Jak jeździć na Blog Forum Gdańsk 2012

Bo każdemu może się to zdarzyć. A może nie?

Jeszcze w ubiegły piątek nie wierzyłem w istnienie subkultury blogerów jako takich. No bo w sumie co może łączyć kolesia, który zasłynął tekstem o tym, że nie smakował mu budyń, z dziewczyną prezentującą szorty i gośćmi, którzy piszą o bezpieczeństwie systemów informatycznych?

Jednak jeśli dziś wtorek, to wierzę w istnienie subkultury blogerów, choć uważam, że jest to subkultura stworzona sztucznie. Nie ma w tym sumie nic złego: SS też było odgórnie tworzoną subkulturą, a jednak do historii przeszło marszowym krokiem i to ze znanym symbolem solarnym w butonierce.

Blog Forum Gdańsk jest jednym z ogniw łańcucha pokarmowego, który pożera zwykłych sieciowych ekshibicjonistów, a wypluwa pełnowartościowych Blogerów. Jednak ja jako były uczestnik tej imprezy muszę stwierdzić, że ten łańcuch jest jak złoty łańcuszek na łabędziej szyi nadobnej szafiarki.

A jako że każdemu mężczyźnie zdarza się od czasu do czasu znaleźć na konferencji, szkoleniu albo innym spędzie, pozwólcie że przedstawię kilka ponadczasowych prawd ujętych w niezobowiązującą formę relacji z imprezy, która większości z was zapewne nic nie obchodzi.

  • Zaliczaj możliwie dużo prelekcji, wykładów i warsztatów. Przedstawiany na nich know-how i bajecznie nudne powerpointy w stylu godnym międzynarodowej korporacji odpowiadają za przynajmniej 15, a może nawet 20 proc. korzyści, które wyniesiesz ze spotkania. Pozostałe 80-85 proc. to oczywiście wspólne chlanie i wpadanie na innych w korytarzach.
  • Fajnie jest mieć krawat. Zawsze. Po wszystkich peanach, które wyczytałeś na losowych blogach dla mężczyzn, możesz być rozczarowany, że nie każda dziewczyna na ulicy zwraca na ciebie uwagę ze względu na niebanalny zwis męski, ale nie nazwałbyś przecież Fashionelki każdą dziewczyną? W każdym razie nie nazwałbyś jej tak dwa razy. (Na początku tego miłego tete-a-tete była tam jeszcze druga blogowa dama – dobre źródła twierdzą, że mogła to być Segritta, ale było ciemno, późno i hałaśliwie). Nie mówię oczywiście, że od razu potraktowały  krawat jako symbol falliczny – zresztą gdyby nim był, trzeba by go nosić nakrochmalonym i sterczącym do góry.
  • Zabieraj głos w czasie paneli, choćbyś miał mówić o rzeczach kompletnie banalnych – odpowiedni ton i dobre samopoczucie sprawią, że nikt się nie zorientuje. Po zakończeniu spotkania miło bywa podejść do prelegenta i osobiście podziękować mu za „kilka ciekawych myśli”. Na pewno nie uzna tego za idiotyczny gest, a nawet jeśli – obiektywnie to nim nie jest. A jest to dobry sposób na nawiązanie relacji, zwłaszcza jeśli dobrze sprawę rozegrasz, a grunt okaże się odpowiedni.
Na szczęście ten głupi uśmiech nie załapał się do kadru. Fot. Michał Kędziora
  • Epatuj przynależnościami. W ogóle epatuj, ale przynależnościami zwłaszcza. Czy wspominałem już o znaczku klubowym w butonierce? Coraz częściej zauważam, że jest to drastycznie zaniedbany element biżuterii. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyciągnie uwagę jakiejś sztywniary. (Wizytówki też się przydają).
  • Fotografuj się ze sławami. To mądrość z kretyńskich podręczników motywacyjnych. Modyfikuję ją w ten sposób: nie ustawiaj się do zdjęcia tak, jakbyś całą uwagę skupiał na odbijaniu światła. Wiem, że nazywają to efektem światła odbitego tudzież efektem księżyca, ale jeśli zaczniesz pokazywać się jak księżyc wobec słońca, na zawsze pozostaniesz satelitą. A przecież chcesz być kolejną gwiazdą!
Po lewej: luz, PGE Arena Gdańsk, Mr. Vintage (nie taki znowu stary), Sztywniara (nie taka znowu sztywna) i niżej podpisany. Po prawej: Simon nie do końca zrozumiał moje intencje, kiedy prosiłem go o przesunięcie się do zdjęcia. Niezręcznie mi było tłumaczyć, że wcale nie liczę na celebrity shot, a Szarski z mistrzowską precyzją uchwycił tę niezręczność
  • Nie słuchaj mądrzejszych. Ostatnie wystąpienie Jakuba Żulczyka, którego przyjaciele zachwalali mi jako świetnego gawędziarza, było pod wieloma względami najsłabszym z zaliczonych przeze mnie punktów programu. Ale tyle racji miał: należy być osobnym, autonomicznym i robić swoje. Pokolenie blogowych celebrytów, które dziś opowiada o zasadach blogowania, to ta generacja, która ćwiczyła je na własnej skórze. Łatwo jest, patrząc wstecz, robić reverse engineering sukcesu (no, ujmijmy to łagodniej: powodzenia), tak jak łatwo jest wytłumaczyć profetyczny geniusz Nostradamusa wobec rzeczy, które już się wydarzyły, ale poczekajcie na tegoroczny koniec świata, żeby się przekonać, że w gruncie rzeczy nie ma mądrych. Myślicie, że Kominek pisząc skądinąd niezbyt lotny i tekst o rozczarowaniu kisielem z torebki wiedział, co to viral i jak z blogowania zrobić sposób na życie? Ja tak nie myślę.
  • Nie bądź blogerem. Nie mówię tego bynajmniej z pozycji cierpiętniczych, ukazując niedolę misji dziennikarza obywatelskiego, choć tak robi wielu, bo z bliznami – nie tylko mężczyźnie, jak się okazuje – całkiem do twarzy. Wydaje mi się, że dzisiaj opinia blogera to dalej jakiś szklany sufit, jakiś Englishman in New York świata mediów.
  • Inwestuj. Na jednym panelu ktoś – podobno znowu Kominek – powiedział, że szafiarkę można kupić za parę dżinsów. Jadąc na Blog Forum Gdańsk weź zatem ze sobą zapasowe dżinsy w rozmiarze XS. Widziałem na żywo kilka modowych blogerek – zajebiste value for money.
  • Nie bój sie prosić o więcej. Kelnerzy na wydawce konferencyjnego obiadu, jeśli ich poprosić, nałożą na jeden talerz i sztukę mięsa i rybę, a jeśli hotelowe śniadanie nie przeszło ci przez gardło z powodu suchości i niewyspania, na obiad przyda ci się dużo białka dla odrobienia nocnego spustoszenia w organizmie.
  • – Piłeś – nie pisz – Powiedziała na swojej prezentacji Sylwia Kubryńska. Gdybym ja miał pisać tylko na trzeźwo, musiałbym założyć rzadko odwiedzanego twittera. Wolę zasadę Hemingwaya: write drunk – edit sober.Teraz też jestem po piątym kieliszku.
  • Kiedy wyjeżdżasz bez żony – zdejmuj obrączkę. Przyciąga kobiety z niewiarygodną siłą. Po co ryzykować?
  • Jeśli chcesz być blogerem (albo jeśli w ogóle robisz coś na własną rękę) – celuj w pierwszą ligę. Jak? Odpowiedź na to pytanie za rok o tej porze – tylko na SmakNabyty.pl.

