Słowniczek butofila

Znacznie ważniejsze od umiejętności nazwania konkretnych modeli butów jest wyczucie, co kiedy należy i po co jest

Zgodziliśmy się już, że sześćset par butów to przegięcie, a jedna czy dwie to zdecydowanie za mało. Żeby znaleźć złoty środek, warto pomyśleć chwilę, z jakich elementów składa się nasza wymarzona szafa. Łatwo spotkać klasyfikację ponadczasowych modeli butów; zawiera ją pewnie każda książka dla „współczesnych dżentelmenów”, jak np. Gentleman. Moda ponadczasowa – klasyczna pozycja niemieckiego autora Bernharda Roetzela. Nie wyczerpują one niestety tematu i ja też nie zamierzam, ale w końcu, podobno, strój jest kodem sygnałowym, należy więc rozumieć poszczególne sygnały, prawda?

Ten glosariusz nie nauczy cię mówić o butach jak znawca, ale może dać lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o pytania co, z czym i dlaczego.

Angielki (derby) – podział sznurowanych butów na derby i oxfordy powoduje wiele zamieszania, bo zawsze ktoś coś pomyli albo zapomni wytłumaczyć, co to jest przyszwa. A jest to ten kawałek skóry, na którym znajdują się dziurki do sznurówek, i która może być wszyta pod spód skóry formującej zasadniczą część buta, albo naszyta na wierzch. W slangu – odpowiednio – zamknięta i otwarta. Jeśli szew idzie po zewnętrznej, czyli w tym drugim przypadku, mówimy o angielkach. Takie naszycie przyszwy trochę zakłóca naturalną smukłość modelu, są trochę mniej slim, jakby bardziej codzienne czy robocze. Zapewne z tego powodu można powiedzieć, że są mniej formalne. Pewnie ujdą do garnituru do pracy, ale na uroczyste okazje raczej szukaj czego innego.

Wzór na nosku odbiera butowi formalność, a wzamian zostawia lans. Fot Rainer Ersfeld/CC-by-SA/Commons

Ażurowanie – możesz czasem (po prawdzie, to w dobrych sklepach dość często) spotkać wzory ułożone z dziurek w skórze. Dziurki zrobione są przeważnie w osobnym, naszytym kawałku skóry, który może być zakończony prosto (w poprzek stopy) lub w kształt wingtip, wycięty jakby w skrzydełka. Ten ostatni rodzaj buta, jeśli do tego ma zamkniętą przyszwę i ażurowane krawędzie poszczególnych elementów skóry, nazywany bywa full brogue i – w kolorze koniakowym – uważam go za ukoronowanie butofilskiego świata (dlatego jeszcze ich nie mam – „tych jedynych” szuka się latami). Wersja angielkowa, czyli z otwartą przyszwą, moim zdaniem ma poważnie zaburzoną harmonię, ale wiele firm produkuje takie buty z dumą. Ażur na butach odbierze formalność wszystkiemu, czego dotknie, więc raczej używaj ich do nadania swojemu casualowi wymiaru smart, niż do urozmaicania swojego biznesowego albo formalnego wizerunku. Klasyczne full brogue są słusznie uważane za genialny wybór do spodni z ciężkich tkanin, jak flanela.

Kalosze – w zgodnej opinii miriadów źródeł na internetach, to właściwa nazwa gumowych overshoes, czyli nakładek na (eleganckie) buty. Nie najpiękniejsze, za to nasze, panie, krajowe, recenzował niedawno na blogu Mr. Vintage. Noszenie gumy na butach może wydawać się idiotycznym pomysłem, ale spójrz na to z tej strony: mieszkamy w Polsce. Chlapa na ulicach nie jest tu niczym niecodziennym, a jeśli założysz na buty dobrą gumę, i tak będziesz miał na nogach coś jakościowo lepszego i ciekawszego, niż większość populacji. Obiecująco wyglądają kaloszki Tingleya, są też stosownie droższe od rodzimych. Których byś nie wybrał, pamiętaj, żeby zdjąć je zaraz za progiem dowolnego pomieszczenia, które nie jest autobusem.

