Cytat tygodnia: Rafał Maślak

Już jestem jakimś przykładem, inspiracją i takim wzorem dla panów, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. Bo to, że dziewczyny piszą, lubią mnie, to jest jakby normalne, ale trudniej zyskać sympatię facetów

– Rafał Maślak, Mister Polski 2014, bloger, strażak ochotnik, dla agencji informacyjnej Newseria

Maślak został ambasadorem marki odzieżowej Pawo, na jesień przewidziana jest premiera jego własnej linii koszul tej marki. Linia „będzie się wyróżniała spoza standardu fajnymi detalami, przy których [Maślak] będzie miał pałeczkę, będzie je tworzył”. Model zapowiedział, że „będzie cisnął na to, żeby wyszły jak najlepiej”, bo będą sygnowane jego inicjałami

Lato leśnych ludzi

Kurator, który wymyślił tytuł wystawy Rzeczy budzą uczucia, nie wiedział nawet jak blisko był prawdy

U zarania Smaku Nabytego obiecałem sobie, że nie będę na blogu robił darmowej krypciochy. Nie dlatego,  że niestandardowe formy reklamy jakoś szczególnie mnie obrzydzają, ale dlatego, że obrzydza mnie robienie czegoś, za co mi nie płacą, a powinni.

Ale do cholery, jest to jednak, a w każdym razie powinien być, blog o emocjach i pasjach, a co się tyczy ciuchów, dawno nic nie wzbudziło we mnie tak wielu emocji, jak niepozorny ciuszek, na który wpadłem wczoraj w sklepie. Tak, nic, chyba nawet pierwszy stalunek, czyli szary garnitur ślubny. I nie dlatego, że zobaczyłem w centrum Londynu albo innego Mediolanu jakąś wspaniałą marynarkę i pomyślałem o wszystkich tych wystylizowanych aktorach z Hollywood, jak Hugh Jackman, którzy na pewno świetnie wyglądaliby w niej na pozowanych zdjęciach.

Szczerze mówiąc nie bardzo sobie wyobrażam, jak doskonałość takiego ciucha mogłaby mi się objawić. Z manekina? Takie emocje nie wezmą się nigdy z jakichś, nawet najwspanialszych, rozwiązań konstrukcyjnych czy harmonii. Ja znalazłem swoją magdalenkę Prousta, a do tego znalazłem ją w postaci części garderoby, której nie miałem na sobie od lat i pewnie nieprędko będzie na nią miejsce w moim życiu. Panie i Panowie, kangurka z Cottonfielda:

Oczywiście, pani kierowniczko, ja wszystko rozumie: za nic sobie macie moje uniesienie jakąś tam słusznie zresztą przecenioną szmatką, której nawiasem mówiąc w końcu nie kupiłem, bo rękawy za długie i już od dekady nie mój styl, a kupować część garderoby żeby mieć i żeby wisiała w szafie to jednak obciach.

A jednak coś we mnie siedzi. Jak już się kiedyś przyznałem, byłem przez kilka ważnych lat życia harcerzem i w gruncie rzeczy, dobrze się z tym bawiłem. Taka kangurka była elementem uniformu (nie stricte mundurem, ale zawarta była w regulaminie mundurowym) i gdyby wtedy w Polsce były cottonfieldy i model Hameldon, pewnie wszyscy by się o niego zabijali, a najbogatsi – kupowali. Mój pierwszy odruch kupienia go to odruch tęsknoty za kimś, kim wtedy byłem, ludźmi, którzy mnie otaczali i w ogóle wszystkim tym, co się wiązało z czasami drugiej połowy podstawówki, kiedy człowiek był za duży na gnoja, a za mały na młodzież i najlepiej pasowało doń określenie łobuziak. Ten ciuch nie pasuje już do mnie, bo zdecydowałem się być kimś innym.

I jakoś tak á rebours doświadczam tego, co czują śmieszni młodzi sartorialiści i eleganci: kupiłbym sobie smoking, a potem poszukał miejsca, do którego można w nim chodzić. Z kangurką, bojówkami, butami traperskimi czy – nie wiem – hełmem korkowym albo furażerką mam i tak łatwiej, niż ci marzyciele o smokingach, bo rzeczywiście mogę zaplanować sobie wyprawę w tundrę albo w las i zależy to tylko ode mnie, a nie od tego, czy kto mnie zaprosi na bal w Operze.

Wyczytałem dopiero ostatnio i nie pamiętam gdzie takie, w sumie dość oczywiste, powiedzenie: styl człowieka poznaje się po tym, jak ubiera się w wolnym czasie. Jak z tym jest u Was? Muszę przyznać, że czasem kiedy muszę wrzucić coś na siebie i wyjść po bułki albo pogadać z listonoszem, unikam spojrzenia w lustro po drodze. Z pewnością nie jest jeszcze tak, że wszystko, co mam w szafie, jest godne uwagi. A wszystko to dlatego, że poświęciłem uwagę tylko jednej część szafy, martwiąc się o koszule i marynarki, a zupełnie ignorując fakt, że czasem naprawdę nie chce się prasować i jakieś polo i dżinsy do wrzucenia na siebie na szybko to jeden z najważniejszych elementów codziennej elegancji. Dlatego też stawianie na ciuch tak bardzo odległy od miejskiego stylu byłoby bardzo nieracjonalne. Tworzyłoby przepaść między tym, co do miasta i ludzi, a tym, co po bułki.

Gdyby mi jednak odbiło i postanowiłbym postawić na image leśnego ludka, rozważyłbym następujące pozycje:

…i wszystko to brzmi pięknie, a na końcu i tak wyglądasz jak George prosto z dżungli, co udowodnił autor fotki, niezrównany Scott Schumann/theSartorialist.com

– Spodnie wyłącznie chino, zresztą w tym segmencie najłatwiej o beż. Kieszenie cargo, czyli takie na bokach nogawek, są nieobowiązkowe, ja w każdym razie jestem zdeterminowany, by do nich nie wracać.