[facebook]

Apaszka: gardłowa sprawa

Nie chodzi o styl – mieć coś pod szyją w upał to naprawdę wygodna sprawa

Nie wiem, czy bez niej byłoby bardziej przewiewnie, ale komfort to nie tylko hulanie wiatru wokół klaty

Apaszka, czyli chustka zawiązana dookoła szyi (po zachodniemu przeważnie neckerchief), jest jednym z moich ostatnich odkryć. Wiedziałem o jej istnieniu i nawet, o ile pamiętam, wiązałem pod szyją bandanę jako młody nastolatek. Zresztą, dzisiejsi sędziwi trzydziestolatkowie pamiętać mogą modę na „wojskowe” chustki, która panowała w czasach, kiedy zarówno pl. Defilad, jak i dzisiejszy Stadion Narodowy, były bazarami z dużą ilością pseudo-demobilu.

Apaszka to jednak nie domena polskiej mody okresu transformacji ani amerykańskich grup paramilitarnych, ale bardzo szeroko traktowanego uniseksualnego stylu. Oczywiście apaszki kojarzone są raczej z damskim ubiorem, jednak noszenie ich przez mężczyzn nie jest jedną z tych nowych mód, jak męskie spódniczki, a uświęconym tradycją (i wzorem księcia Karola) klasykiem.

Apaszka pozwala – jeśli to kogoś interesuje – nawet w trzydziestostopniowym upale uczynić zadość nakazowi noszenia czegoś pod szyją. Nie jest fularem, więc – przynajmniej w mniejszym stopniu – wiąże się z nią coś, co nazywam efektem fulara, czyli sprowadzenie każdego mężczyzny do wyglądu czterdziestolatka. Pozwala nosić rozpiętą koszulę i jednocześnie trochę odwrócić uwagę od faktu, że pozwalamy wiatrowi owiewać moher na klacie. Ale przede wszystkim jest bardzo wygodnym akcesorium, dzięki któremu zwyczajnie pot z karku i głowy nie spływa na plecy, a ten fizjologiczny argument wydaje mi się najbardziej przekonujący w dniach takich jak dziś. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale kiedy Jacek Kaczmarski pisał w piosence BankietZimny mrok pod powieki, pot perlisty na kark był bliżej jakiejś prawdy o ludzkiej fizjologii, niż mogłoby się wydawać. W tych upałach moje plecy bywają wilgotne, ale to dopiero spod włosów na karku spływają strumyki. No dobra, dość – mężczyźni nie rozmawiają o tych sprawach (za długo).

Apaszka jest też szybka i to na dwa sposoby. Moja kolekcja urosła praktycznie w ciągu jednego dnia do rozmiarów, które pozwalają mi na swobodne rotowanie tego ważnego elementu. Dziś postawiłem na monochromatyczny ubiór w brązach, ale na dzień innego humoru czeka ostro czerwona bandana, która zestawiona z rozpiętą niedbale błękitną koszulą daje image francuskiego rewolucjonisty. Rozrost kolekcji zawdzięczam zaś temu, że zestaw pięciu bawełnianych bandanek kosztuje raptem kilka funtów w angielskim sklepie internetowym (i przyjacielowi, który przyjechał z wizytą i postanowił mi je zostawić – bo mi samemu nie przyszedłby do głowy taki zakup).

