Siedem lektur apokalipsy

Nevil Shute On the Beach

Lista lektur, które przygotują cię na (nienadejście) końca świata

Oczywiście trzeba być kretynem, żeby wierzyć w koniec świata 21 grudnia. Żeby w ogóle móc brać pod uwagę, że akurat amerykańska cywilizacja na poziomie ledwo ponad epokę kamienia łupanego wiedziała coś, czego wiedzieć nie może nikt. Amerykanie są tu uprzywilejowani, bo jako mieszkańcy tego dziwnego kontynentu uważają Majów za swoich – ale importowanie tego przekonania do Europy to już siara na poziomie krawata do kołnierzyka na guziczki albo uważania bourbona za jedynie słuszną whiskey.

Jednak do pewnych spraw zawsze warto wracać, wróćmy więc na chwilę do tematu książek – i filmów – poświęconych apokalipsie. Co prawda najbliższy termin już za dwa dni, ale na lekturę masz jeszcze kupę czasu. Spokojnie – świat się nie kończy.

Obóz świętychObóz świętych (Jean Raspail, Le Camp des saints, 1973)

Z perspektywy pisania o apokalipsie „Obóz świętych” to prawdziwe tchórzostwo. Dotyczy on bowiem końca tylko jednego świata: białych chrześcijan, ludzi Zachodu, byłych panów świata, których niemal dosłownie zaleje transport imigrantów z Subkontynentu Indyjskiego. Wiadomo: wizja wyniosła i napuszona, nieznośna dla stu procent lewaków i ledwo strawna dla tych spośród prawaków, którzy niezbyt komfortowo czują się w roli elfa: istoty z natury szlachetnej, ale skazanej na efektowną porażkę. A jednak warto Raspaila poczytać choćby dlatego, że uważa on monarchizm za formę dandyzmu (a to ostatnie słowo, głównie źle rozumiane, przyspiesza bicie serca każdego prawdziwego szarmanta). Poza tym powiedzmy sobie szczerze: jak często możesz poczytać teksty o wykwintnym żariciu i piciu, które wyszły spod pióra francuskiego arystokraty z kilkusetletnim rodowodem?

Ekranizacja: nic, o czym bym wiedział

 

 

Ludzkie dzieciLudzkie dzieci (P.D. James, Children of Men, 1992)

Koniec ludzkości już witał się z gąską, gdy wtem… Od kilkudziesięciu lat samice homo sapiens z niewyjaśnionych, acz raczej metafizycznych przyczyn nie zachodzą w ciążę. WTEM! brzemienna niewiasta jednak się objawia. Ciężarna nastolatka musi być bezpiecznie przetransportowana w miejsce, gdzie będzie mogła powić Nowego Człowieka. Miły, niezbyt hardkorowy klimat postapokaliptycznego społeczeństwa i ciekawe obserwacje autorki, która miała w życiu trochę wspólnego z polityką – była m.in. urzędniczką w Home Office, czyli brytyjskim MSW.

Ekranizacja: Clive Owen to jeden z najprawdziwszych (co do urody) mężczyzn w Hollywood, dlatego filmy z jego udziałem zawsze są warte uwagi. Oraz Michael Caine w roli podstarzałego Johna Lennona (wizja, w której autor Imagine dożywa starości, jest dla mnie sama w sobie nieco apokaliptyczna, ale Caine zawsze spoko).

 

 

Droga Cormac McCarthyDroga (Cormac McCarthy, The Road, 2002)

U Cormaca nie ma miękkiej gry. Nigdy. Jednak świat po apokalipsie to jeden z trudniejszych światów (co wie zapewne każdy, kto grał w niekomputerowe RPG). Trudniejszych chyba także dla pisarza – jak napisać na serio książkę o zagładzie ludzkości, jeśli jest się autorem ocierającym o literackiego Nobla? Życie u Cormaca jest brutalne, ale ma sens i cholernie warto przeczytać nawet książkę o apokalipsie, żeby ten sens poznać.

