Urlop w niezłym stylu: zmęczenie materiału

Jeżeli nam się uda to, cośmy zamierzyli (…) to zalejemy się jak jasna cholera – pisał Andrzej Bursa

Już dobrze wiecie, że wszystko miało być inaczej. Jedynym, czego byłem pewien, a co faktycznie się sprawdziło, były wściekle zapracowane dwa dni po powrocie, okres zakończony wczoraj, który nie pozwolił nawet na wcześniejsze podsumowania.

Trzeba też przyznać, że cieplejszy klimat mniej służy człowiekowi, co zdaniem niektórych badaczy (np. Landes) wyjaśnia, dlaczego cywilizacje lepiej radziły sobie w chłodzie

Prawdziwe wakacje zawsze wiążą się ze zmęczeniem, bo muszą się wiązać. Obojętne, czy włazisz na górę dla samego bycia na górze, czy wędrujesz kilometrami w skwarze, by odwiedzić jeszcze jedną fortecę/zamek/tysiącletnie drzewo/wodospad, czy męczysz się siłując z szotami na jachcie – jeśli nie osiągniesz stanu prawdziwego zmęczenia, po którym pizza z mikrofalówki jest cymesem, a zimne piwo najbardziej wykwintnym trunkiem świata – wakacje wydają się jakieś takie słabo zaliczone.

Cóż, wakacje z rocznym dzieckiem są metodą na zmęczenie instant, a ten poziom osiągasz w drodze na plażę. Zwłaszcza jeśli masz fart i dziecko w sezonie wakacyjnym jest dokładnie w wieku, w którym dość zręcznie chodzi, ale jeszcze nie jest sterowane głosem i nie do końca pojmuje różnicę między krawędzią nabrzeża/krawężnikiem chodnika a śmiertelnymi niebezpieczeństwami, które czają się tuż za tą granicą.

Namęczyliśmy się więc z Zosią nawzajem – ona nas, ciągnąc za rękę w krzaki albo zbierając na plaży pordzewiałe kapsle od piwa, bo kolorwy lakier przyciągał jej uwagę, a my ją – jadąc półtora tysiąca kilometrów autem tylko dlatego, że wybrzeże Chorwacji jest ciekawsze od Polskiego, której to ciekawości ona prawie nie zazna, bo za mała jest jeszcze na ten poziom doświadczania Inności – rok miała zaledwie na odkrycie, że to wszystko dookoła, co cię szczelnie otacza, nie czując twojego bólu, jest to tak zwany świat.

Namęczyliśmy się więc nawzajem, ale mimo to doświadczenie ojcostwa jest rzeczą ważną i poważną w przeciwieństwie do tego, czym się tu na co dzień zajmuję, wiązania krawata, parzenia kawusi, picia wina i w zasadzie tylko po to dopisuję niedorobioną pointę do niezaliczonego (z przyczyn obiektywnych) wyzwania, żeby to krótkie zdanko napisać. I może sobie Kiełbasińska gadać, że przez pierwsze miesiące sprzedanie dziecka na wieczór i wyjście do kina jest świętem, tak jak jeszcze rok wcześniej spontaniczny wypad gdziekolwiek był chlebem powszednim, że trzeba mieć oczy z tyłu głowy i że małe dziecko-mały problem, a duże dziecko-duży problem, ale jednak dzieci to fajoska sprawa.

Jeśli, oczywiście, jest się ojcem, a nie „rodzicem B”, jak podobno mówi się w politpoprawnych krajach, albo ojcem od przelewów alimentów i spotkań co drugi weekend, tudzież takim od paczek zza granicy. Zresztą, jak trudno być dzisiaj ojcem na placówce, kiedy w Polsce naprawdę wszystko jest? Mój stary spędził kupę lat w Stanach począwszy od połowy lat 80. i jego pierwsze paczki były objawieniem: wystarczyło, że przysłał mi kolorowy balonik albo jakiś gratis z happy meala, a ja cieszyłem się jak głupi do sera, bo w Polsce myło się ręce pastą BHP i piło płyn Lugola. Ja będę się musiał bardziej postarać.

W Chorwacji zacząłem od nauczenia się wiersza o panu Tralalińskim (jego żonie Tralalonie, jego córce Tralalurce, jego synku Tralalinku i jego piesku Tralalesku). I te infantylne gry słów podobają mi się coraz bardziej do tego stopnia, że niedługo zmienią moje literackie gusta, a to już będzie prawdziwy smak nabyty.

