Jak nosić kożuch

Trzeba coś wykombinować, żeby styl ubierania i siarczyste mrozy nie wykluczały się wzajemnie

Latem ubieranie się jest proste. Oczywiście można mieć pieniądze na dobre ciuchy albo ich nie mieć, podobnie zresztą jest z gustem i okiem do kolorów i fasonów, ale jeśli chodzi o lato – w skurs, z tzw. inspiracją, zawsze przyjdą ciekawe obrazki. Relacje z targów Pitti Uomo, fotki z  Sartorialista, fotki z Sartorialista z targów Pitti Uomo itp.

Zima jest dla Polaków wyzwaniem. Jesteśmy tu, na północy Europy, może nie zostawieni sami sobie, ale Scott Schumann nie bywa zbyt często z aparatem w Sztokholmie ani Sankt Petersburgu, skąd mógłby sprowadzić nam odzieżowe inspiracje na trzaskające mrozy.

Od tych minus kilku stopni w dół musimy sami sobie być sterem, żeglarzem, okrętem. Ale przecież od tego jesteśmy mężczyznami, żeby sobie radzić. Co więcej, image niedźwiedzia polarnego może z powodzeniem działać na naszą korzyść.

Breżniew w futrze

Wreszcie kupiłem kożuch. Nie to, że do niego dopiero dorosłem, ale zawsze w kwestii oldskulowych akcesoriów odzieżowych polegałem na szafie macierzystego dziadka. A tu – luka, nie wiem nawet skąd się wzięła. Czy mój dziadek nie nosił kożucha? A może zdążył zużyć ostatni, zanim w wieku lat osiemdziesięciu opuścił ziemski padół? Tak czy inaczej, odchodząc, zostawił mnie na pastwę serwisów aukcyjnych.

ja
Podobno, tak pisze Miler, trzeba być twardzielem, żeby nosić uszankę z zawiązanymi uchami. Dobrze, że dowiedziałem się o tym teraz, bo to zdjęcie w ogóle by nie powstało

Kupiłem więc ciemną, niedługą dwurzędówkę z wielkim kołnierzem i (potwierdzonym następnie empirycznie) zapewnieniem sprzedawcy, że jakieś zwierzę faktycznie oddało życie, bym mógł nosić jego skórę na swojej. Podobno to nieekologiczne, bo zgodne z wymogami ochrony przyrody są futra z plastiku. Chociaż już torebki foliowe są nieekologiczne, bo ekologiczne są… też torebki foliowe, ale wyrzucone na kompost. Bo na miano ekoskóry zasługuje coś, co nie ma nic wspólnego z żadnym ekosystemem poza fabryką. Tak to jest, jak kontrolę nad językiem oddawać marketoidom i ekologom.

A zatem futro jako ciuch już jest i jest to wybór genialny. Mądrzyłem się już, że z okazji mrozu lepiej jest przedłużyć płaszcz, niż dobierać grubsze spodnie. Wiadomo też, że futro do wewnątrz to bodaj najlepszy izolator od zimna, jaki masz pod ręką. Więc co powstrzymuje cię przed zakupem kożucha?

Ale kożuch to dopiero początek przygody, ktorą w skrócie określimy tu jako Kożuch jako styl życia, a może lepiej – Kożuch jako tożsamość. Żyjemy w kraju, w którym – według rozpowszechnionej na świecie opinii – polarne misie chodzą zimą po ulicach, rozświetlając jasnym futrem mroki nocy polarnej.

Wkurzające? Mi taki imydż odpowiada, bo przynajmniej ludzie z Zachodu, którzy mnie nie znają, mogą uwierzyć, że mam do wódki łeb ze stali, kąpię się w przeręblu, a czosnek pochłaniam w ogromnych ilościach dlatego, że takie a nie inne są u nas na Wschodzie wierzenia i zabobony. Tych, którzy mnie znają, już i tak nie przekonam.

A zatem – w braku fotograficznych inspiracji z wybiegu – kompletujemy strój eleganckiego mieszkańca Norylska!

Kożuch – to po prostu płaszcz, co dla mnie określa jego pożądaną długość. Mi najbardziej podobają się dwurzędowe i kontrastowe (więc ciągle szukam) – takie, w których futro od środka jest białe, a skóra na zewnątrz – średnia do ciemnej. Osobiście już dawno zarzuciłem pomysł kupowania długich płaszczy, które podobno są bardziej „klasyczne”. Okrycie kończące się nad kolanem będzie wygodniejsze w każdej sytuacji, od jazdy samochodem po bycie ochlapywanym przez inne auta na ulicy.

Kożuch też może być dopasowany do figury, ale bez przesady. Pilnuj tylko, by nie miał kształtu bombki! Najczęściej zdarza się to krótkim jak marynarka kożuszkom zszywanym ze skrawków. Tych też polecałbym się wystrzegać.

Futrzana czapka uszanka
Tę czapkę kupiłem na aukcji, a szyta była na zamówienie jakiegoś myśliwego. Oczojebny kolorek ma chronić przed pomyleniem z żywym królikiem i w efekcie – garścią śrutu w potylicy. Czapka vintage, sanki własność szwagra bohatera

Futrzana czapka. Ej, nie mówcie, że na to nie wpadliście. Uszanka jest bardzo bezpiecznym wyborem, bo to, co smutny szary tłum na ulicy nazywa modą, to tylko bierna akceptacja faktu, że jest jak jest i inaczej nie będzie. Dlatego w ulewne jesienie „modne” są kalosze, zimą – czapki uszanki, a latem – krótkie spodenki. Jak uciekać przed modą? Oczywiście do przodu.

Ludzie kupują uszanki i robią z tego coś na kształt mody, ale zakłady czapkarskie nie szyją z naturalnych futer, a mężczyźni zatracili przez lata nawyk zamawiania czegoś, jeśli nie uda im się kupić gotowca. Większość pewnie zresztą nie myśli nawet o tym, jak wyglądać ciekawiej, kiedy generał Mróz rzuca komendę „smerfuj się kto może”. Smerfują się więc w nudne uszanki ze sztucznego futerka w dziwnym kolorze naszytego na niezbyt atrakcyjną tkaninę akrylową albo inne szeleszczące badziewie. Właśnie od tego należy uciec w pierwszej kolejności. Czapy z naturalnych futer są większe i wyglądają nieco bardziej… hmm… kłopotliwie, ale jednocześnie działają jak poszetka w marynarce: pokazują, że to, co masz na sobie, nosisz świadomie i odważnie.

Absolutnie nie zgadzam się z Mr. Vintage, że czapka w kształcie prezerwatywy jest dobrym rozwiązaniem na większość okazji, a tym bardziej do płaszcza. Przywołane przez niego stylizacje (te z Suit Supply) wyglądają przyzwoicie, ale to stylizacje. My tu mówimy o życiu. Mężczyzna nie powinien się kończyć tak banalnie, zwłaszcza jeśli mowa o górnym końcu.

Warto zatem rozważyć kilka modeli, z których uszanka – na naprawdę poważne mrozy – jako pierwsza przychodzi do głowy. Klasyczny jest też model, który po angielsku nazywa się ambassador hat (Dyplomatka? Papacha?) i robiona jest z karakułów. W dobrym wydaniu jest to niezwykle luksusowe futro wyprawione z nienarodzonych jagniąt rasy o tej samej nazwie. Po angielsku takie futro nazywa się bodaj astrachańskim (astrakhan fur), co warto wiedzieć, bo męskie czapki karakułowe to w Polsce rzadkość i trzeba szukać ich gdzie indziej.

