Koktajl przemyśleń o kelnerach i barmanach

Gorzki smak na języku pobudza do gorzkich refleksji o otaczającym świecie

– Pierwszy raz w naszym barze? – zapytała kelnerka.

– Nie, a pani? – odparłem rozbawiony, choć bez cienia pretensji. Nikt nie ma obowiązku mnie znać w barze, tym ani w żadnym innym miejscu z wyszynkiem.  Nie jestem meblem w żadnym lokalu, a od czasu lektury Raz w roku w Skiroławkach Nienackiego wiem też, że w domu jest najsmaczniej i najtaniej.

Tym niemniej obie strony miały podstawy do podejrzeń. O podstawach do podejrzenia jej powiem więcej za chwilę, co do nas zaś – po prostu nie wyglądaliśmy jak mebel z tego baru.

Zamówiliśmy old fashioned. Przygotowywała nam go osobiście, niezdarnie mieszając składniki (łyżeczka cukru skropiona bitterem Angostura, bourbon albo żytnia whisky, woda dla dopełnienia) w szklanicy barmańskiej. Złożony i gorzki smak koktajlu pasował do natury naszej konwersacji.

Obok niej bardziej doświadczony barman sprawną ręką mieszał w drugim dzbanku alkohol na koktajl dla klientów, którzy mieli jeśli chodzi o obsługę nieco więcej szczęścia niż my. Za barem był jeszcze trzeci chłopak i każdy z przedstawicieli „ekipy” wyglądał na niewiele więcej niż dwadzieścia lat.

Parę tygodni temu menedżer jednego z warszawskich barów podzielił się na fejsbuku broszurą o najlepszych barach świata 2012 roku. Na żadnym ze zdjęć w tym artystycznie przygotowanym folderze nie znalazłem nikogo tak młodego, a tym bardziej nikogo, kto by swoim wyglądem (a częściowo też zachowaniem) nie próbował tak młodo wyglądać. Nawet w najlepszych barach Warszawy czuję się obsługiwany przez ludzi, którzy mają nadzieję jak najszybciej zerwać ze swoim studenckim zawodem, kiedy tylko dostaną prawdziwą pracę. Kelner, barman – to sposoby na przedłużenie młodości, a nie na pracę, z której można być dumnym. Z tego się wyrasta.

W drugiej kolejce dałem się namówić na manhattan, chociaż nie jest to mój ulubiony koktajl na bazie whisky. Słodka ziołowa inwazja czerwonego wermutu zakłóca gorzką elegancję tego, co bez niego byłoby zwykłym old fashioned.

Wybity z rytmu porzuciłem trudne problemy naszej konwersacji i skupiłem się na błahych. Przypomniałem sobie etos kelnerów w Pradze (Obsługiwałem angielskiego króla), Wiedniu, Budapeszcie. No dobra, w Budapeszcie jeszcze nie byłem, ale to tylko dowód, że ktoś, kto mi to opowiadał, podziela moje doświadczenia. Doświadczenie spotkań ze szpakowatymi panami w knajpkach, którzy przyjmując zamówienie, reprezentują sobą profesjonalne uniżenie, którego nie jesteś w stanie obrócić w zniewagę.

W świecie, w którym zawód kelnera czy barmana to nie jest stadium życia, tylko powołanie, jak każdy inny zawód. To zadziwiające, ale spotykałem tego typu ludzi znacznie częściej, niż wynikałoby to z charakterystyki tak zwanych dzisiejszych czasów. Ale w Polsce? Nigdy.

Kilka miesięcy temu razem z Tomkiem Milerem znaleźliśmy się na imprezie Pernod Ricard (właściciela m.in. marki Wyborowa) skierowanej specjalnie do barmanów. Śmietanka miksologów z Polski zjechała tam na spotkanie ze sławą sprowadzoną z zagranicy. Królowały… hiphopowe stroje, każdy wyglądał jak połączenie hipstera z raperem. Jak w tym kawale: – Tato, czy mogę być rockmanem jak dorosnę? – Nie, synku, musisz wybierać. Jedno albo drugie.