Apaszka jest też szybka, bo wiązanie jej trwa zaledwie kilka sekund i nie wymaga lustra, możesz ją też wziąć do kieszeni i zawiązać w aucie w korku. A oto jak to zrobić:

Składasz chustkę na pół po skosie albo jej dwa przeciwległe rogi składasz ku środkowi. Pierwszy z tych modeli jest baradziej niedbały, bo po zrolowaniu może merdać ci na szyi luźny trójkącik, jest za to nieco łatwiejszy, jeśli musisz robić to na kolanie. Przed składaniem dobrze jest przeprasować chustę – to tylko kilka ruchów, a ułatwi rolowanie i zadziała trochę bakteriobójczo, jeśli nie miałeś okazji uprać apaszki przed noszeniem.

Zroluj chustkę tak, by otrzymać płaski pasek o szerokości kilku centymetrów, a następnie skręć go kilka razy. Na tym etapie może to wyglądać mało sexy, ale już po krótkiej chwili noszenia apaszka spłaszczy się wokół szyi i będzie wyglądać tak jak powinna.

Wiązanie to najbardziej banalna rzecz świata: wymaga zastosowania węzła zwanego przez żeglarzy prostym, czyli podwójnej pętelki. Nie będzie jednak wielkim wysiłkiem z twojej strony, jeśli sprawdzisz dwa razy, czy zawiązałeś poprawnie, to znaczy czy oba końce wychodzą z węzła w tym samym kierunku (patrz zdjęcie). Dzięki poprawnemu wiązaniu „skrzydełka” apaszki będą się ładnie, symetrycznie rozchodziły. Lepiej wiązać blisko przy szyi i zostawiać dłuższe brzegi.

Węzeł płaski (po lewej) jest mniej podatny na samorozwiązanie i daje lepsze efekty. Po prawej jego błędny wariant, zwany – kto by pomyślał! – babskim

Zakup kilku bawełnianych apaszek w śmiesznej cenie to dobry początek, który da ci czas na uzupełnienie kolekcji – być może o droższe, jedwabne chustki. Oddychalność jedwabiu to delikatnie mówiąc śliska sprawa, ale może on w zamian dawać przyjemne uczucie chłodu (niczym gilotyna w pamiętnym filmie Wajdy).

Jako idealny rozmiar apaszki podaje się długość boku 27 cali, czyli prawie 70 cm, jednak moim zdaniem to duże okazy. Na mojej średniej tęgości szyi da się zawiązać już apaszkę o boku 45 cm (próbowałem na… ogromnej lnianej poszetce Gieves and Hawkes!), ale dobre efekty daje 50-55 cm. Z większymi trzeba poeksperymentować, żeby układały się jak należy i pewnie skończyłoby się efektem albo kusego szaliczka, albo – jeśli upchnąć je pod koszulą – fulara.

To nie dzisiejsi ludzie wymyślili nabijanie się z krawaciarzy

Na początku eksperymentowania z apaszką możesz być zaniepokojony, że to oznaka strojenia się, tak sprzeczna z zasadami niepapuziej elegancji, ja jednak pokonałem tego typu rezerwę z łatwością. Po pierwsze, miękka chustka wygląda moim zdaniem naprawdę naturalnie, a po drugie, nawet jeśli ktoś uprze się, by nie uważać jej za ozdobę szyi, prawdopodobnie uzna raczej że masz chore gardło i da spokój. Sprytne, c’nie?

Tak czy inaczej warto znaleźć jakąś neutralną estetycznie apaszkę w szafie mamy i zaryzykować. Wiem, że argument o komforcie zasłaniania szyi upały ponad trzydzieści stopni brzmi podejrzanie, ale ryzyko związane z eksperymentem nie jest chyba wielkie, prawda? Ja nowy element garderoby sobie chwalę i nie oddam go bez walki. Komfort to coś więcej niż przewiewność – a ciekawy wygląd jest do tego gratis.

Dandys w krainie kadrowych

Jak dobrze się ubrać na rozmowę kwalifikacyjną bez sfrustrowania niezrozumiałymi radami z Bożej łaski stylistów

Zostałem ostatnio zapytany przez nowopoznaną osobę płci, ponad wszelką wątliwość w tym wypadku, pięknej, czy dobrze jej się zdaje, że prowadzę blog na temat etykiety ubioru (znaczy: przed spotkaniem guglała po nazwisku). Byłem zmuszony przyznać jej rację, i to dwukrotnie: bo po pierwsze, faktycznie jej się zdaje, a po drugie, to złudzenie ma pozory prawdziwości, więc zdaje jej się dobrze. Rzecz w tym, że ja się na etykiecie ubioru znam zaledwie powierzchownie, a do zasad, z którymi się zetknąłem, stosunek mam raczej krytyczny: albo są czcze, i wtedy należy się czuć z nich (warunkowo) zwolnionym, albo uzasadnione jakąś wewnętrzną logiką, i wtedy w ogóle przestają być zasadami etykiety ubioru. Wszystkie te teksty o tym, jak należy się ubierać, nawet w wypadku ważnych uroczystości, a co dopiero sytuacji bardziej codziennych, to raczej tematy do dyskusji, niż zasady. Zwłaszcza w Polsce ich kategoryczne obowiązywanie jest wątpliwe.

Jedną z takich zasad jest rada, której udziela się osobom poszukującym pracy. Brzmi ona: nie należy być ubranym lepiej, niż rekrutujący. Zasada, której nigdy nie rozumiałem.