A wracając jeszcze na sekundę do kwestii ojcostwa: z pewnością przypadnie ona do gustu wszystkim spośród was, którzy etykietują się pojęciem klasyczna elegancja. Przepaść między klasyką literatury dziecięcej (Tuwim, Jachowicz, ilustracje Szancera i oldskulowa Bogucka) a dzisiejszą produkcją (wszystkie te cholerne Kaczorki Głodomorki) dobitnie udowadnia, że (w wersji dla naiwnych) kiedyś było lepiej lub (w wersji dla mniej naiwnych), że czas jest niezły w oddzielaniu ziaren od plew.

Gentleman i jego szczotki, pędzle

Szczotki i pędzle jako akcesoria do higieny łączą nasz świat ze światem mężczyzn sprzed wieku

Kim tak naprawdę jest Ryszard Baryliński? Rzemieślnikiem – producentem szczotek z małego sklepu i warsztatu przy ul. Poznańskiej? Domorosłym filozofem kultury? Tanguero i bon vivantem? Niedoszłym inżynierem? A może spowiednikiem i psychologiem swoich klientów? Zapewne wszystkim tym po trochu, a także gospodarzem niezwykłego miejsca na warszawskiej mapie obiektów niedzisiejszych. Miejsca, do którego przyziemne potrzeby sprowadzają czasem zupełnie nietypowych ludzi.

Zakład przy Poznańskiej działa od 1951 roku. Ojciec pana Ryszarda Zbigniew już wtedy był spadkobiercą rzemieślniczej tradycji

Każdemu jego szczotka

W działalności rzemieślniczej nie ma chyba dziś miejsca na węższą specjalizację, niż ogólne „produkcja szczotek i pędzli”

Oczywiście bloggera piszącego o męskim stylu korci, by pracownię szczotek i pędzli przy Poznańskiej 26 w samym centrum miasta opisać jako gentleman’s emporium, staromodny lokal obsługujący konserwatywną męską klientelę, jednak oczywiście byłoby to znaczne ubarwianie rzeczywistości. Pan Ryszard kontynuuje wielopokoleniową tradycję rzemiosła, którego nie stać na razie na taką wybiórczość: prócz pędzli do golenia oraz szczotek do doprowadzania butów do połysku sprzedaje także szczotki do podłóg, obrusów, masażu pleców, pędzle dla malarzy (pokojowych raczej niż wojennych), modelarzy czy makijażystek, akcesoria fryzjerskie i w ogóle wszystko, co zakończone jest kępkami naturalnego (a czasem i sztucznego) włosia.

Ale pan Ryszard zna przede wszystkim swoje produkty, że tak się wyrażę, od narodzenia, a nawet wcześniej i – jak każdy prawdziwy rzemieślnik – wie, jakie przesłanki stoją za decyzjami dotyczącymi użycia takich a nie innych materiałów w jego wyrobach. Dlatego poprosiłem go, by opowiedział o męskich akcesoriach, których niesłusznie używamy znacznie rzadziej niż kiedyś. – Dawniej ludzie potrzebowali praktycznych narzędzi do wykonania jakiejś pracy, a przy okazji często wychodził z tego ładny przedmiot, bo miał być ergonomiczny, dopasowany do ręki. Ja dziś korzystam z wzorów które stolarze już mają, bo te stare wzory na tyle się sprawdziły, że wymyślanie nowych mija się z celem, zwłaszcza że same szczotki mają być tanie, bo taki jest nacisk rynku – tłumaczy pan Ryszard i zdejmuje z półek kolejne interesujące mnie przedmioty.

Jedna szczotka w kilku wydaniach – takie rzeczy tylko u rzemieślników

Na początek najbardziej interesuje mnie szczotka do czyszczenia ubrań. Mój śp. dziadek używał takiej za każdym razem, kiedy wchodził do mieszkania prosto z warsztatu stolarskiego, który miał w piwnicy domu. Jednak znawcy twierdzą, że szczotkowanie codziennych, nieroboczych ubrań znacznie wydłuża ich żywotność, nie trzeba ich wtedy tak często oddawać do pralni. – Myśmy się od wielu rzeczy odzwyczaili, bo mamy chodniki, gdzie się nie tworzą kałuże, nasze buty nie mają szans tak bardzo się zabłocić. Ubrania też rzadko kiedy są tak zachlapane, by wymagały szczotki. Używamy pralek prawie codziennie. Zmieniły się nasze przyzwyczajenia – tłumaczy Ryszard Baryliński. Mimo tej zmiany sprzedaje jednak w dalszym ciągu szczotki do ubrań, zrobione ze szczeciny dzika. Każdy może wybrać sobie oprawę, prostokątną albo z wystającą rączką, dzięki której trudno pomylić ją ze szczotką do butów.