Breżniew i Ford
Breżniew: nosiłem ambasadorkę zanim to było modne. Ford: ya, lol

Szczerze? Nie wiem, jak młody mężczyzna może wyglądać w karakułowej furażerce à la Breżniew, ale podejrzewam, że nie dziwniej, niż w uszance, a pewnie też nieco bardziej elegancko. Ale czy nie dziadkowo? Zapoluj na aukcji albo uszyj i sprawdź sam.

Wełniany szalik. Przeddwudziestowieczni krytycy sztuki twierdzili, że nic, co stworzone przez człowieka, nie będzie nigdy tak piękne, jak natura. Jeśli mowa o odzieży, nie będzie też raczej równie skutecznie chroniło przed zimnem. Stawiam więc na skład zwierzęcy – w tym wypadku wełnę. Jeśli uda mi się upolować jasny szalik w kolorze naturalnej wełny (a najlepiej – upolować babcię robiącą na drutach, bo niestety własnych babć już nie mam), mój będzie właśnie taki. A do tego będzie miał wielkie oka gromadzące powietrze (doskonały izolator od zimna) i zapewniające ciekawą fakturę.

Rękawiczki, a nawet rękawice. Dla mnie – must have. Nie ze względów galanteryjnych, ale dla zdrowotności, bo moje ręce marzną na potęgę i niezadbane potrafią popękać i krwawić. Dlatego nie zadowoli mnie w tym względzie byle co. Na szczęście rękawiczników ci u nas dostatek (przypominam: dwaj na Marszałkowskiej, jeden przy Ogrodowej i jeden przy Chmielnej, a to sama tylko Warszawa), a każdy z nich ma coś ocieplanego milanezem, wełną, może nawet futerkiem, jeśli ci zależy. Moje rękawiczki wykonane są dzięki uprzejmości królika na wełnianej podszewce i pochodzą z zakładu p. Koziarskiego na Ogrodowej. Mistrz co roku pierze je i zaszywa dziurki na końcach palców, dzięki czemu mam je już od bodaj pięciu lat. Teraz, kiedy to napisałem, na pewno zostawię je w pierwszej taksówce.

I co jeszcze? I już! Wystarczy dodać wysokie buty (dla kontrastu najlepiej byłoby, by były to zadbane trzewiki z kordowanu) i masz zapewniony komfort termiczny prawdopodobnie nawet do minus kilkunastu stopni.

Obawiam się, że będę miał szansę sprawdzić tę tezę jeszcze w tym roku.

 

Jay_z_fot_everyskyline
Moja zaprezentowana wyżej uszanka uszyta jest z króliczych łapek, których krótsze futro nie przytłacza optycznie. Ale raperzy muszą wszystko mieć większe. Fot. Everyskyline/Commons/CC-by-SA

Lato leśnych ludzi

Kurator, który wymyślił tytuł wystawy Rzeczy budzą uczucia, nie wiedział nawet jak blisko był prawdy

U zarania Smaku Nabytego obiecałem sobie, że nie będę na blogu robił darmowej krypciochy. Nie dlatego,  że niestandardowe formy reklamy jakoś szczególnie mnie obrzydzają, ale dlatego, że obrzydza mnie robienie czegoś, za co mi nie płacą, a powinni.

Ale do cholery, jest to jednak, a w każdym razie powinien być, blog o emocjach i pasjach, a co się tyczy ciuchów, dawno nic nie wzbudziło we mnie tak wielu emocji, jak niepozorny ciuszek, na który wpadłem wczoraj w sklepie. Tak, nic, chyba nawet pierwszy stalunek, czyli szary garnitur ślubny. I nie dlatego, że zobaczyłem w centrum Londynu albo innego Mediolanu jakąś wspaniałą marynarkę i pomyślałem o wszystkich tych wystylizowanych aktorach z Hollywood, jak Hugh Jackman, którzy na pewno świetnie wyglądaliby w niej na pozowanych zdjęciach.

Szczerze mówiąc nie bardzo sobie wyobrażam, jak doskonałość takiego ciucha mogłaby mi się objawić. Z manekina? Takie emocje nie wezmą się nigdy z jakichś, nawet najwspanialszych, rozwiązań konstrukcyjnych czy harmonii. Ja znalazłem swoją magdalenkę Prousta, a do tego znalazłem ją w postaci części garderoby, której nie miałem na sobie od lat i pewnie nieprędko będzie na nią miejsce w moim życiu. Panie i Panowie, kangurka z Cottonfielda:

Oczywiście, pani kierowniczko, ja wszystko rozumie: za nic sobie macie moje uniesienie jakąś tam słusznie zresztą przecenioną szmatką, której nawiasem mówiąc w końcu nie kupiłem, bo rękawy za długie i już od dekady nie mój styl, a kupować część garderoby żeby mieć i żeby wisiała w szafie to jednak obciach.

A jednak coś we mnie siedzi. Jak już się kiedyś przyznałem, byłem przez kilka ważnych lat życia harcerzem i w gruncie rzeczy, dobrze się z tym bawiłem. Taka kangurka była elementem uniformu (nie stricte mundurem, ale zawarta była w regulaminie mundurowym) i gdyby wtedy w Polsce były cottonfieldy i model Hameldon, pewnie wszyscy by się o niego zabijali, a najbogatsi – kupowali. Mój pierwszy odruch kupienia go to odruch tęsknoty za kimś, kim wtedy byłem, ludźmi, którzy mnie otaczali i w ogóle wszystkim tym, co się wiązało z czasami drugiej połowy podstawówki, kiedy człowiek był za duży na gnoja, a za mały na młodzież i najlepiej pasowało doń określenie łobuziak. Ten ciuch nie pasuje już do mnie, bo zdecydowałem się być kimś innym.

I jakoś tak á rebours doświadczam tego, co czują śmieszni młodzi sartorialiści i eleganci: kupiłbym sobie smoking, a potem poszukał miejsca, do którego można w nim chodzić. Z kangurką, bojówkami, butami traperskimi czy – nie wiem – hełmem korkowym albo furażerką mam i tak łatwiej, niż ci marzyciele o smokingach, bo rzeczywiście mogę zaplanować sobie wyprawę w tundrę albo w las i zależy to tylko ode mnie, a nie od tego, czy kto mnie zaprosi na bal w Operze.

Wyczytałem dopiero ostatnio i nie pamiętam gdzie takie, w sumie dość oczywiste, powiedzenie: styl człowieka poznaje się po tym, jak ubiera się w wolnym czasie. Jak z tym jest u Was? Muszę przyznać, że czasem kiedy muszę wrzucić coś na siebie i wyjść po bułki albo pogadać z listonoszem, unikam spojrzenia w lustro po drodze. Z pewnością nie jest jeszcze tak, że wszystko, co mam w szafie, jest godne uwagi. A wszystko to dlatego, że poświęciłem uwagę tylko jednej część szafy, martwiąc się o koszule i marynarki, a zupełnie ignorując fakt, że czasem naprawdę nie chce się prasować i jakieś polo i dżinsy do wrzucenia na siebie na szybko to jeden z najważniejszych elementów codziennej elegancji. Dlatego też stawianie na ciuch tak bardzo odległy od miejskiego stylu byłoby bardzo nieracjonalne. Tworzyłoby przepaść między tym, co do miasta i ludzi, a tym, co po bułki.

Gdyby mi jednak odbiło i postanowiłbym postawić na image leśnego ludka, rozważyłbym następujące pozycje:

…i wszystko to brzmi pięknie, a na końcu i tak wyglądasz jak George prosto z dżungli, co udowodnił autor fotki, niezrównany Scott Schumann/theSartorialist.com

– Spodnie wyłącznie chino, zresztą w tym segmencie najłatwiej o beż. Kieszenie cargo, czyli takie na bokach nogawek, są nieobowiązkowe, ja w każdym razie jestem zdeterminowany, by do nich nie wracać.