Nazwa penny loafers wzięła się od noszenia monet za paskiem buta, ale po co? Fot. JM Weston

Loafers – jeśli od kwadransa patrzysz na wybraną parę butów i dalej nie możesz ustalić, czy mają zamkniętą, czy otwartą przyszwę, sprawdź najpierw, czy w ogóle są sznurowane. Jeśli nie są – to zapewne loafersy. Jeszcze pół roku temu na forum bespoke.pl obowiązywała na nie nazwa mokasyny, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mokasyn to nie tylko styl, ale i konstrukcja buta. Loafersy to po prostu wsuwy męskie. Wśród nich wyróżnia się np. penny loafers (pensowe) z paskiem skóry w poprzek stopy blisko łydki. W droższych modelach zdarza się, że pasek ten jest zrobiony ze skóry podeszwowej, co dodaje całości solidnego charakteru i dobrze kontrastuje ze smukłością buta. Inny ciekawy rodzaj loafersów to tassel, but z dzyndzelkami (ze zrozumiałych względów staropolszczyzny mi się zachciewa i postuluję tu nazwę wsuw męski kutasowy), doskonale pasujący stylem do amerykańskiego akademickiego smart casual – spodni z zaszewkami, koszulą z oxfordu z kołnierzykiem na guziczki, krawatem i tweedową marynarką. Loafersy w zależności od tego, jak są filigranowe i zwiewne, pasują do zestawów albo typowo letnich, albo po prostu niezimowych, czyli od wiosny do złotej jesieni. Ich zgodność z garniturem trudno rozsądzić a priori, ale w większości formalnych zastosowań w razie wątpliwości postaw na „nie”.

Mniszki (monkstraps) – drugi typ klasycznych niesznurowanych butów to buty zapinane na klamerki, przeważnie sztuk raz lub dwa. Jeden z genialnych sposobów odróżniania swojego dżinsowego wdzianka od tysiąca innych dżinsowych wdzianek na ulicy. Nie żebym był dżinsowdziankowcem, ale to może być mój kolejny zakup obuwniczy z kategorii pierwszej, czyli drogich. Podobnie jak loafersy, odnajdą się z całą gamą spodni typu chinos, są też dość wielosezonowe. Podejrzewam, że niektórym wyjątkowo źle wyedukowanym typom mogą się kojarzyć z butami na rzepy, że niby nie umiesz wiązać sznurówek czy coś, więc zażyj podwójną dawkę Fukitolu przed pierwszym wyjściem w nich na miasto.

Powiedzenie "prosty jak konstrukcja mokasyna" ma swoje uzasadnienie. Rys. Tim Keding/GFDL/Commons

Mokasyny – butki, czasem wręcz kapciuszki, w których noga otulona jest ze wszystkich stron tym samym kawałkiem skóry (przeważnie zamszu). Nie bez racji nazywają się tak z języka Indian, ludzi znanych raczej z niskiego poziomu technologii – wymagają przeszycia dosłownie w dwóch miejscach. Lubię je, tak jak lubię fotografię otworkową – są w pewnym sensie powrotem do korzeni całego tego obuwniczego halo, do czasów, kiedy Adam orał, a Ewa prządła i oboje potrzebowali czegoś na nogi. Oraz za to, że są butami z kategorii „tanie”, więc możesz ich mieć pińcet: czerwone, żółte, zielone i błękitne, czego dusza zapragnie. Często na mokasynkach znajdziesz zamiast podeszwy kołeczki – to tzw. driving mocs, czyli mokasyny do prowadzenia auta. Legenda mówi, że to właśnie temu zastosowaniu zawdzięczają one nietypową podeszwę, co wydaje mi się częściowo prawdopodobne. Podeszwa w takich butach wychodzi za piętę i to niewątpliwie pomaga w prowadzeniu, bo buty nie niszczą się tak bardzo, kiedy spoczywają na pedałach. Ale te kołeczki? Jedyne, z czym mi się kojarzą, to dziurkowane pedały Ferrari. Tylko że do ważnych umiejętności sportowego kierowcy należy szybkie zrzucanie nóg z pedałów, a kołeczki w dziureczkach raczej to utrudniają. Mr. Vintage składa je na karb rdzennie amerykańskiego dziedzictwa, co traktuję z lekkim pobłażaniem, choć to ostatecznie tłumaczenie dobre jak każde inne.

Sznurówki – pięć dziurek na nie to wierzchołek krzywej Gaussa, na którym zatknięta jest chorągiewka z napisem „klasyka”. Wszystko niżej i wyżej osuwa się w nieformalność, ale pomyśl o angielkach Jamesa Bonda na dwie dziurki.