Za to szczotki do butów różnią się też zastosowaniem

Te ostatnie robi się raczej z końskiego włosia, chociaż w sklepie przy Poznańskiej wciąż można kupić pełen asortyment szczotek, które pokazuje gospodarz. – Kiedyś błoto było wszechobecne, a taka szczotka z kokosa służyła do czyszczenia skórzanych butów  z błota. Jej ostre kanty pozwalały zaś wygrzebać je z podeszwy. Pamiętajmy, że dawniej zamiast samochodów jeździły konie i to uliczne „błoto” wyglądało inaczej. Tą szczotką można było też na mokro czyścić zaschnięte błoto – Ryszard Baryliński trzyma szczotki na ladzie, ale o ich zastosowaniu opowiada w czasie przeszłym i to dawno przeszłym. – Kiedy buty już były suche, nakładało się pastę tym mazakiem, czekało aż przeschnie, a kolejnej szczotki używało do polerowania, żeby rozprowadzić pastę równomiernie i wetrzeć głębiej w skórę. Końska grzywa, z której zrobiona jest ta ostatnia szczotka, jest bardziej miękka od ogona, świetnie poleruje, bo włosie końskie jest odporne na ścieranie, a pasta się nagrzewa przy pocieraniu i lepiej wnika w skórę – tłumaczy.

Ja sam wybrałem zaś inny rodzaj szczotki do butów: z mięciutkiego koziego włosia, którą można odkurzyć wypolerowane na błysk buty bez psucia delikatnej błyszczącej powierzchni. Zamówiłem pomniejszoną wersję takiej szczotki, by móc nosić ją czasem przy sobie, kiedy lśniące buty są niezbędnym komponentem dobrego wrażenia. W dzisiejszych biurowcach i urzędach stanowisko do czyszczenia butów to niestety rzadkość. Moja szczotka po kilku dniach była gotowa do odbioru, a gdybyśmy nie byli umówieni, pan Ryszard mógłby powiadomić mnie SMS-em.

Do ciała – dla duszy

Taka sama szczotka sprawdzi się do włosów (do dłuższych polecana jest wersja z rączką), i – po zmniejszeniu – do zarostu

Oczywiście akcesoria do ubrań i butów to nie wszystko. Szczotki z Poznańskiej „obsłużą” całe ciało. – Wielu fryzjerów starszej daty pamięta, że szczotkowanie szczotką z naturalnej szczeciny z dzika pomaga włosom, daje masaż, jest bezpieczne dla włosów i skóry. Ludzie czasem przychodzą do mnie zwabieni ciekawością i coś chcieliby kupić, ale nie wiedzą, co. Podpowiadam szczotkę do włosów albo mniejszą, ale taką samą, do zarostu. Jeśli jest dłuższy, trzeba go codziennie szczotkować, żeby lepiej wyglądał i był zdrowszy.

O ile do włosów dzik sprawdzi się akuratnie, to już do paznokci polecane jest włókno roślinne: agawa. – Kiedy taki włos nasiąka wodą, robi się bardziej miękki, ale nie traci kształtu ani szorstkości – tłumaczy rzemieślnik. Podkreśla, że z plastikowych szczotek woda często spływa od razu, a my szorujemy plecy albo ręce suchą szczotką.

Wszystko to, na pewno nie tylko mnie, kojarzy się z ojcem i dziadkiem, którzy – jak czasem myślę – pracowali bardziej na serio, niż ja przed komputerem. W przedpokoju i łazience szczotki do czyszczenia się po pracy były zawsze w widocznym, wygodnym miejscu, jak jakieś kapliczki dawnego stylu życia. Granica między pracą i życiem prywatnym była wyraźniejsza, kiedy ślady doczesnych trudów spływały do umywalki po tym, jak mój stary szorował spracowane dłonie szczotką i proszkiem do mycia rąk.

