Słowniczek butofila

Znacznie ważniejsze od umiejętności nazwania konkretnych modeli butów jest wyczucie, co kiedy należy i po co jest

Zgodziliśmy się już, że sześćset par butów to przegięcie, a jedna czy dwie to zdecydowanie za mało. Żeby znaleźć złoty środek, warto pomyśleć chwilę, z jakich elementów składa się nasza wymarzona szafa. Łatwo spotkać klasyfikację ponadczasowych modeli butów; zawiera ją pewnie każda książka dla „współczesnych dżentelmenów”, jak np. Gentleman. Moda ponadczasowa – klasyczna pozycja niemieckiego autora Bernharda Roetzela. Nie wyczerpują one niestety tematu i ja też nie zamierzam, ale w końcu, podobno, strój jest kodem sygnałowym, należy więc rozumieć poszczególne sygnały, prawda?

Ten glosariusz nie nauczy cię mówić o butach jak znawca, ale może dać lepsze rozeznanie, jeśli chodzi o pytania co, z czym i dlaczego.

Angielki (derby) – podział sznurowanych butów na derby i oxfordy powoduje wiele zamieszania, bo zawsze ktoś coś pomyli albo zapomni wytłumaczyć, co to jest przyszwa. A jest to ten kawałek skóry, na którym znajdują się dziurki do sznurówek, i która może być wszyta pod spód skóry formującej zasadniczą część buta, albo naszyta na wierzch. W slangu – odpowiednio – zamknięta i otwarta. Jeśli szew idzie po zewnętrznej, czyli w tym drugim przypadku, mówimy o angielkach. Takie naszycie przyszwy trochę zakłóca naturalną smukłość modelu, są trochę mniej slim, jakby bardziej codzienne czy robocze. Zapewne z tego powodu można powiedzieć, że są mniej formalne. Pewnie ujdą do garnituru do pracy, ale na uroczyste okazje raczej szukaj czego innego.

Wzór na nosku odbiera butowi formalność, a wzamian zostawia lans. Fot Rainer Ersfeld/CC-by-SA/Commons

Ażurowanie – możesz czasem (po prawdzie, to w dobrych sklepach dość często) spotkać wzory ułożone z dziurek w skórze. Dziurki zrobione są przeważnie w osobnym, naszytym kawałku skóry, który może być zakończony prosto (w poprzek stopy) lub w kształt wingtip, wycięty jakby w skrzydełka. Ten ostatni rodzaj buta, jeśli do tego ma zamkniętą przyszwę i ażurowane krawędzie poszczególnych elementów skóry, nazywany bywa full brogue i – w kolorze koniakowym – uważam go za ukoronowanie butofilskiego świata (dlatego jeszcze ich nie mam – „tych jedynych” szuka się latami). Wersja angielkowa, czyli z otwartą przyszwą, moim zdaniem ma poważnie zaburzoną harmonię, ale wiele firm produkuje takie buty z dumą. Ażur na butach odbierze formalność wszystkiemu, czego dotknie, więc raczej używaj ich do nadania swojemu casualowi wymiaru smart, niż do urozmaicania swojego biznesowego albo formalnego wizerunku. Klasyczne full brogue są słusznie uważane za genialny wybór do spodni z ciężkich tkanin, jak flanela.

Kalosze – w zgodnej opinii miriadów źródeł na internetach, to właściwa nazwa gumowych overshoes, czyli nakładek na (eleganckie) buty. Nie najpiękniejsze, za to nasze, panie, krajowe, recenzował niedawno na blogu Mr. Vintage. Noszenie gumy na butach może wydawać się idiotycznym pomysłem, ale spójrz na to z tej strony: mieszkamy w Polsce. Chlapa na ulicach nie jest tu niczym niecodziennym, a jeśli założysz na buty dobrą gumę, i tak będziesz miał na nogach coś jakościowo lepszego i ciekawszego, niż większość populacji. Obiecująco wyglądają kaloszki Tingleya, są też stosownie droższe od rodzimych. Których byś nie wybrał, pamiętaj, żeby zdjąć je zaraz za progiem dowolnego pomieszczenia, które nie jest autobusem.