Ekranizacja: W zasadzie liryczna wizja wędrówki mężczyzny z synem przez niemal opustoszały świat, ale jeśli naprawdę nienawidzisz horrorów, po kilku scenach możesz znienawidzieć i mnie za tę rekomendację.

 

Ostatni brzegOstatni brzeg (Nevil Shute, On the Beach, 1957)

Tymczasem w Australii… już wiadomo, że chmura radioaktywnego pyłu dotrze nad kontynent w najbliższym czasie i że koniec ludzkości jest tylko kwestią czasu. Ale przecież jesteśmy Australijczykami, więc będziemy się do siebie uśmiechać i pożyczać sobie rower do końca świata i o jeden dzień dłużej. Mimo tego wszystkiego możliwe, że to jedna z najsmutniejszych książek świata.

Należała ona do gatunku tych wpływowych, kiedy ukazała się w czasach zimnej wojny. Być może cały program redukcji uzbrojenia strategicznego sporo jej zawdzięcza. My w każdym razie zawdzięczamy jej unikatową koncepcję postapokaliptycznej powieści obyczajowej. Bez zombie, przykro mi.

Ekranizacja: a nawet dwie, ale jedna z nich (1959) zawiera Gregory’ego Pecka i Freda Astaire’a. Zgadzamy się, że tego nie można przegapić?

 

 

Autostopem przez GalaktykęAutostopem przez galaktykę (Douglas Adams, The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy, 1979)

Ziemia zostaje w mgnieniu oka zniszczona przez kosmicznych budowniczych transgalaktycznej autostrady właśnie kiedy Artur Dent kończy myć zęby. Ziemianie w zasadzie mogliby się ubiegać o planetę zastępczą, ale widać nie zasługują, skoro ogłoszenie o wyburzeniu wisiało w urzędzie gminy na Alpha Centauri od kilku stuleci, a nikt nawet nie pofatygował się sprawdzić, czy coś w ich sprawie nie wisi na tablicy ogłoszeń.

Jeśli myślisz, że ta wizja to szczyt nonsensu, z pewnością nie wiesz wszystkiego o Douglasie Adamsie, który „Trylogę w pięciu częściach” napisał jako słuchowisko dla radia BBC w późnych latach 70. W kategorii satyr wyśmiewających tragedie ludzkości to właśnie dzieło Adamsa gra w pierwszej lidze z Paragrafem 22 i skeczamy Monty Pythonów o Francuzach.

Ekranizacja: Na szczęście – tak. Na szczęście – dopiero w 2004 roku. W stylistyce iPoda i nostalgii za wczesną MTV. Główny bohater (jedyny rozbitek ze zniszczonej Ziemi) podobno został potem Hobbitem, doktorem Watsonem i Rembrandtem.

 

 

Darwinia RC WilsonDarwinia (Robert Charles Wilson, Darwinia, 1998)

Rok 1912. Europa znika, a w jej miejscu pojawia się pierwotna puszcza. Nie wyrasta, ale właśnie pojawia się: wszystkie gatunki roślin i zwierząt obce są ludzkiej nauce, ale co ciekawsze, pod powierzchnią ziemi kryją się archeologiczne ślady obcej ludziom historii, jakby to, co nagle się pojawiło, było na tym miejscu od zawsze. Do Anglii wracają z kolonii poddani i z trudem karczują dżunglę nad Tamizą, by wznieść od zera Nowy Londyn, a w głąb kontynentu ruszają ekspedycje badawcze.

Polskie wydanie książki w 2000 roku wyprzedziło o kilka lat dyskusję tzw. kreacjonistów z ewolucjonistami, a na dodatek zrobiło to w wielkim stylu. Książka jest mocno nierówna, ale to kawał hard SF, które zostawia po sobie ślad.

Ekranizacja: to byłoby coś. No, chyba, że by nie było. Na przykład sławne rodzeństwo (d. bracia) Wachowscy mogliby wydać trylion dolarów na zepsucie takiego scenariusza.