Szczotka do rąk i paznokci jest tradycyjnie dwustronna

Ja takiej szczotki używam od czasu do czasu, kiedy palcem (a nie mazakiem) nakładam na buty pastę woskową. Rozgrzany od ciepła dłoni wosk lepiej się rozprowadza, a buty dopieszczane tak dokładnie błyszczą potem prima sort, miejskim elegancikiem, a nie utrudzonym harówką mężczyzną. Ja i mój ojciec praktykujemy dwie różne formy męskości, a głupia szczotka do rąk i paznokci staje się artefaktem, który łączy nasze światy.

Jednak chyba prawie każdy potrafi się poczuć jak za czasów własnego ojca czy dziadka dzięki innemu pędzlowi: do golenia. Tych u pana Ryszarda znajdziemy bez liku, do wyboru, do koloru, choć o dobrą obsadkę do takiego pędzla wcale nie jest łatwo. – Potrzebny jest uchwyt ładny, a wręcz ekskluzywny. To jest przedmiot, który będzie stał w łazience, ma leżeć mężczyźnie wygodnie w ręku i być trwały. Z tymi oprawkami był problem. Kiedyś w latach 70. jeden pan w Wołominie miał dostęp do resztek płyt pleksi, które barwił na różne kolory, sklejał warstwami, a potem poprzecznie wycinał z tego oprawki. Mam ich jeszcze trochę z tamtych czasów, ale stylistyka nie każdemu może odpowiadać. Dlatego współpracuję z niemiecką firmą, która produkuje oprawki, ale prócz tego robi też pędzle, maszynki na żyletki, stojaki na pędzel, miski do rozrabiania mydła, a nawet mydło do golenia i ałun – tłumaczy rzemieślnik. Akcesoria do golenia wystawione są na osobnym regale w najbardziej widocznej części sklepu, pan Ryszard zapewne słusznie zauważył, że to właśnie one tworzą nastrój wnętrza.

Borsuk borsukowi nierówny. Tylko pędzel po lewej został zrobiony na Poznańskiej

Główkę pędzla do golenia zrobiona jest z sierści borsuka, ale w najdroższych jest ona selekcjonowana dosłownie ręcznie. Kiedy dostaję do porównania dwa pędzle – droższy i tańszy, nie mam wątpliwości, na czym polega różnica. A do tego wzornictwo, materiały na oprawę, projekt. Sierść borsuka jest przyjemna dla twarzy, podnosi zarost, który dzięki temu łatwiej jest głęboko ogolić. Szkoda, że dziś nawet krem do golenia trudniej kupić niż niewymagające pędzla żele czy pianki. – Cóż, ludzie zawsze myśleli o tym, jak sobie ułatwić i przyspieszyć życie.  Żyjemy w czasach fast-foodu i mikroweli – stwierdza sentencjonalnie rzemieślnik.

Tu szczotka ma być

U Ryszarda Barylińskiego można też znaleźć wiele innych zmiotek czy drapaków, o których dżentelmeni nie rozmawiają

Sklep szczotkarski przy Poznańskiej to dziwne miejsce. Zlokalizowane w drogiej, ale mało uczęszczanej okolicy na tyłach Marszałkowskiej, wydaje się skazane na powolne konanie. Pamiętam jeszcze przynajmniej dwa takie nieistniejące już sklepy, jeden na Tamce, drugi przy Widoku. W tym pierwszym, gdzie pracował szczotkarz Aleksander Petruczyk, przez kilka lat działała potem kawiarnia Szczotki Pędzle, ale i ona zwinęła się w tym roku. Tymczasem nawet w ciągu mojej krótkiej wizyty Ryszard Baryliński ma tylu klientów, że zaczynam rewidować swoją opinię o marnym przeznaczeniu jego zakładu. – Ludzie przychodzą z ciekawości albo wracają, bo wiedzą gdzie iść, polecają mnie następnym klientom i tak to działa. Niektórzy przekazują mi swoją wiedzę, coś podpowiedzą i także dzięki nim interes jakoś się kręci, miasto dostaje swoje pieniądze, urząd skarbowy swoje, a czasem i dla mnie coś zostanie. Wbrew temu, co mówią, nie jestem ostatnim Mohikaninem. Jest jeszcze kilku szczotkarzy, ale ja akurat mam punkt do którego można przyjść. Mogę dzięki temu zaproponować szerszy asortyment, zrobić coś na specjalne zamówienie – zastanawia się rzemieślnik.

