Cytat tygodnia: Janusz Bielenia

Bardzo często mam klientów, którzy podjeżdżają średniej klasy samochodem, a wydają duże pieniądze na garnitur. Bo to im sprawia przyjemność, a samochód kosztuje

Janusz Bielenia, właściciel Studia Szycia na Miarę Bielenia dla agencji informacyjnej Newseria

W maju ukazał się raport Gender Factor, którego celem było opisanie, jak poszczególne branże postrzegane są przez kobiety i mężczyzn, jak oceniana jest ich komunikacja marketingowa i jak to przekłada się na ich decyzje zakupowe

Staromodne rzemiosło marketingu

Krawiectwo miarowe w Polsce to już nie to samo co kiedyś. I na dobre mu to wychodzi

Do Poznania – a zatem także do pracowni pp. Krupy i Rzeszutki – trafiłem z okazji nagrywania dla Polsatu newsa o stowarzyszeniu But w Butonierce, które ruszyło kilka dni temu. News – choć przy moim niewielkim udziale – powstał i możesz obejrzeć go tutaj, a stowarzyszenie uruchomiło swoją stronę, na której możesz poczytać o jego ustroju i celach. Aby być na bieżąco, nie zapomnij – o ile jeszcze tego nie zrobiłeś – kliknąć lajka na naszej stronie na Facebooku.

Henryk Krupa i Karol Rzeszutko. Mężczyzna po osiemdziesiątce i drugi, przed trzydziestką. Łączy ich miłość do krawiectwa i więzy krwi. Dziś trudno powiedzieć, czy to wnuk do dziadka, czy dziadek do wnuka wyciągnął pomocną dłoń – ale na pewno obaj na tym zyskali.

– Po tym całym przewrocie – mówi pan Henryk o latach 90. – nastąpił taki napływ wszystkiego z zagranicy, że ludzie zwracali uwagę tylko na metkę. Jeden rok to mieliśmy taki, że jedną sztukę uszyłem – opowiada. Za kilka tygodni skończy 82 lata. Z tego 65 poświęcił krawiectwu.

Jedna i trzy kariery

W wieku 82 lat Henryk Krupa wciąż z radością przychodzi do zakładu

Henryk Krupa zaczynał jako szesnastolatek w założonej w 1926 roku pracowni krawieckiej ojca. – To były prawdziwe nauki, pracowało się cały tydzień, łącznie z sobotami, a ile nocek było! A do szkoły szło się trzy razy w tygodniu, ale od trzeciej do dziewiątej – wspomina. Szyli wtedy głównie dla mieszczaństwa, takiej niskiej klasy średniej. – Ojciec uczył mnie, żeby szanować tych ludzi, bo oni dają nam chleb. Dzisiaj szyjemy dla zamożnych.

W poznańskiej pracowni przy Łąkowej zmienili się klienci, ale rzemieślnicy też nie są tacy, jak kiedyś. Wnuk Krupy, Karol Rzeszutko, to człowiek z zupełnie innej gliny. Zanim w 2008 roku podjął decyzję, że zostanie krawcem, miał na koncie już dwie rozpoczęte kariery. Najpierw trenował akrobatykę sportową. Był mistrzem Polski, startował w mistrzostwach Europy. Jako osiemnastolatek przestał trenować. – Poszedłem na bardzo luźny trening, podczas którego wykonywałem taki prosty element, dwie śruby. Przy wybiciu poczułem taką brawurę, że wybiłem się z torebki stawowej. Kontuzja na trzy tygodnie, noga w gipsie, ale zapaliło się też czerwone światełko. Zresztą byłem w takim wieku, że trzeba było zdecydować: trenować na poważnie albo to rzucić – opowiada Karol.