Nazwa penny loafers wzięła się od noszenia monet za paskiem buta, ale po co? Fot. JM Weston

Loafers – jeśli od kwadransa patrzysz na wybraną parę butów i dalej nie możesz ustalić, czy mają zamkniętą, czy otwartą przyszwę, sprawdź najpierw, czy w ogóle są sznurowane. Jeśli nie są – to zapewne loafersy. Jeszcze pół roku temu na forum bespoke.pl obowiązywała na nie nazwa mokasyny, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mokasyn to nie tylko styl, ale i konstrukcja buta. Loafersy to po prostu wsuwy męskie. Wśród nich wyróżnia się np. penny loafers (pensowe) z paskiem skóry w poprzek stopy blisko łydki. W droższych modelach zdarza się, że pasek ten jest zrobiony ze skóry podeszwowej, co dodaje całości solidnego charakteru i dobrze kontrastuje ze smukłością buta. Inny ciekawy rodzaj loafersów to tassel, but z dzyndzelkami (ze zrozumiałych względów staropolszczyzny mi się zachciewa i postuluję tu nazwę wsuw męski kutasowy), doskonale pasujący stylem do amerykańskiego akademickiego smart casual – spodni z zaszewkami, koszulą z oxfordu z kołnierzykiem na guziczki, krawatem i tweedową marynarką. Loafersy w zależności od tego, jak są filigranowe i zwiewne, pasują do zestawów albo typowo letnich, albo po prostu niezimowych, czyli od wiosny do złotej jesieni. Ich zgodność z garniturem trudno rozsądzić a priori, ale w większości formalnych zastosowań w razie wątpliwości postaw na „nie”.

Mniszki (monkstraps) – drugi typ klasycznych niesznurowanych butów to buty zapinane na klamerki, przeważnie sztuk raz lub dwa. Jeden z genialnych sposobów odróżniania swojego dżinsowego wdzianka od tysiąca innych dżinsowych wdzianek na ulicy. Nie żebym był dżinsowdziankowcem, ale to może być mój kolejny zakup obuwniczy z kategorii pierwszej, czyli drogich. Podobnie jak loafersy, odnajdą się z całą gamą spodni typu chinos, są też dość wielosezonowe. Podejrzewam, że niektórym wyjątkowo źle wyedukowanym typom mogą się kojarzyć z butami na rzepy, że niby nie umiesz wiązać sznurówek czy coś, więc zażyj podwójną dawkę Fukitolu przed pierwszym wyjściem w nich na miasto.

Powiedzenie "prosty jak konstrukcja mokasyna" ma swoje uzasadnienie. Rys. Tim Keding/GFDL/Commons

Mokasyny – butki, czasem wręcz kapciuszki, w których noga otulona jest ze wszystkich stron tym samym kawałkiem skóry (przeważnie zamszu). Nie bez racji nazywają się tak z języka Indian, ludzi znanych raczej z niskiego poziomu technologii – wymagają przeszycia dosłownie w dwóch miejscach. Lubię je, tak jak lubię fotografię otworkową – są w pewnym sensie powrotem do korzeni całego tego obuwniczego halo, do czasów, kiedy Adam orał, a Ewa prządła i oboje potrzebowali czegoś na nogi. Oraz za to, że są butami z kategorii „tanie”, więc możesz ich mieć pińcet: czerwone, żółte, zielone i błękitne, czego dusza zapragnie. Często na mokasynkach znajdziesz zamiast podeszwy kołeczki – to tzw. driving mocs, czyli mokasyny do prowadzenia auta. Legenda mówi, że to właśnie temu zastosowaniu zawdzięczają one nietypową podeszwę, co wydaje mi się częściowo prawdopodobne. Podeszwa w takich butach wychodzi za piętę i to niewątpliwie pomaga w prowadzeniu, bo buty nie niszczą się tak bardzo, kiedy spoczywają na pedałach. Ale te kołeczki? Jedyne, z czym mi się kojarzą, to dziurkowane pedały Ferrari. Tylko że do ważnych umiejętności sportowego kierowcy należy szybkie zrzucanie nóg z pedałów, a kołeczki w dziureczkach raczej to utrudniają. Mr. Vintage składa je na karb rdzennie amerykańskiego dziedzictwa, co traktuję z lekkim pobłażaniem, choć to ostatecznie tłumaczenie dobre jak każde inne.