A może chodzi o to, że rzeczywiście panuje u niego klimat dawnego zakładu. Mimo, że jest zwykły dzień powszedni przed południem, spotykam tu całą galerię osobowości. Fryzjer z okolicy wpada pogadać o szczotkach i moim aparacie fotograficznym, ale jakoś tak schodzi na historię kultury japońskiej. Fizjoterapeuta o wyglądzie siedemdziesięciolatka i żywotności króliczka duracell przyjeżdża rowerem po szczotkę do suchego masażu dla jednego ze swoich pacjentów. Fryzjerka z miasta przyśle chłopca z listą szczotek do damskich włosów (grzebyk, tapir, helena). Młoda dziewczyna przychodzi po dwie szczoteczki do mycia twarzy, które Zbigniew Baryliński, ojciec Ryszarda, zrobił jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy akurat udało mu się dostać dużą partię oprawek do takowych. Po dziewczynie pani w średnim wieku zagląda po szczotkę do włosów – własnych, choć ma też kilka kotów i w ogóle kocha zwierzęta. Może o nich opowiadać godzinami – na szczęście przestaje po kwadransie. Tego typu miejsca mają w sobie coś, co trudno spotkać w nowoczesnych sklepach, których personel jeździ na szkolenia z obsługi klienta, a w CV zapewnia o zmotywowaniu i zaangażowaniu.

Dawniej rzemieślników weryfikował cech, dziś robi to tylko (i aż) rynek

Ryszard Baryliński ma zamiast tego ćwierć wieku praktyki w produkcji szczotek i pędzli, a na ścianie dyplomy mistrzowskie ojca i dziada w tym samym zawodzie. Swojego dyplomu mistrzowskiego nie powiesił obok, bo zanim go zrobił, cechowe pozwolenie na działalność przestało być wymagane prawem. – Zresztą to nie o to chodzi, żeby zrobić ścianę martyrologii ani się chwalić, tu szczotka ma być. Jeśli ja panu tłumaczę, do czego szczotka służy i pan widzi, że w ręku leży jak trzeba, to wtedy to ma sens – tłumaczy rzemieślnik.

[facebook]

Sh*t my dad says

Nie wiem, czy to, co zamierzam napisać, nadaje się na ten blog. Nie wiem, czy w ogóle nadaje się na blog. Wy chcecie czytać o wiązaniu krawata, o kołnierzykach albo spinkach – mam statystyki, więc wiem. Ale jednak to blog i to ja decyduję, o czym będę pisał. Jeśli się to któremuś z angielskich dżentelmenów nie podoba, bo kształty kołnierzyków i właściwy odcień granatu przysłaniają mu prawdziwe życie, zawsze może po angielsku opuścić Reform Club – teraz.

Dzięki, że jednak zostałeś, zapewne zachęcony jakimiś nieznanymi domniemanymi benefitami. Niestety, nic dobrego nie mam do zaproponowania, jedynie dzielenie moich ponurych frustracji.

Moja córeczka obudziła się dzisiaj za dziesięć siódma i trafiła akurat na moment, kiedy byłem wyspany, ale zbyt leniwy, żeby wychodzić z łóżka. Miałem na tablecie otwarty do przeczytania artykuł z GQ, który ktoś z zalinkował na forum. Podzieliłem się nim z cierpiącym na chroniczną bezsenność przyjacielem (odpisał natychmiast), a sam oddałem się lekturze.

Autor artykułu napisał poważnie, a zarazem pięknie, o męskich zabiegach higienicznych, co jest wyczynem heroicznym, dla mnie niedostępnym (dlatego zawsze uciekam w ironię) i za co nominacja do National Magazine Award należała się jak psu buda. Ale, co jeszcze lepsze, napisał to przez pryzmat nostalgicznej opowieści o swoim ojcu, z którym specjalnie (w wieku 38 lat przy 77 latach taty) wybrał się na weekend, żeby o tym jeszcze raz posłuchać.

Kilka godzin później siedziałem przy śniadaniu u rodziców, których odwiedziłem dla zażycia spokojnej pracy z dala od wymagającego życia z niemowlakiem. Mój ojciec, sam ponadsiedemdziesięcioletni, stracił po chemioterapii sporo zębów i – powodowany myślą o ocaleniu reszty – gorzko stwierdził: – Całe życie nie myłem zębów, a na koniec udało się dentystom mnie do tego zmusić.

