Dym w nucie bazy

Poszukiwania prawdziwie męskich zapachów mogą się zacząć w sieciowych perfumeriach, ale pod żadnym pozorem nie mogą się na nich zakończyć

Kiedy po raz pierwszy pisałem o zapachach, było to tuż przed świętami. Nie było wtedy czasu na szczypanie się po siurkach, dlatego badania terenowe prowadzone były w ekskluzywnych, ale jednak supermarketach perfumiarskich, gdzie zapachy mają nazwy znanych projektantów mody. Teraz jest inaczej.

Perfumeria Quality państwa Missalów jest drogim sklepem. Zapachy nie nazywają się tam Chanel ani Armani, a nazwami określającymi znane firmy i rody perfumiarskie. Każda kompozycja określona jest nazwiskiem „nosa” – osoby, która ją przygotowała. Jednocześnie cena, która w drogerii z centrum handlowego znamionowałaby ekstrawagancję, tutaj jest ceną średnią.

Jednak nie to jest najważniejsze. Oto zabieram was w świat, gdzie swobodnej zabawy zapachem jest więcej niż standardu. Świat, gdzie nosy rzadziej słyszą od zleceniodawców, że muszą bardziej uładzić kompozycję, bo to się nie sprzeda. Tu każda zapachowa potwora znajdzie swojego amatora, a – jak się przekonamy – żyją tam prawdziwe piękne i bestie. Jednocześnie jest to podziemie, w którym mieszkają zapachy, dla których nie starcza miejsca w pierwszym obiegu.

To właśnie był klucz doboru zapachów, z których pięć za chwilę poznacie. Zapachy niecodzienne, spoza głównego nurtu, ale też niedzisiejsze w tym sensie, że przynależące do dawniejszych czasów. Jest wśród nich jeden z najdłużej produkowanych zapachów dla mężczyzn – Creed, którego receptura nie zmieniła się podobno od prawie ćwierć tysiąclecia, lecz także niezwykle modny afgański haszysz holenderskiego producenta.

Nawet niewielka próbka perfum stanowi lepszy test, niż wielogodzinne wąchanie papierka

Takich perfum nie powinno się kupować w pośpiechu ani w ciemno. Nie chodzi o cenę – ostatecznie każdy ma inną głębokość portfela i robi z jego zawartością co chce. Po prostu jeśli zbłądziłeś już w rejony, o których tutaj mowa, warto zatrzymać się dwie chwile dłużej, by precyzyjniej dobrać zapach do swoich preferencji i własnego ciała (bo ciało, niczym podkład malarski, wpływa przecież na dzieło, które na nim tworzysz). Dlatego psikanie testerem na papierek, który służy do próbek (fachowo nazywa się go blotter) jest dopiero wstępną fazą próbowania zapachu, a właściwym testem jest zakup próbki. Nawet pół mililitra w ampułce z atomizerem to dość, by wiedzieć, na czym stoisz. W perfumerii Quality taka próbka kosztuje kilka złotych, a jej kupowanie naprawdę nie jest objawem skąpstwa, a raczej znawstwa.

A zatem za mną, czytelniku! Moja olfaktoryczna przejażdżka nie była dzika – była na to zbyt metodyczna, przypominała raczej badania albo kolekcjonowanie. Wszystko zaczęło się zaś od mojego ciągłego dążenia do tego, by znaleźć zapach prawdziwie męski, kojarzący się z surowym życiem i samczymi zajęciami. Zapach skóry, alkoholu, dymu, golenia u fryzjera, kto wie – może nawet wizyty u krawca?

