusta. Potrzeba było jednak potęgi internetu, żeby zaczęło być naprawdę źle rozumiane.

Włoskie słówko sprezzatura zawojowało polską – ale nie tylko polską – modową blogosferę. Oznacza ono – tłumaczy taż blogosfera – nonszalancję, a moim zdaniem raczej niedbałość w tym, co się akurat robi.

Faktycznie, sprezzatura to włoski rzeczownik odimienny (-tura) od słowa przeciwstawnego (s-) do słowa wartość (-prezza-, chyba nie bez kozerki kojarząca się z angielskim price), czyli… hmmm… postawa wyrażająca nieprzypisywanie wartości. Cóż, można znaleźć na pewno lepszego eksperta od włoszczyzny niż ja, ale za tę część wykładu ręczę wątpliwym autorytetem językoznawcy, którym zresztą nie jestem.

"Ja jestem pan Tik-Tak, ten zegar to mój znak". Gianni Agnelli miał swój styl, ale tak wykoncypowana sprezzatura to wielkie wyzwanie nawet dla wielkich. I Włochów

W dyskusjach o modzie słowo sprezzatura oznacza już niemal wszystko – niedopięty guzik, krzywo zawiązany krawat, niedługo także kocią sierść na swetrze. Nie wspominam już o natręctwach takich tytanów stylu, jak włoski przemysłowiec Gianni Agnelli, znany z noszenia zegarka na rękawie koszuli. Popularyzuje je m.in. naczelny style blogger polskich mężczyzn, czyli Macaroni. Słowo to, a raczej postawa, która się w nim skrywa, jest świetna, więc kariera włoskiego wyrazu wydaje się zrozumiała.

Słowo sprezzatura ma jednak wyraźnie określone korzenie. Nie tkwią one w sławnym mediolańskim butiku Al Bazar ani tym bardziej na Savile Row, ale w szesnastowiecznym traktacie Baltazara Castiglionego Il Cortegiano, swobodnie przetłumaczonym przez Łukasza Górnickiego jeszcze w tym samym stuleciu. Warto zajrzeć także i do niego, kiedy już wymienicie się z kolegami przepisem na udaną sprezzaturę.

Swoboda może się bowiem wyrażać nawet wtedy, kiedy wszystko jest odprasowane, dopięte i udekorowane. Zepsujesz ją nie dokładnością ubioru, nie dopasowaniem elementów, ale właśnie tym, że zdradzisz, co i jak drapujesz na bakier, której klamerki nie dopinasz. Pomyśl o dwóch mężczyznach, z których każdy ma cienki koniec krawata wetknięty między poły koszuli. Jeden z nich mówi: „tak też można nosić, widziałem to w GQ”, a drugi – „wsadziłem go tam, żeby nie latał”. To drugie to właśnie prawdziwy duch Górnickiego, który radził aby człowiek tak z mową jako i s sprawami namniej sie nie wydwarzał, jedno niedbale jakoś wrzkomo tego sobie niemając ni zacz wszytko czynił, a ta zmyślona niedbałość, abo (iż to tak przekrzczę) nizaczmienie, żeby umiejętność pokrywało i pokazowało tak ludziom, iż ono, czo człowiek czyni, samo mu tak płynie, a jako za dar bez wszelakiej pracej i zdobywania przychodzi. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ostatnią rzeczą o jakiej myślał Górnicki było ubranie. Zresztą dzisiaj, po czterystu latach, to i tak nieważne.

"Ups, chyba rozpięło mi się kilka guzików. A propos, widzieliście, że mam rozpinane guziki?" Fot. Tommy Ton/GQ

Nie ma nic złego w wiązaniu krawata przez pół godziny albo w wielogodzinnych wycieczkach do sklepu. Jak każda choroba psychiczna także i to podlega hospitalizacji dopiero wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Po prostu nie udawaj, że idealne węzły robią się same. Jeśli masz ćwiczyć nizaczmienie, ćwicz to, co podstawowe i najtrudniejsze: jak swoim zachowaniem wyrażać dobre samopoczucie w tym, co masz na sobie. Kiedy to opanujesz, twojej sprezzaturze nie zagrozi ani wykrochmalona poszetka, ani nawet krawat na gumce (choć one akurat spartaczą wszystko na pozostałych frontach walki o styl).

Kiedy sprawdzałem, co pisze internet na temat niedbalstwa po włosku, najbardziej spodobał mi się jeden z komentarzy. – W moim wieku – napisał ktoś – sprezzatura przychodzi sama z siebie. Wychodząc z domu zawsze czegoś zapomnę, a to poszetki, a to zapiąć guzik u koszuli. Dzięki temu nawet o sprezzaturze nie muszę pamiętać.

Ten pan odrobił lekcje.

Pięć najważniejszych dodatków

Tak to się już ponuro w życiu składa, że goniąc za rzeczami wielkimi czasem zapominamy o małych, które dają wielki efekt. Oto pięć dodatków, które nadają znaczenie słowu „styl”, nie opróżniając przy tym portfela. Może posłużyć jako lista obecności, zastosowana do własnej szafy, albo lista prezentów choinkowych dla eleganckich krewnych i znajomych.