Uśmiechnąłem się i opowiedziałem mu o amerykańskim artykule, który czytałem. Wtedy uśmiechnął się on i zrewanżował swoją historią, a właściwie historią swojego przyjaciela Rajmunda, który w latach 80-tych wyjechał do Austrii. – Wtedy kto mógł, spieprzał z Polski i w pewnym momencie Wiedeń był pełen ubeków handlujących dewocjonaliami i solidaruchowej hołoty. A Rajmund miał w swoim mieszkaniu umywalkę zamkniętą w szufladce, do której wodę nosiło się z korytarza. Bieżącą wodę mieli tylko ci w blokach, bo w starych budynkach, pamiętających odsiecz wiedeńską, radzili sobie tylko z kranem na korytarzu. Wszyscy zaś psioczyli na Polaków: co się taki sprowadził, to sobie w mieszkaniu chciał łazienkę robić, jak szlachciura jakiś. Rajmund dwa lata nie widział wanny ani nawet prysznica. Zapytałem go więc: »To jak ty jajka myłeś«, a on na to: »O, tak« i mi pokazał.

Na co mój staruszek zaczął, na szczęście w ubraniu, demonstrować tę szczególną technikę polskich emigrantów w Wiedniu. To dość wesoła, ale też raczej gorzka historia, historia – wybaczcie ton schizofrenika – o nas. Nie przytaczam jej tu, żeby z mojego ojca – samego długoletniego emigranta i nędzarza z pochodzenia – się naśmiewać. Nie pozwala mi na to ani czwarte przykazanie boże, ani jakaś duchowa łączność z tą szczególną, ale trudną sytuacją. Często skarżę się, że w Polsce nie można kupić przyzwoitych butów, bo są albo doskonałe za dwa tysiące, albo takie za trzysta o wartości trzydziestu. Ale to nawet nie jest wierzchołek góry lodowej, a skorupka emenemsa o smaku lukrecji (przepraszam wszystkich, którzy to świństwo lubią). Ohydna prawda siedzi w środku.

I nie jest to prawda wyłącznie taka, że utraciliśmy tożsamość, że przed wojną umieli, ale ci, co umieli, nie są naszymi ojcami przez Katyń i Powstanie. Smutniejsza i ohydniejsza prawda jest taka, że skoro już nie mamy (a większość młodej klasy średniej nie ma) tych arystokratycznych czy chociaż burżuazyjnych przedwojennych korzeni, gardzimy tymi, które faktycznie mamy. Większość – jak to większość – ma wszystko w dupie i trudno mieć im to za złe; w końcu ktoś tą większością musi być. Gorsza jest większość tej pozostałej mniejszości, ludzie, którzy, mimo pewnego potencjału, odrzucają naukę o emigranckim myciu jajek w misce, o tym, jak za komuny trzeba było polski tytoń kilka dni nasączać ruskim koniakiem, żeby w ogóle dawał się palić (każdy ma własną, po własnym ojcu) — na rzecz plejbojów, albo, co gorsza, maximów. Porównanie poziomu intelektualnego „Wysokich Obcasów Extra” – jednego ze sztandarowych bądź co bądź pism kobiecych – z tym, co powinno być ich analogiem, czyli np. „Playboyem”, albo męskiej i kobiecej edycji TVN-u – „Turbo” i „Style”, nasuwa bardzo smutne wnioski. Jakbyśmy pogubili się we własnej kulturze, dali sprowadzić do ról, które narzuca nam nasze korpo i parafialny supermarket.

Dość wykładu; nie będzie wniosków. Mądremu to na nic, głupi nie uwierzy. Ale będzie praca domowa: przeczytać Życie towarzyskie i uczuciowe Tyrmanda. Jeśli ktoś czytał – przeczytać jeszcze raz. To najprawdziwsza znana mi książka o kondycji mężczyzny w smutnym kraju nad Wisłą. Wiem, że to jak kazanie o konieczności chodzenia do kościoła (wygłasza się je zazwyczaj do tych, którzy akurat chodzą). Ale wielka tama potrafi runąć, bo jedno małe pęknięcie naruszyło jej konstrukcję, więc trzeba tę swoją inność utrwalać i dobitnie pokazywać światu. Nie jestem tylko pewien, czy lepiej zaczynać od garderoby, czy od biblioteki i – przede wszystkim – drzewa genealogicznego.