Na drugim biegunie myśli uplasowała się opowieść S., który w Budapeszcie właśnie spotkał jednego z TYCH kelnerów. „I kiedy wybrałem wino do jedzenia – opowiadał – kelner odpowiedział Of course, sir takim tonem, jakby było to jedyne właściwe wino, które można zamówić do tego dania. Jakby czekał tylko na tę odpowiedź, by się upewnić, że jestem godny bycia przezeń obsługiwanym”. S. ma niewątliwy dar fabularyzowania, nie tylko własnych przeżyć. Odwzajemniłem mu się opowieścią o kelnerze z wiedeńskiego Figlmüllera, który obsługiwał nasz stolik jakbyśmy byli z – wówczas jeszcze – narzeczoną, perłami wybranymi w słonym morzu japońskich turystów w tej zasłużenie słynącej sznyclami knajpce. Wspomnienie czterech kieliszków grüner Veltlinera pod jego czujnym na każdy mój gest okiem do tej pory potrafi zakręcić mi w głowie tak, że akapity stają się długie i patetyczne.

Dorosnąć do bycia barmanem. To zabawna rada w moich ustach, nowa zwrotka starej śpiewki w której absolwent etnologii przekonuje młodzież wahającą się z wyborem studiów, że za dużo mamy humanistów, a za mało inżynierów. Ale taki mój pieprzony los, że, choć się za bardzo nie staram, jestem w dzisiejszym świecie jednak nieco staromodny. Zresztą i tak żyjemy w samoobsługowych czasach.

Kelner i polityk na starej karykaturze politycznej

Klasyczny whisky sour, wersja casual

Umiejętności barmańskie to ważna rzecz, ale czasem wystarczy wymieszać trzy składniki w dzbanku, by było tak, jak być powinno

Niektórzy wierzą, że okres noworoczny stanowi prognozę na cały nadchodzący rok. Jeśli rzeczywiście tak jest, to mam powody do optymizmu: spędzę go na twórczym nieróbstwie, rozwijaniu w skrytości kilku pomysłów, rozmowach z przyjaciółmi, dobrym żarciu i alkoholu od ósmej rano.

Marynarka i maszyna do pisania - piękna para
Intelektualnie i sartorialnie, czyli pokój gościnny w gościnnym domu, a jednocześnie pracownia pisarza

Oraz na rozprzestrzenianiu idei, takim jak przedstawienie kilkorgu przyjaciół koktajli na bazie whisky. W poprzednim wpisie dałem już upust miłości do jednego z nich, ale, jak mawiają kiepscy dziennikarze, pointę napisało samo życie.

Zainteresowanie penicyliną przekroczyło moje oczekiwania i skromne zapasy laphroaiga wkrótce się wyczerpały, ale chivas trwał, niewzruszony, w swojej pękatej butelce. Postanowienie, by nowy rok powitać z whisky sour, zostało więc powzięte w Sylwestra i to na tyle późno, że byliśmy już po zakupach. Ani nam się śniło wyściubiać jeszcze raz nos na dwór.

A do tego zamierzaliśmy spędzić ten wieczór na oglądaniu filmów, bez konieczności ciągłego latania do kuchni po shaker. Bo nic tak nie szkodzi zdrowiu jak całe to zbędne napinanie się, kiedy jest czas właśnie wrzucić na luz. Czy taki a nie inny składnik koktajlu jest kanoniczny? Czy nie mogę wypić vesper, skoro zamiast kina lillet mam tylko lillet blanc? Czy do whisky sour potrzebuję shakera, czy szklanicy barmańskiej? Czy mogę przywitać Nowy Rok inaczej, niż na fajerwerkach, wiwatowaniu i Bóg wie czym jeszcze? I czy do tego wszystkiego pasował będzie zielony krawat z grenadyny?

Na takie numery to ja nie idę. Chcecie whisky sour? Macie.

