Prawidła dotyczące butów

Wielu nie wyobraża sobie zakupu butów przez internet, ale nie taki diabeł straszny, jak go wyświetlają na monitorze

Niedawno dotarła. Moja pierwsza para butów kupiona wysyłkowo. I to nie na znanym portalu aukcyjnym z opcją odbioru osobistego w Warszawie, ale kupione z dalekiego kraju z transportem kurierem do Polski buty, których wcześniej na oczy nie widziałem. Do tego zamawiane w śmiesznym i obcym języku (Francuzi mówiący po angielsku – hi, hi). Udane zamówienie nie czyni mnie jeszcze ekspertem od kupowania butów, ale daje jakieś podstawowe doświadczenie, którym mogę się podzielić i uprawomocnia przynajmnej część tego, co o wysyłkowym handlu tymi cudami wiedziałem ze słyszenia.

Nie warto bać się kupna butów przez internet w jednej z francuskich, angielskich, włoskich albo hiszpańskich nawet firm. Nie mówię o zastrzeżeniach wobec uczciwości sklepu – to osobna sprawa, ryzyko bycia nie tyle oszukanym, co źle obsłużonym, istnieje zawsze. Wiele osób ma problemy związane z doborem rozmiaru buta. Oczywiście mi łatwo powiedzieć – mam dość wąską, w miarę normalną stopę (i w ogóle cały jestem dość wąski, ale w miarę normalny, przynajmniej pod względem fizycznym), więc może są tacy, co mają trudniej. Ale póki jesteś w stanie wejść do sklepu i znaleźć buty, które ci pasują, prawdopodobnie jesteś też w stanie generalnie dobrać jakieś buty od uznanych producentów przez sieć.

Jak zauważył jakiś geniusz, stopa ma długość stopy. Fot. eightdesignsboutique.com

Zacznij od tego, który numer faktycznie nosisz – jeśli będziesz kupował buty w tym samym rozmiarze zdalnie, będziesz znacznie częściej trafiał, niż nie. Pamiętaj też o zasadzie, którą powtarza się małym dzieciom w odniesieniu do dzikich zwierząt: one bardziej boi się ciebie, niż ty ich. Podobna reguła musi dotyczyć wysyłkowych sklepów z butami – brzmi to jak banał, ale im zależy na zadowoleniu klienta i będą starali się ci pomóc, na czele z wymianą numeru na lepszy. Oczywiście, lepiej jej unikać, biorąc pod uwagę ceny przesyłek przez kontynent, ale zastanów się, jakie masz alternatywy, przemnóż różnicę w cenie przez prawdopodobieństwo złego dopasowania i wyciągnij wnioski.

W Polsce bowiem wciąż dojmująco brak tego, czego wszyscy szukamy – towarów ze średniej półki. Luksusów oczywiście ci u nas dostatek – w dwóch butikach przy placu Trzech Krzyży w Warszawie można spokojnie kupić naprawdę śliczne buty za dwa tysiące, jedna z ekskluzywnych sieci sprzedaje renomowane Crockett and Jones w cenie nie zawsze różniącej się od zachodniej. Gorzej, że inne buty, dostępne w jednej z warszawskich galerii w dziwnym butiku „wszystko w jednej cenie”, kosztują tyle, że można by równie dobrze lecieć po nie samolotem do Paryża. Zatem wybór nie dość, że niewielki, to jeszcze pełen kompromisów moralnych dotyczących karmienia ludzi, którzy grają z nami w bambuko tzw. odwróconym marketingiem. Nie mnie chodzić ich stroną ulicy.

Tysiąc złotych wydane na parę butów w Paryżu czy Londynie będzie zatem prawdopodobnie lepiej zagospodarowane, niż ta sama kwota zostawiona w Polsce. Czego szukać? Kilka poniższych wskazówek będzie pełnych uproszczeń, o których wybaczenie proszę uprzejmie znawców tematu. Uproszczenia służą nie tylko zamaskowaniu mojej niewiedzy, lecz także mają w ogóle ułatwiać kupienie jakichkolwiek butów dobrej jakości. Generalnie bowiem im dokładniej oglądasz, tym więcej wad widzisz, warto więc zawsze lekko zmrużyć oczy – w kupowaniu butów nie chodzi przecież o to, by całe życie czekać na tę jedyną… parę, prawda?