Sznurówki – pięć dziurek na nie to wierzchołek krzywej Gaussa, na którym zatknięta jest chorągiewka z napisem „klasyka”. Wszystko niżej i wyżej osuwa się w nieformalność, ale pomyśl o angielkach Jamesa Bonda na dwie dziurki.

Trzewik – przyjęta na forum bespoke, ale chyba jakoś szczególnie nie powszechna, nazwa butów z niewysokimi cholewkami. Obowiązują tu wszystkie warianty pantofli – wiedenki, angielki, golfy, czyli buty ażurowane itp. Można rozważać, czy są równie formalne, co ich niskie odpowiedniki, ale kiedy piszę te słowa, za oknem jest – (minus) 18 stopni i takie roważania raczej polecam mieć gdzieś (poza szczególnymi wyjątkami, kiedy dopasowanie do okazji jest naprawdę dużo ważniejsze, niż minimum komfortu termicznego).

Wiedenki (oxford) – buty z zamkniętą przyszwą. Czarne, bez ażurowych zdobień na nosku, powinny być pierwszymi dobrymi butami w każdej szafie, tak, jak ciemny, prosty i klasyczny garnitur musi być pierwszym garniturem. Co mówię z pełną świadomością, że dla wielu jest to zestaw zakładany raczej kilka razy do roku na ważne uroczystości i – od biedy – w poszukiwaniu pracy. Po prostu są to klasyczne buty (i klasyczny garnitur), które powinien mieć każdy niezależnie od tego, jak nieklasyczny, dżinsowy i tiszertowy jest na co dzień.

Zamsz – czyni nieformalnymi każde formalne buty, które naśladuje. Czarne zamszowe wiedenki bez ażuru… na miłość boską, po co mógłbyś chcieć coś takiego? Ale już brązowe zamszowe golfy są bardziej weekendowym odpowiednikiem brązowych golfów ze skóry licowej. Zamsz ma trzy genialne cechy: mechata faktura doskonale gra światłem i świetnie komponuje się z innymi widocznymi fakturami (np. z dżinsem, tweedem, bawełnianym diagonalem); wygląda fajnie we wszystkich kolorach, które na skórze licowej daje wrażenie ekstrawagancji i pozwala zamienić godziny polerowania na sekundy szczotkowania i pryskania sprejem. Jednak na zamszu nie osiągniesz nigdy – niespodzianka! – lustrzanego pomysłu, dlatego dla miłośnika tego ostatniego (a ja się do takowych zaliczam), jest to trudny kompromis.

Prawidła dotyczące butów

Wielu nie wyobraża sobie zakupu butów przez internet, ale nie taki diabeł straszny, jak go wyświetlają na monitorze

Niedawno dotarła. Moja pierwsza para butów kupiona wysyłkowo. I to nie na znanym portalu aukcyjnym z opcją odbioru osobistego w Warszawie, ale kupione z dalekiego kraju z transportem kurierem do Polski buty, których wcześniej na oczy nie widziałem. Do tego zamawiane w śmiesznym i obcym języku (Francuzi mówiący po angielsku – hi, hi). Udane zamówienie nie czyni mnie jeszcze ekspertem od kupowania butów, ale daje jakieś podstawowe doświadczenie, którym mogę się podzielić i uprawomocnia przynajmnej część tego, co o wysyłkowym handlu tymi cudami wiedziałem ze słyszenia.

Nie warto bać się kupna butów przez internet w jednej z francuskich, angielskich, włoskich albo hiszpańskich nawet firm. Nie mówię o zastrzeżeniach wobec uczciwości sklepu – to osobna sprawa, ryzyko bycia nie tyle oszukanym, co źle obsłużonym, istnieje zawsze. Wiele osób ma problemy związane z doborem rozmiaru buta. Oczywiście mi łatwo powiedzieć – mam dość wąską, w miarę normalną stopę (i w ogóle cały jestem dość wąski, ale w miarę normalny, przynajmniej pod względem fizycznym), więc może są tacy, co mają trudniej. Ale póki jesteś w stanie wejść do sklepu i znaleźć buty, które ci pasują, prawdopodobnie jesteś też w stanie generalnie dobrać jakieś buty od uznanych producentów przez sieć.

