Jak nosić szalik

Przed nami pół roku owijania się w – ba! – wełnę

Tak oto nastały chłody, czas, kiedy chłopcy jak trusie przemykają ulicami przygarbieni, żeby nie wpuścić pod szyję powiewów chłodu albo owijają się warstwami szali tak grubych, że zasłaniają wszystko od nosa po splot słoneczny włącznie, co w połączeniu z bezradnymi męskimi nóżkami wygląda jak projekt autorstwa Władimira Tatlina, który znowu coś przyćpał przy desce kreślarskiej.

Mężczyźni w tym czasie chodzą dumnie wyprostowani, przyjmując na klatę lodowate powiewy bo raz, że nic tak nie sezonuje twarzy jak chłodny podmuch wiatru, a dwa, że to właśnie wyprostowana postawa nakreśla tę cienką granicę między Nami a Nimi.

Modelka od Dunikowskiego Olga Boznańska prezentuje jak się przeziębić

Oczywiście najlepszą pomocą w niekuleniu się z zimna jest skuteczne ubranie, a clou jesiennego przyodziewku to szalik. Coraz więcej mężczyzn na polskich ulicach oswaja fakt, że zwykłe zaplatanie go wokół szyi rzadko kiedy wygląda dobrze (choć warto się starać) i wybiera przeplatanie luźnych końcówek przez pętelkę. W tej sytuacji uciekamy do przodu: oto przegląd tego, co można zrobić ze zwykłym paskiem materiału, a przy okazji nie wyglądać jak pstrokaty pajac.

Jak już wyżej wspomniałem, pojedynczy oplot daje olbrzymie możliwości wyglądania jak chłopczyk ubrany przez mamę. Jednocześnie ma jednak tę zaletę, że stosowali go wielcy: poeta Fikander oraz Harry Potter, obaj w swym chłopięcym image’u nieodparcie uroczy. Aby szalik w ten sposób dobrze się nosił, zadbaj, by babcia zrobiła ci na drutach długaśny i mięsisty wełniany szal w kolorach którejś z renomowanych angielskich szkół średnich, najlepiej Hogwartu.

Znany dandys Stanisław Wyspiański z marsową miną i kotwicą u szyi

Podwójny oplot, dziura pod szyją i dwa dzyndzle z przodu. Krótkie – źle, długie – też źle. Szkoda gadać.

Od węzła kotwicznego zaczyna się właściwa filozofia. Nazwa kotwiczny jest oczywiście mocno umowna – prawdziwa sztuka zawiązania tego węzła w żeglarstwie polega na przewleczeniu i zasupłaniu wokół ucha kotwicy liny, na której drugim końcu znajduje się no, tego… okręt. Albo chociaż jacht. A tu mamy tylko palik szyi i dwa luźne końce, więc po prostu przewlekamy je przez pętlę utworzoną przez złożenie szalika w pół. Po namyśle trudno to jednak nazwać filozofią, ale niech już tak zostanie: wygląda na chociaż nieco skomplikowany. Pamiętaj: to nie tak, że ludzie ze skomplikowanymi węzłami na szalikach wyglądają na bardziej skomplikowanych, więc nie obiecuj sobie za dużo. Jest to przy okazji szalikowy odpowiednik szarej marynarki albo błękitnej koszuli ze średnio rozwartym kołnierzykiem: pasuje absolutnie do (prawie) wszystkiego.