 

 

BONUS! 28 dni później (reż. Danny Boyle). Unikatowy film. Unikatowy, bo powstał w 2009 roku i nie jest ekranizacją ani sequelem (o ile wiem). Unikatowy, bo będąc filmem o zombiakach, nie pretenduje do miana taniej popularnej komedii. W czasach, kiedy większość horrorów przyjęło zasadę „przez żołądek do serca”, ten stara się tak jakby od drugiej strony – ma coś z głową.

28 dni później

Radość wina

Wino to sama radość, ale często jej cząstkę odbiera fakt, że masa mądrali zrobiła z niego naukę, i to naukę typu ąę

Nie żebym miał coś przeciw tym mądralom – też są potrzebni, a jeśli do tego są w stanie ślepym testem udowodnić, że faktycznie się znają, to daj im Boże zdrowie. Ale jeśli przed cieszeniem się winem powstrzymują cię opowieści o wysokiej plus kwasowości w pierwszej ćwiartce, daj sobie spokój z mądralami, a nie z winem. Specjalnie dla ciebie Smak Nabyty przedstawia słownik porad, które dodatnio wpłyną na tzw. user experience wina.

Dość hardkorowy przykład. Przyzwoita kara… dekanter będzie się mniej narzucał i jest przyjemnym gadżetem

Dekanter był kiedyś w moim gronie towarzyskim (→ Towarzystwo) przedmiotem ożywionego sporu, którego źródłem była pomyłka w kolejności – najpierw dużo wypiliśmy, a potem zaczęliśmy się mądrzyć. Wykorzystam przewagę medialną, by jeszcze raz podkreślić, że, drogi Marku, to ja miałem rację w tym sporze: słowo dekanter jest w polszczyźnie jak najbardziej użyteczne i nie da się go zastąpić  bardziej ogólnym słowem karafka. Karafka bowiem to każde szklane naczynie z korkiem, z którego (naczynia, nie korka) można serwować alkohol, dekanter zaś to taki rodzaj karafki, który służy do napowietrzania czerwonego wina na co najmniej pół godziny, a czasem nawet do kilku godzin przed podaniem. Dobry dekanter zwiększa więc do maksimum powierzchnię kontaktu wina z powietrzem, a niektórych nie da się nawet odstawić na płask, żeby kołysanie wywołane wypukłym dnem dodatkowo pozwalało winu oddychać. Wyobraźcie sobie w tej roli karafkę z rżniętego szkła na koniak. I kto ma rację?

Jak widać na tym obrazie Hedy, przekąszanie do wina to dość stara tradycja

Deska serów. Figi. Winogrona. Orzechy. Krakersy. Wędliny. Bagietka i ciemny chleb. Woda na rano. Testuj kombinacje. Zestawiaj smaki. Ciesz się fakturą. Oto czym jest wino. Oczywiście zestawianie win z jedzeniem to osobny rozdział nauk, a tutaj mowa tylko o wsparciu kubków smakowych w piciu wina jako takiego.

Gadżety związane z winem, takie jak nalewak, taki dodatkowy dynks do napowietrzania czy kołnierz do zbierania uronionych kropel, uważam za przesadę, ale co kto lubi. Pamiętaj, że nalewając wino, nie dotykasz szyjką butelki (lub →Dekantera) brzegu →Kieliszka, więc wystarczy dobrze zdjąć folię pod rantem szyjki butelki i nalewać pewnym ruchem, a nic nie powinno kapać. Pewne ruchy zaś to przecież domena prawdziwych mężczyzn, prawda?

Jeśli jesteś fanem drogich marek, słowem-kluczem w poszukiwaniu kieliszków może być np. Riedel

Kieliszki. Dobre kieliszki są konieczne, żeby aromat rozwijał się w pełni. Dobre kieliszki poznaje się po szkle (– Serio!?), które jest cienkie, przejrzyste i po prostu piękne. Jeśli zaczniesz lustrować półkę z kieliszkami w naprawdę gadżeciarskim sklepie, odkryjesz, że każdy szczep ma zaprojektowane specjalnie dla siebie. I to jest właśnie ąę, które można sobie – przynajmniej na początku – darować. Czerwone wina doskonale rozwijają się np. w szerokich kieliszkach do burgunda. Mają one ogromną pojemność, więc właściwa ilość wina rozlewa się w nich szeroko, a lustro płynu stoi nisko. Kiedy zagłębiasz nos w taki kieliszek, bukiet dobrego wina atakuje cię, zapewniając moc doznań. Duża powierzchnia winnej kałuży dodatkowo dobrze napowietrza wino tak jak w → Dekanterze.