Tak wygląda "maszynowa" praca przy produkcji butów metodą Goodyear'a. fot. chestofbooks.com

Otóż, w uproszczeniu – buty szyte są lepsze niż klejone. Najpopularniejsza metoda szycia maszynowego to Goodyear welt, czyli sztuperowane (szew łączący but z podeszwą jest widoczny od zewnątrz) buty na skórzanej lub – rzadziej – gumowej podeszwie. Większość przyzwoitych firm, na które natrafisz, posługuje się tą metodą, a jedną z jej zalet jest łatwa wymiana zużytego spodu. Inne metody szycia to np. blake czy Bologna. Na dobrą sprawę nie musisz ich w ogóle rozróżniać – wystarczy, że będzie to któryś z nich, czyli buty nie będą klejone (co, oczywiście, nie musi oznaczać, że każde klejone buty są złe. Jak widać masa tu zastrzeżeń i wyjątków). Generalnie – szycie butów wydłuża żywotność i zwiększa jakość.

Zarówno je, jak i estetykę, podnosi też wysoka jakość skóry. Ofiarne cielątka przekazują swoją na wysokiej jakości buty wyprawione według wielu różnych metod, o których nawet nie zamierzam czytać, żeby nie robić sobie śmietnika w głowie. Może za dziesięć lat… Szukaj skóry oznaczonej jako full grain, czyli takiej, z której usunięto tylko sierść. Kiedy już znajdziesz i odkryjesz, że jest za droga, druga w kolejności jest top grain – korygowana tam, gdzie na skórze było zbyt dużo niedoskonałości, jak ślady po wypalonych pieczęciach, drucie kolczastym czy insektach. Jest to dalej naturalna skóra, ale jej faktura nie musi odwzorowywać „linii papilarnych” cielaczka, a prędzej wzór na jakiejś prasie czy jak-to-się-tam-robi. Unikaj corrected leather – robią ją ze skóry zmielonej razem z budą, ropy naftowej, resztek pizzy po piątkowej imprezie informatyków w akademiku, złomowanej karoserii dwudziestoletnich daewoo i chińskich łańcuchów choinkowych z recyklingu.

Buty nabierają kształtu na kopytach. Na tych samych można zrobić sznurowane wiedenki, wysokie trzewiki czy wsuwane loafersy. Fot. Shoeschool.com

Każda z tych informacji – o rodzaju skóry czy konstrukcji – może, lecz nie musi być łatwa do znalezienia. Koniec języka za przewodnika. A skoro już pytasz, warto przy kupowaniu butów ustalić, na jakim kopycie zostały zrobione. Lepsi producenci często udostępniają informację o tym, na jakim modelu „stopy” formującej but został zrobiony dany okaz. Kopyta mogą mieć numery, jak u Crockett and Jones albo nazwy, jak u Carminy i – wspaniała wiadomość – jeśli przymierzyłeś już jeden but na danym kopycie, to jakbyś przymierzył je wszystkie. Możesz oczywiście chcieć buty wsuwane o pół numeru mniejsze, niż sznurowane, ale długość ani tęgość nie powinny cię zaskoczyć. Do tego internauci wymieniają się czasami swoimi obserwacjami dotyczącymi kopyt, więc jeśli chcesz dodatkowej pewności – guglaj! Angielski termin last, oznaczający właśnie kopyto, może być tu pomocny.

I nie bój się zakupów przez internet. Zwrot może kosztować kilkanaście euro, ale jest to ryzyko, które warto czasem podjąć.

Buty, głupcze!

Ile dżentelmen ma par butów i z czego? Dżentelmen ma tyle par butów, ile da radę kupić, z czego większość skórzanych

Tydzień obuwniczy
  1. Buty, głupcze!

Brak tematu o butach mógł się już rzucić w oczy niektórym czytającym koneserom. O ile bowiem prawdą jest, że powinno się ubierać, żeby żyć, a nie żyć, żeby się ubierać, to niezależnie od wybranej drogi ubieramy się po to, żeby wytworzyć między kostkami nóg a szyją jakiś poziom napięcia, spajającego dwa podstawowe elementy: twarz i buty. W tej właśnie kolejności.

Buty to podstawowy środek do odróżniania mężczyzn od „facetów”, „chłopaków” i różnej innej maści „kolesiów”. Każdy, kto kiedykolwiek przyjrzał się bliżej tematowi, dochodzi w końcu do tego samego wniosku: buty są jak Polska – są najważniejsze. Głupcze.

Nie ma takiego zestawu ubrania, które jest butoodporne, czyli nie da się go spieprzyć przy użyciu brzydkich, brudnych lub źle dobranych butów. Zapewne są za to jakieś zestawy ubrań, których nie da się naprawić doskonałym obuwiem (obstawiam tylko bojówki i polar). W Polsce wyróżnianie się butami jest bardzo łatwe; wszyscy zakładają do każdego zestawu buty sportowe, oprócz może nowej klasy średniej, która preferuje buty do górskich wędrówek. Jest tym łatwiej, że znakomita większość twoich znajomych, kolegów z pracy i przedstawicieli obmierzłej grupy mężów atrakcyjnych koleżanek, ma tylko jedną parę butów, „wielosezonową” i na każdą okazję. To dwa pierwsze nawyki, z którymi należy zerwać.