– Prawdziwe bojówki, czyli amerykańskie spodnie M65 – tak szerokie, że polecam je tylko osobom grubokościstym i potężnym. Sam do takich nie należę, więc to również zamknięty rozdział w moim życiu. Według niektórych co bardziej wyszczekanych krytyków, jako dwunastolatek wyglądałem w nich jak zmilitaryzowany truteń. Nie mieli na mnie rozmiaru. Może, wbrew propagandzie, Stany nie wysyłały do Wietnamu takich chłopczyków?

– Koszule z lnu w kolorze złamanej bieli, z patkami do zapinania rękawów po podwinięciu i kieszonkami z patkami na obu piersiach.

Kurtka M65, którą sławiłem w jednym z poprzednich postów, jest kultowa i nieprzeceniona, jednak dużo ładniej wychodzą jej podróbki proponowane przez „normalne” firmy odzieżowe.

– Budrysówka. Dużo beżu i trochę granatu. Brązowa skóra w średniej i ciemnej tonacji. Buty chukka, które moim zdaniem powinny po polsku nazywać się osiołki.

– Land rover defender. Z relingami, podestem z hartowanej stali na dachu i rasowymi smugami z błota na błotnikach. Wersja dla ubogich: jakiś tam jeep wrangler.

– Owczarek. Nie znam się na psach, ale gdybym chciał wrócić do image’u dziadka z lasu, zorientowałbym się w temacie.

Dom nad Oniego (jeśli boisz się o dojazdy do pracy, książka pod tym tytułem będzie dobrą choć skromną namiastką) i dobrze wystemplowany paszport.

Cóż, po podliczeniu tego wstępnego kosztorysu, zostaję tu, gdzie jestem. A kangurkę mogę kupić i oprawić w ramki, żeby przypominała mi tego w sumie fajnego czternastolatka, którym kiedyś byłem.

Dress kod

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja

Środa Popielcowa, późny wieczór, BP przy Krakowskiej. Czekam na zapieksa, kiedy wchodzi typ. Mierzę go wzrokiem, zresztą w ogóle częściej mierzę wzrokiem mężczyzn, niż kobiety. Wiosna przyjdzie, może to się zmieni. U kobiet nie szukam ubioru, wręcz przeciwnie.

W głowie tysiąc myśli, mam za sobą ciężki dzień, a w Popielec je się przecież „trzy razy dziennie, raz do syta”. Moje do syta było kilka godzin wcześniej, zanim ciężkość dnia ujawniła się naprawdę. Staram się analizować ubiór typa, ale nie bardzo pamiętam, jak to było. Piekarnik termocośtam, konwekcyjny czy jakiś, każe mi czekać jeszcze 45 sekund…

Zacząłem od twarzy. To dobrze. Jeśli pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to twarz, to znaczy, że uniknął podstawowego błędu: nie przebrał się. Kiedy teraz o tym myślę, dalej jestem w stanie powiedzieć coś o twarzy, fryzurze – krótko obciętej, „biznesowej”. Młodzieńczych rysach. Pryszczaty nastawiony na sukces. Okulary w cienkiej oprawie, jak na okładce magazynów dla dojrzałych panów, jak na dorocznym zdjęciu prezesa banku, takim do celów pijarowych.

Przykład bardzo miłego, moim zdaniem, zastosowania M65 z garniturem...

W wycięciu zapiętej kurtki koszula i krawat. Koszula różowa – odważny. Krawat granatowy, w drobne kropeczki – zachowawczy. Kurtka na marynarce: problem w ocenie. Są tacy, co jej nienawidzą. Uważają, że łamie kanony. Właściwym okryciem na garnitur jest płaszcz, mówią. Ja nie mówię – kurtka na garnitur, nie tylko kurtka husky, jak znany Barbour (nie mylisz z Burberrym, prawda) albo inna flauszowa bosmanka czy budrysówka… w Polsce nawet amerykańska kurtka wojskowa wz. 1965 ma swoją piękną historię i „ambasadorów marki”, jak się mawia w dzisiejszych ponurych czasach. Hłaskę i Stachurę, by wymienić dwóch pierwszych z brzegu, zamiast guglać. Nosił taką chyba też superubek z powieści Twardocha „Przemienienie”. Nosili ją ci, którzy chcieli podkreślić, że w wojnie sześciodniowej to „nasi Żydzi pobili ich Arabów”, a nie odwrotnie.

Mój typ miał na sobie zwykłą, komercyjną wersję tej kurtki. Wyglądał dobrze, co zawdzęczał temu, że była ona dostatecznie długa i poły marynarki nie wystawały spod spodu jak minispódniczka. Bo garnitur miał, to pewne. Wskazywały na to spodnie w kolorze zgniłozielonobrązowym, w prążek. Either mad or genius, jak mawiał Jack Sparrow. Sam kolor, a do tego zestawienie go z różem koszuli (i granatem krawata) to igraszka na polu minowym. Jeśli o mnie chodzi – wystrzałowa, a nie wybuchowa, ale dalej nie mam pewności, czy dobierając ten zestaw grał z nut, czy ze słuchu. Wysublimowany elegant z nutką nonkonformizmu (ten kolor garnituru!), czy młody stażem (pryszcze) i niski szczeblem pracownik korpa, który zakłada na grzbiet, co popadnie, i popadło akurat to?

Obwarzanki na spodniach, znamionujące nadmierną długość, były wskazówką, ale nie z tych jednoznacznych. Lustracja trwa, ale jej ostatni akcent powie wszystko. Czas ocenić buty.