Jak zauważył jakiś geniusz, stopa ma długość stopy. Fot. eightdesignsboutique.com

Zacznij od tego, który numer faktycznie nosisz – jeśli będziesz kupował buty w tym samym rozmiarze zdalnie, będziesz znacznie częściej trafiał, niż nie. Pamiętaj też o zasadzie, którą powtarza się małym dzieciom w odniesieniu do dzikich zwierząt: one bardziej boi się ciebie, niż ty ich. Podobna reguła musi dotyczyć wysyłkowych sklepów z butami – brzmi to jak banał, ale im zależy na zadowoleniu klienta i będą starali się ci pomóc, na czele z wymianą numeru na lepszy. Oczywiście, lepiej jej unikać, biorąc pod uwagę ceny przesyłek przez kontynent, ale zastanów się, jakie masz alternatywy, przemnóż różnicę w cenie przez prawdopodobieństwo złego dopasowania i wyciągnij wnioski.

W Polsce bowiem wciąż dojmująco brak tego, czego wszyscy szukamy – towarów ze średniej półki. Luksusów oczywiście ci u nas dostatek – w dwóch butikach przy placu Trzech Krzyży w Warszawie można spokojnie kupić naprawdę śliczne buty za dwa tysiące, jedna z ekskluzywnych sieci sprzedaje renomowane Crockett and Jones w cenie nie zawsze różniącej się od zachodniej. Gorzej, że inne buty, dostępne w jednej z warszawskich galerii w dziwnym butiku „wszystko w jednej cenie”, kosztują tyle, że można by równie dobrze lecieć po nie samolotem do Paryża. Zatem wybór nie dość, że niewielki, to jeszcze pełen kompromisów moralnych dotyczących karmienia ludzi, którzy grają z nami w bambuko tzw. odwróconym marketingiem. Nie mnie chodzić ich stroną ulicy.

Tysiąc złotych wydane na parę butów w Paryżu czy Londynie będzie zatem prawdopodobnie lepiej zagospodarowane, niż ta sama kwota zostawiona w Polsce. Czego szukać? Kilka poniższych wskazówek będzie pełnych uproszczeń, o których wybaczenie proszę uprzejmie znawców tematu. Uproszczenia służą nie tylko zamaskowaniu mojej niewiedzy, lecz także mają w ogóle ułatwiać kupienie jakichkolwiek butów dobrej jakości. Generalnie bowiem im dokładniej oglądasz, tym więcej wad widzisz, warto więc zawsze lekko zmrużyć oczy – w kupowaniu butów nie chodzi przecież o to, by całe życie czekać na tę jedyną… parę, prawda?

Tak wygląda "maszynowa" praca przy produkcji butów metodą Goodyear'a. fot. chestofbooks.com

Otóż, w uproszczeniu – buty szyte są lepsze niż klejone. Najpopularniejsza metoda szycia maszynowego to Goodyear welt, czyli sztuperowane (szew łączący but z podeszwą jest widoczny od zewnątrz) buty na skórzanej lub – rzadziej – gumowej podeszwie. Większość przyzwoitych firm, na które natrafisz, posługuje się tą metodą, a jedną z jej zalet jest łatwa wymiana zużytego spodu. Inne metody szycia to np. blake czy Bologna. Na dobrą sprawę nie musisz ich w ogóle rozróżniać – wystarczy, że będzie to któryś z nich, czyli buty nie będą klejone (co, oczywiście, nie musi oznaczać, że każde klejone buty są złe. Jak widać masa tu zastrzeżeń i wyjątków). Generalnie – szycie butów wydłuża żywotność i zwiększa jakość.