Nawet kobiety, które coś tam o butach wiedzą, bywają zbulwersowane, kiedy producent poucza je, by nigdy nie nosić jednej pary dwa dni z rzędu. Ta zasada nie powinna zaś wzburzać nikogo: każdy but potrzebuje odpoczynku, co potwierdzą zwłaszcza piechurzy: stopa i jej otoczenie to trudne środowisko pracy, od wewnątrz na buty działa ogromna ilość pary, od zewnątrz – napięcia mechaniczne i tzw. przez inżynierów czynniki środowiskowe, czyli wilgoć, deszcz, drobinki ziemi i kamieni. Ja bym chciał po czymś takim odpocząć, warto więc pozwolić na to i butom. A zatem: co najmniej dwie pary.

Ta uwaga brzmi nieco abstrakcyjnie. Dwie pary butów? A gdzie miejsce na zmianę stylu, pogody, planu dnia? Nawet jeśli nie masz w szafie smokingu, a jedynie jeden uniwersalny, ciemny garnitur wieczorowy, wstyd nie mieć do niego osobnych, ładnych czarnych pantofli. Dwie pary to minimum butów na co dzień. Ale minimum to stanowczo za mało. Z drugiej strony porządne buty potrafią kosztować pensję albo dwie (w zależności od butów i od pensji), więc kolekcja godna Roberta Kozyry (który, nawiasem mówiąc, udowadnia, że liczba par, nawet zawrotna, to jeszcze nie wszystko) nie jest taka łatwa do zgromadzenia. Rozwiązanie tego dylematu czai się w podręczniku do matematyki dla drugiej klasy szkoły podstawowej: buty dzielimy na drogie i tanie, a kupować należy z obu tych półek.

Przypomnij sobie zasadę Pareta. A teraz wyobraź sobie szafkę na buty, wśród których dwadzieścia procent najdroższych, kupowanych przez lata (i wystarczających na lata) modeli pochłonęło 80 procent budżetu, który posłużył do wypełniania tej szafki. W garderobie o wartości dziesięciu tysięcy złotych (nie musisz ich wydawać od ręki) masz osiem par butów o wartości tysiaka i czterdzieści par bucików o wartości… no dobra, przyznaję – wybrałem kwotę 10 tysięcy, żeby łatwiej mi się liczyło, ale liczyć i tak mi się nie chce. Reguła Pareta is more like guideline anyway – fajną kolekcją butów wydaje mi się taka, w której kilka klasycznych modeli na pięknym kopycie, błyszczących i ponadsezonowych, uzupełnianych jest przez paletę „kapciuszków” (np. zamszowe mokasynki na kołeczkach – driving mocs, buty pokładowe – deck shoes, chukka – sam długo myślałem, że po polsku to osiołki) itp. Te ostatnie mogą być we wszystkich kolorach tęczy, wygrzebane z koszy na wyprzedaży i kupione z myślą „a co mi tam” – przecież jeśli będziesz ich miał dwadzieścia par, każde założysz góra kilka razy do roku. Ale to one odpowiedzialne są za wrażenie przepastnej szafki z butami.

I za coś jeszcze. Przez ostatnie lata wzrastałem w przekonaniu, że dobre, doskonałe, drogie, klasyczne i ponadczasowe buty to coś, na co zwracają uwagę wszyscy. A zwłaszcza kobiety. „Buty – zęby – paznokcie, w takiej kolejności” – mówili. Guzik prawda. Kiedy po raz pierwszy szlifowałem bruk w nowych penny loafers od J.M. Westona, butach pięknych i renomowanych, szedłem chyba z pół metra nad ziemią, patrząc wszystkim w oczy, szukając w nich tego podziwu. I doczekałem się go… następnego dnia, kiedy przyszła kolej na czerwone zamszowe kapciuszki, bezfirmówki z outletu za raptem kilka złotych.

Co, oczywiście, nie przeczy tezie numer jeden: buty naprawdę są w stanie w pojedynkę zmienić wydźwięk całego zestawu, a ładne buty noszone konsekwentnie – całego osobistego stylu. W to nie można przeinwestować. Jednak jeśli spodziewasz się otwartych hołdów i nabożnych spojrzeń, oczekuj ich raczej ze strony garstki innych koneserów, niż ogółu napotkanych niewiast. Uprzedzałem.

Bez względu na to, który wariant stylu przyjąłeś – zostajesz przy dżinsach, czy uderzasz w garnitury (lub odwrotnie), zacznij od butów i zawsze traktuj jak szczególny segment swojej garderoby, a jeśli masz dopieszczać tylko jeden – niech to będzie właśnie ten. To na nich wszystko stoi – dosłownie i w przenośni.