.

..

...i przykład buta, który... zresztą bez komentarza

Znacie to uczucie, kiedy któryś z dalszych znajomych w poczuciu moralnego uniesienia wrzuci na Facebooka zdjęcie skatowanych (rzekomo w schronisku) psów? What has been seen, cannot be unseen. Tyle myślę o jego butach. Kiedy były nowe, przypominały pewnie wypchanego borsuka ze skaju. Teraz z dwóch metrów możnaby pomyśleć, że to ortalion, gdyby nie kształt pantofla. Szare, matowe, w porach pseudo- lub ekoskóry kryją tyle soli, że w XIII wieku król dzierżawiłby je magnatom jako żupy solne. A więc handlowiec, nie żaden dandys – wybaczcie, eleganccy handlowcy, ale to jest stereotyp, który musicie przełamywać. Schrypiałym głosem rzucam „czosnkowy”, co mojej postnej zapiekance doda ekumenicznego posmaku i wychodzę. Na końcu zauważam na oprawkach srebrzysty napis Ray Ban. Marka nie najdroższa, ale jednak marka. Ten napis w przeliczeniu za słowo kosztuje dużo więcej, niż wszystko, co w życiu napisałem.

A miało być tak pięknie. Zanim minąłem dystrybutory z wachą za 5,70, w głowie obracałem tylko jedno słowo: niemoralne. To niemoralne kupować markowe oprawki okularów i takie cichobiegi, piątą pochodną ropy naftowej.

Co każe postawić na nowo pytanie o relacje: ile za co warto płacić? Oprawki Ray Bana przykuły co prawda moją uwagę, ale, przyznajmy uczciwie, zrobiły to zwłaszcza kontrastowym, srebrzystym logiem. Pewnie każdy producent ma takie w ofercie i zaryzykuję twierdzenie, że da się kilkakrotnie taniej kupić inne, o pomijalnych różnicach w jakości. Za to buty, o ile te nie były z hipermarketu, a choćby ze znanych z koszmarków obuwniczych sieciówek, prawdopodobnie mógł kupić lepsze w tej samej cenie. Oszczędziwszy na oprawkach, mógł za uzyskane pieniądze kupić coś, w czym nie wstyd wyjść. Dawałem tu już upust przekonaniu, że za buty da się przepłacić, ale trzeba się postarać. Żadne sensownie wydane na buty pieniądze między pewnie ok. 500 a 2,5 tys. złotych nie są zmarnowane.

Każdy, kto musi zwracać uwagę na pieniądze, potrafi zapewne przepłacić za koszulę. Dobra prezencja w koszuli wymaga spełnienia dwóch warunków: dopasowania i świeżości tkaniny. Chińszczyzna z Jermyn Street daje tę możliwość już od ok. 120-150 złotych i nie zniechęcam nikogo do celowania wyżej, jeśli naprawdę tego nie czuje.

Spodnie: tło dla marynarki. Fot. The Sartorialist za Manolo for the Men

W zestawach koordynowanych z marynarką zawsze warto myśleć o spodniach jako tle dla tej ostatniej. To dlatego lepsze gładkie spodnie i wzorzysta marynarka, dlatego też lepsze wyraźnie jaśniejsze (albo, bodaj rzadziej, wyraźnie ciemniejsze). Z tego również można wysnuć zasadę, że lepiej dużo zapłacić za górę, niż za dół i że dopasowanie marynarki jest ze wszech miar kluczowe.

W ogóle narzuca się pytanie: skąd się wzięło i czy ma sens to zjawisko, że nawet Macaroni, blogger jednak w szyciu miarowym niezwykle doświadczony, dopiero po kilku garniturach i osobnych marynarkach zdecydował się na płaszcz od krawca. Komentatorzy (blogów, nie tacy ze Skanera Politycznego TVN24) zarzucają mu niedopatrzenie, ale mi wydaje się ono mieć sens. Marynarka jest tym złotym środkiem, czy raczej czubeczkiem krzywej Gaussa, formuje sylwetkę (koszula tego nie robi, to marynarka trzyma ją w ryzach), a jednocześnie jest na tyle bliska ciału, że wymaga doskonałego dopasowania, by dać takiż efekt. Zresztą mądrością nie od dziś jest, by kupować lub zamawiać dwie pary spodni do każdego garnituru; marynarka żyje po prostu dłużej, a dobra – dużo dłużej.

Podobnie jak buty – i podobnie jak w buty, w nią też warto zainwestować. To, w połączeniu z umiejętnością oceniania właściwych rozmiarów ciuchów, potrafi zdziałać cuda, a na pewno ochronić cię przed milczącą krytyką losowo spotkanego człowieka na stacji benzynowej.

To się jakoś załata

Łaty na łokciach są i klasyczne, i modne. Ważne tylko, by nie pomylić tych pierwszych z tymi drugimi

Klasssa. Łaty na łokciach ukazane w naturalnym habitacie

Z telewizji zaatakował mnie właśnie kolejny aktor z łatami na rękawach… koszuli. Łaty są bardzo in w tym sezonie (o czym pisał już w październiku rzetelny strażnik mody, Mr Vintage), są, like, totally in i i zaczynają mnie trochę irytować, bo wszystko co modne wywołuje we mnie zdrową i motywującą dawkę irytacji. Ale pal licho marynarki, sweterki, nawet kurtki, z tą koszulą to lekko przesadzili.