Karol Rzeszutko wie, że najcenniejsi w pracowni są klienci. Za jego plecami wykroje zamówień

Rzucił. Zdał na logistykę, po studiach podjął pracę w zawodzie. W jednej z globalnych firm zajmował się transportem wielkich frachtów. Pod jego kierunkiem kontenery krążyły między kontynentami. – Zdążyłem dowiedzieć się, czym ta logistyka tak naprawdę jest i zacząłem się zastanawiać nad tym, jak ma wyglądać moje życie w przyszłości. Doszedłem do wniosku, że ja nie chcę tego robić. I że mam właściwie pod nosem to, co mnie kręci. Nie zawsze byłem jakimś elegantem, przechodziłem przez różne style życia, byłem skejtem przez jakiś czas. Krawiectwo to nie było wczesne powołanie, tylko szansa zrobienia w moim życiu czegoś co może mi sprawiać frajdę i przynosić jakieś pieniądze.

Dziadek Karola powoli nabierał wtedy tempa po trudnych latach, kiedy ludzie zachłysnęli się metkowaną konfekcją z zagranicy. Pracownia znajdowała się ulicę dalej, w piwnicy, której właściciel nagle drastycznie podniósł czynsz. Trzeba było działać. Tak trafili na Łąkową. Obszerne mieszkanie na parterze (trzeba dzwonić domofonem) ma trzy pokoje. W jednym – wielki stół krawiecki, na ścianach wiszą szablony marynarek i spodni, wykroje klientów. Drugi to szwalnia. Kilka kobiet siedzi przy maszynach, to tam części łączą się w ubrania. W trzecim urzęduje głównie Karol. To nowoczesny showroom, tam trzymają wszystko, czym warto się pochwalić. Przy ciężkim stole można zasiąść z krawcem i omówić szczegóły zamówienia. – Karol wprowadził przewrót w tym warsztacie, zwrot o 180 stopni! – mówi z dumą dziadek. – On poświęca koło pięciu godzin na same spotkania z klientem, a to jest bardzo długo. Nieraz z klientem godzinę, półtorej tu siedzi. Jest dyskusja, stara się wprowadzić klienta, o wszystko go wypyta, do czego to będzie, czy do pracy, czy na okazje, o materiały, potem mamy trzy przymiarki i wydanie.

PR-owe rzemiosło

Od niedawna Krupa i Rzeszutko szyją także stroje dla operetki. Projekty nadsyła choreograf razem z próbkami tkanin

W otoczeniu próbników materiałów, wzorów kołnierzyków i akcesoriów odzieżowych, Krupa i Rzeszutko prezentują się okazale, jak krawcy z luksusowych pracowni przy Savile Row czy w Mediolanie. Ale Karolowi zależy na czymś więcej, niż dobrym wizerunku i marketingu. Wykorzystuje do maksimum czas, który może spędzić z dziadkiem, o którym często mówi „ten facet”. Może to oznaczać dystans, ale jest raczej czułe, nawet trochę pieszczotliwe.

– Czas, który jest mi dany z tym facetem, jest ograniczony i ja się tego boję, bo nie znam jeszcze wszystkich tajników krawiectwa miarowego. To jest taka ilość wiedzy, że może nigdy ich wszystkich nie poznam. 65 lat w zawodzie! Wyobraź to sobie, tyle lat takich akcji, które wzbogacają nasze doświadczenie, z dnia na dzień – zapala się Rzeszutko.

Książka zleceń: stara szkoła obsługi klienta w służbie nowoczesnego marketingu dóbr luksusowych

Karol Rzeszutko na pewno jest technokratą. Myśli dwa razy przed każdym ruchem, ale przede wszystkim zna nowe czasy i wie, co dziś się liczy. Mógłby, gdyby chciał, oprzeć swoją sprzedaż o sam splendor wnętrz, o mosiężne kandelabry i plasowanie swoich garniturów w sesjach zdjęciowych w kolorowej prasie. Mógłby zachęcić kilku dziennikarzy czy arystokratów z awansu wizją swojego luksusu, a biznes sprzedać ich twarzami. Ale woli złożyć egzamin mistrzowski w izbie rzemiosła, kiedyś warunek praktykowania krawiectwa, dziś do niczego nie wymagany dyplom. – Chodzi o ambicje. I o to, żeby ludzie wiedzieli, że nie mają do czynienia z żółtodziobem, ale z kimś, kto się zna na rzeczy. Dzięki temu, że sam jestem krawcem, jeśli zechcę zatrudnić krojczego, to on nie będzie mi dyktował warunków – mówi Karol.