– Prawdziwe bojówki, czyli amerykańskie spodnie M65 – tak szerokie, że polecam je tylko osobom grubokościstym i potężnym. Sam do takich nie należę, więc to również zamknięty rozdział w moim życiu. Według niektórych co bardziej wyszczekanych krytyków, jako dwunastolatek wyglądałem w nich jak zmilitaryzowany truteń. Nie mieli na mnie rozmiaru. Może, wbrew propagandzie, Stany nie wysyłały do Wietnamu takich chłopczyków?

– Koszule z lnu w kolorze złamanej bieli, z patkami do zapinania rękawów po podwinięciu i kieszonkami z patkami na obu piersiach.

Kurtka M65, którą sławiłem w jednym z poprzednich postów, jest kultowa i nieprzeceniona, jednak dużo ładniej wychodzą jej podróbki proponowane przez „normalne” firmy odzieżowe.

– Budrysówka. Dużo beżu i trochę granatu. Brązowa skóra w średniej i ciemnej tonacji. Buty chukka, które moim zdaniem powinny po polsku nazywać się osiołki.

– Land rover defender. Z relingami, podestem z hartowanej stali na dachu i rasowymi smugami z błota na błotnikach. Wersja dla ubogich: jakiś tam jeep wrangler.

– Owczarek. Nie znam się na psach, ale gdybym chciał wrócić do image’u dziadka z lasu, zorientowałbym się w temacie.

Dom nad Oniego (jeśli boisz się o dojazdy do pracy, książka pod tym tytułem będzie dobrą choć skromną namiastką) i dobrze wystemplowany paszport.

Cóż, po podliczeniu tego wstępnego kosztorysu, zostaję tu, gdzie jestem. A kangurkę mogę kupić i oprawić w ramki, żeby przypominała mi tego w sumie fajnego czternastolatka, którym kiedyś byłem.

Rażący problem

Okulary – w tym przeciwsłoneczne – to jedna z niewielu możliwości wpływania dodatkiem na charakter twarzy, a nie tylko jej odzieżowego otoczenia

Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić,/ lecz zacząć muszę nie od konkretów, a od przeprosin – pisał mistrz Młynarski w czasach, kiedy zajmowanie się polityką przynosiło mu chwałę, a nie żenadę. Też zaczynam dziś od przeprosin za ponadtygodniowe milczenie, zapewniam jednak, że kierowało mną jak zawsze Wasze dobro, drodzy Czytelnicy. Odpowiedzialność za słowa kazała mi jeszcze raz sprawdzić, czy trzymają się kupy wszystkie rady, jakich udzielam w sprawach takich jak rodzinne spędzanie świąt, wyjścia z kolegami i ich nieuchronne następstwa. Teraz, kiedy już wiem, że tak, i nawet jajecznica z krewetkami dała się przełknąć, mam pewność, że jestem na kursie i na ścieżce. Tylko słoneczko dalej razi.

Nie w każdym zawodzie ważne jest, czy w twoich okularach efektownie odbijają się płonące stodoły. Szeryf Cooley w "Bracie, gdzie jesteś"

Nie sposób przecenić okulary przeciwsłoneczne, nie tylko w dniach kaca. Mają one wielką moc, zwłaszcza dla osób, które na co dzień nie noszą szkieł korekcyjnych, bo chyba każde okulary dodają twarzy charakteru. Są zupełnie niekontrowersyjnym akcesorium (w przeciwieństwie do spinek do krawata, szelek czy podwiązek), bo latem nosi je większość ludzi. Jednocześnie – patrz punkt pierwszy, dodają twarzy charakteru. Czary.

Czy wspominałem, że chronią przed słońcem? I że nosząc je w bardzo optymistyczny letni dzień nie musisz mrużyć oczu, co prowadzi do wyglądu dziwoląga ze Star Treka? I że, jeśli ich szkła są odpowiednio ciemne, możesz zachować komfort, gapiąc się na wybrane elementy anatomiczne przechodniów płci przeciwnej, którzy – tak się cudownym przypadkiem składa – akurat w najbardziej słoneczne dni najmocniej te elementy eksponują? Żyć nie umierać – dobrze dobrane okulary przeciwsłoneczne to zegarek, kabriolet i modżajto w jednym.

Największy zestaw czadowych PS-ów - guglać "Ray Charles"

Wybierając peesy (za gówniarza mówiłem tak na okulary przeciwsłoneczne, na wzór słowa pegaz na maskę przeciwgazową i pepoż na sami wiecie co), zwróć uwagę w pierwszej kolejności na szkła. Pamiętaj – źle dobrane ubranie prowadzi do katastrofy stylistycznej, ale złe szkła zagrażają czemuś znacznie ważniejszemu – dobremu wzrokowi, który – choćby z jednego przywołanego wyżej powodu – jest w życiu bardzo przydatny i warto o niego dbać. Popsuje się zresztą i tak, więc po co mu to ułatwiać.

Dlatego stawiaj na szkło w miarę neutralnie szare. Wiele markowych okularów ma specyficzny zafarb, który idzie w kierunku zieleni albo brązu. Warto zwrócić na nie uwagę. Każdy filtr optyczny ma tę cechę, że wpuszcza więcej światła w kolorze, w którym jest i mniej tego, który go dopełnia. W tłumaczeniu na polski: w intensywnie fioletowych okularach to, co jest żółte, będzie bardziej intensywne, a w zielonych trawka będzie jaśniejsza. To naprawdę działa, a producenci dobrych okularów na mają opracowane właściwe kolory. Z lubością wspominam jedne z moich awiatorów, które miały tak cudownie purpurowy ton, że miałem ochotę lizać przejeżdżające czerwono-żółte autobusy. Pamiętaj, że barwy otoczenia wpływają na twój nastrój i jeśli dziewczęta wydają ci się bardziej opalone, a lody bardziej truskawkowe, to krótka droga do bycia weselszym ergo fajniejszym ergo bardziej atrakcyjnym. Cudze opalone ramiona, twój lans – żyć nie umierać.

Nietrudno wyglądać dobrze nawet w takiej stylizacji, jeśli za przeciwnika ma się Keanu Reevesa

Dlatego na świat warto patrzeć przez szmaragdowe albo purpurowe okulary, ale nigdy przez różowe. Ani niebieskie, skoro już przy tym jesteśmy. Jeśli założysz okulary w kolorze prawdziwego błękitu, niebo wyda ci się jaśniejsze, a to, co na ziemi – odpowiednio bardziej ciemne. Aby lepiej widzieć (nie obserwujesz przecież nieba, ale domy, ulice, ludzi) źrenice rozszerzą ci się, a wtedy z (rozjaśnionego!) nieba zbombardują ci siatkówkę promienie UV, którym niebieski filtr wyjątkowo sprzyja. Apektów stylistycznych noszenia okuarów w tym kolorze nie zaszczycę nawet komentarzem. Ten numer uchodzi na sucho tylko Garym Oldmanom, a jest dokładnie jednosobowa grupa ludzi na świecie, którzy potrafią być Garym Oldmanem. Wliczając w to Oldmana, oczywiście.

Zresztą uznani producenci okularów nie robią nic tak katastrofalnego. Większość za to ma w ofercie szkła z polaryzacją, które są droższe, ale gdyby ktoś się zastanawiał nad sensem dopłacania, podpowiem: lepiej dopłacić za to, niż za logo na oprawce albo fikuśny futerał. Polaryzacja działa tak, jak ma działać, tzn. likwiduje refleksy światła od niemetalicznych powierzchni, co jest zbawiene np. za kierownicą, kiedy w szybie nie odbija się kwit parkingowy, którego nie chciało ci się zabierać z deski rozdzielczej. Jeśli masz nawyk jeżdżenia w polaryzowanych okularach, o kwitku przypomnisz sobie późną jesienią. Podobnie jak o tym, że możesz korzystać normalnie z komórki – wyświetlacze ciekłokrystaliczne też korzystają z efektu polaryzacji, więc jeśli twoje szkła naprawdę mają tę cechę, pod pewnym kątem ekran twojego telefonu powinien ci się wydawać naprawdę czarny. Jeśli nie znajdziesz takiej pozycji, to znaczy, że sprzedawca okularów próbuje cię naciągnąć. Zauważyłem jednak, że nowsza elektronika, jeśli nie trzymać je jakoś dziwnie, wyświetla wszystko poprawnie. Zazwyczaj.