Badania (na zdjęciu grupa doświadczala) pokazują, że z trzech połatanych gości najłatwiej laski zarywa ten z najbardziej kontrastowymi łatami

Uważam takie łaty za bardzo stylowy dodatek, podobnie, jak za stylową uważam  niewielką łatkę na spodniach czy dzianinie, a nawet zaszytą nitką albo zacerowaną dziurkę. Świadczą one o emocjonalnym stosunku do ciuchów, ale w dobrym znaczeniu tego wyrażenia. Wysyłają prosty komunikat: ja wiem, że zakochiwanie się w ciuchach to obciach i głupota, zakochiwać się można w książkach albo dziewczynach, w ideach albo doznaniach, w przeżywaniu życia albo przeżuwaniu padliny… „ale jak się ma TAKIE ciuchy, to co ja mogę? Marynarka, nad którą krawiec pod moim kierunkiem spędził sześćdziesiąt godzin, sweter z merynosa, który przywiozłem z wyprawy motorem na Nordkapp – przecież nie mogę tego po prostu wywalić, prawda”? Dodatkowo takie łaty podkreślają, jak dobrze „złamane”, ale nie zszargane, buty, że nasza elegancja nie datuje się na poprzedni sezon – a od tego już tylko krok do wywołania w ludziach przekonania, że z tym „hormonem elegancji” po prostu się urodziliśmy.

Staraj się mieć przynajmniej jedną marynarkę BEZ łat na rękawach. W przeciwnym razie grozi ci ksywka "połatanego człowieka" vel Frankensteina

Mr Vintage pisze, że łaty na łokciach „obniżają formalność” garderoby. Prawda, ale częściowo. Bo łatana garderoba to rzecz, było nie było, naprawiana, czyli pierwotnie posiadająca pewien mankament. Nie pójdziesz na smokingową imprezę w widocznie naprawianym smokingu, nie założysz łatanego garnituru na spotkanie z klientem. To pasuje do pewnego konkretnego stylu życia, stylu, który się raczej miewa, niż ma – zrelaksowanego, skupionego bardziej na noszeniu rzeczy, w których czujesz się dobrze, a nie takich, których wymagają od ciebie społeczne okoliczności. Czy tylko ja dostrzegam w poprzednim zdaniu definicję słowa casual?

Powiem więcej, sztywno formowana marynarka garniturowa z worstedu o wysokiej gramaturze może w ogóle nie być dobrym wyborem do łatania, bo tak naprawdę nie stanie się od tego ani komfortowym ciuszkiem na co dzień, ani nie pozostanie marynarką na oficjalne spotkania na szczycie. Jeśli to już „nieformalność”, Mr Vintage ma rację. Ale spróbujcie uczynić sweter – przez łatanie, cerowanie, rozciąganie czy farbowanie w praniu – mniej formalnym. Moim zdaniem to sztuka dla bywalców fotowybiegu na Pitti Uomo, niedostępna zwykłym śmiertelnikom.

Tym niemniej na karcie do głosowania nad łatami zaznaczam krzyżyk przy „fuck, yeah!”, a nie „hell no!”. Ale na koszuli? Przeglądałem dzisiaj garderobę i odkryłem, że po kilku sezonach intensywnego noszenia część moich koszul nie dożyje wiosny. Póki nadają się pod sweter, a choćby i marynarkę, jeszcze ujdą, ale wszystkie te plamki, przetarcia na kołnierzyku, plisie z guzikami, odbarwienia od kosmetyków i zwykła pożółkłość zaciągną je w końcu na śmietnik historii, kiedy pokazywanie koszuli w pełnym świetle słonecznym będzie obciążone wysokim ryzykiem ujawnienia niedoskonałości. Czy te koszule są przetarte na łokciach? Wolne żarty – skąd to przetarcie miałoby pochodzić? Od zbyt częstego podpierania brody w czasie wypełnionych bezczynnością dni pracy? Od czołgania się na poligonie, gdzie postanowiłem zademonstrować kapralowi, że ZAWSZE chodzę w koszuli? Koszula zawsze dość szybko się zużyje i chyba jesteś na tyle mądry, by wiedzieć o tym przy zakupie i nie przywiązywać się do niej zanadto.

Oczywiście trochę ironizuję, bo wiem, że prawdopodobnie 99,98(8) proc. łat jest na rękawach od nowości. Nie muszę zapewne wspominać, co sądzę o takich zakupach, zarówno w wymiarze etycznym (no, prawdę mówiąc, tutaj nie mam zdania), jak i w estetycznym. Co sądzę, o nowej, a już cerowanej marynarce (kurtki to inna para kaloszy, bo przy bardziej „terenowych” okazach łokcie faktycznie mogą potrzebować szczególnego wzmocnienia)? Pal sześć, że to leciutko pozerskie, że próbuje udawać efekt, o którym mowa w pierwszych akapitach tekstu. Ale producenci ubrań, lecąc po taniości, proponują szanownym klientom sztruks (który sam w sobie szybko się przeciera) albo alcantarę z tapicerek samochodowych. I, przede wszystkim, odbierają ci przyjemność własnoręcznego naprawiania twoich rzeczy, samemu tej przyjemności nawet nie odczuwając. Szczerze, co byś pomyślał o patynowanych butach, gdyby „patynowanie” oznaczało nie malowanie ich z cieniowaniem na szwach, ale dodawanie zmarszczek od noszenia?

Łaty – tak, ale tylko samodzielnie robione. Celuj w skórę licową lub zamsz, a przy bardziej odjechanych projektach – w dżins, inne rodzaje skośnie tkanej bawełny i wszystko, co kojarzy ci się ze słowem „wytrzymały”. Co zrobisz z poprzecieranymi za pół roku łatami? Gotowych naszywek szukaj w pasmanteriach, a taniego i dobrego źródła własnoręcznie wycinanych łat – na ciuchach (kurtki czy spodnie z cienkiej skóry mogą kosztować kilka złotych, a nie obchodzi cię przecież rozmiar ani fason). Kolory i styl łat dobieraj jednak przede wszystkim do koloru dodatków i ogólnej tonacji odzieży (brązowe łaty do guzików z rogu, czarne do czarnych plecionych ze skóry itp.). W drugiej kolejności – idź za radą Michała i komponuj łaty z akcesoriami, które lubisz nosić z danym ciuchem. W końcu masz go od lat i już znasz swoje preferencje w tym zakresie.