Trzewik – przyjęta na forum bespoke, ale chyba jakoś szczególnie nie powszechna, nazwa butów z niewysokimi cholewkami. Obowiązują tu wszystkie warianty pantofli – wiedenki, angielki, golfy, czyli buty ażurowane itp. Można rozważać, czy są równie formalne, co ich niskie odpowiedniki, ale kiedy piszę te słowa, za oknem jest – (minus) 18 stopni i takie roważania raczej polecam mieć gdzieś (poza szczególnymi wyjątkami, kiedy dopasowanie do okazji jest naprawdę dużo ważniejsze, niż minimum komfortu termicznego).

Wiedenki (oxford) – buty z zamkniętą przyszwą. Czarne, bez ażurowych zdobień na nosku, powinny być pierwszymi dobrymi butami w każdej szafie, tak, jak ciemny, prosty i klasyczny garnitur musi być pierwszym garniturem. Co mówię z pełną świadomością, że dla wielu jest to zestaw zakładany raczej kilka razy do roku na ważne uroczystości i – od biedy – w poszukiwaniu pracy. Po prostu są to klasyczne buty (i klasyczny garnitur), które powinien mieć każdy niezależnie od tego, jak nieklasyczny, dżinsowy i tiszertowy jest na co dzień.

Zamsz – czyni nieformalnymi każde formalne buty, które naśladuje. Czarne zamszowe wiedenki bez ażuru… na miłość boską, po co mógłbyś chcieć coś takiego? Ale już brązowe zamszowe golfy są bardziej weekendowym odpowiednikiem brązowych golfów ze skóry licowej. Zamsz ma trzy genialne cechy: mechata faktura doskonale gra światłem i świetnie komponuje się z innymi widocznymi fakturami (np. z dżinsem, tweedem, bawełnianym diagonalem); wygląda fajnie we wszystkich kolorach, które na skórze licowej daje wrażenie ekstrawagancji i pozwala zamienić godziny polerowania na sekundy szczotkowania i pryskania sprejem. Jednak na zamszu nie osiągniesz nigdy – niespodzianka! – lustrzanego pomysłu, dlatego dla miłośnika tego ostatniego (a ja się do takowych zaliczam), jest to trudny kompromis.

Buty, głupcze!

Ile dżentelmen ma par butów i z czego? Dżentelmen ma tyle par butów, ile da radę kupić, z czego większość skórzanych

Brak tematu o butach mógł się już rzucić w oczy niektórym czytającym koneserom. O ile bowiem prawdą jest, że powinno się ubierać, żeby żyć, a nie żyć, żeby się ubierać, to niezależnie od wybranej drogi ubieramy się po to, żeby wytworzyć między kostkami nóg a szyją jakiś poziom napięcia, spajającego dwa podstawowe elementy: twarz i buty. W tej właśnie kolejności.

Buty to podstawowy środek do odróżniania mężczyzn od „facetów”, „chłopaków” i różnej innej maści „kolesiów”. Każdy, kto kiedykolwiek przyjrzał się bliżej tematowi, dochodzi w końcu do tego samego wniosku: buty są jak Polska – są najważniejsze. Głupcze.

Nie ma takiego zestawu ubrania, które jest butoodporne, czyli nie da się go spieprzyć przy użyciu brzydkich, brudnych lub źle dobranych butów. Zapewne są za to jakieś zestawy ubrań, których nie da się naprawić doskonałym obuwiem (obstawiam tylko bojówki i polar). W Polsce wyróżnianie się butami jest bardzo łatwe; wszyscy zakładają do każdego zestawu buty sportowe, oprócz może nowej klasy średniej, która preferuje buty do górskich wędrówek. Jest tym łatwiej, że znakomita większość twoich znajomych, kolegów z pracy i przedstawicieli obmierzłej grupy mężów atrakcyjnych koleżanek, ma tylko jedną parę butów, „wielosezonową” i na każdą okazję. To dwa pierwsze nawyki, z którymi należy zerwać.