Creed to jedna z najstarszych rodzinnych firm na świecie. W tej chwili jest pod zarządem Oliviera Creeda, prapraprawnuka założyciela firmy, czym chwalą się przez napis na butelce. Fot. missala.pl

Jako pierwsze do wyboru wziąłem perfumy Creed Royal English Leather. To właśnie o nich pisałem wyżej, że należą do najstarszych kompozycji dla mężczyzn. Jak twierdzi producent, receptura nie zmieniła się od 1780 roku. Obiecywałem sobie po nich wiele, bo jeśli cofnąć się w czasie o 230 lat, można odnaleźć wzorce męskości, które byłyby dzisiaj co najmniej inspirujące. – Pewnego dnia, dawno już temu, wziąłem do reki fotografię najmłodszego brata Napoleona Hieronima. Zdziwiony powiedziałem sobie „patrzę na oczy, które widziały cesarza” – pisał Roland Barthes. Podobnego uniesienia szukałem w najstarszym zapachu Creed, jednak jaśmin i bergamotka na – wyraźnej, przyznaję – bazie skóry i mchu dębowego nie epatują męskością w taki sposób, jak dziś byśmy sobie to wyobrażali. Cóż, w XVIII wieku mężczyzna nie musiał na siłę przekonywać, że jest XVIII-wiecznym mężczyzną. Jest to jednak siłą R.E.L., o ile ktoś nie szuka perfum anachronicznych: te są ponadczasowe.

Nie przestawałem jednak pytać – głównie wyszukiwarkę – aż trafiłem na zapach, który skusił mnie nutami zapachowymi. Eau de Gloire firmy Parfum d’Empire to, jak opisują je na stronie perfumerii, „dzień spędzony z Napoleonem Bonaparte”. Nie są to jednak oczy, które widziały Cesarza – skomponowane w 2004 roku, mają zaledwie kilka lat i wyraźnie to czuć, choć pierwszy raz testowałem je w ponadtrzydziestostopniowym upale i ich wyrazistość pozostawiała – delikatnie mówiąc – wiele do życzenia.

Jeśli chodzi o wzornictwo, trudno chyba lepiej trafić z nawiązaniem do epoki napoleońskiej. Fot. parfumdempire.fr

Warto pamiętać, że „szybko rotujące” perfumy z supermarketów w większym stopniu stawiają na szybkie zniewolenie zapachem potencjalnego kupca. Jednak co z tego, że perfumy pachną świetnie przez pierwsze kilka minut, skoro to przeważnie tyle, ile zajmie ci wyjście z domu? Zniewalanie na pięć minut działa tylko w wypadku perfum do sypialni, a i to tylko dla… hmm… sprinterów. Dlatego tzw. nuty serca i bazy, późniejsze akcenty zapachowe, są ważniejsze do wzięcia pod uwagę. Od tego, jak kompozycja pachnie godzinę, dwie czy pięć po użyciu, zależy jej wpływ na przebieg twojego wieczoru.

Eau de Gloire do skóry i mchu w podstawie dodaje tytoń i nuty kadzidlane. Do tego więcej jest cytrusów, ziół i herbaty, które ten zestaw po prostu modernizują. Jest to dalej pachnidło klasyczne, ale „narzuca się” już nieco bardziej i z pewnością warto się z nim zapoznać.

Wiecie już, jakie słowo kluczowe przyciągnęło mnie do Eau de Gloire? Oczywiście, że tytoń. Perfum nie komponuje się z samych przyjemnych kwiatuszków i cytrusów, ale z całej gamy zapachów bardziej frapujących, niż klasycznie pięknych. Można by godzinami wymieniać składniki, które mogłyby się znaleźć w klasycznie męskiej kompozycji, ja na pewno wrzuciłbym na taką listę zapach starego papieru, używanej skóry (np. siodła czy tapicerki), cedru i tytoniu wreszcie, kto wie zresztą, może kiedyś znajdę mieszankę, która będzie pachniała cygarem palonym na fotelu w bibliotece? Jednak zapach tytoniu w kompozycji Parfum d’Empire to łagodna nuta, raczej kojarząca się ze świeżym cygarem czy papierosem, a nie kłębem dymu i popielniczką. Do tych, którzy szukają dymnych wrażeń, skierowane są inne perfumy. Szczerze mówiąc dla mnie ten przegląd dopiero się zaczyna. Trzymajcie się, oto one.

