Staromodne rzemiosło marketingu

Krawiectwo miarowe w Polsce to już nie to samo co kiedyś. I na dobre mu to wychodzi

Do Poznania – a zatem także do pracowni pp. Krupy i Rzeszutki – trafiłem z okazji nagrywania dla Polsatu newsa o stowarzyszeniu But w Butonierce, które ruszyło kilka dni temu. News – choć przy moim niewielkim udziale – powstał i możesz obejrzeć go tutaj, a stowarzyszenie uruchomiło swoją stronę, na której możesz poczytać o jego ustroju i celach. Aby być na bieżąco, nie zapomnij – o ile jeszcze tego nie zrobiłeś – kliknąć lajka na naszej stronie na Facebooku.

Henryk Krupa i Karol Rzeszutko. Mężczyzna po osiemdziesiątce i drugi, przed trzydziestką. Łączy ich miłość do krawiectwa i więzy krwi. Dziś trudno powiedzieć, czy to wnuk do dziadka, czy dziadek do wnuka wyciągnął pomocną dłoń – ale na pewno obaj na tym zyskali.

– Po tym całym przewrocie – mówi pan Henryk o latach 90. – nastąpił taki napływ wszystkiego z zagranicy, że ludzie zwracali uwagę tylko na metkę. Jeden rok to mieliśmy taki, że jedną sztukę uszyłem – opowiada. Za kilka tygodni skończy 82 lata. Z tego 65 poświęcił krawiectwu.

Jedna i trzy kariery

W wieku 82 lat Henryk Krupa wciąż z radością przychodzi do zakładu

Henryk Krupa zaczynał jako szesnastolatek w założonej w 1926 roku pracowni krawieckiej ojca. – To były prawdziwe nauki, pracowało się cały tydzień, łącznie z sobotami, a ile nocek było! A do szkoły szło się trzy razy w tygodniu, ale od trzeciej do dziewiątej – wspomina. Szyli wtedy głównie dla mieszczaństwa, takiej niskiej klasy średniej. – Ojciec uczył mnie, żeby szanować tych ludzi, bo oni dają nam chleb. Dzisiaj szyjemy dla zamożnych.

W poznańskiej pracowni przy Łąkowej zmienili się klienci, ale rzemieślnicy też nie są tacy, jak kiedyś. Wnuk Krupy, Karol Rzeszutko, to człowiek z zupełnie innej gliny. Zanim w 2008 roku podjął decyzję, że zostanie krawcem, miał na koncie już dwie rozpoczęte kariery. Najpierw trenował akrobatykę sportową. Był mistrzem Polski, startował w mistrzostwach Europy. Jako osiemnastolatek przestał trenować. – Poszedłem na bardzo luźny trening, podczas którego wykonywałem taki prosty element, dwie śruby. Przy wybiciu poczułem taką brawurę, że wybiłem się z torebki stawowej. Kontuzja na trzy tygodnie, noga w gipsie, ale zapaliło się też czerwone światełko. Zresztą byłem w takim wieku, że trzeba było zdecydować: trenować na poważnie albo to rzucić – opowiada Karol.

Karol Rzeszutko wie, że najcenniejsi w pracowni są klienci. Za jego plecami wykroje zamówień

Rzucił. Zdał na logistykę, po studiach podjął pracę w zawodzie. W jednej z globalnych firm zajmował się transportem wielkich frachtów. Pod jego kierunkiem kontenery krążyły między kontynentami. – Zdążyłem dowiedzieć się, czym ta logistyka tak naprawdę jest i zacząłem się zastanawiać nad tym, jak ma wyglądać moje życie w przyszłości. Doszedłem do wniosku, że ja nie chcę tego robić. I że mam właściwie pod nosem to, co mnie kręci. Nie zawsze byłem jakimś elegantem, przechodziłem przez różne style życia, byłem skejtem przez jakiś czas. Krawiectwo to nie było wczesne powołanie, tylko szansa zrobienia w moim życiu czegoś co może mi sprawiać frajdę i przynosić jakieś pieniądze.