Zarówno je, jak i estetykę, podnosi też wysoka jakość skóry. Ofiarne cielątka przekazują swoją na wysokiej jakości buty wyprawione według wielu różnych metod, o których nawet nie zamierzam czytać, żeby nie robić sobie śmietnika w głowie. Może za dziesięć lat… Szukaj skóry oznaczonej jako full grain, czyli takiej, z której usunięto tylko sierść. Kiedy już znajdziesz i odkryjesz, że jest za droga, druga w kolejności jest top grain – korygowana tam, gdzie na skórze było zbyt dużo niedoskonałości, jak ślady po wypalonych pieczęciach, drucie kolczastym czy insektach. Jest to dalej naturalna skóra, ale jej faktura nie musi odwzorowywać „linii papilarnych” cielaczka, a prędzej wzór na jakiejś prasie czy jak-to-się-tam-robi. Unikaj corrected leather – robią ją ze skóry zmielonej razem z budą, ropy naftowej, resztek pizzy po piątkowej imprezie informatyków w akademiku, złomowanej karoserii dwudziestoletnich daewoo i chińskich łańcuchów choinkowych z recyklingu.

Buty nabierają kształtu na kopytach. Na tych samych można zrobić sznurowane wiedenki, wysokie trzewiki czy wsuwane loafersy. Fot. Shoeschool.com

Każda z tych informacji – o rodzaju skóry czy konstrukcji – może, lecz nie musi być łatwa do znalezienia. Koniec języka za przewodnika. A skoro już pytasz, warto przy kupowaniu butów ustalić, na jakim kopycie zostały zrobione. Lepsi producenci często udostępniają informację o tym, na jakim modelu „stopy” formującej but został zrobiony dany okaz. Kopyta mogą mieć numery, jak u Crockett and Jones albo nazwy, jak u Carminy i – wspaniała wiadomość – jeśli przymierzyłeś już jeden but na danym kopycie, to jakbyś przymierzył je wszystkie. Możesz oczywiście chcieć buty wsuwane o pół numeru mniejsze, niż sznurowane, ale długość ani tęgość nie powinny cię zaskoczyć. Do tego internauci wymieniają się czasami swoimi obserwacjami dotyczącymi kopyt, więc jeśli chcesz dodatkowej pewności – guglaj! Angielski termin last, oznaczający właśnie kopyto, może być tu pomocny.

I nie bój się zakupów przez internet. Zwrot może kosztować kilkanaście euro, ale jest to ryzyko, które warto czasem podjąć.

Buty, głupcze!

Ile dżentelmen ma par butów i z czego? Dżentelmen ma tyle par butów, ile da radę kupić, z czego większość skórzanych

Brak tematu o butach mógł się już rzucić w oczy niektórym czytającym koneserom. O ile bowiem prawdą jest, że powinno się ubierać, żeby żyć, a nie żyć, żeby się ubierać, to niezależnie od wybranej drogi ubieramy się po to, żeby wytworzyć między kostkami nóg a szyją jakiś poziom napięcia, spajającego dwa podstawowe elementy: twarz i buty. W tej właśnie kolejności.

Buty to podstawowy środek do odróżniania mężczyzn od „facetów”, „chłopaków” i różnej innej maści „kolesiów”. Każdy, kto kiedykolwiek przyjrzał się bliżej tematowi, dochodzi w końcu do tego samego wniosku: buty są jak Polska – są najważniejsze. Głupcze.

Nie ma takiego zestawu ubrania, które jest butoodporne, czyli nie da się go spieprzyć przy użyciu brzydkich, brudnych lub źle dobranych butów. Zapewne są za to jakieś zestawy ubrań, których nie da się naprawić doskonałym obuwiem (obstawiam tylko bojówki i polar). W Polsce wyróżnianie się butami jest bardzo łatwe; wszyscy zakładają do każdego zestawu buty sportowe, oprócz może nowej klasy średniej, która preferuje buty do górskich wędrówek. Jest tym łatwiej, że znakomita większość twoich znajomych, kolegów z pracy i przedstawicieli obmierzłej grupy mężów atrakcyjnych koleżanek, ma tylko jedną parę butów, „wielosezonową” i na każdą okazję. To dwa pierwsze nawyki, z którymi należy zerwać.

Nawet kobiety, które coś tam o butach wiedzą, bywają zbulwersowane, kiedy producent poucza je, by nigdy nie nosić jednej pary dwa dni z rzędu. Ta zasada nie powinna zaś wzburzać nikogo: każdy but potrzebuje odpoczynku, co potwierdzą zwłaszcza piechurzy: stopa i jej otoczenie to trudne środowisko pracy, od wewnątrz na buty działa ogromna ilość pary, od zewnątrz – napięcia mechaniczne i tzw. przez inżynierów czynniki środowiskowe, czyli wilgoć, deszcz, drobinki ziemi i kamieni. Ja bym chciał po czymś takim odpocząć, warto więc pozwolić na to i butom. A zatem: co najmniej dwie pary.