Klemens Janicki zdołał założyć szalik przez głowę bez psucia fryzury – potęga spiżu

Wyblinka. Kolejny marynistyczny akcent pod szyją. Bodaj apogeum tego, co można osiągnąć z szalikiem (jeśli należysz do grona ludzi równie dziwacznych – by nie rzec nic gorszego – że w ogóle myślisz o tym, co można osiągnąć z szalikiem). Wygląda na superskomplikowany, więc cały efekt osiągasz nonszalancją, z jaką jednym niezauważalnym ruchem wiążesz go pod szyją. Wyblinkę w żeglarstwie stosuje się do mocowania luźnego końca liny na czymś podłużnym (ale rzadko na szyi), tak, by węzeł tym bardziej trzymał, im bardziej się go ciągnie. Jeśli tym czymś podłużnym jest poler do cumowania łajby, zawiązać jest bardzo łatwo: robisz dwie pętelki w przeciwnych kierunkach liny, nakładasz na siebie (nie da się tego wytłumaczyć jaśniej bez obrazka) i zakładasz od góry na pachołek. Od biedy ten numer może wyjść z szalikiem, jeśli jest on bardzo długi, ale jeśli nie jest, wyglądasz dziwacznie, wyginasz się na wszystkie strony, pocisz, a później i tak burzysz fryzurę przeciągając za ciasne pętelki przez głowę. Dlatego musisz się nauczyć wiązać go bezpośrednio na szyi…

Jarosław Dąbrowski sam nie potrafi w prostych słowach wytłumaczyć zasady wiązania tego węzła

…albo zmienić węzeł na jeszcze ciekawszy i, prawdę mówiąc, rzadszy – kotwiczny z twistem. O ile wyblinkę da się zauważyć – kilka razy w sezonie, ale jednak, o tyle kotwicznego z twistem (tak go sobie nazwałem) to misterna plecionka, której na ulicy nie widziałem bodaj nigdy – choć po prawdzie takie przeoczenie nie byłoby dla mnie niczym szczególnym. By osiągnąć ten węzeł zakładasz na szyję złożony w pół szalik (jak do kotwicznego), przewlekasz tylko jeden koniec przez pętlę, a drugi przewlekasz dopiero po wcześniejszym skręceniu pętli o 180 stopni (to właśnie jest ten twist). Voila! Jest pięknie i z nonszalancją – wszystkie laski twoje (chyba, że poza fajnym węzłem na szaliku jesteś paskudnie brzydki i niezbyt wygadany).

Mikołaj Rej z racji wieku nosi się nieco zachowawczo

Pseudofular. Wiesz, o co chodzi. Oplatasz szalik dwa razy pod szyją, a to co zostaje z przodu wiążesz wysoko na podgardlu. Klasssa. Tak szalik wiązała ci mama, żebyś broń Boże się nie przeziębił w drodze na religię do salki katechetycznej (pamięta ktoś tu jeszcze te czasy?). A serio – to może fajnie wyglądać na szaliczuńkach faktycznie przypominających materiałem fular. No i przynajmniej nie są one fularem, a to zawsze jakiś plus. Ale na wełnianych albo „wełnianych”, mięsistych, płaskich i ciężkich szalikach wypełnia podgardle i, opadając sztywno pionowo, wygląda, jakbyś upozował się na hieratyczne egipskie bóstwo. Albo zawiązał pod szyją stułę, jeśli pogańskie metafory cię brzydzą.

Trudno sprawić, by szalik zawiązany jak krawat nie dominował twarzy… chyba, że się nosi kołnierzyk vatermorder z brązu

Four-in-hand czyli prosty węzeł krawata. Może się sprawdzić, ale wcale nie musi. Może zwłaszcza jeśli masz wielką głowę, która, co by się nie działo, zdominuje i tak wielki i bardzo wyraźy węzeł. Ale jeśli masz wielki łeb, polecam raczej inne sposoby dawania tego do zrozumienia innym: udział w teleturnieju albo doktorat na MIT wydają się całkiem ciekawymi alternatywami.

Na który z węzłów byś się nie zdecydował – musisz zawsze przestrzegać jednej reguły. Nigdy i pod żadnym pozorem nie przyznawaj się przed ludźmi, że sposób wiązania szalika jest tematem, któremu poświęcasz choćby minimum uwagi. Właśnie po to ja – cierpiętniczo – prowadzę ten blog: żebyś ty już nie musiał publicznie obnażać faktu, że tego nie wysysa się z mlekiem matki.