Dziadek Karola powoli nabierał wtedy tempa po trudnych latach, kiedy ludzie zachłysnęli się metkowaną konfekcją z zagranicy. Pracownia znajdowała się ulicę dalej, w piwnicy, której właściciel nagle drastycznie podniósł czynsz. Trzeba było działać. Tak trafili na Łąkową. Obszerne mieszkanie na parterze (trzeba dzwonić domofonem) ma trzy pokoje. W jednym – wielki stół krawiecki, na ścianach wiszą szablony marynarek i spodni, wykroje klientów. Drugi to szwalnia. Kilka kobiet siedzi przy maszynach, to tam części łączą się w ubrania. W trzecim urzęduje głównie Karol. To nowoczesny showroom, tam trzymają wszystko, czym warto się pochwalić. Przy ciężkim stole można zasiąść z krawcem i omówić szczegóły zamówienia. – Karol wprowadził przewrót w tym warsztacie, zwrot o 180 stopni! – mówi z dumą dziadek. – On poświęca koło pięciu godzin na same spotkania z klientem, a to jest bardzo długo. Nieraz z klientem godzinę, półtorej tu siedzi. Jest dyskusja, stara się wprowadzić klienta, o wszystko go wypyta, do czego to będzie, czy do pracy, czy na okazje, o materiały, potem mamy trzy przymiarki i wydanie.

PR-owe rzemiosło

Od niedawna Krupa i Rzeszutko szyją także stroje dla operetki. Projekty nadsyła choreograf razem z próbkami tkanin

W otoczeniu próbników materiałów, wzorów kołnierzyków i akcesoriów odzieżowych, Krupa i Rzeszutko prezentują się okazale, jak krawcy z luksusowych pracowni przy Savile Row czy w Mediolanie. Ale Karolowi zależy na czymś więcej, niż dobrym wizerunku i marketingu. Wykorzystuje do maksimum czas, który może spędzić z dziadkiem, o którym często mówi „ten facet”. Może to oznaczać dystans, ale jest raczej czułe, nawet trochę pieszczotliwe.

– Czas, który jest mi dany z tym facetem, jest ograniczony i ja się tego boję, bo nie znam jeszcze wszystkich tajników krawiectwa miarowego. To jest taka ilość wiedzy, że może nigdy ich wszystkich nie poznam. 65 lat w zawodzie! Wyobraź to sobie, tyle lat takich akcji, które wzbogacają nasze doświadczenie, z dnia na dzień – zapala się Rzeszutko.

Książka zleceń: stara szkoła obsługi klienta w służbie nowoczesnego marketingu dóbr luksusowych

Karol Rzeszutko na pewno jest technokratą. Myśli dwa razy przed każdym ruchem, ale przede wszystkim zna nowe czasy i wie, co dziś się liczy. Mógłby, gdyby chciał, oprzeć swoją sprzedaż o sam splendor wnętrz, o mosiężne kandelabry i plasowanie swoich garniturów w sesjach zdjęciowych w kolorowej prasie. Mógłby zachęcić kilku dziennikarzy czy arystokratów z awansu wizją swojego luksusu, a biznes sprzedać ich twarzami. Ale woli złożyć egzamin mistrzowski w izbie rzemiosła, kiedyś warunek praktykowania krawiectwa, dziś do niczego nie wymagany dyplom. – Chodzi o ambicje. I o to, żeby ludzie wiedzieli, że nie mają do czynienia z żółtodziobem, ale z kimś, kto się zna na rzeczy. Dzięki temu, że sam jestem krawcem, jeśli zechcę zatrudnić krojczego, to on nie będzie mi dyktował warunków – mówi Karol.

Warren Buffet mówi, że nie należy inwestować w biznes, którego się nie rozumie. Karol Rzeszutko z krawiectwa zrobił biznes, ale biznes ma pozostać krawiectwem.

Transformacja

Henryk Krupa czerpał krawiecką wiedzę m.in. z „Postępu Krawieckiego”. Dziś Karol Rzeszutko skupuje archiwalne numery i sam z nich korzysta

Stare zderzyło się z nowym cztery lata temu. Henryk Krupa przekonuje, że pomysły wnuka bardzo mu się podobały. – Widziałem, że to przynosi korzyści, ale problemem była troszeczkę mentalność ludzi. Starsi pracownicy nie lubią, jak młody przychodzi i zaczyna rządzić. Ja jak coś powiem, to nie ma dyskusji. Jak trzeba dłużej pracować, to mówię, że trzeba przepracować jedną sobotę i wybór jest tylko którą. A jakby Karol powiedział, to byłaby dyskusja. Taka jest mentalność ludzka, że starsi nie lubią, kiedy młody chce nimi rządzić – pan Henryk nie narzeka. Zna życie i z łagodnym uśmiechem stwierdza tylko fakt. Dowodzi zresztą w tej firmie od lat i choć nie studiował go na uniwersytecie, zarządzanie zakładem to dla niego nie pierwszyzna.