Anatomia koszuli

Myślisz, że w polskim stacjonarnym sklepie łatwo kupić koszulę, jaką się zaplanuje? Przeczytaj, jaka jest paleta możliwości, a zmienisz zdanie

Koszule to produkt krawiecki bodaj najlżejszy z możliwych, są też na tyle efemeryczne, że w ogóle nie warto przywiązywać się do konkretnych egzemplarzy. Oczywiście, faworyzowanie jednych kosztem drugich jest nie do uniknięcia, podobnie jak nie da się uniknąć spranych przetarć i zżółknięcia w tych używanych najczęściej. Z drugiej strony trudno ulubione koszule trzymać w szafie jak jakiś rzadki kolekcjonerski obiekt.

Z tego zaklętego kręgu nie ma wyjścia, bo jaki? Nie przywiązywać się do koszul? Niby można próbować, ale przecież nie przestanę i tak marzyć o jednej z ulubionych koszul Jamesa Bonda, którą niebawem mam zamiar zamówić w którejś z firm MTM. Więc co? Jak mawiała matka Adasia Miałczyńskiego – trzeba żyć…

Ale większość koszul to jednak codzienny software. Nie warto konstruować garderoby pod ich kątem – przeżyją je i krawaty, i marynarki, i pewnie nawet spodnie. Regularne (np. raz na rok) oddawanie ich do pralni może pomóc przywrócić pierwotny blask bieli, ale jeśli masz mieć łataną koszulę, to niech będzie jedna i niech całe otoczenie wie, że łatasz ją, bo to ta jedyna.

A teraz coś na osłodę: tego kwiatu jest pół światu. Kiedy już nauczysz się kupować koszule, każdy kolejny planowany zakup będzie słodką łamigłówką z dającym radość rozwiązaniem. Oto składniki rebusu:

To dopiero niektóre warianty dzisiejszego zwykłego kolnierzyka, pełen ich katalog jest ogromny. Fot. Georgeslefebvre.com

Kołnierzyk jak siurek, wybaczcie ten niewybredny żart, może być przede wszystkim miękki albo sztywny. I, jak z siurkiem, miękkich należy unikać. Bo jak się taki już ma, to nie wiadomo, co z nim zrobić. Krawata pod nim nie zawiążesz, bo wygląda dziwacznie, w użyciu zawija się i układa jakoś dziwnie, a wreszcie wygląda niechlujnie i dziewczynom mało imponuje. Jeśli, czytając to zdanie, myślałeś cały czas o siurku – lecz się. Ja pisałem o kołnierzyku.

Uzasadnieniem miękkiego kołnierzyka jest wariant przypinany na rogach na guziczki. W połączeniu z bawełną typu oxford, o prostopadłym splocie, którego wątek jest biały, a osnowa barwna (błękitna, różowa, turkusowa, fioletowa), jest to najbardziej klasyczny element amerykańskiego stylu. Jeszcze lepiej rozpoznawalny z krawatem, więc śmiało wiąż krawat przy koszuli na guziczki, jeśli tylko popierasz wojnę w Iraku i sześciolitrowe czterdziestokonne silniki. Jeśli nie – bacz na tradycje europejskich przodków i koszule button-down noś tylko w weekendy, bez krawata.

W kołnierzykach można też guziczki ukryć na dodatkowych patkach pod spodem (znacznie bardziej eleganckie rozwiązanie do krawata), spinać kołnierze pod węzłem krawata na guzik z pętelką albo na szpilkę (warianty, które dyskwalifikują koszule jako noszone bez krawata), ale przede wszystkim – sztywne kołnierzyki koszuli mogą być mniej lub bardziej rozwarte. Jeśli pamiętasz krzywą gaussa – świetnie ilustruje ona relację między rozwarciem kołnierzyka a jego awangardowością. Średnio, ale raczej bardziej niż mniej rozwarty (tak, wiem, że one mają nazwy, ale trzeba być naprawdę nerdem, żeby się ich uczyć) jest najlepszy do każdego typu twarzy i typowego węzła krawata. Wąskie trącą myszką, co potrafi mieć dobry albo zły wydźwięk, bardzo szeroko rozstawione są bardzo odważne, co być może ma swoje złe strony, ale ja nie potrafię ich dostrzec.

Przy zakupie koszuli warto też zwrócić uwagę na wysokość stójki, podstawy kołnierzyka. Zdarzyło mi się trafić na stójkę tak wysoką (jest zapinana na dwa guziczki, z czego jeden położony jest pod skosem), że źle wygląda z krawatem, bo jest od niego znacznie szersza.