  • Przygotowanie syropu zajęło mi pięć minut stania nad rondelkiem i sypania brązowego cukru do coraz cieplejszej wody. Kiedy rozpuściło się go tyle, że okoliczne osy zaczęły o nim pisać reportaż do studenckiej gazetki, odstawiłem rondelek do ostudzenia, a kiedy zaczął tańczyć po całej kuchni i zawadzać dokładnie we wszystkim, zlaliśmy jego zawartość do pierwszego z brzegu naczynia, którym okazała się trzystumililitrowa butelka po dzecięcym soczku. Dzięki temu przy okazji wiedziałem, ile syropu mam do dyspozycji.
  • Wziąłem duży szklany dzbanek i shakerem z podziałką odmierzyłem 400 ml whisky. Wyszło mi z obliczeń, które amerykanie nazywają matematyką na odwrocie koperty, że jeśli tylko zdobędę ok. ćwierć litra soku z cytryny, takie proporcje będą odpowiednie.
  • Sok udało się zdobyć, bo w parafialnym hipermarkecie mieli akurat półkilogramowe siateczki z napisem „cytryny na sok” i S. przezornie je zakupił. Biada, gdyby były to akurat cytryny na miąższ albo na maseczki regenerujące do twarzy.
  • Koktajl mieszałem łyżką bezpośrednio w dzbanku. Że niekanonicznie? Pozwij mnie.
  • Próba na smak. Dobry whisky sour to wyczuwalny alkohol, słodycz syropu i kwas cytryny. Próbowałem kilka razy i ustaliłem, że pyszka, po czym dla pewności spróbowałem jeszcze kilka razy. Z wyjątkiem jednej szklaneczki, którą sobie wypiłem.
  • A kiedy już wiedziałem, że proporcje są odpowiednie, po prostu wlałem do dzbanka resztę whisky, bo dobrego nigdy za wiele.
  • Newralgicznym punktem był lód, który nie znalazł się na listoniku S., więc mieliśmy do dyspozycji tylko dwie foremki niezbyt trwałych kostek domowej roboty. Aby obniżyć temperaturę koktajlu, przykryłem go alufolią i wystawiłem za okno, bo dzbanek nie mieścił się w lodówce.
  • Reszty się domyślacie. Smakowało wszystkim. A zmagaliśmy się akurat z Atlasem chmur, co okazało się rozwiązaniem średnim.

Dla wielu barmanów i miłośników miksologii ta nudnawa historia może wydawać się horrorem. Nie ma w niej nic, co być powinno: zmrożonych shakerów, miarek i przestrzegania proporcji, krystalicznie przejrzystych kostek lodu od profesjonalnych dostawców, stołków przy barze ani wisienek maraschino.

Jest za to fajna atmosfera i kilka osób, które dodają do ulubionych nową koktajlową pozycję.

Jak zrobić w domu penicylinę

Koktajl penicillin to stuningowana odmiana whisky sour o właściwościach leczniczych i pysznościowych

Zadzwoniła do mnie, jak zawsze nieoceniona, mama.

– Słuchaj, ja też miałam taki moment przeziębienia, ale wzięłam kilka kropel amolu z łyżeczką herbaty i mi przeszło.
– Spokojnie, mamo – odparłem. – Mnie naprawdę nie trzeba pouczać, jak się leczyć alkoholem.

Penicillin cocktail
Szkło jakie-było i domowej roboty lód mają za zadanie was przekonać, że świetne koktajle można przyrządzać bez napinania się

Oczywiście burknęła coś i odłożyła słuchawkę, po raz kolejny podtrzymana w świętym przekonaniu, że z tego mojego picia nic dobrego nie będzie.

Ma oczywiście swoje racje, ale i ja nie jestem w kaloszu bujany. Wódeczka z „unikalną kompozycją ziół” jest fajna bez względu na to, czy nazwie się ją Ziołami Szwedzkimi, czy Becherovką. Ostatecznie co niby odróżnia Zioła Bittnera od innych bittnerów, przepraszam, bitterów ziołowych?

Głównie banderola. Dlatego można czasem pomarzyć o amerykańskiej prohibicji, za której czasów – kompletnie bez akcyzy – można było kupić moją jak dotąd ulubioną whisky Laphroaig w aptece.

Dlatego też kiedy po raz pierwszy przeczytałem w karcie koktajli nazwę i skład drinka penicillin, miałem dość banalne wyobrażenie co do genezy tego tytułu. Ale chyba się myliłem.

Przepis na antybiotyk

Penicylina to odmiana starej dobrej whisky sour. Podczas gdy ta ostatnia to osłodzona syropem cukrowym kombinacja whisky z sokiem z cytryny, penicillin jest tworem nieco bogatszym, ale wciąż prostym w przygotowaniu.