Zawsze z rezerwą podchodziłem do okularów z odzieżowych sieciówek, a to właśnie ze względu na jakość plastiku, który odruchowo nazywa się szkłem. Szkło optyczne, niech będzie nawet nieszklane, musi jednak spełniać pewne standardy, kosztować pieniądze i nie pochodzić z byle fabryczki w Chinach. Na drugim biegunie są oczywiście bardzo markowe okularki, zwłaszcza wiecie-których-dwóch marek. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak wyjątkowo finezyjna reklama, ale z dwojga złego wolę przepłacić, chociaż wkurzają mnie nachalne logo i sprzedawanie produktu narracją, kto to naszych okularów nie nosił, i lotnicy Dywizjonu 303, i wielcy aktorzy złotego wieku Hollywood. Lepiej mieć przez cały sezon jedną parę, ale precyzyjnie ją wybrać. W końcu może się wtopić w twoją osobowość, prawda?

Wayfarery. Źle z nimi, bez nich jeszcze gorzej

Nie wtopi się jednak raczej, jeśli będzie to klasyczny wayfarer, choć, przyznaję, te „oryginalne” są porządnie wykonane i mają właściwe proporcje. Wayfarery noszą wszyscy ludzie myślący o swoim wyglądzie i chyba łatwiej uchodzić za oryginała nawet w awiatorach, choć pasują raczej do skórzanej kurtki, niż garnituru. Wszelkie inne formy podłużnych okularów w cienkich ramkach albo tych sportowych to domena ludzi, którzy o stylu w ogóle nie myślą albo myślą, ale coś dziwnego. Chętnie zobaczę zdjęcia, które obalą tę teorię.

Oczywiście to nie wypełnia bez reszty katalogu możliwości w dziedzinie okularów. Nie staram się jednak stworzyć przewodnika zakupowego, więc powiem tylko: wybieraj z rozwagą. Ale i z fantazją. Mimo (minionej już chyba, na szczęście) mody na hipsterskie wayfarery zerówki (za piętnaście zyli z allegro), grube oprawki dalej wyglądają niebanalnie w porównaniu ze zwykłymi cienkimi. Trynd na lata 50. każe zwrócić uwagę na clubmastery, czyli druciane z rogowymi czy szylkretowymi „brwiami”. Rzeczy dizajnerskie są dizajnerskie i grożą wizerunkiem sir Bono. Czyli złym. Niepolecanym wizerunkiem clowna grozi też noszenie okularów szerszych niż twarz. Nie prowadziłem na ten temat badań antropometrycznych, ale pi razy oko ta reguła wydaje się działać.

Warto też zwrócić uwagę, że dzięki mniejszemu kontrastowi między oprawką a ciemnym szkłem, masywne okulary w wersji przeciwsłonecznej nie będą się tak rzucały w oczy, jak te same w wersji korekcyjnej. Możesz to potraktować jako szansę na wejście w stylówę Dona Drapera albo Władysława Gomułki, jeśli do tej pory bałeś się odejść od imydżu stu najbogatszych Forbesa.

Myślę zresztą, że wybór okularów przeciwsłonecznych ma się nijak do kwalifikowania się na tę listę, aczkolwiek, niestety, tego akurat nie mówię z własnego doświadczenia.

Uwolnij łacha

Nigdy nie jest za późno na wycofanie się z błędnej decyzji – nie tylko zakupowej

Byłem ostatnio niemym świadkiem niezwykłego widowiska. Niemym, bo wszystko działo się w telewizorze, gdzie, zapując jak to miewam czasem we zwyczaju, trafiłem na program o gadżetach w TVN Turbo. Trafiłem tak wciągająco, że miałem możliwość obejrzeć cały fragment, w którym śmieszny gość w bluzie z kapturem testował skaner do zbierania miary na garnitur made-to-measure. (Takie zbieranie miary opisał kiedyś Szarmant, ale nie wiem, czy na przykładzie tej samej firmy – to tak gdyby ktoś potrzebował pogłębić risercz.)

Gdyby był w Polsce jakiś kabaret, który robi sobie żarty z krawiectwa miarowego i luksusowej odzieży, ten program załatwiłby mu skecz wszech czasów. Nie będę tutaj oczywiście streszczał odcinka chociaż i miejsce na to i czas/ lecz mi nie wolno, a wielka szkoda/ bo ubawiłoby to was. Dość wspomnieć, że rzekomym efektem skanowania laserem nagiego redaktora była „zielona sztruksowa marynarka przełamana brązowymi akcentami, jak łaty na łokciach, doskonała na wszystkie ważne okazje”. Cytuję z pamięci  i do tego kondensuję treść, ale łapiecie ducha kuriozum, które miało miejsce na antenie programu o fikuśnych elektronicznych rurkach do piwa, kiedy jego dziennikarze zajęli się elegancją.

W tym momencie moje wynurzenia stoją na rozdrożu. Mógłbym na przykład rzucić kilka smutnych słów o kondycji kraju, w którym stołeczni dziennikarze uważają zieloną marynarkę za przykład stroju na ważne okazje (wtedy dopełniłbym do pięciu tysięcy znaków wzmianką, że przykład idzie z góry, a przecież zieleń i łaty na łokciach to stylówa bliska myśliwskiej). Mógłbym też, jeszcze bardziej beznadziejnie, wołać na puszczy, że rozległy i piękny temat marynarek sprowadza się w mediach do tego, że coś jest laserowe, ma silniczki i kosztuje sto pięćdziesiąt koła. A nawet – o zgrozo – mógłbym powywnętrzać się nad tym, że ktoś wykłada takie pieniądze na zakup maszyny, która będzie kulawo i nie w pełni wykonywać pracę, którą o wiele taniej i lepiej wykona wykwalifikowany człowiek (ten temat zostawię bardziej fachowym kolegom po klawiaturze, albo sobie – na później).

Tymczasem zdecydowałem się na następujący przebieg wywodu. Za mną, czytelniku!

O urokach sartorialnego kabaretu opowiedziałem żonie, z bolesnej przepony ledwo mogąc wykrztusić jego absurdalny przebieg. Dla tego też nie do końca mnie ona zrozumiała i zapytała: – A co jest złego w sztruksowej marynarce? A nie jest to pytanie z cyklu banalnych i łatwych do udzielenia odpowiedzi.

Według wszystkich znaków na niebie i ziemi sztruks jest jednym z materiałów wprost stworzonych na marynarkę. Jest dość wytrzymały, miękki i raczej ciepły, a do tego ma taki każualowy klimat, że się tak wyrażę. do tego łatwo go dostać i występuje w całej gamie niesamowitych kolorów, jednolitych, ale nierzadko szalonych albo przynajmniej frapujących.  Jednak to wszystko teoria, smutna praktyka jest bowiem taka, że większość sztruksowych marynarek na wieszakach to porażka.