Nie rozumiałem jej po pierwsze z tego błahego powodu, że nie wiem, skąd można wiedzieć, jak będzie ubrany haerowiec albo dyrektor w firmie, którą znamy ze strony internetowej albo portalu rekrutacyjnego. Fakt, dzisiejszy rynek nie obfituje w oferty pracy, więc można czas bezrobocia poświęcić na mały zwiad, a zaoszczędzić go na spisywaniu nadmiaru listów motywacyjnych. Ale przecież tak na serio nikt tego nie będzie robił; zresztą w firmach, gdzie da się cokolwiek ustalić, czyli obowiązuje spisany dress code (tak, są nawet w Polsce takie firmy), ludzie mają chyba na tyle świadomości by wiedzieć, że ten dress code obowiązuje ich i nie należy przykładać go do ludzi spoza korporacji. A w firmach, gdzie dress code’u nie ma, obowiązuje stara dobra wolna amerykanka i jakiekolwiek nawiązanie strojem do kogokolwiek, by się od niego odróżnić bądź by się upodobnić, graniczy z cudem.

Ale to dopiero wierzchołek problemu, a jego sedno sprowadza się do tego co zwykle: można dobrze wyglądać w byle czym, albo ohydnie – w garniturze (bo do tego sprowadza się „dobry ubiór” w sytuacjach biznesowych).

Rozumowanie potoczne zawiera w sobie to samo pojęcie formalności, co logika skodyfikowanej etykiety ubioru. Tzw. przeciętny człowiek może co prawda nie wiedzieć, że frak (tylko z białą muchą) jest bardziej odświętny od smokingu (z czarną muchą), albo że zamienianie kolorów much jest rażącym naruszeniem etykiety. Na pewno zaś większość przeciętnych ludzi nie zdaje sobie sprawy, że tzw. strój dworski, koronacyjny czy jak go nazwać, z krótkimi spodniami i pończochami, jest (a jest) polecany do najbardziej uroczystych eventów, takich, jak właśnie koronacje. Ale jest to wiedza, która dotyczy tylko kilkuset osób z korpusu dyplomatycznego, jednego kujona z Krakowskiego Przedmieścia, który musi dopilnować, żeby prezydent nie pojechał na ślub królewski w stroju myśliwskim, i może jeszcze kilku gości z MSZ-u. Większość Polaków zaś w równym stopniu wie, a raczej – niewielu wie, a większość czuje – że marynarka w innym kolorze, niż spodnie, to strój mniej formalny od pełnego garnituru, że koszula na spinki jest bardziej odświętna niż taka z mankietem na guziki i że, kiedy raz niechcący ktoś założy wełniane spodnie, bo dżinsy są w praniu, na miejscu jest zakrzyknąć „a coś ty taki elegancki!”.

Co więcej, potoczne rozumowanie dodaje od siebie nowe formy dystynkcji, takie jak przekonanie, że rzeczy bardziej niewygodne są bardziej odświętne, albo że dwurzędówka jest bardziej formalna od jednorzędowej marynarki (bo chyba jest. Kiedyś czytałem jakieś uzasadnienie, ale go nie pamiętam).

I co w tym kontekście znaczy staranie się, by nie być lepiej ubranym od kogokolwiek? Jeśli trafimy na pracodawcę, który ma zwyczaj słuchać pań w Intermodzie, że w rękawie marynarki masz móc schować dłoń jak w mufce, że właściwa długość nogawki to pół metra więcej, niż długość nogi, że pąsowienie na twarzy i niedotlenienie to objaw dobrego dopasowania kołnierzyka, jeśli tymi wytycznymi będzie się kierował nasz pracodawca – to zawsze w dobrze dopasowanym garniturze będziemy wyglądać lepiej niż on i będzie to widoczne dla każdej osoby w otoczeniu, nawet jeśli nikt nie będzie w stanie wskazać ani nazwać różnicy. Czy to znaczy, że masz mieć osobny workowaty garniak sprzed stu lat tylko na rozmowy kwalifikacyjne?

A co z inną sytuacją, kiedy kultura korporacji albo osobiste preferencje dyrektora zakładają noszenie w pracy dżinsów i bluzy z kapturem? Jak wtedy, drodzy styliści i etykieciści, polecicie się ubrać młodym poszukiwaczom pracy? Licytować się na stylistyczną nijakość, czy uciec się do workowatego do garnituru z poprzedniego akapitu?

Wszystkie te rady są do niczego. Nie zrezygnujesz przecież z garnituru, skoro nosi się go czasem także po to, by podkreślić rangę sytuacji, w której się znajdujemy i to, jak zależy nam na efektach spotkania. Może w jakimś Facebooku albo innym Google’u, korpach znanych z ostentacyjnego demonstrowania pozornie hipsterskiego i wyluzowanego stosunku do aktywności zawodowej, jeszcze jakoś by to przeszło. Ale tam, gdzie obowiązuje ten hipsteryzm w wersji light, gdzie łapie się byka jedną rączką za jeden rożek, i to zapytawszy go wcześniej o zdanie, twój dyrektor w bluzie z kapturem może okazać się drogowskazem, który nie wskazuje tam, dokąd idzie.

Dlatego w poszukiwaniu pracy raczej postaw na garnitur, a w butonierkę wetknij understatement. Zrezygnuj z poszetki, jeśli nie ubiegasz się o posadę stylisty (niektórzy twierdzą, że w dzisiejszych czasach poszetka i krawat naraz to nadmiar ekstrawagancji). Zachowaj dystans dwóch kroków za modą i pół kroku za tip topem ponadczasowej elegancji. Nie udowadniaj na siłę, że jest wiele lepszych na krawaty tkanin, niż jedwab. Ale bądź sobą w stosunku do innych, a jednocześnie pokaż im, że znasz zasady ubierania się dla innych i dla okoliczności. To jedyne logiczne wyjście.