Składniki koktajlu penicillin
Jedna śmierdząca whisky jedna mniej śmierdząca, syrop własnej roboty, cytryna i kandyzowany imbir. Tadaaam!

Jest też genialna z kilku powodów, a jednym z nich jest ekonomia. Dobrze przyrządzona penicillin pozwala na rozkoszowanie się torfowym single maltem, która to przyjemność do najtańszych nie należy, a jednoczesne upijanie się mieszaną whisky, którą – w razie potrzeby – kupisz w lokalnym spożywczaku.

Ponadto jej składniki dzielą się na dwie grupy: łatwo dostępnych i możliwych do długotrwałego przechowywania. Potrzebujesz bowiem:

  • Whisky jako bazę koktajlu. Słodową, jeśli cię stać albo mieszaną, jeśli uważasz to za zbytnią ekstrawagancję. Ja w każdym razie uważam. Użyłem Chivasa, za którego sprezentowanie dziękuję uprzejmie dystrybutorowi Pernod Ricard
  • Cytrynę (na sok)
  • Lód (który, co ciekawe, można długo przechowywać, ale tylko w zamrażalniku)
  • Torfową whisky (w oryginalnym przepisie jest bodaj Laphroaig, do którego to wyboru nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Ale np. w budzie podają ten koktajl na Ardbegu, co nie jest oczywiście złym wyborem)
  • Syrop miodowo-imbirowy (może niezbyt dostępny, ale można go zrobić na zapas, jeśli penicylina ci posmakuje)
  • Kandyzowany imbir do dekoracji (i na zagrychę)

Już rozumiesz, czemu nazwa tej kombinacji pochodzi z medycyny? Witamina C z soku cytrynowego poprawia odporność organizmu i zwalcza przeziębienie. Imbirowi przypisuje się działanie przeciwbólowe i zapobieganie mdłościom (na aukcjach sprzedają go nawet jako lek na chorobę lokomocyjną), a nad wszystkim unosi się apteczny duch Laphroaiga. Ach, no i alkohol. Naprawdę nie warto chorować na coś, czego alkohol nie jest w stanie uleczyć. Z tej perspektywy depresja to całkiem atrakcyjna choroba.

Miksologia

Wlej składniki do shakera tak, by „podstawowej” whisky było trochę mniej niż soku z cytryny i syropu razem wziętych, a następnie wytrzęś na lodzie. Niektórzy zalecają, by torfowy alkohol znalazł się już w shakerze, ale moim zdaniem efekt jest lepszy, kiedy nalejesz trochę (np. pół łyżki) na wierzch drinka po wylaniu go do szklanki.

No dobra, niby kuchnia to nie apteka, ale mówimy w końcu o penicylinie, więc proporcje uważane za właściwe wyglądają tak:

  • 1 część blended whisky
  • ¼ części torfowego single malta
  • ¾ części soku z cytryny
  • ¾ części syropu.

Kandyzowany imbir jest do dekoracji – możesz wrzucić go do środka (nie polecane), naciąć nożykiem albo przebić obok siebie dwiema wykałaczkami i umieścić na brzegu szklanki. Albo podać w torebce i żreć jak czipsy, jeśli lubisz – to w końcu twój koktajl, a kto bogatemu zabroni.

Syrop miodowo-imbirowy - przygotowanie
Zagotuj zupę z miodu i imbiru i odstaw do chłodzenia i przegryzania się smaków. Gotowe

Kiedy już spróbujesz, zapewne przekonasz się do tej orzeźwiająco-leczniczej kompozycji, dlatego możesz zrobić na zapas syropu imbirowego. Po prostu rozpuść miód w ciepłej wodzie (w proporcjach bliskich 1:1, może z lekką przewagą wody) i zagotuj na małym ogniu z grubymi plastrami świeżego imbiru, a następnie pozostaw do schłodzenia.

Korzeń może macerować się w syropie dopóki nie uznasz, że stosunek słodyczy do pikantnej kwaskowości jest odpowiedni – później po prostu wyrzuć plasterki do kosza, a syrop przelej do małej buteleczki. Jeśli nie zanieczyściłeś wywaru, nie ma tam nic, co może się zbyt szybko zepsuć.