Kieliszki do win białych uważam, zapewne niesłusznie, za mniej ważne, bo białe wino serwuje się przeważnie schłodzone i skupienie aromatów i tak jest przez to osłabione. Każdy natomiast powinien mieć przynajmniej dwuosobowy zestaw doskonałych kieliszków do szampana, co w zestawieniu z piciem win musujących choć trochę lepszych niż sowietskoje igristoje jest dobrym początkiem prawdziwego delektowania się bąbelkami.

Nie ma oczywiście nic złego w piciu wina ze szklanek, a tanie winko stołowe nawet warto pić z prostych naczyń, żeby nie wyglądać, jak gdyby się celebrowało mistyczną chwilę spożywania Sofii albo Kagora. Winu nie przybywa wartości od dobrego szkła, chodzi o to, żeby nie odebrać mu jego własnej, jeśli ją rzeczywiście ma.

W zestawie z pompkami do wina (produkuje je kilka firm) dostaje się od razu kilka korków, co daje możliwość otwarcia kilku butelek na raz i zrobienia degustacji

Korek próżniowy  pomaga zamknąć niedopitą butelkę wina i wypompować z niej powietrze, dzięki czemu w butelce pozostanie na dłużej wino zamiast octu. Może mieć dwojakie działanie: będziesz dzięki niemu pił mniej albo więcej. Jeśli, kiedy masz ochotę na wino, ale nie masz towarzysza do picia, rezygnujesz z otwarcia butelki (żeby się nie zmarnowało), dzięki takiemu korkowi będziesz mógł skusić się nawet na jeden kieliszek do obiadu. Jeśli zaś w analogicznej sytuacji decydujesz się na wypicie całej butelki, korek sprawi, że nieco łatwiej będzie powiedzieć „stop”. Z moich obserwacji wynika jednak, że w tym drugim przypadku jego skuteczność znacznie spada.

Korkociąg. Jeszcze parę lat temu kręciły mnie (gra słów niezamierzona) korkociągi gadżeciarskie – nawet na prąd. Ale ponieważ sezonuję się zamiast starzeć, dojrzałem do dobrego „barmańskiego” korkociągu działającego na zasadzie dźwigni, który z francuskiego zwany jest trybuszonem, a powinien – trybuszonem dwustopniowym. Słowo to zupełnie słusznie kojarzy się ze średniowieczną machiną oblężniczą i nawet ma podobną funkcję, jeśli wyobrazić sobie, że korek to odmiana fortyfikacji. „Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię” – wołał podobno Archimedes. Gdyby obiecał poruszyć korek w butelce wina, byłoby mu łatwiej – za punkt oparcia służy wtedy brzeg szyjki butelki. Korkociągi barmańskie nie mają tej młodzieńczej gadżeciarskości, ale fajne są naprawdę fajne. I analogowe, co dodaje im splendoru.

Książki, a nawet atlasy o winie są oczywiście mniej ważne, niż samo picie, ale poczytanie o szczepie, regionie czy rodzaju wina, które właśnie pijesz, może pomóc zidentyfikować, co ci się w nim podoba. Na dłuższą metę to się opłaca. Język mówienia o smaku nie jest językiem naturalnym i często nasza pamięć do zapachów przechowuje wyobrażenia, których nie jesteśmy w stanie bez treningu połączyć z pojęciami słownymi. Na szczęście większość tej  pracy inni zrobili za ciebie, skorzystaj więc z ich wiedzy, zamiast uważać to za obciach. Odwagi. Łyk wina. – Ach, no tak. Aromaty skóry i garbniki. Wpadłbyś na to sam z siebie?