Guziki mogą być w koszuli odkryte lub kryte plisą. To drugie ma uzasadnienie w hardkorowym savoir vivrze, gdzie guzików nie należy pokazywać, jeśli więc planujesz muchę zamiast krawata, wybierasz plisę. To kolejny zakaz czy nakaz, który wydaje mi się nieprzystający do realiów Polski XXI wieku. Jeśli ubierasz się na Ważną Uroczystość, możesz wybrać plisę, ale bądź świadom, że krawat ją zasłoni – niech to ułatwi sprawę. Guziki przyzwoitych koszul powinny być zrobione z masy perłowej lub przynajmniej ją udawać i, chociaż technicznie rzecz biorąc, są guzikami bieliźniarskimi, naprawdę ciężko źle wyglądać tylko przez fakt, że pokazuje się je na ulicy.

W sklepach z węzełkami do mankietów można się poczuć jak na kwasie. Fot. Orosilber Joaillerie PVT LTD

A skoro już jesteśmy w tych partiach ciała, warto pomyśleć o taliowaniu. Coraz powszechniejsze są warianty slim, chociaż mam wrażenie, że w polskich sklepach wciąż uważane są za nieformalne. Zresztą także handlarze chińszczyzną z prestiżowej londyńskiej Jermyn Street określają luźne kroje koszul jako classic, co budzi u mnie pewne zdziwienie. W uproszczeniu: koszula może mieć z tyłu dwie fałdki, które sprawiają, że poniżej poziomej części barkowej materiału jest więcej, niż to wynika z szerokości w ramionach. Jeśli masz brzuszek, dostajesz dzięki nim zapas materiału, który sprawia, że nie wyglądasz jak pierzyna z Porwania Baltazara Gąbki.  Inne koszule nie mają tych fałdek, a te taliowane – wręcz przeciwnie, mają dodatkowo zaszewki, które zbierają nadmiar materiału w talii (co, jak podejrzewam przenikliwie, może tłumaczyć genezę nazwy). Te przeznaczone są dla najszczuplejszych. Zasada, że koszule taliowane są bardziej casual, a do garnituru należy wybierać classic fit, jest jedną z tych budzących moje zdziwienie. Nie sądzę, żeby źle dopasowana koszula wyglądała dobrze w jakimkolwiek klasycznym okresie klasycznej męskiej elgancji. Może klasyczny był brzuszek? Nie mnie roztrząsać te zawiłości.

Właściwa długość rękawów koszuli to jedyna gwarancja, że będzie ona dobrze wyglądała z kamizelką. Nie gwarantuję, że ta jest właściwa - to rzecz preferencji

Mankietologia to w zasadzie temat na inną opowieść, przynajmniej jeśli chodzi o sposoby wykończenia, choć chyba nie jest ich tyle, co w wypadku kołnierzyków. Dość powiedzieć, że o ile mankiety na spinki są chyba faktycznie bardziej formalne (pasują na garniturowe okazje), o tyle nic nie stoi na przeszkodzie, by nosić je na co dzień, nawet do dżinsów. Do biura warto zmienić ciężkie metalowe spinki na węzełki plecione z elastycznej gumki: do sztywniackiego mankietu wyglądają wręcz dowcipnie, można je (raczej na sieci, niż w Polsce) kupić w dziesiątkach kolorów, a do tego są lekkie i nie stukają o blat  biurka, kiedy przystępujesz do pisania na klawiaturze. Zawsze staram się, żeby mankiet koszuli sięgał do miejsca, które zaznaczono na zdjęciu obok. Kolejna rzecz, w którą nie należy wierzyć sprzedawczyniom, to że długość rękawa reguluje się zapięciem mankietu. Dobrze dopasowana marynarka zniszczy wszystko, a metody na skrócenie rękawa koszuli są dwie: droga i nieestetyczna.

Długość koszuli też jest tak naprawdę czynnikiem, ale chyba potrafisz kupić taką, która nie wylezie ze spodni? Bo – och, Boże, zapomniałem dodać – koszulę po ukończeniu dwunastego roku życia nosi się tylko w spodniach. Ale to już wiesz, prawda?

O uciechach prasowania

Prasowanie koszuli wieczorem to świetny nawyk: potrafi zmienić gorączkowe strojenie się w chłodną kalkulację

Zastąpienie koszulą z długim rękawem innych rodzajów okrycia klatki piersiowej (uwaga do zaawansowanych czytelników: TAK, inne rodzaje, niestety, istnieją) to podstawowy element „formalizacji” ubioru i najważniejszy wyznacznik dorosłego ubrania. Oprócz tego istnieje na Facebooku grupa „Mężczyźni w koszulach są niezwykle sexy”, a to chyba ostateczna rekomendacja. Dla wielu osób, w tym dla mnie, są one też centralnym punktem, wokół którego kompletuję garderobę na dany dzień, więc oszczędzają mi czasu i trudnych stylistycznych wyborów.