Kuracja

O ile twoje wybory nie były naprawdę dziwne, masz do czynienia z nieszczególnie lotną whisky, która stanowi bazę koktajlu, oraz lotną i bogatą w aromaty torfową słodową odmianą tego trunku.

Dlatego właśnie warto rozważyć szczególny proces przygotowania, w którym bogatszy alkohol nie trafia do shakera, ale nalewany jest na wierzch koktajlu. Dzięki temu będzie mniej schłodzony i w mniejszym stopniu schowa się za pozostałymi składnikami, a do tego pływał będzie po wierzchu, oddając nosowi, co nosowskie – wszystkie należne mu apteczne aromaty, sól morską i lizole.

Takie niedobre. A tatuś musi.

Jak pić vesper martini

Ian Fleming nie opublikował nigdy ani jednego wiersza, ale dla barmanów na zawsze pozostanie poetą

„A dry martini,” [Bond] said. „One. In a deep champagne goblet.”
„Oui, monsieur.”
„Just a moment. Three measures of Gordon’s, one of vodka, half a measure of Kina Lillet. Shake it very well until it’s ice-cold, then add a large thin slice of lemon peel. Got it?”

Alkohol na pierwszym miejscu, barman w tle

Można by zacząć od słów: „Wszystko zaczęło się w 1953 roku, kiedy Ian Fleming wydał pierwszą powieść o Jamesie Bondzie i w ten sposób zapoczątkował jedno z najbardziej lifestyle’owych dzieł popkultury w dziejach”. Jednak Adam Grądziel, barman w warszawskim cocktail barze Pies czy Suka, widzi sprawę w trochę innym świetle. Jego zdaniem historia vesper zaczęła się jeszcze pół wieku przed narodzinami autora Bonda.

Przewodnik barmana

Okładka pierwszego wydania Bartender’s Guide. And 200 other fancy drinks.

– W 1862 roku ukazał się The Bartender’s Guide, książka Jerry’ego Thomasa znanego jako The Professor – pierwsza stricte barmańska publikacja w dziejach. Ta pozycja jest niezwykle istotna w świecie barmanów, nie tylko dlatego, że autor jest naszym autorytetem i wszyscy się na nim wzorujemy. Żyjemy też w czasach, kiedy klasyka jest bardzo istotna, a barmani starają się rzucić nowe światło na dorobek Thomasa – Adam mówi powoli i waży słowa. Często podkreśla, że sztuka barmana polega na dobrej komunikacji z klientem.

W Bartender’s Guide Profesor opisał m.in. koktail martinez, uważany za prekursora całej kategorii koktaili martini. Mój rozmówca żali się, że w Polsce sprowadzają się one praktycznie do picia wermutu Martini Bianco z plasterkiem cytryny, a przecież nie o to chodzi. – Martini i Rossi doskonale wiedzieli co robią, podszywając się pod nazwę klasycznego koktajlu. Prawdziwe martini to coś zupełnie innego – podkreśla barman.

Zresztą w Polsce z kulturą picia drinków jest w ogóle kiepsko. Zdaniem Adama uważane są za niemęskie, by rzec dosadnie – pedalskie, a tymczasem sam Fleming udowodnił swoją książką i swoim koktajlem, że wcale takie nie są. Vesper to jeden z najpiękniejszych koktajli w historii barmaństwa, bo stworzyła go literatura. Mało jest innych przykładów, kiedy to nie barman tworzy kompozycję, a zostaje mu rola odtwórcy. Adam w tej roli radzi sobie świetnie. W koktajlu, który zaraz dla mnie przyrządzi, znajdzie miejsce na kreatywność nawet mimo moich zastrzeżeń, że chcę rozmawiać o całkowitym wzorcu z Sevres Bondowskiego drinka.