Napinka, a właściwie jej brak. Sommelierzy rzeczywiście stworzyli wspólny język, którym rozmawiają o smaku wina, ale jeśli nie czujesz się na siłach, by przełożyć wrażenia podniebienia na ich słowną konceptualizację, daruj sobie. Trening czyni mistrza (→Nos), a nagrody spotykają cierpliwych. Pij, nie pierdol.

Najmodniejszy ostatnio notatnik na świecie ma także wersję do notowania win. Nie ma to jednak jak spontanicznie prowadzony dzienniczek bez rubryk do wypełnienia

Nos i pamięć. Przysłowie mówi, że kłamcy potrzebują dobrej pamięci, więc jeśli chcesz kłamać, że znasz się na winie, musisz pamiętać, co o nim mówiłeś rok temu. Jeśli zaś chcesz nauczyć się odnajdować w winnych smakach więcej prawdy, musisz pamiętać, co o poprzednich winach nie tyle mówiłeś, co myślałeś. Robienie notatek może wydawać się przesadą (mi ciągle się wydaje), ale krytycy wszystkiego – win, kin, obrazów czy zrazów – zawsze robią notatki. Smak znika z ust raczej prędzej niż później (choć o jakości wina świadczy m.in. to, jak długo się w nich utrzymuje), a, jak mówi inne przysłowie, scripta manent, czyli że notatki zostają. Oczywiście możesz zdać się na notatki, które ktoś wcześniej zrobił dla ciebie (→Książki), jednak dotyczą one nie twojego nosa, nie twoich ust, win i przeżyć.

Sommelier w restauracji naprawdę potrafi pomóc dobrać wino, przytemperuj go tylko, jeśli będzie dzielił włos na czworo. Jeśli chcesz iść z nim w zawody, możesz próbować się mądrzyć albo chociaż dorzucać swoje trzy grosze, ale bądź szczery przed samym sobą: czy potrafisz to robić bez ryzyka zbłaźnienia się? Jeśli nie, lepiej zamknąć dziób. Zbłaźnić się publicznie jest znacznie mniej honorowo niż choćby dostać w dziąsło na dzielnicy.

Towarzystwo potrzebne jest nie tylko dlatego, że pijacy piją samotnie, lecz także do tego, żeby ktoś skrytykował twoje proletariackie gusta do tanich kwaśnych win z południa Włoch albo lepkich owocowych pryt z Mołdawii. Najnowsze ustalenia francuskich naukowców mówią, że Kartezjusz nie miał wszystkich koniecznych danych, kiedy wysnuwał wniosek o bezinteresowności sądu smaku – tak naprawdę nasz gust kształtuje się pod wpływem tego, co o tych samych rzeczach sądzą inni, więc daj się im wypowiedzieć i nie daj się zagłuszyć.

To dizajnerskie wiaderko Alberta Fernandeza do schładzania utrzymuje niską tempteraturę jeszcze dłużej dzięki otoczce powietrza między przejrzystymi a stalowymi ściankami, a do tego zbiera rosę, która powstaje na ściankach zimnego naczynia

Wiaderko na lód do podtrzymywania chłodu ulubionych białych win w upalne dni podczas grillów i pikników (oraz na kiczowate nieco, ale i tak przyjemne, romantyczne wieczory z szampanem) dodaje i smaku, i lansu. Dodatkowo, przy zgoła innych okazjach, nie trzeba dzięki niemu ganiać ciągle z wódką do zamrażarki, więc inwestycja zwraca się podwójnie. Oprócz lodu wlej do wiaderka lodowatej wody dla poprawienia efektu. (Po edycji: jak zauważa życzliwy komentator Artek, wiaderko to zwane jest coolerem barmańskim. Niech was jednak nazwa nie zwiedzie, nie ma w nim nic barmańskiego i można go używać w dowolnych okolicznościach przyrody, z których szczególnie polecam pikniki w upalne dni).

Wważny aforyzm na koniec, którego autorem jest Julian Tuwim: „Kieliszek trzymamy wyłącznie za nóżkę. Najpierw nóżka, potem – do brzuszka”.