Ta uwaga brzmi nieco abstrakcyjnie. Dwie pary butów? A gdzie miejsce na zmianę stylu, pogody, planu dnia? Nawet jeśli nie masz w szafie smokingu, a jedynie jeden uniwersalny, ciemny garnitur wieczorowy, wstyd nie mieć do niego osobnych, ładnych czarnych pantofli. Dwie pary to minimum butów na co dzień. Ale minimum to stanowczo za mało. Z drugiej strony porządne buty potrafią kosztować pensję albo dwie (w zależności od butów i od pensji), więc kolekcja godna Roberta Kozyry (który, nawiasem mówiąc, udowadnia, że liczba par, nawet zawrotna, to jeszcze nie wszystko) nie jest taka łatwa do zgromadzenia. Rozwiązanie tego dylematu czai się w podręczniku do matematyki dla drugiej klasy szkoły podstawowej: buty dzielimy na drogie i tanie, a kupować należy z obu tych półek.

Przypomnij sobie zasadę Pareta. A teraz wyobraź sobie szafkę na buty, wśród których dwadzieścia procent najdroższych, kupowanych przez lata (i wystarczających na lata) modeli pochłonęło 80 procent budżetu, który posłużył do wypełniania tej szafki. W garderobie o wartości dziesięciu tysięcy złotych (nie musisz ich wydawać od ręki) masz osiem par butów o wartości tysiaka i czterdzieści par bucików o wartości… no dobra, przyznaję – wybrałem kwotę 10 tysięcy, żeby łatwiej mi się liczyło, ale liczyć i tak mi się nie chce. Reguła Pareta is more like guideline anyway – fajną kolekcją butów wydaje mi się taka, w której kilka klasycznych modeli na pięknym kopycie, błyszczących i ponadsezonowych, uzupełnianych jest przez paletę „kapciuszków” (np. zamszowe mokasynki na kołeczkach – driving mocs, buty pokładowe – deck shoes, chukka – sam długo myślałem, że po polsku to osiołki) itp. Te ostatnie mogą być we wszystkich kolorach tęczy, wygrzebane z koszy na wyprzedaży i kupione z myślą „a co mi tam” – przecież jeśli będziesz ich miał dwadzieścia par, każde założysz góra kilka razy do roku. Ale to one odpowiedzialne są za wrażenie przepastnej szafki z butami.

I za coś jeszcze. Przez ostatnie lata wzrastałem w przekonaniu, że dobre, doskonałe, drogie, klasyczne i ponadczasowe buty to coś, na co zwracają uwagę wszyscy. A zwłaszcza kobiety. „Buty – zęby – paznokcie, w takiej kolejności” – mówili. Guzik prawda. Kiedy po raz pierwszy szlifowałem bruk w nowych penny loafers od J.M. Westona, butach pięknych i renomowanych, szedłem chyba z pół metra nad ziemią, patrząc wszystkim w oczy, szukając w nich tego podziwu. I doczekałem się go… następnego dnia, kiedy przyszła kolej na czerwone zamszowe kapciuszki, bezfirmówki z outletu za raptem kilka złotych.

Co, oczywiście, nie przeczy tezie numer jeden: buty naprawdę są w stanie w pojedynkę zmienić wydźwięk całego zestawu, a ładne buty noszone konsekwentnie – całego osobistego stylu. W to nie można przeinwestować. Jednak jeśli spodziewasz się otwartych hołdów i nabożnych spojrzeń, oczekuj ich raczej ze strony garstki innych koneserów, niż ogółu napotkanych niewiast. Uprzedzałem.

Bez względu na to, który wariant stylu przyjąłeś – zostajesz przy dżinsach, czy uderzasz w garnitury (lub odwrotnie), zacznij od butów i zawsze traktuj jak szczególny segment swojej garderoby, a jeśli masz dopieszczać tylko jeden – niech to będzie właśnie ten. To na nich wszystko stoi – dosłownie i w przenośni.