Zresztą, może dzięki temu będą w mniejszym szoku, kiedy pierwszego dnia przyjdziesz do pracy.

PS. Teraz, kiedy się już pomądrzyłem, może dodałby do tego coś ktoś, kto ma zbliżył się do pracy etatowej bardziej, niż na odległość splunięcia? Co poradzilibyście młodszym (stażem) towarzyszom niedoli, którzy w poszukiwaniu rady zbłądzą na ten felieton?

O pierwszych wrażeniach

Bądź ostrożny przy stwarzaniu pierwszego wrażenia. Możesz je wywrzeć tylko raz

Stało się. Przegrałem jedną z bitew wielkiej stylistycznej kampanii, poległem na najprostszej pułapce: „co pan taki elegancki”, z ust rozmówczyni na spotkaniu, nazwijmy to w uproszczeniu, biznesowym. Ale przyznaję się bez bicia – dałem się podejść jak uczniak. Poprzednie spotkanie, pierwsze w serii, zaplanowałem na dzień, kiedy byłem umówiony na wywiad. A razem z wywiadem – zdjęcie rozmówcy. Więc – na ramię kilkukilowa torba ze sprzętem fotograficznym. Bóg raczy wiedzieć, czy przyjdzie klęknąć, czy gdzieś się wspiąć, wpakować łapy w jakąś dziurę albo wczołgać pod mebel – czego się nie robi dla dobrego ujęcia. A zatem – dżinsy. A jak dżinsy, to bez krawata. I sweterek zamiast marynarki – żadna konstrukcja, czy szyta, czy klejona, nie wytrzyma na dłuższą metę katowania torbą na ramię z kilogramami obiektywów. To od lat źródło moich kompromisów stylistycznych.

Koszula pod swetrem, dobrze dopasowane ciemne dżinsy (w kroju chinos) i zamszowe buty na naprawdę ładnym kopycie. Niby – całkiem estetycznie, skoro wszystko we właściwym rozmiarze i blisko figury; nie ma się czego wstydzić. A dzisiaj – zaledwie – koszula w kratkę, jedwabny krawat knit w kolorze lilaróż i szara marynarka sportowa z ekstrawagancką jedwabną poszetką drukowaną w fioletowo-różowy paisley. Mocno kontrastujące granatowe spodnie. Do warzywniaka może tak nie wychodzę, ale już do centrum handlowego – jasne. Wszędzie, gdzie nie jadę przerzucać węgla albo… nosić torby z aparatem.

Morał tej historii następuje szybciej, niż zazwyczaj: nigdy nie waż się niedoceniać pierwszego wrażenia – możesz je zrobić tylko raz. NIE MA takiej sytuacji, która usprawiedliwiałaby pobłażanie sobie w kwestii ubioru. Tym, którzy już cię znają, nie musisz się tłumaczyć. Oni wiedza, że zawsze jesteś elegancki i pod krawatem, a jeśli akurat nie jesteś pod krawatem i elegancki – patrz punkt pierwszy. Ale jeśli ktoś zobaczy cię po raz pierwszy w tym dołku bycia underdressed, może ci nie uwierzyć już nigdy.

Konsekwencje praktyczne są zaś takie: bez krawata – najdalej do warzywniaka. Elegancka piżama i szlafrok są równie konieczne, jak garnitur wizytowy – żeby znajomi, którzy wpadną na śniadanie nieco za wcześnie, nie złapali cię nigdy z opuszczoną gardą. I strój domowy – oczywiście trzeba go mieć, żebyś nie musiał rozwalać się w ulubionym fotelu w ulubionych spodniach z kantem. Ale zadbaj, żeby nie składał się z bawełnianego dresu i tiszerta z napisem „Seks instruktor – pierwsza lekcja gratis”. Ostatecznie jeśli jesteś lub zamierzasz dotrzeć na parnas elegancji gdzie człowiek czuje się komfortowo,  kiedy  jest dobrze, a nie wygodnie, ubrany – elegancka podomka i rzeczy do włożenia na siebie „na już” będą podstawą domowego relaksu.

Co prowadzi do obserwacji natury jeszcze bardziej ogólnej. Przeglądam czasami z nudów literaturę poradnikową dla przyszłych „ludzi sukcesu”. Tego typu książki, sprzedawane zazwyczaj przez cwaniaków ludziom smutno naiwnym, są zaprzeczeniem prawdziwej literatury dotyczącej savoir vivre’u (która interesuje mnie w nie mniejszym stopniu). W którejś z tych ponurych, „skazanych na sukces” książeczek z cyklu „jak zostać człowiekiem sukcesu w weekend”, przeczytałem zasadę: człowiek sukcesu nigdy nie oddziela życia prywatnego od zawodowego networkingu. Co, mimo wszystkiego złego, co sądzę o tego typu literaturze i serwowanych przez nią zasadach, jest zasadniczo prawdą. Jeśli pracujesz w korpie i oddzielasz grubą kreską kontakty zawodowe od prywatnych, dla tych pierwszych masz marynarkę i krawat, a dla drugich – tiszert reklamowy i wystrzępione dżinsy… cóż, widocznie korp ma w tobie wielkiego fana sprzedawanego przez siebie lajfstajlu.