Nawet kobiety, które coś tam o butach wiedzą, bywają zbulwersowane, kiedy producent poucza je, by nigdy nie nosić jednej pary dwa dni z rzędu. Ta zasada nie powinna zaś wzburzać nikogo: każdy but potrzebuje odpoczynku, co potwierdzą zwłaszcza piechurzy: stopa i jej otoczenie to trudne środowisko pracy, od wewnątrz na buty działa ogromna ilość pary, od zewnątrz – napięcia mechaniczne i tzw. przez inżynierów czynniki środowiskowe, czyli wilgoć, deszcz, drobinki ziemi i kamieni. Ja bym chciał po czymś takim odpocząć, warto więc pozwolić na to i butom. A zatem: co najmniej dwie pary.

Ta uwaga brzmi nieco abstrakcyjnie. Dwie pary butów? A gdzie miejsce na zmianę stylu, pogody, planu dnia? Nawet jeśli nie masz w szafie smokingu, a jedynie jeden uniwersalny, ciemny garnitur wieczorowy, wstyd nie mieć do niego osobnych, ładnych czarnych pantofli. Dwie pary to minimum butów na co dzień. Ale minimum to stanowczo za mało. Z drugiej strony porządne buty potrafią kosztować pensję albo dwie (w zależności od butów i od pensji), więc kolekcja godna Roberta Kozyry (który, nawiasem mówiąc, udowadnia, że liczba par, nawet zawrotna, to jeszcze nie wszystko) nie jest taka łatwa do zgromadzenia. Rozwiązanie tego dylematu czai się w podręczniku do matematyki dla drugiej klasy szkoły podstawowej: buty dzielimy na drogie i tanie, a kupować należy z obu tych półek.

Przypomnij sobie zasadę Pareta. A teraz wyobraź sobie szafkę na buty, wśród których dwadzieścia procent najdroższych, kupowanych przez lata (i wystarczających na lata) modeli pochłonęło 80 procent budżetu, który posłużył do wypełniania tej szafki. W garderobie o wartości dziesięciu tysięcy złotych (nie musisz ich wydawać od ręki) masz osiem par butów o wartości tysiaka i czterdzieści par bucików o wartości… no dobra, przyznaję – wybrałem kwotę 10 tysięcy, żeby łatwiej mi się liczyło, ale liczyć i tak mi się nie chce. Reguła Pareta is more like guideline anyway – fajną kolekcją butów wydaje mi się taka, w której kilka klasycznych modeli na pięknym kopycie, błyszczących i ponadsezonowych, uzupełnianych jest przez paletę „kapciuszków” (np. zamszowe mokasynki na kołeczkach – driving mocs, buty pokładowe – deck shoes, chukka – sam długo myślałem, że po polsku to osiołki) itp. Te ostatnie mogą być we wszystkich kolorach tęczy, wygrzebane z koszy na wyprzedaży i kupione z myślą „a co mi tam” – przecież jeśli będziesz ich miał dwadzieścia par, każde założysz góra kilka razy do roku. Ale to one odpowiedzialne są za wrażenie przepastnej szafki z butami.

I za coś jeszcze. Przez ostatnie lata wzrastałem w przekonaniu, że dobre, doskonałe, drogie, klasyczne i ponadczasowe buty to coś, na co zwracają uwagę wszyscy. A zwłaszcza kobiety. „Buty – zęby – paznokcie, w takiej kolejności” – mówili. Guzik prawda. Kiedy po raz pierwszy szlifowałem bruk w nowych penny loafers od J.M. Westona, butach pięknych i renomowanych, szedłem chyba z pół metra nad ziemią, patrząc wszystkim w oczy, szukając w nich tego podziwu. I doczekałem się go… następnego dnia, kiedy przyszła kolej na czerwone zamszowe kapciuszki, bezfirmówki z outletu za raptem kilka złotych.

Co, oczywiście, nie przeczy tezie numer jeden: buty naprawdę są w stanie w pojedynkę zmienić wydźwięk całego zestawu, a ładne buty noszone konsekwentnie – całego osobistego stylu. W to nie można przeinwestować. Jednak jeśli spodziewasz się otwartych hołdów i nabożnych spojrzeń, oczekuj ich raczej ze strony garstki innych koneserów, niż ogółu napotkanych niewiast. Uprzedzałem.

Bez względu na to, który wariant stylu przyjąłeś – zostajesz przy dżinsach, czy uderzasz w garnitury (lub odwrotnie), zacznij od butów i zawsze traktuj jak szczególny segment swojej garderoby, a jeśli masz dopieszczać tylko jeden – niech to będzie właśnie ten. To na nich wszystko stoi – dosłownie i w przenośni.