Może chodzi o to, że sztruks jest za tani, żeby mieć odpowiednią pozycję w marynarkowym świecie. A może o to, że ze względu na swoją specyficzną strukturę łatwo maskuje niedoskonałości kroju (zgaduję). Wreszcie może przez to, że jego zapoznana wytrzymałość i miękkość przyciągają doń grono zwolenników spośród osób, które ubierają się według maksymy wygoda przede wszystkim, która to maksyma jest prostą drogą do odzieżowego piekła. Dość powiedzieć, że dziewięć na dziesięć zestawów ze sztruksową górą (na dole przeważnie są wtedy dżinsy) to zwyczajnie porażka.

Sztruks jest dla mnie zagadką. Może mieć grube albo cienkie prążki, a ja nawet nie jestem w stanie jednoznacznie wymyślić, który z nich jest bardziej elegancki, ciekawszy, który cechuje wyższą półkę tkanin. Doskonale wyobrażam sobie piękne, soczyste (np. czerwone) sztruksowe spodnie do szarej flanelowej marynarki albo beżowe czy brązowe do klasycznego tweedu w zieleniach i brązach, ale w drugą stronę nijak to nie chce działać. Może to wina wszystkich tych wąsaczy, których spotyka się czasem w przydrożnych knajpkach, mężów dostojnych, z zawodu pewnie leśników, odzianych w sztruksowe marynarki, zarazem znoszone i niedopasowane, a wszystkie w kolorze, jakby posiadacz nie mógł wybrać między butelkową zielenią a butelkowym brązem i wybrał marynarkę w obu tych kolorach na raz. No uraz mam, to chyba musi być to.

I tłumaczyłem to żonie, która zgubiła mój tok myślenia pewnie już po pierwszym zdaniu, tłumaczyłem głównie sobie, z satysfakcją stwierdzając, że będzie z tego moje pięć tysięcy znaków blogowego urobku, aż w końcu przypomniałem sobie wszystkie moje sztruksowe marynarki, w liczbie bodaj dwóch, pierwszą piaskową, umiarkowanie niedopasowaną i nieźle znoszoną, która była moją pierwszą, a mężczyzna nigdy nie przestanie kochać swojej pierwszej. I drugą, czarną i już nieźle dopasowaną – a wtedy pomyślałem, jak gardzę tym żałosnym palantem, którym byłem kupując ją; nie dość, że czarną, to jeszcze sztruksową, i jak mogłem pomyśleć, że ona będzie mogła się równać z tą pierwszą. A później wywaliłem ją za drzwi, jak się wywala niepotrzebną rzecz, nie rozpruwszy nawet kieszeni. Wywaliłem je obie i teraz ich nie ma, i – Och, jaki jestem bez nich szczęśliwy! – westchnąłem na głos, aż Agnieszka oderwała się od listy przebojów, która właśnie w radiu leciała, a radia właśnie słuchaliśmy.

Idzie wiosna, od wczoraj już kwiecień, a ja nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłem jakiś ciuch, nie licząc butów i skarpetek; będzie pewnie z pół roku. Ale pamiętam dzień, kiedy dwie sztruksowe marynarki powędrowały z pawlacza do kubła, jednego z tych, co to ich właściciel część tych ciuchów sprzedaje do lumpeksów, a część przerabia na szmaty, a organizacji charytatywnej odpala dolę za użyczenie charytatywnego logo. I nie planuję żadnych zakupów, no prawie żadnych, ale wiem, że muszę przedstawić temu kubłu jeszcze kilka fatalnych ciuchów, które szkoda zakładać, ale przecież żal ich też nie nosić, więc wiszą w szafach, napędzane poczuciem winy, a później cząstkę tej żałosnej kondycji emanują na mnie, kiedy gnany tym poczuciem winy zakładam którąś z nich, i wtedy wyglądam tak fatalnie, że lepiej by było zostać cały dzień w piżamie, i źle się czuję i przemykam pod ścianami, żeby kogoś przypadkiem nie spotkać. Ten kubeł jest ich przeznaczeniem i uwolnienie się od nich będzie lepszym nabytkiem niż cokolwiek, co jest mi w stanie zaoferować centrum handlowe.

Bo przecież, jak mawiają angielscy eleganci, less is more.

Dress kod

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja

Środa Popielcowa, późny wieczór, BP przy Krakowskiej. Czekam na zapieksa, kiedy wchodzi typ. Mierzę go wzrokiem, zresztą w ogóle częściej mierzę wzrokiem mężczyzn, niż kobiety. Wiosna przyjdzie, może to się zmieni. U kobiet nie szukam ubioru, wręcz przeciwnie.

W głowie tysiąc myśli, mam za sobą ciężki dzień, a w Popielec je się przecież „trzy razy dziennie, raz do syta”. Moje do syta było kilka godzin wcześniej, zanim ciężkość dnia ujawniła się naprawdę. Staram się analizować ubiór typa, ale nie bardzo pamiętam, jak to było. Piekarnik termocośtam, konwekcyjny czy jakiś, każe mi czekać jeszcze 45 sekund…

Zacząłem od twarzy. To dobrze. Jeśli pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to twarz, to znaczy, że uniknął podstawowego błędu: nie przebrał się. Kiedy teraz o tym myślę, dalej jestem w stanie powiedzieć coś o twarzy, fryzurze – krótko obciętej, „biznesowej”. Młodzieńczych rysach. Pryszczaty nastawiony na sukces. Okulary w cienkiej oprawie, jak na okładce magazynów dla dojrzałych panów, jak na dorocznym zdjęciu prezesa banku, takim do celów pijarowych.

Przykład bardzo miłego, moim zdaniem, zastosowania M65 z garniturem...

W wycięciu zapiętej kurtki koszula i krawat. Koszula różowa – odważny. Krawat granatowy, w drobne kropeczki – zachowawczy. Kurtka na marynarce: problem w ocenie. Są tacy, co jej nienawidzą. Uważają, że łamie kanony. Właściwym okryciem na garnitur jest płaszcz, mówią. Ja nie mówię – kurtka na garnitur, nie tylko kurtka husky, jak znany Barbour (nie mylisz z Burberrym, prawda) albo inna flauszowa bosmanka czy budrysówka… w Polsce nawet amerykańska kurtka wojskowa wz. 1965 ma swoją piękną historię i „ambasadorów marki”, jak się mawia w dzisiejszych ponurych czasach. Hłaskę i Stachurę, by wymienić dwóch pierwszych z brzegu, zamiast guglać. Nosił taką chyba też superubek z powieści Twardocha „Przemienienie”. Nosili ją ci, którzy chcieli podkreślić, że w wojnie sześciodniowej to „nasi Żydzi pobili ich Arabów”, a nie odwrotnie.

Mój typ miał na sobie zwykłą, komercyjną wersję tej kurtki. Wyglądał dobrze, co zawdzęczał temu, że była ona dostatecznie długa i poły marynarki nie wystawały spod spodu jak minispódniczka. Bo garnitur miał, to pewne. Wskazywały na to spodnie w kolorze zgniłozielonobrązowym, w prążek. Either mad or genius, jak mawiał Jack Sparrow. Sam kolor, a do tego zestawienie go z różem koszuli (i granatem krawata) to igraszka na polu minowym. Jeśli o mnie chodzi – wystrzałowa, a nie wybuchowa, ale dalej nie mam pewności, czy dobierając ten zestaw grał z nut, czy ze słuchu. Wysublimowany elegant z nutką nonkonformizmu (ten kolor garnituru!), czy młody stażem (pryszcze) i niski szczeblem pracownik korpa, który zakłada na grzbiet, co popadnie, i popadło akurat to?

Obwarzanki na spodniach, znamionujące nadmierną długość, były wskazówką, ale nie z tych jednoznacznych. Lustracja trwa, ale jej ostatni akcent powie wszystko. Czas ocenić buty.

.

..