I właśnie w zakresie zarządzania Karol napotkał opór podczas transformacji. – Jeżeli chodzi o styl szycia, ten facet jest otwarty na takie, może nie nowoczesne, ale aktualne podejście. Ale ciężko było go przekonać do tego, że dzisiaj na tym krawiectwie można żądać od klienta trochę wyższej kwoty za większy wkład pracy.

Rzeszutko tłumaczy mechanizm, zresztą jest on bardzo prosty: kiedy zachodnie sklepy zabrały klientów polskim pracowniom, krawcy zaczęli obniżać stawki. A razem z nimi – jakość szycia, która odeszła na drugi plan w poszukiwaniu oszczędności. By zarobić jak najwięcej przy nowych stawkach, trzeba było dodatkowo skrócić czas pracy, a przecież dobry garnitur to dziesiątki godzin krojenia i szycia. – Ciężko mi było przekonać tego faceta, że znajdzie się w Poznaniu klient, który jest skłonny zapłacić 2,5 tysiąca za usługę. To się wiąże z tym, że trzeba to zrobić z pasją i z sercem, czyli tym, co mój dziadek ma do przekazania. On przez długi czas uważał, że nie może na tym godziwie zarobić, choćby zarobił się na śmierć. Ale kiedy dał się przekonać, widać, że z kwartału na kwartał zagląda coraz więcej klientów. Nie sprawia im kłopotu zapłacenie 1,8 tys. za zestaw dwuczęściowy i jeszcze wychodzą z uśmiechem na twarzy.

Powodem tego uśmiechu niekoniecznie musi być dobrze skrojony garnitur. Pracownia Krupy i Rzeszutki to przede wszystkim rodzinna atmosfera i jednocześnie klimat małej firmy, jednej z tych, które powinny być podstawą zdrowej gospodarki i tak zwanego nowoczesnego społeczeństwa. Na każdą szczyptę marketingu dwie łyżki autentycznej historii i prawdziwi ludzie, którzy w nowych czasach zrobili coś po staremu. 

Atmosfera w pracowni była tak sympatyczna, że zrobiliśmy sobie zdjęcie zbiorowe. Fot. Roman Zaczkiewicz

Użyteczne adresy z sąsiedztwa

„Like so many others, I have become a slave to the Ikea nesting instinct” – mówił znany, choć bezimienny, bohater Fight Clubu. Warto poćwiczyć instynkt wicia gniazda na obiektach z sąsiedztwa, które potrafią znacznie ułatwić życie

Skurczenie świata: znak czasów. Nie musimy nawet mieszkać w mieście, żeby mieć dostęp do towarów i usług z całego świata i naprawdę wiele osób sprowadza przez internet nawet buty (co mi się jeszcze nigdy z powodzeniem nie zdarzyło), nie mówiąc o krawatach, gadżetach czy biżuterii. Dlatego często zapominamy o tym, jak ważne jest nasze tu i teraz. Pogoda cały czas kilka stopni na plusie, więc wybierz się na spacer. Upewnij się, że znasz swój habitus. Oto pięć obiektów, których nie zastąpi ci nawet najszerokopasmowsze łącze internetowe.

Pan: "Aliści, jeno Charvetowi frak mój do prania powierzam". Pani: "No..."

1. Dobra pralnia to skarb dżentelmena. Nie tylko takiego, któremu do świętości trochę daleko i nie zawsze zna pochodzenie plam na ubraniu, które założył poprzedniego wieczora. Po pierwsze, im bardziej dorasta twoja garderoba, tym więcej rzeczy, które ona zawiera, ma na metce napis „dry clean only”. Po drugie, pranie w pralni potrafi odświeżyć rzeczy, które przez miesiące wędrówki między szafą, ciałem i pralką straciły nieco nieskazitelności. Niepokojących plam na ulubionej koszuli nawet nie próbuj zapierać na własną rękę przed konsultacją z panią w pralni.