Zasada Pareta trzymana w szafie

Zostałem ostatnio skonfrontowany z dość wysokim poziomem wiedzy o ubieraniu się: dobór koloru krawata do włosów, a marynarki do karnacji. Jestem trochę przerażony, bo nie znam tych zasad i nie chce mi się ich wkuwać

Na forach, ale na szczęście także poza internetem, można przy odrobinie wysiłku spotkać ludzi, którzy podjęli już swoją „dorosłą” decyzję o przejściu na nowy – moim zdaniem wyższy – poziom ubierania się, a teraz szukają drogi do upragnionego celu. Dobrym pomysłem jest, by robić to z głową i najpierw poczytać coś, choćby na sieci, a dopiero później kupować marynarki i drogie buty. Kiedy jednak zacznie się czytać jedne źródła, a potem weryfikować je u drugich, można pożegnać się z planami zakupowymi, a przywitać – ze schizofrenią.

Zasad jest milion. Jedne mówią o poziomie formalności i dostosowaniu stroju do okazji. Inne – o koordynacji kolorów. Kolejne – o obowiązkach dżentelmena (to musisz mieć koniecznie do pracy, tamto, na spacer po lesie, a jeśli nie spacerujesz, to nazwij „wsią” Łazienki albo cmentarz na Wszystkich Świętych). Bardzo spójny wykład obowiązkowej garderoby dał Macaroni  Tomato, ale i jemu się oberwało: jak można polecić granatowy garnitur osobie o typie karnacji „przedwiośnie” albo „miedź”!?

Miałem ten luksus, że kiedy kupowałem pierwsze marynarki, tego typu rad w polskim internecie zwyczajnie nie było, dzięki czemu w ogóle byłem zdolny coś kupić. Nie były to oczywiście najlepsze inwestycje w tekstylnym świecie, ale gdybym z moją pewnością siebie latał wcześniej sto razy z pytaniem o każdą najmniejszą część garderoby, żeby zbiorowa mądrość oceniła ją należycie, pewnie dalej chodziłbym w bluzach, jak w liceum.

Bo zasad rzeczywiście przez kilkaset lat przechodzenia od cuillotes i kontuszów do jednorzędowego garnituru z krawatem – narosło tysiąc. Jeśli będziesz je próbował wcielać w życie wszystkie i od razu, uwzględniając przy tym realistyczny budżet, sfiksujesz. Na szczęście, jak często w życiu, także i tutaj działa reguła Pareta, która w tym wypadku upomina, że przestrzeganie 20 procent tych zasad odpowiada za 80 proc. efektu. Wystarczy ułożyć te zasady w hierarchię.

A nie jest to ta sama hierarchia, która porządkuje dress code od smokingu z orderami w dół aż do tak codziennych, plebejskich ubrań, jak tweedowa marynarka z chinosami i mokasynami. W moim zestawieniu, myślę, że niezbyt kontrowersyjnym, lista wygląda następująco:

1. Na pierwszym miejscu na pewno dopasowanie. Spójrz w lustro jeszcze raz: jeśli miejsce wszycia rękawów t-shirta masz na wysokości bicepsa, to może powinieneś nosić rozmiar mniejsze? Jeśli twoje jeansy notorycznie strzępią się od tyłu na dole, to nie urok materiału, tylko przesadzona długość. Skoro już przy tym jesteśmy, naprawdę nie ma powodu, żeby rękaw marynarki zasłaniał dłoń i spadał aż do kciuka, jak wierzą wciąż sprzedawczynie w staromodnych sklepach.

2. Z trzech definicji stylu, które zebrał do kupy wielki historyk sztuki Jan Białostocki, najważniejszą jest chyba dopasowanie formy do treści. On nazwał to chyba definicją modalną, ale my nie musimy. Jeśli więc musisz chodzić do pracy w garniturze – nie po raz pierwszy powinieneś czuć się szczęśliwcem: masz łatwo. Jeśli nie musisz – zadbaj, żeby twój casual wyrażał coś poza  „mama nic mi nie wyprasowała, więc na złość jej wyszedłem w piżamie”.