A jeśli już musisz kupić nową łataną część gadreroby – błagam, upewnij się przynajmniej, że środek łaty wypada na zgiętym łokciu, czyli, że gdybyś naszywał łatę, naszyłbyś ją właśnie tam. To ostatni bastion połatanej godności.

Chrupka koszula w 9 krokach

Szukam po internecie zdjęć prasujących mężczyzn. Łatwo nie jest, ale i tak wierzę, że prasowanie koszuli to czysto męskie zajęcie

To jest tekst z trylogii koszulniczej
  1. Chrupka koszula w 9 krokach

Na zakończenie koszulniczej trylogii kilka uwag dotyczących prasowania, które mogą się przydać. Nie moja rzecz omawiać temat bardzo szczegółowo, bo w gruncie rzeczy nie ma o czym gadać. Warto tylko wspomnieć, że:

1. Jeśli prasujesz tylko jedną, góra dwie koszule na najbliższy dzień-dwa, nie zwiędnie ci ręka ani korona z głowy nie spadnie. Oczywiście, można poprosić o to kobietę, ale jej motywacją będzie albo „żeby już mieć z głowy”, albo „żeby wyglądał w tym sexy”. Twoją motywacją jest zaś: „żeby koszula była wyprasowana jak należy” i to jest podejście jedynie słuszne, eleganckie, idealistycznie i absolutnie niezrozumiałe dla kobiet.

2. Prasowanie koszuli da się idealnie pogodzić z różnymi innymi trudnymi obowiązkami, takimi jak oglądanie ulubionego serialu (jeśli są to Mad Men albo Boardwalk Empire, może wystapić efekt synergii), Poważne Rozmowy o Życiu („Mógłbyś wreszcie spojrzeć na mnie a nie na tę pieprzoną koszulę!?”) albo picie wina z przyjaciółmi („Widzisz, on to sobie sam prasuje koszulę i to jak dokładnie!” – które to zdanie wyjaśnia, dlaczego mam znacznie więcej koleżanek niż kolegów).

W mojej skromnej opinii prasowanie koszuli w ogóle nie podpada pod pojęcie sprezzatury. Doktor House nosi zawsze taką wymymłaną i byłby bez tego niewiarygodną postacią, ale tak poza tym wszyscy wiedzą, że uprasowane koszule skądś się biorą (mogą się brać z pralni, ale dla rzeczy lepiej, jeśli będą często prane w pralce, a nie chemicznie) i znacznie wygodniej jest uczynić z prasowania swój znak rozpoznawczy, niż wygładzać poły koszuli pokątnie, w ukryciu przed światem.

Czasem myślę też, że tylko dzięki temu, że gdzieś skanalizowałem swoje pedantyczne zapędy, nie eksplodowały one we mnie w postaci jakiejś nerwicy natręctw i nie muszę teraz dosikiwać do siedmiu, jak pewien znany bohater filmowy. Pedantyzm w prasowaniu koszuli w ogóle odwala dwie trzecie roboty, a pozostałą jedną trzecią załatwią internetowe tutoriale. Tutaj tylko podsumowanie tego, co znajduje się w nie każdym z nich.

1. Większość bawełnianych koszul nie spali się od tego, że ustawisz temperaturę na **** (Len). Jednak może to prowadzić do brzydkiego wyświecania się materiału. Ustaw dobrze grzejące żelazko na „niecałą” bawełnę, czyli trochę przed ***. Dużo roboty ci to nie przysporzy.

2. Suchą koszulę można spryskać spryskiwaczem przed prasowaniem, a później, na czas rozgrzewania żelazka, włożyć zwiniętą do torebki foliowej, żeby wilgoć rozeszła się równomiernie. Można też prasować jeszcze wilgotną (lekko!) po praniu.

3. Kołnierzyk prasuj jako pierwszy i na lewej stronie. Wzdłuż brzegów kołnierzyka mogą się robić zaprasowane zmarszczki. Jeśli będziesz je miał od dołu, zobaczą je tylko świadkowie wiązania krawata. Bo oczywiście wiesz, że wyjście z domu z postawionym kołnierzykiem grozi reputacją powiatowego macho, prawda?

4. Do prasowania karczku naciągamy koszulę głęboko na zaokrągloną część deski. W sprzedaży są specjalne deski z zaokrągleniem tylko od jednej strony, jeśli taką wolisz. W ogóle narzędzi i gadżetów do prasowania jest tyle, że wystarczy ich by nadać jakiejś godności temu skądinąd mało pasjonującemu zajęciu. Niektórych z nich próbowałem, innych nie, ale prawda jest taka, że szkoda życia na roztrząsanie różnych możliwości doprowadzania koszuli do właściwego stanu.

5. Kanty w rękawach są, moim zdaniem, nieobowiązkowe, ale i niezabronione. Spór o wyższość jednego rozwiązania nad drugim jest przyjemny, ale przystępuj do niego tylko w koszuli wyprasowanej według preferowanej metody. Ostatecznie argumenty żadnej ze stron nie są się w stanie wznieść zbyt wysoko ponad „bo tak”, więc jeśli jesteś nerwowy, żuj korzeń kozłka lekarskiego w trakcie dyskusji, bo nie masz szans jej wygrać. Ja nigdy nie odmawiam sobie kantów. Podkreślają chrupkość odprasowanej koszuli i wkurzają bezkantowców.