Fumidus dla odmiany nawiązuje chyba do Palazzo della Civita Marcello Piazentiniego. I w jednym, i w drugim z tych dzieł widoczna jest gra między antykiem a modernizmem. Fot. profumum.com

Ci, którzy znają świat zapachów już trochę od środka, na pewno wiedzą, o czym mówię. Oto Fumidus firmy Pro Fvmvm Roma (wszyscy tak piszą, choć moim zdaniem to „v” to tylko typograficzna odmiana łacińskiego „u”, kolejne – prócz słowa „Roma” i łacińskich słów – nawiązanie nazwą do rzymskiego antyku).

Fumidus oznacza po łacinie „zadymiony” i w zasadzie na tym mógłby się ten opis zakończyć, gdyby nie to, że… to jest właśnie cały osobny świat. Świat, w którym perfumy nie muszą roztaczać pięknych woni, szary smutny świat ludzi zdolnych do wielkości i kurewstwa, świat deszczowy i trudny do przeżycia jak w średniej klasy literaturze fantasy albo wielkiej klasy literaturze realistycznej (pomyśl o Cormaku McCarthym i to pomyśl o nim dwa razy). A tak bardziej przyziemnie: ognisko, pieczone w nim ziemniaki, później trochę whisky, wyraźna skóra i znowu dym, dym i cedr, cedr i dym. I tak do końca, przez długie godziny, bez litości.

Fumidus pachnie trochę jakby ktoś z pożaru garderoby uratował jedynie ulubiony pasek do spodni i nadpalone prawidła z cedru. Perfumy, które wziąłbym ze sobą w samotną wyprawę na daleką północ, gdyby tylko branie ze sobą perfum w dzicz, gdzie nie ma ludzi, nie było głupim pomysłem. Te perfumy to także doskonała zabawka, jeśli wybierasz się do klubu, gdzie panie będą udawać rozkosz tańcząc ci na kolanach – dzięki nim (perfumom) sprawdzisz jak bardzo one (panie) potrafią robić dobrą minę do złej gry. („No, koleżanki, takiego śmierdziucha jeszcze nie obsługiwałam”.)

Ale przede wszystkim to prawdziwy smak nabyty wśród perfum (striptizerki też mogą go nabyć, jeśli dasz im szansę) i jeśli można kształtować swój wizerunek przy pomocy zapachów, to właśnie takie zapachy nadają się do tego wyśmienicie. Na samą myśl, że ktoś mógłby stylem życia pasować do tego zapachu, zżera mnie zazdrość.

Już miałem wrzucać kolejną fotkę buteleczki, ale… co to ja miałem? Zobaczcie, jaką wpinkę do krawata oferuje Penhaligon’s na „uzupełnienie” swojej linii kosmetyków Sartorial. Fot. Penhaligons.com

O tym, jak udane były moje łowy, świadczy kolejna próbka: Sartorial angielskiego producenta Penhaligon’s. Zapach–szafa: lawenda i cedr. Perfumy, które pachną zadbanym mężczyzną nie używającym perfum, a raczej otaczającym się higienicznymi zapachami czystości, nie tej sterylnej, a tej eleganckiej. Pachną szafą, czy raczej garderobą, w której nikt nie trzymał ramonezki ani dżinsów do jazdy na motorze, ale rząd wyprasowanych błękitnych, różowych i białych koszul, o których czystość barw dba śródziemnomorskie światło. No, pojechałem.

Zapach doskonały na urlop w pensjonacie o nazwie typu „Pod Abażurem”, „Stara Mydlarnia”, „Lawendowy Dom”. Jeśli perfumy mają – zdaniem niektórych niezbyt lotnych umysłów – zastąpić higienę, to te zastępują najwyższy dostępny mężczyznom poziom higieny. Myliłby się jednak, kto by uważał ten zapach za mydlarniany: Sartorial nie ma nic wspólnego z fryzjerem czy golibrodą, to nie jest zapach mężczyzny dbającego o siebie, a mężczyzny zadbanego, jeśli dostrzegasz różnicę w aspekcie czasownika. Dbałość Sartoriala nie jest procesem, ale stanem, efektem. W tym sensie jest bardziej elegancki i bezczynny, zaś mydlarnie są bardziej „męskie”, aktywne.