O księgozbieraniu

Kiedy myślimy „męski styl”, pierwsze, co przychodzi do głowy, to szafa albo garderoba. Ale ponieważ styl  to cecha raczej wnętrza człowieka, ex aequo z tymi powyżej będą, odpowiednio – regał albo biblioteka.

To nie jest tak, że nie uważam ubierania się za najfajniejszą z codziennych przyjemności. Myśl, że nie mam tych wszystkich babskich schiz typu „czy nie wyglądam w tym grubo” odpręża mnie i dodaje dystansu, kiedy piętnaście minut wiążę krawat w poszukiwaniu idealnego wyglądu węzła, tego zwornika odzieżowej kompozycji. Ale nawet mimo tego, że od kilku lat mam świra na tym punkcie, gdybym miał wybierać między rozmową z kimś dramatycznie źle ubranym, a kimś koszmarnie nieoczytanym, wybór jest dla mnie jasny. Lepiej uważać bojówki za spodnie do miasta, niż Coelho za wybitnego literata.

Tylko że oczytanie to jedno, a posiadanie księgozbioru to co innego. Pogodziłem się już z tym, że druk w ciągu najbliższych lat stopniowo będzie coraz bardziej prestiżowym, a nie obowiązkowym, wariantem książki. Nawet to rozumiem i rozumie chyba każdy, kto musiał się kilka razy w życiu przeprowadzać razem z biblioteczką: kilka tysięcy książek nieco łatwiej przenieść w kindle’u, prawda? Czy w takim razie pozbawić się kompletnie możliwości ukazania innym zatroskanego oblicza na tle równych szpalerów książek na półkach, niczym mądrzy tego świata na wiekopomnych fotografiach?

Paradoksalnie, dzięki e-bookom, książka z powrotem bardziej stała się ideą, niż obiektem, treść odłączyła się od formy. Łatwiej dzięki temu na plik zadrukowanych kartek spojrzeć jak na zwykłą rzecz i potraktować ją jak zwykły towar konsumpcyjny. Od kilku lat wybieram książki tak, jak bohater Fight Clubu wybiera meble z Ikei: w księgarni odpowiadam sobie na pytanie, czy ten obiekt dobrze określa mnie jako osobę? Czy będzie dobrze reprezentował mnie przed ludźmi, którzy przyjdą w gości?

Jestem pozerem? Jasne. Ale nie chodzi oczywiście o grubość czy odpowiednio pożółkłą barwę papieru, a o tytuł czy tematykę. Ważne jest dla mnie, że pewnych książek po prostu nie mogę nie mieć, choćby wśród moich planów czytelniczych figurowały na bardzo odległym miejscu. Kiedy indziej zaś mam palącą potrzebę przeczytania czegoś, co spokojnie mogę wypożyczyć tak, by nie zostawiło śladu na mojej półce. Tak odróżniam długofalowe miłości od przelotnych fascynacji.

Jedną z największych zalet przedmiotów jest, że mogą nosić na sobie piętno ich właściciela. Dlatego nigdy nie unikam okazji, kiedy mam ochotę podzielić się ze światem jakąś myślą, która narodziła się pod wpływem lektury: bazgrzę ją ołówkiem na marginesie. Czasem pożyczam później takie książki razem z notatkami, które oni dzięki temu mogą później przemyśleć. Ten blog – z zachowaniem wszelkich proporcji – narodził się zresztą z notatek na drugiej stronie okładki książki Dylana Jonesa Jak nosić krawat.

Jeśli uważasz, że potrzebujesz czegoś bardziej dobitnego, niż sama alegoria regału, jest rada i na to: na rynku wydawniczym da się znaleźć pozycje o dobrze świadczących tytułach, jak Przewodnik po kulturze współczesnej dla inteligentnych Rogera Scrutona czy Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego. Problem polega jednak na tym, że Intelektualiści Paula Johnsona wyglądają z tej perspektywy prawie jak Niezbędnik Inteligenta. Lepiej nie iść tą drogą.