Co się tyczy mnie, raz w życiu dostałem pracę zgodnie z „procedurami”, zatrudniony przez nieznajomego pracodawcę na podstawie przesłanej cefałki. Była to pod względem warunków zatrudnienia najgorsza praca, jaką miałem okazję wykonywać. Wszystko, co w moim życiu zawodowym lepsze – a ostatecznie mam przecież jakieś życie zawodowe – przychodziło i będzie mam nadzieję przychodzić dalej ze strony osób, których w życiu nie określiłbym jako „rokujące”. Część z nich to po prostu przyjaciele – dla nich oczywiście jestem piękny i młody nawet blady jak ściana na apokaliptycznym kacu. Ale ta część – znajomi znajomych, kontrahenci kontrahentów, ludzie, którzy zwracają się po radę do tych, do których i ja się po nią zwracam – to jest sól tego ziemskiego biznesu. Większość z nich nie wie, że potajemnie interesujesz się ciuszkami, czytasz blogi modowe i wzdychasz nocami do drogich krawatów. Jak cię widzą, tak cię piszą, i to właśnie zrobienie na nich tego pierwszego dobrego wrażenia jest kluczowe. Ja zaliczyłem ostatnio wpadkę i na pewno wyciągnę właściwe wnioski.

PS. Po wielu próbach znalezienia odpowiedniej ilustracji do tego tematu, zdecydowałem się wrzucić po prostu pierwszą fajną rzecz, która przyjdzie mi do głowy i rzeczą tą jest jeden z odjechanych portretów Hitchcocka. Gdyby ktoś miał ciekawy pomysł na połączenie ilustracji z tematem, chętnie wysłucham. Ja nie mam – każda kreatywność ma swoje granice.

Zbrodnia i kara

Alkohol co prawda zabija powoli… ale przecież nigdzie się nam nie spieszy

O ile nie jesteś abstynentem albo konfidentem, prawdopodobnie zaczniesz dzisiaj mniej lub bardziej ostre picie, które zakończysz dopiero w przyszłym roku. Eksplozją w głowie i tupaniem kota na perskim dywanie.

Nauka tajemna kaca nie jest w sumie taka tajemna: alkohol odwadnia (piwo działa ekstramoczopędnie, odwadnia więc w tempie ekspresowym, dlatego kac od piwa jest głównie odwodnieniem), a następnie, bydlak, utlenia się do postaci aldehydu octowego, a przy okazji wypłukuje różne przydatne rzeczy, jak witaminy z grupy B i C, potas i co tam jeszcze. Z lekcji chemii w podstawówce możesz też pamiętać widok białka kurzego jajka wlanego do denaturatu – moja nauczycielka, 50-letnia postawna kobieta o cyckach wielkości globusów z sali geograficznej, pouczała mnie przy tym gromkim głosem o zgubnym działaniu ce dwa ha pięć o ha. Stąd pamiętam, że jeszcze białko.

A więc kac. Zanim jeszcze się ruszę, kiedy tylko zacznie do mnie docierać, że oto sen się skończył i do późnego wieczora nie wróci, poznaję go po lęku przed śmiercią i dudniącej pod czaszką frazie z Kaczmarskiego, że płynę krypą pryczy po swym przedśmiertnym pocie. Kiedy już – choć na chwilę – zwlokę się z łóżka, w to miejsce wchodzi melorecytacja Marcina Świetlickiego: szalenie/ delikatny jestem na kacu/ to taki stan/ kiedy byle reklama zmusza do płaczu, a za nią – niemoc i dalsze próby zaśnięcia. Wszelka inna walka z kacem – tylko przez rozum. Co można zrobić?

Przed piciem zaleca się wyściółkę tłuszczową w żołądu, czyli dobrą metodę – wypić rosół przed wszystkimi. Szczerze mówiąc to chyba nie do końca tak. Duża zawartość tłuszczu rzeczywiście doskonale wpływa na ilość alkoholu, jaką jesteś w stanie przyswoić, a zatem na wizerunek herosa, tytana, wreszcie – prawdziwego mężczyzny. Ale, ostatecznie, alkohol jest alkohol – im później zacznie do ciebie docierać, tym więcej masz szansę wypić, a nawet – doczekać bez fizycznych zagrożeń do momentu, kiedy obudzi się w tobie szwoleżer – a wtedy paw i kociokwik jak w banku, może nawet urwany film. Rosołek nie zastąpi rozsądku, chociaż mają wspólne aż dwie pierwsze litery. Co do mnie, zawsze miałem raczej słabą jak na polskie warunki głowę i koszmarne kace. To pierwsze nigdy mi nie przeszkadzało, to drugie – być może – uchroniło przed poważnym nadużywaniem. Pamiętaj, lepiej być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem.

Skoro już mowa o rozsądku (a zanim przejdziemy do elegancji), szybki detoks w toalecie przed pójściem spać jest całkiem niezłą metodą. Im więcej wyrzucisz prosto z żołądka, tym mniej trafi do krwiobiegu i rozpocznie sianie spustoszenia. Jeśli w ogóle potrzebna ci ta rada, to znaczy, że i tak wypiłeś już nadto, by być uroczym i śmiałym wobec kobiet. Drugą rzeczą, którą możesz zrobić jeszcze wieczorem, jest wypicie jak największej ilości niegazowanej wody, optymalnie – z półtora litra. Wiem, jest to czynność obrzydliwa, a do tego wodę piją zwierzęta, ale sssso, ja nie wyyyyp!… ijjję!? Da się i działa, zwłaszcza na kaca piwnego, niszcząc odwodnienie w zarodku.