 Łamanie zasad

Wódka, gin i lillet blanc – oto, czego trzeba

Nieszablonowość vesper polega na czymś jeszcze. – Ten koktajl łamie wiele stereotypów dotyczących martini. Zazwyczaj w tej rodzinie kompozycji spotykamy się z kombinacjami 2-3 składników, przy czym jeden z nich jest samotnym jeźdźcem, który unosi całą kompozycję. Vesper wywraca ten schemat na nice. Cała konstrukcja koktailu jest niezwykle ciekawa,  bo szkieletem jest dalej gin, obecność wódki przełamuje jego jałowcowy, botaniczny charakter, troszeczkę go stopniuje, balansuje i sprowadza do parteru. Zaś lillet wprowadza delikatność, która sprawia, że koktail niezwykle miło się pije – tłumaczy Adam. Vesper jest jedynym rodzajem martini, w którym gin i wódka występują łacznie, a nie jako alternatywa. – Tutaj gin, wódka i lillet to jedność.

Inna złamana zasada wyrażona jest sławnym zdaniem: wstrząśnięte, nie zmieszane.  Zasadniczo koktajli typu martini nie powinno się traktować shakerem, powinny być emulsyjne, dobrze zbudowane i wyraziste. Jednak zasada brytyjskich dżentelmenów głosi: tak zimne, jak się da. Wstrząsanie mieszanki na lodzie aż shaker pokryje się szronem ułatwi sprawę, a dopełni jej – jak się zaraz przekonam – barmański suchy lód.

Są rzeczy, które najlepiej smakują na zimno

Adam stawia na barze shaker i wypełnia go lodem. Chwyta stalową miarkę do alkoholi. – Zdecydowałem się podwoić proporcje, żeby móc zaserwować ci koktajl tak, jak bym chciał, w bardziej spektakularny sposów – tłumaczy. W to mi graj. – I hate small portions of anything, particularly when they taste bad – komentował Bond swoje nawyki alkoholowe. Tym razem nie grozi mi ani jedno, ani drugie.

Na barze pojawia się w tym czasie szklany czajniczek do herbaty i kupetka. Ten staromodny kieliszek w kształcie odwróconego dzwonka używany był kiedyś do win musujących. – Klasyką jest kieliszek typu V, czyli martini, dzięki któremu można pić jednocześnie ustami i wzrokiem, bo jest klasyczny i elegancki. Ale ten, którego użyjemy, jest po prostu piękny. A czajniczek nawiązuje do brytyjskiej kultury picia herbaty. Co prawda teraz kojarzy się ona z Japonią, ale żyjemy w czasach łączenia kultur  – usprawiedliwia się barman.

Akcesoria

Słowo czajniczek kojarzy mi się jeszcze z czymś innym, a Bond celebrujący five o’clock nie przekonuje mnie jakoś, ale nie znalazłem się w Psie czy Suce po to, by bawić się w rekonstrukcję. Zamiast czajniczka mogłoby być i ocynkowane wiadro, jeśli by to oznaczało, że dostanę więcej martini.

Nawet nie zauważyłem, kiedy w shakerze znalazły się wszystkie składniki. Gin – nawet w książce Bond poleca, żeby był to Gordon’s. Wódka – zapewne dowolna, chociaż agent Jej Królewskiej Mości nie pogardziłby na pewno rosyjską Stoliczną. My używamy Finlandii, która jest dostawcą Psa czy Suki. Lillet to marka i typ alkoholu jednocześnie, jakby połączenie winiaka i wermutu. Jest doceniany za złożony, cytrusowy bukiet i długi, przyjemny posmak.

Wstrząsanie trwa długo i jest spektakularne. Domyślam się, że część z tego to show – ostatecznie samo zmieszanie kilku rodzajów alkoholi jest dość prostą czynnością, a flair otacza ją pewną magią albo przynajmniej magicznymi sztuczkami. Show czy nie show – jest to czynność skuteczna. Kiedy Adam odstawia shaker, jest on pokryty warstewką szronu.

Wstrząsanie koktajlu jest jak praca fizyczna i modlitwa o deszcz w jednym

Czas przelać gotowy napój do naczyń. – Cedzenie koktajlu jest bardzo istotną sprawą. Odcedzę pojedynczo, co przepuści opiłki lodowe na wierzch koktajlu. Gdybym odcedził przed podwójne sitko, zabiłoby to bąbelki powietrza, które wcześniej starałem się wywołać. Koktajl będzie emulsyjny, mało klarowny i pokryty od wierzchu okruchami lodu, ale decyduję się na pojedyncze cedzenie – tłumaczy Adam.