Warren Buffet mówi, że nie należy inwestować w biznes, którego się nie rozumie. Karol Rzeszutko z krawiectwa zrobił biznes, ale biznes ma pozostać krawiectwem.

Transformacja

Henryk Krupa czerpał krawiecką wiedzę m.in. z „Postępu Krawieckiego”. Dziś Karol Rzeszutko skupuje archiwalne numery i sam z nich korzysta

Stare zderzyło się z nowym cztery lata temu. Henryk Krupa przekonuje, że pomysły wnuka bardzo mu się podobały. – Widziałem, że to przynosi korzyści, ale problemem była troszeczkę mentalność ludzi. Starsi pracownicy nie lubią, jak młody przychodzi i zaczyna rządzić. Ja jak coś powiem, to nie ma dyskusji. Jak trzeba dłużej pracować, to mówię, że trzeba przepracować jedną sobotę i wybór jest tylko którą. A jakby Karol powiedział, to byłaby dyskusja. Taka jest mentalność ludzka, że starsi nie lubią, kiedy młody chce nimi rządzić – pan Henryk nie narzeka. Zna życie i z łagodnym uśmiechem stwierdza tylko fakt. Dowodzi zresztą w tej firmie od lat i choć nie studiował go na uniwersytecie, zarządzanie zakładem to dla niego nie pierwszyzna.

I właśnie w zakresie zarządzania Karol napotkał opór podczas transformacji. – Jeżeli chodzi o styl szycia, ten facet jest otwarty na takie, może nie nowoczesne, ale aktualne podejście. Ale ciężko było go przekonać do tego, że dzisiaj na tym krawiectwie można żądać od klienta trochę wyższej kwoty za większy wkład pracy.

Rzeszutko tłumaczy mechanizm, zresztą jest on bardzo prosty: kiedy zachodnie sklepy zabrały klientów polskim pracowniom, krawcy zaczęli obniżać stawki. A razem z nimi – jakość szycia, która odeszła na drugi plan w poszukiwaniu oszczędności. By zarobić jak najwięcej przy nowych stawkach, trzeba było dodatkowo skrócić czas pracy, a przecież dobry garnitur to dziesiątki godzin krojenia i szycia. – Ciężko mi było przekonać tego faceta, że znajdzie się w Poznaniu klient, który jest skłonny zapłacić 2,5 tysiąca za usługę. To się wiąże z tym, że trzeba to zrobić z pasją i z sercem, czyli tym, co mój dziadek ma do przekazania. On przez długi czas uważał, że nie może na tym godziwie zarobić, choćby zarobił się na śmierć. Ale kiedy dał się przekonać, widać, że z kwartału na kwartał zagląda coraz więcej klientów. Nie sprawia im kłopotu zapłacenie 1,8 tys. za zestaw dwuczęściowy i jeszcze wychodzą z uśmiechem na twarzy.

Powodem tego uśmiechu niekoniecznie musi być dobrze skrojony garnitur. Pracownia Krupy i Rzeszutki to przede wszystkim rodzinna atmosfera i jednocześnie klimat małej firmy, jednej z tych, które powinny być podstawą zdrowej gospodarki i tak zwanego nowoczesnego społeczeństwa. Na każdą szczyptę marketingu dwie łyżki autentycznej historii i prawdziwi ludzie, którzy w nowych czasach zrobili coś po staremu. 