Jeśli przebrnęliście moje poetyckie uniesienie, jako nagrodę mam do zaproponowania spotkanie z najsławniejszą niszową kompozycją ostatnich lat. Modna – a niszowa, niszowa – a modna. Co to za zagadka?

Zarówno Fumidus, jak i Black Afgano potwierdzają, że perfumy można oceniać po butelce. Fot. Nasomatto.com

Odpowiedź brzmi oczywiście Nasomatto Black Afgano, ekstrakt haszyszu, jak o nim mówią, choć oczywiście to tylko część prawdy. O Black Afgano mówi się i pisze bardzo, bardzo dużo i choć padają w jego kontekście słowa takie jak „fenomenalny”, „ekscentryczny” czy „bezprecedensowy”, to uspokajająco brzmią słowa niektórych znawców, że to nie zapach, a społeczne poruszenie, które on wywołuje, jest najciekawszym akcentem produktu Nasomatto.

Sam zapach jest ciekawy, ale jeśli byłeś już wystawiony na bombardujące zewsząd cząsteczki mitów i półprawd na temat legendarnego, trudno dostępnego i narkotycznego zapachu, a nie masz ogromnego doświadczenia w wąchaniu perfum, możesz być nieco rozczarowany. Fumidus zdecydowanie jest bardziej odkrywczy i charakterny z wymienionych tu zapachów, nie ma w ogóle czego porównywać. A jednak o Afgano warto wiedzieć, bo to rzeczywiście ciekawy zapach. Ciekawy aromatem konopi, o których wielu z was zapewne niejedno wie, choć dżentelmeni nie rozmawiają o takich rzeczach (haszysz to jednak nie marihuana). Zapach orientalny i drzewny – tyle można wyczytać i tyle powiedzieć. Niemal nie zmienia się w czasie, więc powąchać tę kompozycję raz to niemal jak poznać ją całą – reszta jest kontekstem. Albo milczeniem, jak kto woli.

Poza tym Black Afgano to produkt drogi (w Polsce kosztuje 570 złotych za 30 ml mocno stężonego ekstraktu perfum), luksusowy (producent celowo wstrzymuje dostawy i utrzymuje rynek na głodzie, jak przystało na narkotyki) i bardzo trwały. To jedyne znane mi perfumy, które nałożone rano przetrwały poranny prysznic dnia następnego. Oczywiście, przetrwały w tym mniej więcej stopniu, jak Warszawa przetrwała wojnę, ale jednak był to TEN zapach. Czy był uzależniający? Chyba jednak nie. Zresztą stara prawda na temat konopi mówi: za pierwszym razem rzadko kiedy kopie.

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.

Zapach mężczyzny

Niektóre mają pół wieku i wciąż można je kupić. Klasyczne i czysto męskie perfumy żyją w cieniu współczesnych obupłciowych kompozycji.

Żaden inny element męskiej garderoby nie wpisał się tak mocno w kulturę unisex, jak perfumy. Wizerunek trafia do nas przez rozum, mamy czas, choćby podświadomie, przeanalizować go. Dlatego wciąż nie wymiera ostatecznie grupa mężczyzn, którzy trendowi unisex mniej lub bardziej się opierają, stawiając na wizerunek jednoznacznie męski. Tymczasem projektanci, którzy serwują nam swoje kompozycje perfum, stawiają bardzo powszechnie na bezpłciowe nuty cytrusowe, łagodne, nawet słodkawe i niektóre z nich nazywają „Men”,  jakby obowiązkiem mężczyzny było pachnieć kwiatkami i świeżością kostki toaletowej.

Zapach, podobnie jak smak, uderza bezpośrednio w nasze odczucia estetyczne, atakuje pola skojarzeń, wyobrażenia. Pamiętacie magdalenkę Prousta? Dlatego, poza wyraźnymi anty-magdalenkami, perfumy podobają nam się prawie zawsze, bo po prostu pięknie pachną. Kto by miał tyle życia, żeby uczyć się nut głowy, serca i bazy, a później rozkładać je na czynniki pierwsze? Moje początkowe fascynacje perfumami to L’Eau par Kenzo, czyli kosz cytrusów i Givenchy Irresistible, pierwsze, zielono-czarne.