Według starej, podtrzymywanej w całości już praktycznie tylko przez ubraniowych rekonstruktorów, tradycji, koszula jest elementem bielizny, na którą dopiero zakłada się ubranie. Pozostało w tym jedynie ziarno prawdy, bo trudno traktować jako bieliznę coś, w czym można bez wzbudzania skandalu wyjść na ulicę, do biura, a nawet na spotkanie biznesowe czy towarzyskie. Nie przestrzegam i nie zalecam przestrzegać reguły o niezdejmowaniu marynarki w miejscach publicznych; jest ona w dzisiejszym świecie równie archaiczna, jak nakaz zakładania smokingu do obiadu. Oczywiście, gdybyś przypadkiem znalazł się w smokingu, a także w pewnych, zwłaszcza wieczorowych, sytuacjach w garniturze, należy tę regułę odkurzyć, ale wszystko to sprawa wyczucia. Jeśli będziesz pamiętać, że taka kwestia w ogóle istnieje, łatwo go nabierzesz.

- Kumo, powinnam staremu uprasować koszulę z neapolitańskim mankietem i kołnierzykiem typu cutaway? - A juści, kumo. Fot. Bundesarchiv Deutschland, CC-by-SA

Przy zakupie koszuli musisz zdecydować o: kształcie kołnierzyka, rodzaju mankietów (spinki/guziki, oba w wielu wariantach), długości rękawa i pół, czyli koszuli samej. Plisa, czyli listwa z guzikami, może być kryta, czyli je zasłaniać, albo i nie. Do tego tkanina i kolor. Wszystko to musisz wybrać podczas zakupu…  o ile w ogóle masz z czego. Niestety wybór w polskich sklepach jest taki, że trafienie wymarzonej kombinacji jest możliwe tylko wtedy, kiedy wymarzyłeś sobie średnio rozwarty kołnierzyk, mankiet na dwa guziki i kolor błękitny.

Około dziesięciu koszul wypełnia bęben typowej pralki. Z uwzględnieniem czasu na schnięcie prania (na wieszakach!), już tuzin koszul daje możliwość zakładania koszuli codziennie bez pustych przebiegów pralki, a pięć tuzinów to zupełny relaks. Jeśli wszystkie są białe, to wręcz lans. Biała koszula jest jednym z tych tricków – nie sposób z nią nie trafić. Cokolwiek byś miał na sobie, od jeansów po smoking, zawsze będzie co najmniej poprawnie. Sam kiedyś rozważałem stopniowe – jak to mawiają politycy – wygaszanie rynku niebiałych koszul, jednak na razie szkoda mi wszystkich możliwości, które daje wzorzystość bawełny.

Koszula jest jednym z niewielu elementów klasycznej męskiej garderoby, które można prać samodzielnie w pralce. Jako że każdy kij ma dwa końce, musisz się przez to liczyć z koniecznością prasowania. Dla mnie nie jest to jednak coś za coś, bo nauczyłem się prasować koszule szybko i sprawnie, prasuję przeważnie jedną na raz, a kiedy czeka ona na swoją kolej noszenia, wymyślam, co mógłbym do niej założyć. Czasem, planując tydzień z góry (pod kątem ważnych spotkań czy imprez) ułożę sobie w głowie, która koszula na kiedy i to w zasadzie całość czasu, jaki spędzam nad myśleniem o tym, co na siebie włożyć (no, jeszcze buty…). Kiedy ten temat zajmuje moje myśli, ręce prasują koszulę – oto oszczędność czasu.

Koszula i marynarka na ramię, spodnie na poprzeczkę, pasek i krawat na wieszak, a spinki i zegarek na tackę. Ubieranie się nigdy nie było prostsze

Dlatego za jeden z najważniejszych gadżetów domowych uważam dobry wieszak, który pomieści całą garderobę. Mam szczęście mieć stacjonarny wieszak, na którym zawsze czeka jutrzejsza koszula, a jeśli dzień ma się zacząć wcześnie i być wymagający, do koszuli dołączają spodnie, marynarka i krawat. Wieszak ten (moja żona ukrywała go heroicznie przez kilka dni przed moim wzrokiem, żebym miał niespodziankę) uważam też za całkiem estetyczny element wykończenia, na pewno lepszy niż popularna w sypialniach szafka improwizowana na krześle. Bardziej urokliwy byłby tylko emerytowany manekin krawiecki, uratowany przed śmiercią głodową w podupadającym zakładzie rzemieśniczym. Zajmuje jednak sporo więcej miejsca. Najmniej wymagający pod tym względem jest podwójny wieszak: profilowane ramię na koszulę (i marynarkę) z poprzeczką lub klipsem na spodnie. Do tego haczyk na ścianie w widocznym miejscu, przeznaczony tylko i wyłącznie na to.