Atmosfera w pracowni była tak sympatyczna, że zrobiliśmy sobie zdjęcie zbiorowe. Fot. Roman Zaczkiewicz

Dandys w krainie kadrowych

Jak dobrze się ubrać na rozmowę kwalifikacyjną bez sfrustrowania niezrozumiałymi radami z Bożej łaski stylistów

Zostałem ostatnio zapytany przez nowopoznaną osobę płci, ponad wszelką wątliwość w tym wypadku, pięknej, czy dobrze jej się zdaje, że prowadzę blog na temat etykiety ubioru (znaczy: przed spotkaniem guglała po nazwisku). Byłem zmuszony przyznać jej rację, i to dwukrotnie: bo po pierwsze, faktycznie jej się zdaje, a po drugie, to złudzenie ma pozory prawdziwości, więc zdaje jej się dobrze. Rzecz w tym, że ja się na etykiecie ubioru znam zaledwie powierzchownie, a do zasad, z którymi się zetknąłem, stosunek mam raczej krytyczny: albo są czcze, i wtedy należy się czuć z nich (warunkowo) zwolnionym, albo uzasadnione jakąś wewnętrzną logiką, i wtedy w ogóle przestają być zasadami etykiety ubioru. Wszystkie te teksty o tym, jak należy się ubierać, nawet w wypadku ważnych uroczystości, a co dopiero sytuacji bardziej codziennych, to raczej tematy do dyskusji, niż zasady. Zwłaszcza w Polsce ich kategoryczne obowiązywanie jest wątpliwe.

Jedną z takich zasad jest rada, której udziela się osobom poszukującym pracy. Brzmi ona: nie należy być ubranym lepiej, niż rekrutujący. Zasada, której nigdy nie rozumiałem.

Nie rozumiałem jej po pierwsze z tego błahego powodu, że nie wiem, skąd można wiedzieć, jak będzie ubrany haerowiec albo dyrektor w firmie, którą znamy ze strony internetowej albo portalu rekrutacyjnego. Fakt, dzisiejszy rynek nie obfituje w oferty pracy, więc można czas bezrobocia poświęcić na mały zwiad, a zaoszczędzić go na spisywaniu nadmiaru listów motywacyjnych. Ale przecież tak na serio nikt tego nie będzie robił; zresztą w firmach, gdzie da się cokolwiek ustalić, czyli obowiązuje spisany dress code (tak, są nawet w Polsce takie firmy), ludzie mają chyba na tyle świadomości by wiedzieć, że ten dress code obowiązuje ich i nie należy przykładać go do ludzi spoza korporacji. A w firmach, gdzie dress code’u nie ma, obowiązuje stara dobra wolna amerykanka i jakiekolwiek nawiązanie strojem do kogokolwiek, by się od niego odróżnić bądź by się upodobnić, graniczy z cudem.

Ale to dopiero wierzchołek problemu, a jego sedno sprowadza się do tego co zwykle: można dobrze wyglądać w byle czym, albo ohydnie – w garniturze (bo do tego sprowadza się „dobry ubiór” w sytuacjach biznesowych).

Rozumowanie potoczne zawiera w sobie to samo pojęcie formalności, co logika skodyfikowanej etykiety ubioru. Tzw. przeciętny człowiek może co prawda nie wiedzieć, że frak (tylko z białą muchą) jest bardziej odświętny od smokingu (z czarną muchą), albo że zamienianie kolorów much jest rażącym naruszeniem etykiety. Na pewno zaś większość przeciętnych ludzi nie zdaje sobie sprawy, że tzw. strój dworski, koronacyjny czy jak go nazwać, z krótkimi spodniami i pończochami, jest (a jest) polecany do najbardziej uroczystych eventów, takich, jak właśnie koronacje. Ale jest to wiedza, która dotyczy tylko kilkuset osób z korpusu dyplomatycznego, jednego kujona z Krakowskiego Przedmieścia, który musi dopilnować, żeby prezydent nie pojechał na ślub królewski w stroju myśliwskim, i może jeszcze kilku gości z MSZ-u. Większość Polaków zaś w równym stopniu wie, a raczej – niewielu wie, a większość czuje – że marynarka w innym kolorze, niż spodnie, to strój mniej formalny od pełnego garnituru, że koszula na spinki jest bardziej odświętna niż taka z mankietem na guziki i że, kiedy raz niechcący ktoś założy wełniane spodnie, bo dżinsy są w praniu, na miejscu jest zakrzyknąć „a coś ty taki elegancki!”.