6. Mankiety prasujemy jak kołnierzyki, zwracając uwagę na fałdki w miejscu, gdzie wnikają w nie rękawy. Fałdki są potrzebne, żeby zmniejszyć obwód rękawa do obwodu mankietu i warto zaprasować je ładnie, bo tam naprawdę akurat widać.

7. Przed prasowaniem pół i pleców, zapnij ostatni guzik pod kołnierzykiem. Łatwiej wtedy ułożyć koszulę prosto i nie zamiatać czystym mankietem po ziemi. Jeśli prasujesz koszulę z kontrfałdami (czyli tzw. classic fit, o czym wspominam w poprzednim poście), raczej nie zaprasowuj fałd na blachę. Staraj się raczej, na ile to możliwe, wyprasować jak najwięcej materiału i pozwolić fałdce ułożyć się samej.

8. Po wyprasowaniu koszula trafia na wieszak w celu ostygnięcia. Jeden fałszywy ruch i całe prasowanie trzeba będzie komisyjnie unieważniać. Najlepiej oczywiście żeby stygła przez całą noc (o czym piszę w jednym z poprzednich postów).

9. Żeby kołnierzyk ładnie się układał, możesz zaprasować kant w miejscu, w którym ma się łamać. Najlepiej robić to tylko pośrodku kołnierzyka, czyli z tyłu szyi – dzięki temu jego łamanie z przodu będzie wyglądało naturalnie. Ten sam manewr stosujemy w wypadku mankietów na spinki.

Zakończę tutaj, opierając się pokusie wymyślania dziesiątego punktu i nawiązywania tytułem do Dekalogu. To nie dekalog. W ogóle wszystko, o czym tu piszę, to nie dekalog, to raczej proponowana interpretacja przepisów wykonawczych do prawa, które istnieje, ale o którym się nie pisze, bo, jak śpiewał Kaczmarski, mądremu to na nic – głupi nie uwierzy. Pamiętaj o tym, kiedy będziesz próbował spierać się na śmierć i życie o kanty na mankiecie. Albo, kiedy odmówisz komuś bycia mężczyzną, bo chodzi po mieście z postawionym kołnierzykiem koszuli.

Anatomia koszuli

Myślisz, że w polskim stacjonarnym sklepie łatwo kupić koszulę, jaką się zaplanuje? Przeczytaj, jaka jest paleta możliwości, a zmienisz zdanie

Koszule to produkt krawiecki bodaj najlżejszy z możliwych, są też na tyle efemeryczne, że w ogóle nie warto przywiązywać się do konkretnych egzemplarzy. Oczywiście, faworyzowanie jednych kosztem drugich jest nie do uniknięcia, podobnie jak nie da się uniknąć spranych przetarć i zżółknięcia w tych używanych najczęściej. Z drugiej strony trudno ulubione koszule trzymać w szafie jak jakiś rzadki kolekcjonerski obiekt.

Z tego zaklętego kręgu nie ma wyjścia, bo jaki? Nie przywiązywać się do koszul? Niby można próbować, ale przecież nie przestanę i tak marzyć o jednej z ulubionych koszul Jamesa Bonda, którą niebawem mam zamiar zamówić w którejś z firm MTM. Więc co? Jak mawiała matka Adasia Miałczyńskiego – trzeba żyć…

Ale większość koszul to jednak codzienny software. Nie warto konstruować garderoby pod ich kątem – przeżyją je i krawaty, i marynarki, i pewnie nawet spodnie. Regularne (np. raz na rok) oddawanie ich do pralni może pomóc przywrócić pierwotny blask bieli, ale jeśli masz mieć łataną koszulę, to niech będzie jedna i niech całe otoczenie wie, że łatasz ją, bo to ta jedyna.

A teraz coś na osłodę: tego kwiatu jest pół światu. Kiedy już nauczysz się kupować koszule, każdy kolejny planowany zakup będzie słodką łamigłówką z dającym radość rozwiązaniem. Oto składniki rebusu:

To dopiero niektóre warianty dzisiejszego zwykłego kolnierzyka, pełen ich katalog jest ogromny. Fot. Georgeslefebvre.com

Kołnierzyk jak siurek, wybaczcie ten niewybredny żart, może być przede wszystkim miękki albo sztywny. I, jak z siurkiem, miękkich należy unikać. Bo jak się taki już ma, to nie wiadomo, co z nim zrobić. Krawata pod nim nie zawiążesz, bo wygląda dziwacznie, w użyciu zawija się i układa jakoś dziwnie, a wreszcie wygląda niechlujnie i dziewczynom mało imponuje. Jeśli, czytając to zdanie, myślałeś cały czas o siurku – lecz się. Ja pisałem o kołnierzyku.

Uzasadnieniem miękkiego kołnierzyka jest wariant przypinany na rogach na guziczki. W połączeniu z bawełną typu oxford, o prostopadłym splocie, którego wątek jest biały, a osnowa barwna (błękitna, różowa, turkusowa, fioletowa), jest to najbardziej klasyczny element amerykańskiego stylu. Jeszcze lepiej rozpoznawalny z krawatem, więc śmiało wiąż krawat przy koszuli na guziczki, jeśli tylko popierasz wojnę w Iraku i sześciolitrowe czterdziestokonne silniki. Jeśli nie – bacz na tradycje europejskich przodków i koszule button-down noś tylko w weekendy, bez krawata.