...i przykład buta, który... zresztą bez komentarza

Znacie to uczucie, kiedy któryś z dalszych znajomych w poczuciu moralnego uniesienia wrzuci na Facebooka zdjęcie skatowanych (rzekomo w schronisku) psów? What has been seen, cannot be unseen. Tyle myślę o jego butach. Kiedy były nowe, przypominały pewnie wypchanego borsuka ze skaju. Teraz z dwóch metrów możnaby pomyśleć, że to ortalion, gdyby nie kształt pantofla. Szare, matowe, w porach pseudo- lub ekoskóry kryją tyle soli, że w XIII wieku król dzierżawiłby je magnatom jako żupy solne. A więc handlowiec, nie żaden dandys – wybaczcie, eleganccy handlowcy, ale to jest stereotyp, który musicie przełamywać. Schrypiałym głosem rzucam „czosnkowy”, co mojej postnej zapiekance doda ekumenicznego posmaku i wychodzę. Na końcu zauważam na oprawkach srebrzysty napis Ray Ban. Marka nie najdroższa, ale jednak marka. Ten napis w przeliczeniu za słowo kosztuje dużo więcej, niż wszystko, co w życiu napisałem.

A miało być tak pięknie. Zanim minąłem dystrybutory z wachą za 5,70, w głowie obracałem tylko jedno słowo: niemoralne. To niemoralne kupować markowe oprawki okularów i takie cichobiegi, piątą pochodną ropy naftowej.

Co każe postawić na nowo pytanie o relacje: ile za co warto płacić? Oprawki Ray Bana przykuły co prawda moją uwagę, ale, przyznajmy uczciwie, zrobiły to zwłaszcza kontrastowym, srebrzystym logiem. Pewnie każdy producent ma takie w ofercie i zaryzykuję twierdzenie, że da się kilkakrotnie taniej kupić inne, o pomijalnych różnicach w jakości. Za to buty, o ile te nie były z hipermarketu, a choćby ze znanych z koszmarków obuwniczych sieciówek, prawdopodobnie mógł kupić lepsze w tej samej cenie. Oszczędziwszy na oprawkach, mógł za uzyskane pieniądze kupić coś, w czym nie wstyd wyjść. Dawałem tu już upust przekonaniu, że za buty da się przepłacić, ale trzeba się postarać. Żadne sensownie wydane na buty pieniądze między pewnie ok. 500 a 2,5 tys. złotych nie są zmarnowane.

Każdy, kto musi zwracać uwagę na pieniądze, potrafi zapewne przepłacić za koszulę. Dobra prezencja w koszuli wymaga spełnienia dwóch warunków: dopasowania i świeżości tkaniny. Chińszczyzna z Jermyn Street daje tę możliwość już od ok. 120-150 złotych i nie zniechęcam nikogo do celowania wyżej, jeśli naprawdę tego nie czuje.

Spodnie: tło dla marynarki. Fot. The Sartorialist za Manolo for the Men

W zestawach koordynowanych z marynarką zawsze warto myśleć o spodniach jako tle dla tej ostatniej. To dlatego lepsze gładkie spodnie i wzorzysta marynarka, dlatego też lepsze wyraźnie jaśniejsze (albo, bodaj rzadziej, wyraźnie ciemniejsze). Z tego również można wysnuć zasadę, że lepiej dużo zapłacić za górę, niż za dół i że dopasowanie marynarki jest ze wszech miar kluczowe.

W ogóle narzuca się pytanie: skąd się wzięło i czy ma sens to zjawisko, że nawet Macaroni, blogger jednak w szyciu miarowym niezwykle doświadczony, dopiero po kilku garniturach i osobnych marynarkach zdecydował się na płaszcz od krawca. Komentatorzy (blogów, nie tacy ze Skanera Politycznego TVN24) zarzucają mu niedopatrzenie, ale mi wydaje się ono mieć sens. Marynarka jest tym złotym środkiem, czy raczej czubeczkiem krzywej Gaussa, formuje sylwetkę (koszula tego nie robi, to marynarka trzyma ją w ryzach), a jednocześnie jest na tyle bliska ciału, że wymaga doskonałego dopasowania, by dać takiż efekt. Zresztą mądrością nie od dziś jest, by kupować lub zamawiać dwie pary spodni do każdego garnituru; marynarka żyje po prostu dłużej, a dobra – dużo dłużej.

Podobnie jak buty – i podobnie jak w buty, w nią też warto zainwestować. To, w połączeniu z umiejętnością oceniania właściwych rozmiarów ciuchów, potrafi zdziałać cuda, a na pewno ochronić cię przed milczącą krytyką losowo spotkanego człowieka na stacji benzynowej.

Mądrości spod lodu

Prawdziwa elegancja wychodzi na jaw dopiero kilka stopni poniżej zera

Tak oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Od dawna mamy w Polsce dwie wiosny ( coś jakby przedwiośnie i przedlecie), dwie jesienie, w pięknej metaforyce określane złotą i szarą, a klimatolodzy jakoś nie zdecydowali się na zaznaczenie, że zimy też potrafimy mieć dwie. Przez ostatnie tygodnie prognozę na ulicach Sezamkowych w całym kraju sponsorowały syberyjskie wyże, z którymi przychodziło komfortowe ciśnienie i cudowne słońce na błękicie, ale mrozy demotywowały do życia ogólnie, a do wychodzenia z gorącej kąpieli w szczególności. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy za przysługi sąsiadów ze wschodu płacimy zbyt wysoką cenę. Na wątpliwe szczęście to już za nami, teraz nie mamy już słońca, błękitnego nieba, korzystnego biometu i mrozów, mamy za to zaspy, deficyt miejsc parkingowych, rynsztoki pełne szarej barei i w ogóle wszystko, co każe ciepło myśleć o największym Polskim wieszczu, Andrzeju Bursie i jego trafnych konkluzjach.

I tak już chyba na zawsze zostanie, że mimo moich najszczerszych starań i najwyższych ambicji, będzie to blog o ubraniach, bo, jak słusznie zauważyli lata temu copywriterzy jakiejś dżinsowej marki, w tym pięknym (z lotu ptaka) kraju wyzwanie to ubranie.

To chyba Pratchett kiedyś napisał, że Eskimosi mają 80 słów na określenie śniegu i żadne z tych słów nie nadaje się do przytoczenia. Dlatego skupię się na jasnej stronie mocy i napomknę o tym, co – przynajmniej mnie – trzyma przy życiu między styczniem a kwietniem. W okresie wielkich mrozów, kiedy już coś wypędzi mnie na dłuższą metę z domu, mam większą niż kiedykolwiek satysfakcję z bycia przyzwoicie ubranym. Przyzwoicie, to przede wszystkim do figury. Czuję się wtedy nie tylko atrakcyjniejszy (proszę przyjąć, że piszę to z dystansem i nutką autoironii) od średniej krajowej, która w okresie mrozów porzuca już nie tylko świadomość istnienia czegoś takiego jak elegancja, ale w ogóle porzuca łączność zmysłów ze światem, i zaczyna przypominać mniej wyluzowaną wersję Carollowskiego pana Gąsienicy. Czuję się też mądrzejszy.

Mądrzejszy, bo opanowałem prostą zasadę, że kiedy założę sweter na koszulę, a pod marynarkę, to wystarczy mi zwykły płaszcz albo kurtka z wizkozową podszewką, by mieć na sobie sześć warstw ubrania. Bawełna-wełna-wiskoza-flanela-wiskoza-wełna. Choćbyś obwiązał tiszerta i polar puchowymi poduszkami, nie osiągniesz lepszego efektu, a jeszcze będziesz mnie podziwiał, że nie wytrzymuję w takim cienkim ubraniu.