Redakcja uprzejmie dziękuje władzom i personelowi Królikarni – muzeum rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego za nieinterwencjowanie w trakcie podejrzanych praktyk na eksponatach.

Mądrości spod lodu

Prawdziwa elegancja wychodzi na jaw dopiero kilka stopni poniżej zera

Tak oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Od dawna mamy w Polsce dwie wiosny ( coś jakby przedwiośnie i przedlecie), dwie jesienie, w pięknej metaforyce określane złotą i szarą, a klimatolodzy jakoś nie zdecydowali się na zaznaczenie, że zimy też potrafimy mieć dwie. Przez ostatnie tygodnie prognozę na ulicach Sezamkowych w całym kraju sponsorowały syberyjskie wyże, z którymi przychodziło komfortowe ciśnienie i cudowne słońce na błękicie, ale mrozy demotywowały do życia ogólnie, a do wychodzenia z gorącej kąpieli w szczególności. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy za przysługi sąsiadów ze wschodu płacimy zbyt wysoką cenę. Na wątpliwe szczęście to już za nami, teraz nie mamy już słońca, błękitnego nieba, korzystnego biometu i mrozów, mamy za to zaspy, deficyt miejsc parkingowych, rynsztoki pełne szarej barei i w ogóle wszystko, co każe ciepło myśleć o największym Polskim wieszczu, Andrzeju Bursie i jego trafnych konkluzjach.

I tak już chyba na zawsze zostanie, że mimo moich najszczerszych starań i najwyższych ambicji, będzie to blog o ubraniach, bo, jak słusznie zauważyli lata temu copywriterzy jakiejś dżinsowej marki, w tym pięknym (z lotu ptaka) kraju wyzwanie to ubranie.

To chyba Pratchett kiedyś napisał, że Eskimosi mają 80 słów na określenie śniegu i żadne z tych słów nie nadaje się do przytoczenia. Dlatego skupię się na jasnej stronie mocy i napomknę o tym, co – przynajmniej mnie – trzyma przy życiu między styczniem a kwietniem. W okresie wielkich mrozów, kiedy już coś wypędzi mnie na dłuższą metę z domu, mam większą niż kiedykolwiek satysfakcję z bycia przyzwoicie ubranym. Przyzwoicie, to przede wszystkim do figury. Czuję się wtedy nie tylko atrakcyjniejszy (proszę przyjąć, że piszę to z dystansem i nutką autoironii) od średniej krajowej, która w okresie mrozów porzuca już nie tylko świadomość istnienia czegoś takiego jak elegancja, ale w ogóle porzuca łączność zmysłów ze światem, i zaczyna przypominać mniej wyluzowaną wersję Carollowskiego pana Gąsienicy. Czuję się też mądrzejszy.

Mądrzejszy, bo opanowałem prostą zasadę, że kiedy założę sweter na koszulę, a pod marynarkę, to wystarczy mi zwykły płaszcz albo kurtka z wizkozową podszewką, by mieć na sobie sześć warstw ubrania. Bawełna-wełna-wiskoza-flanela-wiskoza-wełna. Choćbyś obwiązał tiszerta i polar puchowymi poduszkami, nie osiągniesz lepszego efektu, a jeszcze będziesz mnie podziwiał, że nie wytrzymuję w takim cienkim ubraniu.

Mądrzejszy, bo nie jestem już w podstawówce i nie wstydzę się rajtek pod spodniami (dobrych, z merynosa, szukać należy w sklepach trekkingowych). Zwłaszcza, że o tym, że je noszę, wiedzą od teraz czytelnicy, a nie wie tego ulica (zadbaj o skarpetki co najmniej do pół łydki, żeby za łatwo się nie dowiedziała).