W kołnierzykach można też guziczki ukryć na dodatkowych patkach pod spodem (znacznie bardziej eleganckie rozwiązanie do krawata), spinać kołnierze pod węzłem krawata na guzik z pętelką albo na szpilkę (warianty, które dyskwalifikują koszule jako noszone bez krawata), ale przede wszystkim – sztywne kołnierzyki koszuli mogą być mniej lub bardziej rozwarte. Jeśli pamiętasz krzywą gaussa – świetnie ilustruje ona relację między rozwarciem kołnierzyka a jego awangardowością. Średnio, ale raczej bardziej niż mniej rozwarty (tak, wiem, że one mają nazwy, ale trzeba być naprawdę nerdem, żeby się ich uczyć) jest najlepszy do każdego typu twarzy i typowego węzła krawata. Wąskie trącą myszką, co potrafi mieć dobry albo zły wydźwięk, bardzo szeroko rozstawione są bardzo odważne, co być może ma swoje złe strony, ale ja nie potrafię ich dostrzec.

Przy zakupie koszuli warto też zwrócić uwagę na wysokość stójki, podstawy kołnierzyka. Zdarzyło mi się trafić na stójkę tak wysoką (jest zapinana na dwa guziczki, z czego jeden położony jest pod skosem), że źle wygląda z krawatem, bo jest od niego znacznie szersza.

Guziki mogą być w koszuli odkryte lub kryte plisą. To drugie ma uzasadnienie w hardkorowym savoir vivrze, gdzie guzików nie należy pokazywać, jeśli więc planujesz muchę zamiast krawata, wybierasz plisę. To kolejny zakaz czy nakaz, który wydaje mi się nieprzystający do realiów Polski XXI wieku. Jeśli ubierasz się na Ważną Uroczystość, możesz wybrać plisę, ale bądź świadom, że krawat ją zasłoni – niech to ułatwi sprawę. Guziki przyzwoitych koszul powinny być zrobione z masy perłowej lub przynajmniej ją udawać i, chociaż technicznie rzecz biorąc, są guzikami bieliźniarskimi, naprawdę ciężko źle wyglądać tylko przez fakt, że pokazuje się je na ulicy.

W sklepach z węzełkami do mankietów można się poczuć jak na kwasie. Fot. Orosilber Joaillerie PVT LTD

A skoro już jesteśmy w tych partiach ciała, warto pomyśleć o taliowaniu. Coraz powszechniejsze są warianty slim, chociaż mam wrażenie, że w polskich sklepach wciąż uważane są za nieformalne. Zresztą także handlarze chińszczyzną z prestiżowej londyńskiej Jermyn Street określają luźne kroje koszul jako classic, co budzi u mnie pewne zdziwienie. W uproszczeniu: koszula może mieć z tyłu dwie fałdki, które sprawiają, że poniżej poziomej części barkowej materiału jest więcej, niż to wynika z szerokości w ramionach. Jeśli masz brzuszek, dostajesz dzięki nim zapas materiału, który sprawia, że nie wyglądasz jak pierzyna z Porwania Baltazara Gąbki.  Inne koszule nie mają tych fałdek, a te taliowane – wręcz przeciwnie, mają dodatkowo zaszewki, które zbierają nadmiar materiału w talii (co, jak podejrzewam przenikliwie, może tłumaczyć genezę nazwy). Te przeznaczone są dla najszczuplejszych. Zasada, że koszule taliowane są bardziej casual, a do garnituru należy wybierać classic fit, jest jedną z tych budzących moje zdziwienie. Nie sądzę, żeby źle dopasowana koszula wyglądała dobrze w jakimkolwiek klasycznym okresie klasycznej męskiej elgancji. Może klasyczny był brzuszek? Nie mnie roztrząsać te zawiłości.

Właściwa długość rękawów koszuli to jedyna gwarancja, że będzie ona dobrze wyglądała z kamizelką. Nie gwarantuję, że ta jest właściwa - to rzecz preferencji

Mankietologia to w zasadzie temat na inną opowieść, przynajmniej jeśli chodzi o sposoby wykończenia, choć chyba nie jest ich tyle, co w wypadku kołnierzyków. Dość powiedzieć, że o ile mankiety na spinki są chyba faktycznie bardziej formalne (pasują na garniturowe okazje), o tyle nic nie stoi na przeszkodzie, by nosić je na co dzień, nawet do dżinsów. Do biura warto zmienić ciężkie metalowe spinki na węzełki plecione z elastycznej gumki: do sztywniackiego mankietu wyglądają wręcz dowcipnie, można je (raczej na sieci, niż w Polsce) kupić w dziesiątkach kolorów, a do tego są lekkie i nie stukają o blat  biurka, kiedy przystępujesz do pisania na klawiaturze. Zawsze staram się, żeby mankiet koszuli sięgał do miejsca, które zaznaczono na zdjęciu obok. Kolejna rzecz, w którą nie należy wierzyć sprzedawczyniom, to że długość rękawa reguluje się zapięciem mankietu. Dobrze dopasowana marynarka zniszczy wszystko, a metody na skrócenie rękawa koszuli są dwie: droga i nieestetyczna.

Długość koszuli też jest tak naprawdę czynnikiem, ale chyba potrafisz kupić taką, która nie wylezie ze spodni? Bo – och, Boże, zapomniałem dodać – koszulę po ukończeniu dwunastego roku życia nosi się tylko w spodniach. Ale to już wiesz, prawda?

O uciechach prasowania

Prasowanie koszuli wieczorem to świetny nawyk: potrafi zmienić gorączkowe strojenie się w chłodną kalkulację

Zastąpienie koszulą z długim rękawem innych rodzajów okrycia klatki piersiowej (uwaga do zaawansowanych czytelników: TAK, inne rodzaje, niestety, istnieją) to podstawowy element „formalizacji” ubioru i najważniejszy wyznacznik dorosłego ubrania. Oprócz tego istnieje na Facebooku grupa „Mężczyźni w koszulach są niezwykle sexy”, a to chyba ostateczna rekomendacja. Dla wielu osób, w tym dla mnie, są one też centralnym punktem, wokół którego kompletuję garderobę na dany dzień, więc oszczędzają mi czasu i trudnych stylistycznych wyborów.