Mądrzejszy, bo nie jestem już w podstawówce i nie wstydzę się rajtek pod spodniami (dobrych, z merynosa, szukać należy w sklepach trekkingowych). Zwłaszcza, że o tym, że je noszę, wiedzą od teraz czytelnicy, a nie wie tego ulica (zadbaj o skarpetki co najmniej do pół łydki, żeby za łatwo się nie dowiedziała).

Mądrzejszy, bo Wiktor Suworow w książce Specnaz wyjaśnił mi, że w magazynowaniu ciepła przez dłuższy płaszcz, a nie przez osobne ogrzewanie nóg, tkwi sekret przekazywany przez mężczyzn od czasów neolitu.

Mądrzejszy może jeszcze tym, że noszenie butów na zmianę i dobra impregnacja (licówek – tłuszczem i woskiem, zamszaków – hydrofobami w spreju) oraz twój przyjaciel – desalter, czyli odsalacz – sprawiają, że naprawdę rzadko muszę się uciekać do butów trekkingowych (łączę je z dżinsami na zimowe spacery po lesie).

Wiele tych sekretów nie mam, ale na przyszły sezon planuję kilka nowych. Ponieważ, Mili Czytelnicy, jesteście klasą uprzywilejowaną względem tzw. ulicy, podzielę się z wami listą zakupów. Żadnego nie planuję już na ten sezon, naiwnie wierząc jak czterolatek, że dobry Pan Bozia wynagrodzi mi trudy i zimową deprechę gorącym latem o aromatach owoców z długim i dojrzałym finiszem i na wszystko to muszę być przygotowany. Tymczasem lista zakupów do zrealizowania do stycznia 2013.

Nieprawdą jest (a w każdym razie jest na mojej ulubionej Wikipedia List of Common Misconceptions), że przez pewne części ciała ucieka więcej ciepła, niż to wynika z matematyki. Ale przy 50-60 stopniach różnicy między tobą a otoczeniem, marznąć na kamień będzie wszystko, do czego dotrze powietrze. Trzeba więc nakryć głowę lepiej, niż kapeluszem albo kaszkietem. Dzisiejsi producenci czapek nie robią uszanek z prawdziwego futra, bo wymaga to osobnych maszyn do szycia i Bóg wie czego jeszcze. Dlatego szukać ich należy u kuśnierzy, których kilku powinno się dać znaleźć w każdym dużym mieście. U rzemieślników podział na sezony nie jest tak ewidentny, jak w sieciówkach, ale postaram się nie zostawić tego na kolejny syberyjski styczeń nad Warszawą.

W teorii getry nie powinny się zbytnio rzucać w oczy, a na pewno dadzą ciepło. Jak będzie w praktyce - może się przekonam

Radzenie sobie z suchym mrozem u stóp może się odbywać kilkoma metodami, z których najbardziej oczywiste są grube skarpety, a mniej – oldskulowe getry. Potrafią rozszerzyć asortyment butów, które nosisz bez ryzyka odpadnięcia kończyn, za cenę staroświeckiego wyglądu. W tej chwili myślę, że to reenactment, ale reenactment zrozumiały w kontekście pogody. Myślę, że kiedyś zaryzykuję, choć to na pewno nie jest dobre rozwiązanie na co dzień (por. efekt fulara).

Na pluchę za to jest chyba jedna odpowiedź: pokochać. Bodaj dwa lata temu byłem bliski rzucenia tym wszystkim i stwierdzenia, że skoro brytyjska rodzina królewska może chodzić w hunterach, to ja też mogę.  Dałem sobie jednak czas na przemyślenie i uznałem, że zero tweedowych garniturów w szafie to trochę za mało tweedowych garniturów w szafie, by nie wyglądać jak nastoletnia bloggerka-szafiarka, a jest to imydż, który mało mi konweniuje. Jest natomiast (jak już wspominałem) alternatywa, którą Amerykanie pakują w podróż do Europy: gumowe overshoes. Tanie na pewno są rozwiązaniem monumentalnie obciachowym, ale jeśli będą odpowiednio drogie – czytaj: nieczarne, w żywym, głębokim kolorze, ładnie wykończone, matowe i bez niepotrzebnych podlewek z formy, których nikomu się nie chciało usunąć – mają szansę łączyć przyjemne z pożytecznym. O ile da się je kupić w Polsce taniej niż samochód – biorę.

A skoro dobrnąłeś już tutaj – jeszcze jedna mała rada: im zimniej, ciemniej i błotniściej, tym większym sartorial heroism jest noszenie jasnych spodni. Oczywiście trzeba je prać po jednym założeniu, ale ta aryjska wściekłość, która ogarnia cię, kiedy ochlapie cię pierwszy samochód tuż po wyjściu z domu, ogrzewa lepiej niż kubek grzanego wina.

Słowniczek butofila

Znacznie ważniejsze od umiejętności nazwania konkretnych modeli butów jest wyczucie, co kiedy należy i po co jest

Zgodziliśmy się już, że sześćset par butów to przegięcie, a jedna czy dwie to zdecydowanie za mało. Żeby znaleźć złoty środek, warto pomyśleć chwilę, z jakich elementów składa się nasza wymarzona szafa. Łatwo spotkać klasyfikację ponadczasowych modeli butów; zawiera ją pewnie każda książka dla „współczesnych dżentelmenów”, jak np. Gentleman. Moda ponadczasowa – klasyczna pozycja niemieckiego autora Bernharda Roetzela. Nie wyczerpują one niestety tematu i ja też nie zamierzam, ale w końcu, podobno, strój jest kodem sygnałowym, należy więc rozumieć poszczególne sygnały, prawda?

Ten glosariusz nie nauczy cię mówić o butach jak znawca, ale może dać lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o pytania co, z czym i dlaczego.

Angielki (derby) – podział sznurowanych butów na derby i oxfordy powoduje wiele zamieszania, bo zawsze ktoś coś pomyli albo zapomni wytłumaczyć, co to jest przyszwa. A jest to ten kawałek skóry, na którym znajdują się dziurki do sznurówek, i która może być wszyta pod spód skóry formującej zasadniczą część buta, albo naszyta na wierzch. W slangu – odpowiednio – zamknięta i otwarta. Jeśli szew idzie po zewnętrznej, czyli w tym drugim przypadku, mówimy o angielkach. Takie naszycie przyszwy trochę zakłóca naturalną smukłość modelu, są trochę mniej slim, jakby bardziej codzienne czy robocze. Zapewne z tego powodu można powiedzieć, że są mniej formalne. Pewnie ujdą do garnituru do pracy, ale na uroczyste okazje raczej szukaj czego innego.

Wzór na nosku odbiera butowi formalność, a wzamian zostawia lans. Fot Rainer Ersfeld/CC-by-SA/Commons

Ażurowanie – możesz czasem (po prawdzie, to w dobrych sklepach dość często) spotkać wzory ułożone z dziurek w skórze. Dziurki zrobione są przeważnie w osobnym, naszytym kawałku skóry, który może być zakończony prosto (w poprzek stopy) lub w kształt wingtip, wycięty jakby w skrzydełka. Ten ostatni rodzaj buta, jeśli do tego ma zamkniętą przyszwę i ażurowane krawędzie poszczególnych elementów skóry, nazywany bywa full brogue i – w kolorze koniakowym – uważam go za ukoronowanie butofilskiego świata (dlatego jeszcze ich nie mam – „tych jedynych” szuka się latami). Wersja angielkowa, czyli z otwartą przyszwą, moim zdaniem ma poważnie zaburzoną harmonię, ale wiele firm produkuje takie buty z dumą. Ażur na butach odbierze formalność wszystkiemu, czego dotknie, więc raczej używaj ich do nadania swojemu casualowi wymiaru smart, niż do urozmaicania swojego biznesowego albo formalnego wizerunku. Klasyczne full brogue są słusznie uważane za genialny wybór do spodni z ciężkich tkanin, jak flanela.