Mądrzejszy, bo Wiktor Suworow w książce Specnaz wyjaśnił mi, że w magazynowaniu ciepła przez dłuższy płaszcz, a nie przez osobne ogrzewanie nóg, tkwi sekret przekazywany przez mężczyzn od czasów neolitu.

Mądrzejszy może jeszcze tym, że noszenie butów na zmianę i dobra impregnacja (licówek – tłuszczem i woskiem, zamszaków – hydrofobami w spreju) oraz twój przyjaciel – desalter, czyli odsalacz – sprawiają, że naprawdę rzadko muszę się uciekać do butów trekkingowych (łączę je z dżinsami na zimowe spacery po lesie).

Wiele tych sekretów nie mam, ale na przyszły sezon planuję kilka nowych. Ponieważ, Mili Czytelnicy, jesteście klasą uprzywilejowaną względem tzw. ulicy, podzielę się z wami listą zakupów. Żadnego nie planuję już na ten sezon, naiwnie wierząc jak czterolatek, że dobry Pan Bozia wynagrodzi mi trudy i zimową deprechę gorącym latem o aromatach owoców z długim i dojrzałym finiszem i na wszystko to muszę być przygotowany. Tymczasem lista zakupów do zrealizowania do stycznia 2013.

Nieprawdą jest (a w każdym razie jest na mojej ulubionej Wikipedia List of Common Misconceptions), że przez pewne części ciała ucieka więcej ciepła, niż to wynika z matematyki. Ale przy 50-60 stopniach różnicy między tobą a otoczeniem, marznąć na kamień będzie wszystko, do czego dotrze powietrze. Trzeba więc nakryć głowę lepiej, niż kapeluszem albo kaszkietem. Dzisiejsi producenci czapek nie robią uszanek z prawdziwego futra, bo wymaga to osobnych maszyn do szycia i Bóg wie czego jeszcze. Dlatego szukać ich należy u kuśnierzy, których kilku powinno się dać znaleźć w każdym dużym mieście. U rzemieślników podział na sezony nie jest tak ewidentny, jak w sieciówkach, ale postaram się nie zostawić tego na kolejny syberyjski styczeń nad Warszawą.

W teorii getry nie powinny się zbytnio rzucać w oczy, a na pewno dadzą ciepło. Jak będzie w praktyce - może się przekonam

Radzenie sobie z suchym mrozem u stóp może się odbywać kilkoma metodami, z których najbardziej oczywiste są grube skarpety, a mniej – oldskulowe getry. Potrafią rozszerzyć asortyment butów, które nosisz bez ryzyka odpadnięcia kończyn, za cenę staroświeckiego wyglądu. W tej chwili myślę, że to reenactment, ale reenactment zrozumiały w kontekście pogody. Myślę, że kiedyś zaryzykuję, choć to na pewno nie jest dobre rozwiązanie na co dzień (por. efekt fulara).

Na pluchę za to jest chyba jedna odpowiedź: pokochać. Bodaj dwa lata temu byłem bliski rzucenia tym wszystkim i stwierdzenia, że skoro brytyjska rodzina królewska może chodzić w hunterach, to ja też mogę.  Dałem sobie jednak czas na przemyślenie i uznałem, że zero tweedowych garniturów w szafie to trochę za mało tweedowych garniturów w szafie, by nie wyglądać jak nastoletnia bloggerka-szafiarka, a jest to imydż, który mało mi konweniuje. Jest natomiast (jak już wspominałem) alternatywa, którą Amerykanie pakują w podróż do Europy: gumowe overshoes. Tanie na pewno są rozwiązaniem monumentalnie obciachowym, ale jeśli będą odpowiednio drogie – czytaj: nieczarne, w żywym, głębokim kolorze, ładnie wykończone, matowe i bez niepotrzebnych podlewek z formy, których nikomu się nie chciało usunąć – mają szansę łączyć przyjemne z pożytecznym. O ile da się je kupić w Polsce taniej niż samochód – biorę.