Ja osobiście rozwiązałem ten problem raz na zawsze, kupując wybór klasyków myśli ekonomicznej, zatytułowany Prawdziwa cena wszystkiego, o objętości, bagatela, półtora tysiąca stron. Wiecie, czarny napis EVERYTHING pogrubioną czcionką na czerwonym grzbiecie grubości 10 centymetrów – to musi budzić respekt, kiedy ustawisz taką książkę na widoku na honorowej półce w salonie.

Dzięki temu wszystkiemu łatwiej książki wyeksponować, łatwiej zatem nawiązać o nich rozmowę podczas imprezy, kiedy dyskusja trochę gaśnie, niż na przykład o kolekcji krawatów, skrywanej w szafie. Poza tym, dyskusje o książkach są unisex. O krawatach możesz rozmawiać tylko z mężczyznami. One nie zrozumieją.

O znajomości węzłów

Niektórzy twierdzą, że można znać tylko dwa węzły krawata. To, jak w starym kawale o Radiu Erewań, prawda, ale częściowo.

Moja biblioteczka książek poświęconych męskiej elegancji, stylowi i tzw. sztuce życia nie jest bogata i nie rozwijam jej jakoś szczególnie, żeby nie mylić teorii z praktyką. Jeszcze mniej z niej zostanie, jeśli odrzucę pozycje, które kupiłem przez przypadek i teraz się wstydzę. Może zresztą zaszczycę je kiedyś osobną notką. W obejmującej klika pozycji kolekcji tych, które naprawdę sobie cenię, jest 85 sposobów wiązania krawata Thomasa Finka i Yonga Mao. Długo jej nie używałem.

Książka naukowo udowadnia, że dokładnie tyle węzłów wyczerpuje listę tego, co można zrobić z krawatem, nie licząc może krępowania koleżanek i wiązania go sobie na czole podczas zakrapianych imprez integracyjnych w korpo. Jednak inne źródła nienaukowo przekonują, że cała ta prawda jest funta kłaków warta: potrzebujesz znać four-in-hand – najprostszy węzeł, asymetryczny i nieco „artystyczny” oraz coś uporządkowanego, symetrycznego i nie za dużego, słowem – półwindsor.

Nawiasem mówiąc, siłą książki Finka i Mao, w porównaniu do innych krawaciarskich tytułów jest fakt, że nawet stosując całe życie te dwa (lub dowolne inne dwa, a nawet jeden) węzeł, po przeczytaniu akurat ich książki nie masz poczucia straty czasu i pieniędzy. Nie żałowałem więc, ale codziennie wiążąc pod szyją ulubiony four-in-hand miałem poczucie jakiejś dziwnej pustki.

Zdałem sobie z niej sprawę dopiero niedawno, kiedy odkryłem, że jeden z moich ulubionych krawatów – szary wełniany oscar jacobson z wełny Loro Piana – jeszcze nigdy nie leżał tak, jak powinien. Mój ukochany zwis męski, o zupełnie normalnej szerokości ok. 8 centymetrów w swym najszerszym miejscu, zwęża się ku górze tak gwałtownie, że na wysokości, na której go wiążę, ma ich zaledwie dwa czy trzy. Węzeł wielkości piąstki noworodka nigdy nie będzie wyglądał dobrze, a obowiązkowa łezka, czyli fałdka materiału pod węzłem, przy tej mięsistości wełny daje wrażenie przypadkowego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) marszczenia. Przeprowadzone niedawno eksperymenty wykazały, że four-in-hand niestety nie zdaje egzaminu, za to jego pogrubiony kuzyn, victoria, zbliża mnie nieco do ideału. Do testów zatrudniłem podręcznik Finka i Mao, bo do tej pory żadnym katalogiem węzłów nie zaprzątałem sobie głowy.

Ostatecznie, chociaż z efektów dalej nie jestem w stu procentach zadowolony, mogę ogłosić swoją reedukację: dwa węzły w zupełności wystarczą na całe życie, pod warunkiem, że twoja kolekcja krawatów była tworzona z myślą właśnie o tych dwóch. W przeciwnym razie czuj się skazany na poszukiwania. Dobry przewodnik będzie w nich niezwykle przydatny.