O ile mój kac nie przybiera wymiarów terminalnych, czyli nie jęczę że zaraz umrę i nie jestem się gotów upokorzyć przed każdym, byle przeszło, staram się leczyć kaca lansem. Chłodny prysznic nie wypłucze co prawda z organizmu trujących substancji (to może zależeć od miejsc, które polewasz, ale nie drążmy tego tematu), ale ożywi i da impuls do działania. Dodajmy, że działania w pionie, a zarazem w miejscu gdzie nie potrzeba mieć pod ręką miski. Krok drugi: fryzura, wyprasowana koszula i krawat. Jeśli masz ciemne włosy, przygotuj na kaca zestaw o wysokim kontraście, np. biała koszula z bardzo ciemnymi krawatem i marynarką. Jasnowłosi wybiorą zestaw jaśniejszy, niż zazwyczaj. To ogólne zasady doboru garderoby dla trupio bladych. Unikaj czerwieni w dodatkach – podkreśli przekrwienie oczu.

Zejść na śniadanie. Jest dobrze, żyjemy. Teraz uzupełniamy brakujące substancje: potas i witaminy mogą być w soku pomidorowym. Włos psa, który cię pogryzł (jak mawiają anglojęzyczni), znajdzie się na przykład w małej daweczce wódeczki. Razem – krwawa mary, najklasyczniejszy z porannych klasyków. Mieszadełko z selera, nieodłączne w wypadku tego drinka, dostarczy żelaza, ale warto uzupełnić je później kostką czekolady. Oczywiście zasadą jest porywać się na takie dzieła tylko jeśli jesteś zdania, że dasz radę utrzymać to w żołądku. Kolejnym dobrym krokiem jest białko, więcej białka. Typowa potrawa à la białko z białkiem to jajecznica z krewetkami. Potem znowu woda. Tabletka witaminowa. Wstać i powoli, ale konsekwentnie, na świeże powietrze. Doczekać do kolejnej porcji rosołu. Nie myśleć o śmierci. Nie chlipać. Nie przepraszać za wczoraj, chyba, że naprawdę masz za co, ale i to nie teraz. Gdzie kupić napój energetyczny? Oczywiście tylko na stacji, przecież skoro masz kaca, to dziś niedziela albo święto.

Niech się więc święci – do siego roku! Kac to wspaniałe uczucie… kiedy się zorientujesz, że właśnie przeszedł.

Odświętnie na sianku

Rodzinne święta to doskonały moment, żeby ubrać się formalnie, ale trochę inaczej, a nawet z przymrużeniem oka

Święty spokój, chociaż na chwilę. Prezenty kupione, może nawet coś ugotowane, przez lśniące szyby zagląda wieczór. Święta z rodziną potrafią przerażać na różne sposoby: mnie na przykład zapachem zupy grzybowej, którego nie znoszę, a kogo innego – pytaniami o „odpowiednią dziewczynę” i ożenek albo koniecznością wymyślania kilkunastu zestawów spersonalizowanych opłatkowych życzeń. Słowem, zmartwień aż nadto,a tu jeszcze trzeba coś na siebie włożyć.

Święta wydają się doskonałą okazją, żeby poeksperymentować z elegancją. To czas dla rodziny i przyjaciół, rzadko znajdujemy się w miejscach publicznych, a jednocześnie odświętny charakter tych dni nakazuje jakoś tam wyglądać, najlepiej inaczej niż zwykle. Do tego rzadko zdarza się naprawdę skompromitować swoim wyglądem przed rodziną: osobami, które same przebierały cię w czasach, gdy załatwianie czynności fizjologicznych pod siebie w miejscu, gdzie akurat cię położono, było szczytem twoich możliwości. I jeszcze to, że chociaż dalece nie każdy z nas ma w domu kominek wesoło strzelający ogniem z polan, to jednak większość ludzi czuje ciepłą domową atmosferę, podkreśloną przenikliwym chłodem grudnia za oknem, i chce się jakoś w nią wpisywać.

Tu uwaga: zapewne nie w każdym domu garnitur jest na wigilii normą, a, czego by nie mówić, dopasowanie do otoczenia to jeden z kluczowych aspektów dobrego tonu. Skoro już jesteśmy w terminologii muzycznej, zaryzykowałbym tezę, że odchylenie o jedną oktawę w tę czy wewtę to akceptowalna norma dla spotkań rodzinnych i w gronie bliskich przyjaciół. W krawaciarskim towarzystwie przejdzie i mucha (odbierana jako bardziej formalna, czyli oktawę wyżej), jak i otwarty kołnierzyk – oktawę w dół. Dlatego jeśli spodziewasz się, że wszyscy będą w dżinsach i tiszertach, raczej nie bądź bardziej odstawiony, niż w marynarkę, nawet na forum rodzinnym.