 

Wiem, zdjęcie Bonda jako ilustracja to ograny numer. Ale taki Robert Kozyra nie byłby ani trochę lepszy

1. Poszetka jest oczywiście na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że, jak twierdzą uparci, należę do subkultury, która poszetką wyraża swoją tożsamość. Chodzi raczej o to, że chusteczka w kieszonce marynarki jest czytelnym sygnałem noszenia tej ostatniej dobrowolnie, z dumą i na luzie. Jeśli masz mieć tylko jedną chusteczkę do brutaszy i używać jej codziennie przez całe życie – nie jest to błąd, o ile jest ona biała. Z białą poszetką nie można źle trafić i choćbyś miał tysiąc krawatów, będzie pasowała do każdego. W internecie znajdziesz setki sposobów składania poszetki – wybierz dowolny, pod warunkiem, że stosuje się do niego słowo „nonszalancko”.

 

 

 

 

 

Jeśli Tom Ford nie wstydził się dawać swojemu bohaterowi spinki do krawata – ty też nie musisz

2. Spinka do krawata. Natknąłem się nie raz na porady z gatunku savoir vivre’u, i chociaż nie mam o nim zbyt wielkiej i usystematyzowanej wiedzy, to potrafię rozpoznać idiotyczną regułę, kiedy ją czytam. O spince do krawata dowiedziałem się, kolejno: że to wymysł Jankesów, na tyle głupich, że krawat tonie im w zupie; że przystoi, i owszem, ale tylko kelnerom; a ostatnio, że to biżuteria na tyle elegancka, że pasuje tylko do stroju formalnego. Cóż, nie wiem, jak wam, ale mi krawat rzadko sprawia problem w trzymaniu kieliszka czy odkrawaniu kęsów kaczki. Spinka może być natomiast nieocenionym sprzymierzeńcem na co dzień, w domu czy w pracy, gdzie (serio!) może się zdarzyć, że zdejmiesz marynarkę, a niesforny zwis męski będzie bezwzględnie dążył do zachowania pionu niezależnie od tego, co robisz. Nonszalancja, jak zawsze, jest ważna, ale tutaj postawiłbym na słowo „prostota”.

 

 

 

 

 

Laurence Fellows wiedział, że irchowe rękawiczki to szczyt lansu, a parasol zagrażający przechodniom – niekoniecznie

3. Irchowe rękawiczki. Klimat w Polsce sprawia, że konieczne są przynajmniej dwie pary rękawiczek – jedna z ociepleniem, druga bez. Granatowym garniturem wśród rękawiczek są te z jeleniej irchy, przyjemnie i ekstrawagancko żółciutkie, najlepiej z palcami zszywanymi od zewnątrz kontrastową nitką. Jeśli masz płaszcz z kieszonką piersiową – jesteś szczęściarzem. To najlepsze (zaraz po dłoniach) miejsce na takie rękawiczki: wkładaj je zawsze pionowo, palcami do góry – niech przechodnie też żółkną – z podziwu i zazdrości. Na pewno w wielu miastach są jeszcze – i dobrze sobie radzą – rzemieślnicy produkujący rękawiczki. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale w Warszawie warto odwiedzić kilka zakładów, bo ceny potrafią znacznie się różnić.

 

4. Dobry parasol. Wszyscy mają jednorazówki z logo kontrahenta swojego pracodawcy albo nadrukiem na pamiątkę jakiejś konferencji, na którą szef ich wysłał. To chyba dostateczny powód, żeby twój parasol miał rękojeść z prawdziwego zdarzenia, obciągniętą skórą albo z przyzwoitego drewna. Przed zakupem dowiedz się, gdzie w twojej okolicy naprawiają parasole, bo uszkodzenie od wiatru, to nie kwestia „czy”, a „kiedy”. Pamiętaj też, że złamanie zasad parasolowego BHP na ulicy psuje cały efekt elegancji. Dlatego podpieranie się nim jak laską (kiedy nie pada), choć staroświeckie, nigdy nie wyjdzie z kanonu dobrych praktyk – zabezpiecza ono przed wsadzeniem końcówki parasola w oko Bogu ducha winnego przechodnia.

 

 

 

 

Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu
Z wayfarerami są dwa problemy: ten, że to ulubiony model hipsterów oraz rzucające się w oczy logo. Z tych dwóch problemów jeden łatwo rozwiązać przy użyciu acetonu

5. Okulary przeciwsłoneczne. W pięknym choć pechowym kraju między Bugiem a Odrą słońce wpada zimą późnym przedpołudniem tylko po to, żeby o piętnastej przypomnieć sobie, że ma coś do załatwienia na Maderze. Mamy więc porę roku, kiedy jedyne okulary przeciwsłoneczne, jakie cieszą się wzięciem, to model promowany przez MON na obozy w Afganistanie. Dopóki stosowny minister nie sformuje oddziału hipsterów bojowych, warto zaopatrzyć się w mocno przecenione ray bany albo inne persole. Osobiście, gdybym miał wybierać, czy dopłacić za logo, czy za polaryzację, wybrałbym bez wahania to drugie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że licealiści siedzą w kawiarniach sieciowych w takich samych okularach jak twoje, to model wayfarer Ray Bana dalej jest chyba wzorcem z Sèvres przeciwsłonecznych okularów do miasta. Ponieważ czarny to owoc, a nie kolor, postawiłbym na szylkret, czyli brązową panterkę w dobrym guście.