Zresztą dobre metody to takie, które działają: chodzi o to, byś po przebudzeniu zawsze wiedział, którą koszulę dziś założysz – a do jej wzorów i kolorów już intuicyjnie dobierzesz według humoru krawat i poszetkę, a według funkcji – resztę garderoby. Dzięki temu jest łatwiej i nie stroisz się jak baba, a nudziarze od efektywnego gospodarowania czasem twierdzą, że nie masz wymówki, by zostać dłużej w łóżku planując strój na dziś, więc możesz szybciej, dziarski i rumiany, wyskoczyć z łóżka i wcześniej zacząć wypracowywać PKB. A wszystko dzięki męskiej przyjaźni z żelazkiem.

Odświętnie na sianku

Rodzinne święta to doskonały moment, żeby ubrać się formalnie, ale trochę inaczej, a nawet z przymrużeniem oka

Święty spokój, chociaż na chwilę. Prezenty kupione, może nawet coś ugotowane, przez lśniące szyby zagląda wieczór. Święta z rodziną potrafią przerażać na różne sposoby: mnie na przykład zapachem zupy grzybowej, którego nie znoszę, a kogo innego – pytaniami o „odpowiednią dziewczynę” i ożenek albo koniecznością wymyślania kilkunastu zestawów spersonalizowanych opłatkowych życzeń. Słowem, zmartwień aż nadto,a tu jeszcze trzeba coś na siebie włożyć.

Święta wydają się doskonałą okazją, żeby poeksperymentować z elegancją. To czas dla rodziny i przyjaciół, rzadko znajdujemy się w miejscach publicznych, a jednocześnie odświętny charakter tych dni nakazuje jakoś tam wyglądać, najlepiej inaczej niż zwykle. Do tego rzadko zdarza się naprawdę skompromitować swoim wyglądem przed rodziną: osobami, które same przebierały cię w czasach, gdy załatwianie czynności fizjologicznych pod siebie w miejscu, gdzie akurat cię położono, było szczytem twoich możliwości. I jeszcze to, że chociaż dalece nie każdy z nas ma w domu kominek wesoło strzelający ogniem z polan, to jednak większość ludzi czuje ciepłą domową atmosferę, podkreśloną przenikliwym chłodem grudnia za oknem, i chce się jakoś w nią wpisywać.

Tu uwaga: zapewne nie w każdym domu garnitur jest na wigilii normą, a, czego by nie mówić, dopasowanie do otoczenia to jeden z kluczowych aspektów dobrego tonu. Skoro już jesteśmy w terminologii muzycznej, zaryzykowałbym tezę, że odchylenie o jedną oktawę w tę czy wewtę to akceptowalna norma dla spotkań rodzinnych i w gronie bliskich przyjaciół. W krawaciarskim towarzystwie przejdzie i mucha (odbierana jako bardziej formalna, czyli oktawę wyżej), jak i otwarty kołnierzyk – oktawę w dół. Dlatego jeśli spodziewasz się, że wszyscy będą w dżinsach i tiszertach, raczej nie bądź bardziej odstawiony, niż w marynarkę, nawet na forum rodzinnym.

Ten sweter Ralpha Laurena nie spełnia w stu proc. moich wymagań, ale pokazuje klasę

Cudowny formalny casual. Zima. Mróz za oknem. Kompot z suszu, intensywnie czerwony barszcz z uszkami, kapusta i prezenty spod choinki. Wszystko, może oprócz prezentów, paruje wilgotnym aromatem świąt, podnosi się temperatura powietrza i emocji. Obok stołu stoi mężczyzna w swetrze z jasnego kaszmiru w naturalnym kolorze, ciemnych, nie za wąskich spodniach w kant z wysokim stanem, brązowych sznurowanych butach, mogą być z zamszu, a niech tam. Biała koszula i ciemny wełniany krawat – może być czerwonawy albo ziemisty, to dobre odcienie na święta. Piękna wizja? To możesz być ty albo ja, w każdym razie takie wyobrażenie towarzyszy mi od paru lat. Jeśli dotąd go nie zrealizowałem, to tylko dlatego, że zakup stosownego swetra kompletnie mnie przerasta. W cenie, jaką jestem gotów i musiałbym za niego zapłacić (a jest ona co najmniej bliska czterocyfrowej – o wartości prawdziwego kaszmiru pisał ostatnio wyczerpująco mr. Vintage), musi idealnie spełniać moje warunki: odcienia wełny, zdobienia wplatanymi warkoczami (po angielsku cable knit), z kołnierzem szalowym (shawl collar, znany także ze smokingów). Nie kupię go przez internet, bo nawet dwa centymetry za długi rękaw zepsuje cały efekt, a poprawka krawiecka w wypadku dzianiny to mission: impossible. Nie raz się już jednak przekonałem, że cierpliwość hojnie nagradza rozsądnych konsumentów, więc czekam. Opisany zestaw to świetny wybór na uroczystości, kiedy nie przewidujesz garniturowo-krawatowego dress code’u. Jest jak skoda superb w roli limuzyny: swój komfort odczuwasz doskonale, ale na „coś się tak wystroił” zawsze możesz odpowiedzieć „no co, przecież jestem w sweterku!”.