Ten sweter Ralpha Laurena nie spełnia w stu proc. moich wymagań, ale pokazuje klasę

Cudowny formalny casual. Zima. Mróz za oknem. Kompot z suszu, intensywnie czerwony barszcz z uszkami, kapusta i prezenty spod choinki. Wszystko, może oprócz prezentów, paruje wilgotnym aromatem świąt, podnosi się temperatura powietrza i emocji. Obok stołu stoi mężczyzna w swetrze z jasnego kaszmiru w naturalnym kolorze, ciemnych, nie za wąskich spodniach w kant z wysokim stanem, brązowych sznurowanych butach, mogą być z zamszu, a niech tam. Biała koszula i ciemny wełniany krawat – może być czerwonawy albo ziemisty, to dobre odcienie na święta. Piękna wizja? To możesz być ty albo ja, w każdym razie takie wyobrażenie towarzyszy mi od paru lat. Jeśli dotąd go nie zrealizowałem, to tylko dlatego, że zakup stosownego swetra kompletnie mnie przerasta. W cenie, jaką jestem gotów i musiałbym za niego zapłacić (a jest ona co najmniej bliska czterocyfrowej – o wartości prawdziwego kaszmiru pisał ostatnio wyczerpująco mr. Vintage), musi idealnie spełniać moje warunki: odcienia wełny, zdobienia wplatanymi warkoczami (po angielsku cable knit), z kołnierzem szalowym (shawl collar, znany także ze smokingów). Nie kupię go przez internet, bo nawet dwa centymetry za długi rękaw zepsuje cały efekt, a poprawka krawiecka w wypadku dzianiny to mission: impossible. Nie raz się już jednak przekonałem, że cierpliwość hojnie nagradza rozsądnych konsumentów, więc czekam. Opisany zestaw to świetny wybór na uroczystości, kiedy nie przewidujesz garniturowo-krawatowego dress code’u. Jest jak skoda superb w roli limuzyny: swój komfort odczuwasz doskonale, ale na „coś się tak wystroił” zawsze możesz odpowiedzieć „no co, przecież jestem w sweterku!”.

Fred Astaire dość dobrze pokazuje, w jakim środowisku najlepiej czuje się odjechana marynarka smokingowa. Dzięki dr. Kilroyowi za tę stopklatkę

Najbardziej odjechanym w dobrym kierunku strojem, który możesz rozważyć, jest marynarka smokingowa lub jakaś wariacja na jej temat. W skrócie: pierwotnie smoking to strój, który przyodziewało się, jak nazwa wskazuje, w palarni, by móc go tam potem zostawić razem ze smrodem tytoniu, który w niego wsiąknął. Dzisiaj kojarzymy smoking z czarną marynarką o błyszczących klapach, ale welwetowe marynarki smokingowe mogą mieć różne kolory. Nie nadają się wtedy na imprezę black tie (chodzisz na takie?), ale świąteczne zimowe wieczory wydają się wręcz wymarzoną okazją, jeśli ktoś odważy się na ten eksperyment. Alternatywą dla mechatej marynarki smokingowej jest jej bardziej nieformalna, jakby eksperymentalna wersja, czyli zwykła marynarka jedno- lub dwurzędowa, najlepiej z klapami w szpic, w którymś z odważnych kolorów. Do klasycznych i pięknych należą butelkowa zieleń i ceglasta czerwień lub bordo. Ja mam taką w wariancie fioletowym, dlatego używam jej raczej na wieczory kawalerskie w klubach z panienkami i nie chciałbym mieszać ich z choinkową atmosferą.

Impreza garniturowa w rodzinnym domu przyprawia cię o skrępowanie? A może po prostu chcesz spróbować w jakiś sposób podkreślić szczególność świątecznego dnia? To prawda, że garnitur daje małe pole do manewru. Oczywiście nie uważam tego za jego słabość, a raczej za siłę, z której nie wiedzieć czemu dzisiejsi mężczyźni są niezbyt skłonni korzystać. Garnitur wizytowy zazwyczaj dość skutecznie broni się przed zabawą konwencją, ale słabymi punktami tej obrony są butonierka, czyli dziurka na guzik na klapie oraz brustasza, czyli kieszonka na piersi. Ta druga służy głównie do noszenia poszetki, za to ta pierwsza…

Zgoda, kojarzy się głównie z wpinaniem oznak różnorakiej przynależności. Zresztą nadaje się do tego celu świetnie, a logo firm, instytucji, miniaturki różnych przedmiotów, jak szpada szermiercza, walter P-99, nawet krzyż harcerski czy, last but not least, Matka Boska, to dobry wybór, o ile faktycznie wyrażają twoją tożsamość lub przynależność. W przeciwnym razie alternatywą jest kwiat (zazwyczaj goździk, nawet w połączeniu z poszetką dla uzyskania efektu combo fatality) lub inne warzywo sezonowe. To jest mój typ na wigilię tego roku. Przedstawiam… jemiołę w butonierce. Ciekaw jestem waszej reakcji, bardziej, niż reakcji rodziny. Siostra i tak powie mi, że wyglądam jak cudak, a ja jej na to, że jest głupia. To taka ciepła, rodzinna atmosfera, bez której nie ma prawdziwego ducha świąt.

Znaczenie poszczególnych elementów jest następujące: biała koszula i ciemny garnitur podkreślają odświętność wieczoru, czerwone i bordowe elementy nawiązują do ciepłej atmosfery i barw krasnoludkomikołaja, ozdoba w butonierce zdaje się kryczeć: "Co za jemioł!"

Na koniec małe post scriptum w nawiązaniu do tego ostatniego. Jesteśmy razem, ja i P.T. Czytelnicy, od stosunkowo niedawna. Statystyki odwiedzin jednak jednoznacznie wskazują, że tak czy inaczej jesteśmy razem, niech więc będzie mi wolno odwzajemnić Wam tę grzeczność serdecznymi życzeniami. By Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, i, jak mawia moja mama, „zdrowia przede wszystkiem”. Sobie zaś życzę, by w przyszłym roku było Was więcej. Nie obżerajcie się zbytnio –gdzieś tam, w przyszłości, czeka na was cała masa dwurzędowych marynarek, które nie zniosłyby poświątecznej oponki. Wesołych świąt!