Kalosze – w zgodnej opinii miriadów źródeł na internetach, to właściwa nazwa gumowych overshoes, czyli nakładek na (eleganckie) buty. Nie najpiękniejsze, za to nasze, panie, krajowe, recenzował niedawno na blogu Mr. Vintage. Noszenie gumy na butach może wydawać się idiotycznym pomysłem, ale spójrz na to z tej strony: mieszkamy w Polsce. Chlapa na ulicach nie jest tu niczym niecodziennym, a jeśli założysz na buty dobrą gumę, i tak będziesz miał na nogach coś jakościowo lepszego i ciekawszego, niż większość populacji. Obiecująco wyglądają kaloszki Tingleya, są też stosownie droższe od rodzimych. Których byś nie wybrał, pamiętaj, żeby zdjąć je zaraz za progiem dowolnego pomieszczenia, które nie jest autobusem.

Nazwa penny loafers wzięła się od noszenia monet za paskiem buta, ale po co? Fot. JM Weston

Loafers – jeśli od kwadransa patrzysz na wybraną parę butów i dalej nie możesz ustalić, czy mają zamkniętą, czy otwartą przyszwę, sprawdź najpierw, czy w ogóle są sznurowane. Jeśli nie są – to zapewne loafersy. Jeszcze pół roku temu na forum bespoke.pl obowiązywała na nie nazwa mokasyny, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mokasyn to nie tylko styl, ale i konstrukcja buta. Loafersy to po prostu wsuwy męskie. Wśród nich wyróżnia się np. penny loafers (pensowe) z paskiem skóry w poprzek stopy blisko łydki. W droższych modelach zdarza się, że pasek ten jest zrobiony ze skóry podeszwowej, co dodaje całości solidnego charakteru i dobrze kontrastuje ze smukłością buta. Inny ciekawy rodzaj loafersów to tassel, but z dzyndzelkami (ze zrozumiałych względów staropolszczyzny mi się zachciewa i postuluję tu nazwę wsuw męski kutasowy), doskonale pasujący stylem do amerykańskiego akademickiego smart casual – spodni z zaszewkami, koszulą z oxfordu z kołnierzykiem na guziczki, krawatem i tweedową marynarką. Loafersy w zależności od tego, jak są filigranowe i zwiewne, pasują do zestawów albo typowo letnich, albo po prostu niezimowych, czyli od wiosny do złotej jesieni. Ich zgodność z garniturem trudno rozsądzić a priori, ale w większości formalnych zastosowań w razie wątpliwości postaw na „nie”.

Mniszki (monkstraps) – drugi typ klasycznych niesznurowanych butów to buty zapinane na klamerki, przeważnie sztuk raz lub dwa. Jeden z genialnych sposobów odróżniania swojego dżinsowego wdzianka od tysiąca innych dżinsowych wdzianek na ulicy. Nie żebym był dżinsowdziankowcem, ale to może być mój kolejny zakup obuwniczy z kategorii pierwszej, czyli drogich. Podobnie jak loafersy, odnajdą się z całą gamą spodni typu chinos, są też dość wielosezonowe. Podejrzewam, że niektórym wyjątkowo źle wyedukowanym typom mogą się kojarzyć z butami na rzepy, że niby nie umiesz wiązać sznurówek czy coś, więc zażyj podwójną dawkę Fukitolu przed pierwszym wyjściem w nich na miasto.

Powiedzenie "prosty jak konstrukcja mokasyna" ma swoje uzasadnienie. Rys. Tim Keding/GFDL/Commons

Mokasyny – butki, czasem wręcz kapciuszki, w których noga otulona jest ze wszystkich stron tym samym kawałkiem skóry (przeważnie zamszu). Nie bez racji nazywają się tak z języka Indian, ludzi znanych raczej z niskiego poziomu technologii – wymagają przeszycia dosłownie w dwóch miejscach. Lubię je, tak jak lubię fotografię otworkową – są w pewnym sensie powrotem do korzeni całego tego obuwniczego halo, do czasów, kiedy Adam orał, a Ewa prządła i oboje potrzebowali czegoś na nogi. Oraz za to, że są butami z kategorii „tanie”, więc możesz ich mieć pińcet: czerwone, żółte, zielone i błękitne, czego dusza zapragnie. Często na mokasynkach znajdziesz zamiast podeszwy kołeczki – to tzw. driving mocs, czyli mokasyny do prowadzenia auta. Legenda mówi, że to właśnie temu zastosowaniu zawdzięczają one nietypową podeszwę, co wydaje mi się częściowo prawdopodobne. Podeszwa w takich butach wychodzi za piętę i to niewątpliwie pomaga w prowadzeniu, bo buty nie niszczą się tak bardzo, kiedy spoczywają na pedałach. Ale te kołeczki? Jedyne, z czym mi się kojarzą, to dziurkowane pedały Ferrari. Tylko że do ważnych umiejętności sportowego kierowcy należy szybkie zrzucanie nóg z pedałów, a kołeczki w dziureczkach raczej to utrudniają. Mr. Vintage składa je na karb rdzennie amerykańskiego dziedzictwa, co traktuję z lekkim pobłażaniem, choć to ostatecznie tłumaczenie dobre jak każde inne.

Sznurówki – pięć dziurek na nie to wierzchołek krzywej Gaussa, na którym zatknięta jest chorągiewka z napisem „klasyka”. Wszystko niżej i wyżej osuwa się w nieformalność, ale pomyśl o angielkach Jamesa Bonda na dwie dziurki.

Trzewik – przyjęta na forum bespoke, ale chyba jakoś szczególnie nie powszechna, nazwa butów z niewysokimi cholewkami. Obowiązują tu wszystkie warianty pantofli – wiedenki, angielki, golfy, czyli buty ażurowane itp. Można rozważać, czy są równie formalne, co ich niskie odpowiedniki, ale kiedy piszę te słowa, za oknem jest – (minus) 18 stopni i takie roważania raczej polecam mieć gdzieś (poza szczególnymi wyjątkami, kiedy dopasowanie do okazji jest naprawdę dużo ważniejsze, niż minimum komfortu termicznego).

Wiedenki (oxford) – buty z zamkniętą przyszwą. Czarne, bez ażurowych zdobień na nosku, powinny być pierwszymi dobrymi butami w każdej szafie, tak, jak ciemny, prosty i klasyczny garnitur musi być pierwszym garniturem. Co mówię z pełną świadomością, że dla wielu jest to zestaw zakładany raczej kilka razy do roku na ważne uroczystości i – od biedy – w poszukiwaniu pracy. Po prostu są to klasyczne buty (i klasyczny garnitur), które powinien mieć każdy niezależnie od tego, jak nieklasyczny, dżinsowy i tiszertowy jest na co dzień.

Zamsz – czyni nieformalnymi każde formalne buty, które naśladuje. Czarne zamszowe wiedenki bez ażuru… na miłość boską, po co mógłbyś chcieć coś takiego? Ale już brązowe zamszowe golfy są bardziej weekendowym odpowiednikiem brązowych golfów ze skóry licowej. Zamsz ma trzy genialne cechy: mechata faktura doskonale gra światłem i świetnie komponuje się z innymi widocznymi fakturami (np. z dżinsem, tweedem, bawełnianym diagonalem); wygląda fajnie we wszystkich kolorach, które na skórze licowej daje wrażenie ekstrawagancji i pozwala zamienić godziny polerowania na sekundy szczotkowania i pryskania sprejem. Jednak na zamszu nie osiągniesz nigdy – niespodzianka! – lustrzanego pomysłu, dlatego dla miłośnika tego ostatniego (a ja się do takowych zaliczam), jest to trudny kompromis.