Skyfall: superagent konserwatystą

James Bond w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości doczekał pięćdziesiątki w znakomitej formie

Jeśli dziś piątek, a w dodatku 26 października, to mężczyźni w Polsce dzielą się na dwie połowy: tych, którzy zastanawiają się nad losami Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz tych, których troską jest to, jak wypadł nowy film o Bondzie.

Podobno nie ma czegoś takiego jak mniejsza i większa połowa, ale mam szczerą nadzieję, że ci pierwsi są wśród was w znakomitej mniejszości. Mam dla was tylko jedno przesłanie zanim, niezainteresowani Bondem, porzucicie lekturę: Boniek czy Kręcina, nic to nie zmieni.

fot. Forum Film Poland

Dla pozostałych mam prawdę o zmianach znacznie ciekawszą: cytat z Lampedusy – wiele się musi zmienić, by wszystko zostało po staremu – James zinterpretował w mistrzowski sposób.

Przywykliśmy już, że filmy o przygodach 007 były tylko tłem, przeważnie pretekstową fabułą dla pokazania świetnie wykreowanego bohatera, kawałka dekoltu Bond girls i panoram bezkresnych pokoi hotelowych.

Jednak reality shows zmieniły kino z korzyścią dla niego i dla widzów. Okazało się, że każde show potrzebuje nieco reality. Odnajdź kawałek rzeczywistości w ekranizacji komiksu, a komiks okaże się kawałkiem większej rzeczywistości – badacze mitów od Mircei Eliadego po Frederica Jamesona (i dalej) wiedzieli to chyba kilka lat przed scenarzystami filmowymi z Hollywood.

Przełomem w takim postrzeganiu Bonda był ostatni film z Brosnanem, Die another day. Ale w tę konwencję, jak zresztą w każdą, trzeba wejść odważnie, a kwadratowa szczęka Craiga, zaciętego kibola ze stadionu w Manchesterze (stangreta, jak w kategoriach bondowskich nazywa go S.), dała właścicielom najbardziej dochodowej kinowej postaci Hollywood potrzebną odwagę. Brakowało tylko jakiejś większej myśli stojącej za fabułą. Do dzisiaj.

Dodajmy dla porządku: Skyfall to nie Tinker tailor soldier spy, film nie jest małomówny, zimny ani pozbawiony złudzeń. Paradoksalnie ma więcej z komiksów niż jego poprzednicy, a osobie nieznającej genezy superagenta mógłby się wręcz wydać ekranizacją jednego z nich. Czy to minus? A czy minusem są cytaty z wcześniejszych filmów, od Czasu apokalipsy do – wybaczcie – Kevina samego w domu?

Czy w ogóle minusem jest osadzenie filmu z intelektualnymi ambicjami w niepoważnej wszak konwencji kina szpiegowskiego? Bond dalej jest agentem typu zabili go i uciekł i oglądając go jako film zabijacko-napadalski trudno odnaleźć w nim ucztę duchową. Jednak jest zarazem dość wrażliwym esejem o naszej cywilizacji i nowym głosem w znudzonej od dekady dyskusji o roli Zachodu w wojnie z terroryzmem – a to wszak całkiem dużo.

fot. Forum Film Poland

W przeciwieństwie do Cassino Royale, w Skyfall mniejsza o to, z kim nowy Bond sypia, z czego strzela i czym ściga złych. Ważne, że superagent nabiera nowej tożsamości. A może odzyskuje ją? W filmie kilkakrotnie to właśnie inni, ludzie z jego otoczenia, przedstawiają się za niego. Przypominają mu o tym, kim jest albo o tym, że to on jest w ludziach, których spotyka, a cząstka tych ludzi jest w nim samym.

Bo takiego przypominania potrzebuje każdy z nas. Sam dla siebie, ale też dlatego, że jesteśmy czymś więcej, niż jednostkami, że stanowimy społeczeństwo, a to naprawdę wymagająca rola. A do tego stanowimy je nie od dziś, mamy swoją przeszłość, której elementem jest opactwo w Westminster, rezydencja na szkockiej prowincji, etos wierności ludziom i ideałom i takie tam.

Brzmi patetycznie? Trudno.

Nie wymyśliłem sobie tego patosu. Jeśli czytacie różne recenzje w poszukiwaniu odpowiedzi, czy wizyta w kinie nie będzie zawodem, wiecie już, że nowy Q jest dwudziestokilkuletnim informatykiem, który kończy w Q-branch epokę wybuchających długopisów.

Ale może nie wiecie, że 007 ma dwóch kwatermistrzów, a ten drugi wyposaża go w nóż i obrzyna, bo pewne sprawy najlepiej załatwiać sprawy po staremu. Dwóch ma też Bond przełożonych – jednego ufającego w starą dobrą robotę w terenie, a drugiego – w technokratyczne metody nowego świata.

Dwóch jest w końcu samych Jamesów Bondów – komandos w szarym garniturze i krawacie w neutralny wzorek, wtapiający się w tłum zaludniający londyńskie metro i sierota z przeszłością, przedmiotami otoczonymi sentymentem i supermanowską fortecą samotności. Kiedy i siła, i technologia zawiodą, to właśnie w tej spuściźnie Bond znajdzie oparcie.

Fantastyczną rolę odegrała Judi Dench. Jako szefowa wywiadu jest M, ma’am, mamą i Emmą, na zmianę damą, Żelazną Damą i damą w potrzebie. Darem niebios był dla mnie Albert Finney – kto widział Dużą rybę, a do tego ma nie do końca przepracowany stosunek do własnego ojca, wie dobrze, dlaczego widok tego aktora jest zawsze kojący.

I przede wszystkim Javier Bardem – Anton Chigurh, pułkownik Killgore i Joker w jednym (nie byłoby Skyfall bez Mrocznego rycerza) – w nowym laboratorium na nowej Crab Key Island świetnie pokazuje, jaki jest Dr. No naszych czasów.

fot. Forum Film Poland

Reszta to rozróba, wybuchy i fabuła wymagająca jednak zawieszenia niewiary, którego zresztą warto dokonać. W kinie jak w życiu – panuje inflacja. Kiedyś do filmu akcji wystarczyło porwanie dla stu tysięcy dolarów okupu. Dziś trzeba wysadzić dwie metropolie, a i kwoty oczekiwane przez terrorystów urosły o kilka zer. W końcu zresztą i tak wszystko wybucha.

Kiedy w Batman begins amerykańska posiadłość Wayne’ów w Gotham obraca się w ruinę, panicz Bruce bez wahania decyduje się odbudować ją tak, jak wyglądała, cegła po cegle. Brytyjczyk Bond powiedziałby w tej sytuacji: nigdy nie lubiłem tego miejsca, bo wie, że materialna substancja składająca się na to, kim jesteś, nie jest najważniejsza dla przetrwania.

Ale kiedy trzeba, sarkastycznie rzuca o swoim przywiązaniu do ojczyzny, bo jako cyniczny pięćdziesięciolatek jest świadom, że innego końca świata nie będzie niż ten, którego doświadczamy (albo już mamy go za sobą). Dlatego jego zawód określamy jako intelligence, a nie brute force.

Nie daję gwiazdek filmom, zresztą nigdy na tych łamach ich jeszcze nie publikowałem, ale w skrócie podsumuję rzecz następująco: w skali historii kinematografii Skyfall nie jest może wiekopomnym arcydziełem, ale – jak na film akcji – daje dużo do myślenia i w półwiecznych dziejach filmów o Bondzie jest kamieniem milowym. Bo w Anglii – tradycyjnie – dystans wyraża się w milach.