Fred Astaire dość dobrze pokazuje, w jakim środowisku najlepiej czuje się odjechana marynarka smokingowa. Dzięki dr. Kilroyowi za tę stopklatkę

Najbardziej odjechanym w dobrym kierunku strojem, który możesz rozważyć, jest marynarka smokingowa lub jakaś wariacja na jej temat. W skrócie: pierwotnie smoking to strój, który przyodziewało się, jak nazwa wskazuje, w palarni, by móc go tam potem zostawić razem ze smrodem tytoniu, który w niego wsiąknął. Dzisiaj kojarzymy smoking z czarną marynarką o błyszczących klapach, ale welwetowe marynarki smokingowe mogą mieć różne kolory. Nie nadają się wtedy na imprezę black tie (chodzisz na takie?), ale świąteczne zimowe wieczory wydają się wręcz wymarzoną okazją, jeśli ktoś odważy się na ten eksperyment. Alternatywą dla mechatej marynarki smokingowej jest jej bardziej nieformalna, jakby eksperymentalna wersja, czyli zwykła marynarka jedno- lub dwurzędowa, najlepiej z klapami w szpic, w którymś z odważnych kolorów. Do klasycznych i pięknych należą butelkowa zieleń i ceglasta czerwień lub bordo. Ja mam taką w wariancie fioletowym, dlatego używam jej raczej na wieczory kawalerskie w klubach z panienkami i nie chciałbym mieszać ich z choinkową atmosferą.

Impreza garniturowa w rodzinnym domu przyprawia cię o skrępowanie? A może po prostu chcesz spróbować w jakiś sposób podkreślić szczególność świątecznego dnia? To prawda, że garnitur daje małe pole do manewru. Oczywiście nie uważam tego za jego słabość, a raczej za siłę, z której nie wiedzieć czemu dzisiejsi mężczyźni są niezbyt skłonni korzystać. Garnitur wizytowy zazwyczaj dość skutecznie broni się przed zabawą konwencją, ale słabymi punktami tej obrony są butonierka, czyli dziurka na guzik na klapie oraz brustasza, czyli kieszonka na piersi. Ta druga służy głównie do noszenia poszetki, za to ta pierwsza…

Zgoda, kojarzy się głównie z wpinaniem oznak różnorakiej przynależności. Zresztą nadaje się do tego celu świetnie, a logo firm, instytucji, miniaturki różnych przedmiotów, jak szpada szermiercza, walter P-99, nawet krzyż harcerski czy, last but not least, Matka Boska, to dobry wybór, o ile faktycznie wyrażają twoją tożsamość lub przynależność. W przeciwnym razie alternatywą jest kwiat (zazwyczaj goździk, nawet w połączeniu z poszetką dla uzyskania efektu combo fatality) lub inne warzywo sezonowe. To jest mój typ na wigilię tego roku. Przedstawiam… jemiołę w butonierce. Ciekaw jestem waszej reakcji, bardziej, niż reakcji rodziny. Siostra i tak powie mi, że wyglądam jak cudak, a ja jej na to, że jest głupia. To taka ciepła, rodzinna atmosfera, bez której nie ma prawdziwego ducha świąt.

Znaczenie poszczególnych elementów jest następujące: biała koszula i ciemny garnitur podkreślają odświętność wieczoru, czerwone i bordowe elementy nawiązują do ciepłej atmosfery i barw krasnoludkomikołaja, ozdoba w butonierce zdaje się kryczeć: "Co za jemioł!"

Na koniec małe post scriptum w nawiązaniu do tego ostatniego. Jesteśmy razem, ja i P.T. Czytelnicy, od stosunkowo niedawna. Statystyki odwiedzin jednak jednoznacznie wskazują, że tak czy inaczej jesteśmy razem, niech więc będzie mi wolno odwzajemnić Wam tę grzeczność serdecznymi życzeniami. By Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, i, jak mawia moja mama, „zdrowia przede wszystkiem”. Sobie zaś życzę, by w przyszłym roku było Was więcej. Nie obżerajcie się zbytnio –gdzieś tam, w przyszłości, czeka na was cała masa dwurzędowych marynarek, które nie zniosłyby poświątecznej oponki. Wesołych świąt!

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.