A skoro dobrnąłeś już tutaj – jeszcze jedna mała rada: im zimniej, ciemniej i błotniściej, tym większym sartorial heroism jest noszenie jasnych spodni. Oczywiście trzeba je prać po jednym założeniu, ale ta aryjska wściekłość, która ogarnia cię, kiedy ochlapie cię pierwszy samochód tuż po wyjściu z domu, ogrzewa lepiej niż kubek grzanego wina.

O dymie na chłodno

Aby przekonać się o zbawczym działaniu i aromacie tytoniu, należy wznieść się ponad wycieczkę do kiosku po fajki

– Odczucia debiutującego palacza przypominają te, które miewa się mając po raz pierwszy na nogach wyśmienite buty lub występując w uszytym na zamówienie garniturze – pisze Bernhard Roetzel w „Gentlemanie. Modzie ponadczasowej”. Zaiste, zwłaszcza sposób, w jaki opisał domniemane przyjemności z papierosów sprawia, że ma się ochotę biec do kiosku po byle jakie fajki. Jednak delektowanie się tytoniem to nieco większe wyzwanie i z produktami dostępnymi w polskich salonikach prasowych ma niewiele wspólnego, nawet, jeśli w grę wchodzą prestiżowe marki.

Dwie podstawowe nie-papierosowe formy tytoniu, które kojarzą się z pojęciem elegancji, to cygara i fajka. Sziszę w Polsce zawłaszczyła młodzież (i słusznie – jest coś z klimatu akademika we wspólnym ciągnięciu z jednego węża), tabaka to produkt raczej folkowy i – poza tabakierą księdza Robaka – z wysoką kulturą niewiele mający wspólnego. Żucie tytoniu jest raczej poza dyskusją, a snuss – kulturalna wersja tegoż, czyli wkładanie między dziąsło a wargę odpowiedniej porcji preparatu – to – w przeciwieństwie do Skandynawii – w Polsce prawdziwa rzadkość.

Cygara i fajka uchodzą za snobistyczne zupełnie zasłużenie. Jedno i drugie wymaga od palacza sporej ilości uwagi, która wyłącza go z biegu spraw dookoła. Fajka – dlatego, że trzeba ją odpowiednio nabić i targać ze sobą wszystkie akcesoria. Cygaro – głównie dlatego, że wydzielany przez nie aromat myli się większości niepalących go z dymiącym się torfem, smrodem pożaru w stajni albo czymś równie romantycznym. Jedno i drugie wymaga uwagi przy paleniu, a dochodzenie do wprawy może trwać latami. Wreszcie – jedno i drugie wyglądać może pretensjonalnie, zwłaszcza u młodych mężczyzn, którzy wyglądają na nienaturalnie postarzonych (co nazwałbym efektem fulara).

Czego nie piszę po to, by kogokolwiek zniechęcić. Przeciwnie, tytoń to wspaniała używka, ale pod warunkiem, że wyprodukowano go z liści tytoniu, a nie z niesprzedanej w warzywniaku kapusty albo wygrzebanych na śmietniku kwiaciarni syntetycznej rafii i liści chryzantemy. Powszechnym błędem początkujących palaczy jest za to traktowanie każdego wyrobu tytoniowego jak papierosów, z czego biorą się później rozczarowania cygarem (plus zieloność twarzy i womit), zwęglone cybuchy fajek, poparzenia ust, a nawet smród spalonej marmolady w mieszkaniu po wypaleniu sziszy. Aaaby tego uniknąć, rozważ wzięcie pod uwagę następujących wskazówek:

Po pierwsze, nie kupuj tytoniu byle gdzie. Cygara należy kupować wyłącznie w sklepie wyposażonym w humidor, czyli skrzynkę lub pomieszczenie utrzymujące odpowiednią wilgotność i temperaturę. Skoro czytasz ten tekst, sam zapewne jeszcze humidora nie masz; staraj się więc wypalić cygaro w niedługim czasie po zakupie (czasie liczonym w dniach, nie tygodniach). Jeśli chodzi o tytoń fajczarski, jest nieco łatwiej, bo jest on szczelnie pakowany i wilgoć ze środka nie znika tak prędko. Wybierz za to sklep, gdzie prawdopodobnie zaopatruje się więcej fajczarzy, a nie osiedlowy spożywczak, którego właściciel, raz, na próbę, pięć lat temu wziął dwie torebki amphory albo poniatowskiego i teraz czeka, aż mu to jakiś frajer kupi. Jeśli czeka na frajera – niech nie znajdzie go w tobie, co?

Po drugie, skoro już jesteś w specjalistycznym sklepie, nie wahaj się prosić sprzedawcę o radę. Parafrazując, zapewne Lincolna lub Twaina, lepiej zapytać i uchodzić za głupca, niż nie zapytać i rozwiać wątpliwości.

Po trzecie, uwzględniając powyższe założenie, podchodź ostrożnie do wszelkich autorytetów, a zwłaszcza osoby na tyle bezczelne, by nie znając cię, zwracać ci uwagę na błędy w paleniu (on już wie, o kim mówię). Prawdziwa pasja to wypadkowa wiedzy teoretycznej, mądrości wynikającej z doświadczenia i inteligencji. Mając – jak zakładam – przynajmniej jeden z tych atrybutów, powinieneś umieć odnaleźć go u innych. Niezawodnym sygnałem ostrzegawczym jest stosowanie do hobby terminów z zakresu religioznawstwa, takich jak „mistyka”, „ceremoniał”, „kultowy”, a zwłaszcza „profanacja”. Ta złota i syntetyczna zasada, którą zezwalam odtąd nazywać moim nazwiskiem, dotyczy cię zarówno jako potencjalnego odbiorcy, jak i nadawcy tego typu komunikatów.

Do zasad, którymi chętnie dzielą się „wtajemniczeni” (termin religioznawczy, a jakże) należy apodyktyczny zakaz zaciągania się. Zauważyłem, że osoby mądre nie są tak stanowcze: i cygarem, i fajką, możesz się zaciągać do płuc, ale nie musisz i lepiej nie zaczynaj od tak zdecydowanych posunięć. Nikotyna wchłania się przez śluzówkę w ustach, aromat obierany jest smakiem i węchem. Dalsze inhalacje nie są konieczne.

W cygarach sztuką jest „zaledwie” wybór, w fajce – ubicie. Jedno i drugie ma zapewnić właściwy transport powietrza i dymu w kierunku ust i podsycenie żaru. Nie pakuj tytoniu do fajki na siłę. Ubijaj lekko i kilkukrotnie. Sprawdzaj organoleptycznie. Użyj zapałek (na konkursach fajczarskich dają przeważnie po dwie). Pierwsze, fałszywe podpalenie ma lekko unieść tytoń. W cygarze to samo osiąga się, obracając przez chwilę koniec cygara nad płomieniem zapałki. Oba w jakiś tajemniczy dla mnie sposób przygotowują tytoń do równomiernego rozżarzenia się, które jest warunkiem koniecznym równego palenia. Dopiero potem, zaciągając się, dostarczasz odpowiednią ilość tlenu by wilgotne liście faktycznie zaczęły się palić. Upewnij się, że żar jest wyraźny i równomierny.

Teraz zaczyna się ekwilibrystyka: warunkiem przyjemności z palenia jest podtrzymanie żaru, ale na takim poziomie, by wysoka temperatura nie poparzyła ust. Alkohol schładza się, żeby jego smak przestał być taki inwazyjny. Z tytoniem jest odwrotnie: gorący robi się bezsensowny i powoduje cierpienie. A przecież to właśnie lekiem na nie ma być dymek. – Zapal sobie w każde święta, pal spokojnie, leż i stękaj – by zakończyć jak rozpocząłem, cytatem z klasyka.

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.