Co więcej, potoczne rozumowanie dodaje od siebie nowe formy dystynkcji, takie jak przekonanie, że rzeczy bardziej niewygodne są bardziej odświętne, albo że dwurzędówka jest bardziej formalna od jednorzędowej marynarki (bo chyba jest. Kiedyś czytałem jakieś uzasadnienie, ale go nie pamiętam).

I co w tym kontekście znaczy staranie się, by nie być lepiej ubranym od kogokolwiek? Jeśli trafimy na pracodawcę, który ma zwyczaj słuchać pań w Intermodzie, że w rękawie marynarki masz móc schować dłoń jak w mufce, że właściwa długość nogawki to pół metra więcej, niż długość nogi, że pąsowienie na twarzy i niedotlenienie to objaw dobrego dopasowania kołnierzyka, jeśli tymi wytycznymi będzie się kierował nasz pracodawca – to zawsze w dobrze dopasowanym garniturze będziemy wyglądać lepiej niż on i będzie to widoczne dla każdej osoby w otoczeniu, nawet jeśli nikt nie będzie w stanie wskazać ani nazwać różnicy. Czy to znaczy, że masz mieć osobny workowaty garniak sprzed stu lat tylko na rozmowy kwalifikacyjne?

A co z inną sytuacją, kiedy kultura korporacji albo osobiste preferencje dyrektora zakładają noszenie w pracy dżinsów i bluzy z kapturem? Jak wtedy, drodzy styliści i etykieciści, polecicie się ubrać młodym poszukiwaczom pracy? Licytować się na stylistyczną nijakość, czy uciec się do workowatego do garnituru z poprzedniego akapitu?

Wszystkie te rady są do niczego. Nie zrezygnujesz przecież z garnituru, skoro nosi się go czasem także po to, by podkreślić rangę sytuacji, w której się znajdujemy i to, jak zależy nam na efektach spotkania. Może w jakimś Facebooku albo innym Google’u, korpach znanych z ostentacyjnego demonstrowania pozornie hipsterskiego i wyluzowanego stosunku do aktywności zawodowej, jeszcze jakoś by to przeszło. Ale tam, gdzie obowiązuje ten hipsteryzm w wersji light, gdzie łapie się byka jedną rączką za jeden rożek, i to zapytawszy go wcześniej o zdanie, twój dyrektor w bluzie z kapturem może okazać się drogowskazem, który nie wskazuje tam, dokąd idzie.

Dlatego w poszukiwaniu pracy raczej postaw na garnitur, a w butonierkę wetknij understatement. Zrezygnuj z poszetki, jeśli nie ubiegasz się o posadę stylisty (niektórzy twierdzą, że w dzisiejszych czasach poszetka i krawat naraz to nadmiar ekstrawagancji). Zachowaj dystans dwóch kroków za modą i pół kroku za tip topem ponadczasowej elegancji. Nie udowadniaj na siłę, że jest wiele lepszych na krawaty tkanin, niż jedwab. Ale bądź sobą w stosunku do innych, a jednocześnie pokaż im, że znasz zasady ubierania się dla innych i dla okoliczności. To jedyne logiczne wyjście.

Zresztą, może dzięki temu będą w mniejszym szoku, kiedy pierwszego dnia przyjdziesz do pracy.

PS. Teraz, kiedy się już pomądrzyłem, może dodałby do tego coś ktoś, kto ma zbliżył się do pracy etatowej bardziej, niż na odległość splunięcia? Co poradzilibyście młodszym (stażem) towarzyszom niedoli, którzy w poszukiwaniu rady zbłądzą na ten felieton?