Jedno sitko znajduje się w shakerze, drugie można by trzymać nad szkłem

Płyn znajduje się już w kieliszku i faktycznie pokrywa go kożuch przejrzystych wiórów.  Z czajniczka dymi przyjemnie, ale nie wrzątkiem, a parą. Przed wlaniem reszty alkoholu z shakera, Adam wrzucił tam suchy lód. Ma temperaturę ok. -80 stopni i sublimuje długo, przechodzi bezpośrednio w stan lotny nie rozwadniając drinka. Moje ręce już wyrywają się do kieliszka, ale przecież to nie koniec przygotowywania koktajlu.

Ważnym elementem postaci Bonda był jego wygląd, więc należy dbać, żeby to, co się z nim wiąże, wyglądało odpowiednio ładnie. – W związku z tym, że James Bond był przede wszystkim dżentelmenem i słynął z czaru, którym omamiał kolejne kobiety, na jego cześć, a jednocześnie na cześć Iana Fleminga dekoruję koktail białą różą symbolizującą piękno oraz szyk.

Biała róża jest rzeźbiona na małym klipsie, niczym miniaturce żabki do suszenia skarpetek. Wygląda raczej uroczo niż męsko, ale to takie drobiazgi kształtują cały ten koktajlowy blichtr. Już czas. Adam podsuwa kieliszek i czajniczek bliżej w moją stronę. Po wypiciu mogę sobie dolać, jak na proszonej herbatce. Z dzióbka czajniczka wciąż dymi pełną parą.

Lemon zest, czyli skórka cytryny, ma zostawić trochę aromatu na powierzchni płynu i brzegach kieliszka

No to siup!

Unoszę kieliszek do nosa, a potem przystawiam do ust. Różnica między zapachem a smakiem jest wyraźna. Olejki eteryczne z kawałka cytrynowej skórki, którą Adam wyciskał przez chwilę nad kieliszkiem, unoszą się nad powierzchnią płynu i nadają całości bardzo cytrusowy wyraz, który gwałtownie przecina się, kiedy na język dostanie się odrobina alkoholu. Sam barman zaleca, by w czasie picia zmieniać miejsce styku ust z kieliszkiem, dzięki czemu pokryta równo cytrynowym aromatem krawędź szkła odda jak najwięcej swego cennego zapachu.

Gin jest oczywiście w pierwszej kolejności jałowcowy, ale dochodzą tu do głosu i inne zioła czy rośliny. Kryształki lodu są malutkie jak ostrza szpilek i kłują w język. Ten smak w którymś momencie kończy się, ale jakby kończył się nie w porządku czasowym, a przestrzennym. Jest przecinany wódką, by dopuścić do głosu wermut.

Alkohol w kieliszku ogrzewa się szybko (na zewnątrz upał!) i już po chwili piję przezroczysty płyn z przezroczystej, lekko spoconej szklanki. Kiedy dolewam zaś koktajl z czajniczka, który wciąż dymi oparami sublimującego suchego lodu, pierwszy łyk jest nowym szokiem. Zestalony dwutlenek węgla utrzymywał temperaturę drinka w okolicach Antarktydy, a inna temperatura to jakby nowe smaki. Bardziej surowe, wyraziste, może pieprzne.

Podwójna dawka vesper wprawia mnie w doskonały nastrój, ale czuję, że to mocny alkohol i picie go w południe było doskonałym pomysłem. Kiedy wychodzę z podwórka na ulicę Szpitalną, jestem przyjemnie rozleniwiony i zdystansowany. Dzwoni telefon i znowu czegoś chce – a niech se chce. Życie na lekkim rauszu, z dżentelmeńskim porterem z rana i koktajlem koło południa, jest naprawdę łatwiejsze i przyjemniejsze. I proszę nie nazywać mnie wysokofunkcjonalnym alkoholikiem – alkoholicy chodzą na terapię.

Ja mogę iść najwyżej na jeszcze jedną vesper.

– Because of the bitter aftertaste?
– No, because once you’ve tasted it, that’s all you want to drink.