Dzisiaj jestem im – częściowo – wierny i patrzę z niepokojem na ubywanie błękitnego płynu z kolejnego flakonu. Ale Kenzo to włoski warzywniak, a ja, mimo, że oczywiście jestem miłośnikiem śródziemnomorskich klimatów, chciałbym się jednak kojarzyć z czymś nieco innym. Ciężkie drzewne i ziołowe nuty Givenchy, których kontynuację znalazłem ostatnio w Dsquared Silver Wind Wood, mają dalej wiele uroku, zwłaszcza że to zapach, w którym bardzo mnie lubi moja żona, co – szczęśliwy, kto nie wie – na pewnym etapie życia ma swoje zalety. Ale zapach lasu w wydaniu wylansowanych projektantów to jednak coś jak Land Rover Defender przerobiony na limuzynę (mówiłem, że zapachy przenoszą od razu do dzikiego świata pozarozumowych wyobrażeń?), a życie w mieście wymaga innych nut.

Jakich? Na pewno mydlarnianych, bo oznaczają mężczyznę zadbanego, ale nie przesadnie przywiązującemgo wagę do maskowania swojej naturalności. Zapach mydła czy kremu do golenia, jak kurze łapki wokół oczu, podkreśli dostojną, niedbałą naturalność. A na wierzch, czego dusza zapragnie: kawa, wódka, koniak, tytoń, a dla odważnych – może opium?

Poszukiwania rozpocząłem w sieciowych perfumeriach. Trudno w nich oczywiście o „butikowe” zapachy, które na pewno byłyby bardziej charakterystyczne i niepowtarzalne, może także lepsze jakościowo. Ale sieciówki to dobre miejsce na start, a może wyniki kwerendy przydadzą się jeszcze w ogniu przedświątecznych zakupów.

Nie ma to jak o świcie, w ręczniku na biodrach, boksować się z własnym cieniem. Chanel Egoiste Platinum wydają mi się prostsze niż plakat, który je reklamował

Pierwszym bodźcem do poszukiwań była rozmowa na perfumiarski temat z przyjacielem, którego skóra epatowała mnie w międzyczasie Chanel Egoiste, zapachem zaiste spełniającym kryteria męskości (rozmawialiśmy m.in. o świetnej reklamie tego pachnidła). Jednak wypuszczone na rynek już ponad dwadzieścia lat temu perfumy w którymś momencie tak obezwładniają zapachem tytoniu, że nieomal budziłyby we mnie – palącym sporadycznie – poczucie winy. Tytoń, którego szukałem w perfumach, znalazł mnie sam i od razu znokautował. Co prawda marka Egoiste znana jest też w bardziej popularnym, nowoczesnym i wygładzonym wydaniu Platinum, zapachu bardzo ciekawym, ale… no właśnie, popularnym, nowoczesnym i wygładzonym. Świetnie uzupełniałby smoking na balu, gdzie żaden mężczyzna nie próbuje narzucić swojego ja innym, jednak dla potrzeb codziennego życia towarzyskiego i uczuciowego wydaje mi się zbyt mało partykularny.

Drugi trop to nowe perfumy Carolina Herrera 212 Vip Men. Narobiły mi wielkiego smaku mową o wódce, kawiorze, skórze i drzewie. Skojarzenia tych zapachów, zwłaszcza rosyjskobrzmiących nut wódki i kawioru, w opracowaniu zachodnich perfumiarzy, zdawały mi się mieć potencjał wyrażania czegoś nieuchwytnego w kondycji polskiego mężczyzny (znacie tę anegdotkę o Francuzie, który leciał do Moskwy i Rosjaninie, który podróżował do Paryża? Obaj mieli międzylądowanie w Warszawie. „Moskwa!” wykrzyknął urzeczony Francuz – „Paryż!”, zachwycił się Rosjanin). Niestety, po jednej próbie muszę powiedzieć, że marketing wyprzedził produkt, choć może kiedyś dam mu drugą szansę.