Z tego, jak istotna jest dobra pralnia, nie zdawałem sobie sprawy dopóki nie odkryłem, że nie wszędzie jest tak, jak u mnie na Grochowie. Uważałem, że skoro panie są zrzędliwe, a raz zgubiły mi spodnie na cały jeden dzień, to znaczy, że firma jest raczej przeciętna. Nic z tych rzeczy: w moim wyobrażeniu PRL-u zderzają się dwa obrazy etosu pracy: robotniczy „czy się stoi czy się leży” z inteligenckim „róbmy swoje”. Panie z pralni mogą wpisywać się w obie te poetyki. Dlatego może i nie odpowiedzą ci „dzień dobry”, ale skutecznie powiedzą „do widzenia” plamie na krawacie. Oczywiście, dzisiejsze sieciówki w hipermarketach (znam ze słyszenia i dobrych opinii 5-á-sec) są zapewne lepsze pod względem tempa i kultury obsługi klienta, pytanie jednak, czy łatwiej obłaskawić ich personel, niż panią z osiedlowego punktu, a to ważna rzecz. Bo jeśli pani z pralni uzna, że dodatkowa porcja wysiłku jest ważna, „bo to taki miły pan” – wygrałeś. A razem z tobą twoja garderoba.

2. Poprawki krawieckie: nie jedź „do miasta”. Przytyło się parę kilo i marynarka nie jest już tym, czym była? Oddaj ją któremuś ze znanych krawców w centrum. Znają marynarki nie tylko z żurnali i wiedzą, jak to czy tamto musi być skonstruowane, co można przesunąć, gdzie popuścić. Ale jeśli właśnie odkryłeś, że koszula, którą lubisz, mogłaby być węższa, spodnie – przestać się włóczyć po ziemi za właścicielem, a guziki płaszcza lepiej trzymać w miejscu, rozejrzyj się dookoła. W polskich miastach punkt poprawek krawieckich czai się w co trzeciej suterenie bloku, co piątym zaadaptowanym garażu albo pomieszczeniu za małym, by pomieścić tam poważny biznes. Zasada, że po którymś zamówieniu będziesz wiedział, czego oczekiwać i na co zwrócić uwagę przy zlecaniu pracy, nie różni się niczym od współpracy z najlepszymi krawcami, u których zamawiasz garnitury.

3. Punkt szewski. Potrzebujesz reperacji fleczka, czy tylko sztacha butaprenu? Obojętne – zawsze z pomocą idą punkty poprawek szewskich, równie popularne, co poprawki krawieckie. Niezwykle przydatne, zanim twój zbiór butów będzie się składał z samych limitowanych serii najlepszych marek, które gwarantują dożywotni serwis door-to-door z dowozem bentleyem. Osobiście nie ufam punktom „usług mistrzowskich”, gdzie zegarmistrz, szlifierzmistrz i szewcmistrz łączą się w jednej osobie, ale zaufanie jest ważniejsze od zasad, więc jeśli twój szewc potrafi dorobić też klucz Gerdy – trzymaj się go. Tylko nie ostrz u niego noży. Tego naprawdę nie robi się na szlifierce.

Cnotą kwiaciarni jest pracować do późna i mieć szeroki asortyment

4. Dobra kwiaciarnia jest nie tylko dla mężczyzny „w pewnym wieku” tym, czym kiosk z kondomami dla chłopaka. Ma też inną ważną funkcję. Połowie populacji – wiecie, tej drugiej połowie – zastępuje aptekę (magnez na PMS, proszki na „nie dzisiaj, boli mnie głowa”, prozak na ból życia), kiosk z upominkami (jeśli nie było kiedy kupić cioci prezentu na imieniny; wujkowi w takiej sytuacji dajemy nieotwartą flaszkę z własnego barku), a w ograniczonym zakresie nawet galerię handlową.

Nie musisz się znać na kwiatach, żeby rozpoznać dobrą kwiaciarnię. Poznasz ją po tym, że nie musisz się w niej znać na kwiatach (uroki rekurencji), różnica między sumą cen kwiatów a ceną bukietu, czyli koszty przybrania, nie jest załamująca, a całość jest ładna i zapakowana w coś, co oddycha (celofan zamraża kwiaty w zimie i dusi je w lecie). Wspominałem o kwiaciarce? To taka sprzedawczyni z duszą artystki-florystki, do tego osadzona w miejscu stworzonym do flirtu. Nie wspominaj o niej żonie, kiedy wrócisz do domu z kwiatami – może zepsuć efekt.

5. Całodobowy kebab. Nie wiem, jak wy, ale ja rzadko mogę się powstrzymać przed kebsem o czwartej nad ranem po dobrze zagospodarowanym wieczorze. Przyznaję jednak, że dorzuciłem ten punkt dla równego rachunku.