Według starej, podtrzymywanej w całości już praktycznie tylko przez ubraniowych rekonstruktorów, tradycji, koszula jest elementem bielizny, na którą dopiero zakłada się ubranie. Pozostało w tym jedynie ziarno prawdy, bo trudno traktować jako bieliznę coś, w czym można bez wzbudzania skandalu wyjść na ulicę, do biura, a nawet na spotkanie biznesowe czy towarzyskie. Nie przestrzegam i nie zalecam przestrzegać reguły o niezdejmowaniu marynarki w miejscach publicznych; jest ona w dzisiejszym świecie równie archaiczna, jak nakaz zakładania smokingu do obiadu. Oczywiście, gdybyś przypadkiem znalazł się w smokingu, a także w pewnych, zwłaszcza wieczorowych, sytuacjach w garniturze, należy tę regułę odkurzyć, ale wszystko to sprawa wyczucia. Jeśli będziesz pamiętać, że taka kwestia w ogóle istnieje, łatwo go nabierzesz.

- Kumo, powinnam staremu uprasować koszulę z neapolitańskim mankietem i kołnierzykiem typu cutaway? - A juści, kumo. Fot. Bundesarchiv Deutschland, CC-by-SA

Przy zakupie koszuli musisz zdecydować o: kształcie kołnierzyka, rodzaju mankietów (spinki/guziki, oba w wielu wariantach), długości rękawa i pół, czyli koszuli samej. Plisa, czyli listwa z guzikami, może być kryta, czyli je zasłaniać, albo i nie. Do tego tkanina i kolor. Wszystko to musisz wybrać podczas zakupu…  o ile w ogóle masz z czego. Niestety wybór w polskich sklepach jest taki, że trafienie wymarzonej kombinacji jest możliwe tylko wtedy, kiedy wymarzyłeś sobie średnio rozwarty kołnierzyk, mankiet na dwa guziki i kolor błękitny.

Około dziesięciu koszul wypełnia bęben typowej pralki. Z uwzględnieniem czasu na schnięcie prania (na wieszakach!), już tuzin koszul daje możliwość zakładania koszuli codziennie bez pustych przebiegów pralki, a pięć tuzinów to zupełny relaks. Jeśli wszystkie są białe, to wręcz lans. Biała koszula jest jednym z tych tricków – nie sposób z nią nie trafić. Cokolwiek byś miał na sobie, od jeansów po smoking, zawsze będzie co najmniej poprawnie. Sam kiedyś rozważałem stopniowe – jak to mawiają politycy – wygaszanie rynku niebiałych koszul, jednak na razie szkoda mi wszystkich możliwości, które daje wzorzystość bawełny.

Koszula jest jednym z niewielu elementów klasycznej męskiej garderoby, które można prać samodzielnie w pralce. Jako że każdy kij ma dwa końce, musisz się przez to liczyć z koniecznością prasowania. Dla mnie nie jest to jednak coś za coś, bo nauczyłem się prasować koszule szybko i sprawnie, prasuję przeważnie jedną na raz, a kiedy czeka ona na swoją kolej noszenia, wymyślam, co mógłbym do niej założyć. Czasem, planując tydzień z góry (pod kątem ważnych spotkań czy imprez) ułożę sobie w głowie, która koszula na kiedy i to w zasadzie całość czasu, jaki spędzam nad myśleniem o tym, co na siebie włożyć (no, jeszcze buty…). Kiedy ten temat zajmuje moje myśli, ręce prasują koszulę – oto oszczędność czasu.

Koszula i marynarka na ramię, spodnie na poprzeczkę, pasek i krawat na wieszak, a spinki i zegarek na tackę. Ubieranie się nigdy nie było prostsze

Dlatego za jeden z najważniejszych gadżetów domowych uważam dobry wieszak, który pomieści całą garderobę. Mam szczęście mieć stacjonarny wieszak, na którym zawsze czeka jutrzejsza koszula, a jeśli dzień ma się zacząć wcześnie i być wymagający, do koszuli dołączają spodnie, marynarka i krawat. Wieszak ten (moja żona ukrywała go heroicznie przez kilka dni przed moim wzrokiem, żebym miał niespodziankę) uważam też za całkiem estetyczny element wykończenia, na pewno lepszy niż popularna w sypialniach szafka improwizowana na krześle. Bardziej urokliwy byłby tylko emerytowany manekin krawiecki, uratowany przed śmiercią głodową w podupadającym zakładzie rzemieśniczym. Zajmuje jednak sporo więcej miejsca. Najmniej wymagający pod tym względem jest podwójny wieszak: profilowane ramię na koszulę (i marynarkę) z poprzeczką lub klipsem na spodnie. Do tego haczyk na ścianie w widocznym miejscu, przeznaczony tylko i wyłącznie na to.

Zresztą dobre metody to takie, które działają: chodzi o to, byś po przebudzeniu zawsze wiedział, którą koszulę dziś założysz – a do jej wzorów i kolorów już intuicyjnie dobierzesz według humoru krawat i poszetkę, a według funkcji – resztę garderoby. Dzięki temu jest łatwiej i nie stroisz się jak baba, a nudziarze od efektywnego gospodarowania czasem twierdzą, że nie masz wymówki, by zostać dłużej w łóżku planując strój na dziś, więc możesz szybciej, dziarski i rumiany, wyskoczyć z łóżka i wcześniej zacząć wypracowywać PKB. A wszystko dzięki męskiej przyjaźni z żelazkiem.