Pour Monsieur powstały w 1955 i wciąż są bez problemu dostępne w handlu

Tymczasem są ważniejsze sprawy. Otóż nawet na półkach perfumerii w zwykłych centrach handlowych (w przeciwieństwie do butików dla wtajemniczonych) można trafić staromodne, urzekające męskie „mydlarnie” w dawnych i nowych wydaniach. Na krótką listę zakwalifikowanych do kolejnego etapu postępowania dostał się więc klasyczny zapach Armaniego, właściwie bez tytułu (Armani Pour Homme), opracowany bodaj w połowie lat osiemdziesiątych. Jednak chyba pod względem klasyki przewyższają go zapachy ze stajni Chanel: Pour Monsieur i Antaeus. Ten pierwszy zobaczył światło dzienne już w 1955 roku, jest więc najstarszy z ankietowanych. Do czasu premiery Antaeusa, która miała miejsce na początku lat 80., był to jedyny męski zapach Chanel i chyba rozumiem dlaczego: kardamon, cedr, wetiwer i kilka innych nut w tym przeciekawym pachnidle to wszystko, czego potrzeba mężczyźnie. Pour Monsieur jest zdecydowanie niedzisiejszy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. To samo można powiedzieć o drugich perfumach Chanel, ale one wydały mi się zbyt narzucające.

TYCH nut na szczęście nie znajdziecie w "autorskim" zapachu Toma Forda

Dla porzadku, na końcu sprawdziłem, jak rzecz ma się dzisiaj. Kontynuatorem klasyki jest linia Toma Forda, który swoim filmem Samotny mężczyzna udowodnił, że klasyczną elegancję traktuje poważnie i z nostalgią. Najbezpieczniejsze są perfumy, które sygnował wyłącznie nazwiskiem (Tom Ford), choć zdjęcie, które je reklamuje, zdaje się twierdzić co innego. Tom Ford Grey Vetiver to bardzo ciekawy, klasyczny zapach, który – podobnie jak wcześniej Egoiste – sprawił mi niemałą niespodziankę, kiedy po kilku godzinach poczułem wyraźny… smar. Podobno Grey Vetiver to nowoczesny zapach, niewątpliwie nie jest jednak unisex. Jak by jednak nie było, kiedy zamierzasz oczarować nim kogoś, z kim jesteś umówiony, upewnij się, że jest to osoba punktualna. Jeśli spóźni się o godzinę na właściwe, ciężkie męskie nuty, zastanie na miejscu spotkania spracowanego mechanika. Aha, Tom Ford robi jeszcze perfumy o nazwie Extreme, która wydaje mi się dobrana równie idealnie, jak słowo Irresistible do perfum, którym nie może się oprzeć moja żona. Jest zatem zbyt ekstremalna. Perfuma, nie żona.

Na koniec kilka ogólnikowych zastrzeżeń: po pierwsze – wierzę w to, że istnieje grupa ludzi, którzy potrafią rozmawiać we wspólnym języku o zapachach czy smakach, można i warto się tego języka uczyć, ale – póki co – lepiej nie ode mnie. Po drugie – to co na mnie albo na kimś, kogo znam pachnie w konkretny sposób, może i będzie pachnieć inaczej na tobie. W Egoiście tytoń jest – to fakt potwierdzony przez wszystkich. Ale być może stwierdzenie, że pachnie się nimi jak kryształowa popielnica, to jakaś moja osobista psychodrama? Tak czy inaczej ten zapach na pewno warto sprawdzić. A po trzecie – zapachy znanych marek, które można znaleźć w perfumeriach w centrach handlowych, do tego w Polsce (nieniachalnie dopieszczanej przez luksusowe marki), to naprawdę dopiero wierzchołek góry lodowej. I chociaż mam swoich faworytów w poszukiwaniu zapachu dla dorosłego mężczyzny, to gdzieś tam jest życie, którego jeszcze nie wiodę. Nie poddaję się więc, a na razie zostaję przy Armanim i dwóch najstarszych Chanelach. Jako jedyne wyróżniały się z wielu próbek po dobie leżakowania, a w świecie zapachów oznacza to, że są niemal nieprzemijające. Jak stary dobry styl.