3. Drugą definicją stylu Jana Białostockiego jest „jednolitość jakości artystycznych w obrębie dzieła”. Czy trzeba tu coś dodawać? To nieprawda, że wszystkie buty pasują do dżinsów, jest natomiast prawdą, że złe i brzydkie buty potrafią zepsuć najlepszy garnitur. Prawdą jest też, że gdyby Diabeł z niesmakiem lub bez przekonania ubierał się u Prady, nie zrobiłby większego wrażenia na redakcji Vogue. Noś to, w czym czujesz się dobrze, chociaż niekoniecznie doskonale od pierwszego razu. Pamiętaj o zasadzie hipernadrzędnej: nie tylko whisky jest smakiem nabytym.

Trzy podstawowe zasady i ani słowa o noszeniu jakichś konkretnych ciuchów. No, za wyjątkiem dygresji o garniturowcach, którzy zresztą przecież też się w końcu przebiorą w coś, w czym można wziąć kota na kolana albo postać przy grillu. Oczywiście, te trzy zasady to jeszcze nawet nie 20 procent wszystkich istniejących (wiedziałeś, że kieszonka biletowa z patką obniża formalność marynarki o dwa poziomy, a buty sznurowane na pięć dziurek są bardziej klasyczne od tych na cztery?), ale przyłóż się do ich stosowania, a możesz mieć pewność, że urośniesz o 80 proc. ponad poziom ulicy.

O pożytkach z dorosłości

„Cześć mała, masz chłopaka? Tak? A mogłabyś mieć mężczyznę”. To najlepszy z tekstów na podryw, jakie znam i często go stosuję.

Powiem od razu: nie sprawdzałem, czy działa, bo jako mężczyzna żonaty, nie mam na tym polu gigantycznych ambicji. Ale chyba byłby dobrym początkiem znajomości: jest dowcipny, zaskakujący i intrygujący. Jeśli masz taką potrzebę, sam wypróbujesz. Pamiętaj tylko o jednym: one lubią mówić „sprawdzam”, a kiedy już to się stanie, nie ma przestrzeni na blef. Dlatego rzeczywiście warto wyglądać i zachowywać się jak dorosły.

To oczywiście świetna wiadomość: kiedy tylko zechcesz się przekonać, że przyzwoita marynarka nie jest ani trochę mniej komfortowa, niż bluza z kapturem, wyprzedzisz o dwie długości boiska szary ogół gości w średnim wieku, którym garnitur kojarzy się ze smutnym obowiązkiem uniformizacji dwa razy do roku.

Przyznałem się, że rzadko podrywam dziewczyny, ale o sile wyglądania jak mężczyzna przekonałem się osobiście. Miałem wtedy dwanaście lat i w najlepsze trwała moja nieszczęsna kariera harcerska (cztery lata „w strukturach” w ogóle przekonały mnie do uniformizacji, nie ja jeden zresztą chyba tak mam). Któregoś razu nasza drużyna zorganizowała wieczornicę z okazji dnia kobiet, które w drużynie mieliśmy, ale profilaktycznie trzymaliśmy je w oddzielnym zastępie. Ustalone zostało, że ubierzemy się jakoś tak bardziej elegancko.

Nie wiem, skąd tego wieczoru wytrzasnąłem dorosłą marynarkę. Być może należała do mojego wiele starszego brata, który zdawał w niej maturę. Szary tweed w jodełkę, bardzo przyzwoita i chyba nie tak znowu za duża. Założyłem do niej jakąś koszulę i tak, odstawiony jak stróż w Boże Ciało, wyruszyłem przedstawiać program artystyczny. Prawdopodobnie wyglądałem – według moich dzisiejszych standardów – raczej kiepsko, w każdym razie mój syn w tym wieku będzie miał lepszy gust i większy wybór – już moja w tym głowa.

Na samej imprezie nie usłyszałem chyba żadnego komplementu, co wcale mnie nie zdziwiło. Nie miałem żadnych oczekiwań, które mógłbym zawieść. Po raz pierwszy o tym, że jestem „eleganckim mężczyzną”, dowiedziałem się… od matek koleżanek, kiedy jakoś tam się zdarzyło takową spotkać. Wieść o mojej marynarkowej prezencji dotarła pod strzechy, tam zatoczyła krąg i wróciła do mnie jak bumerang. Mój strój koleżanki zreferowały rodzicom, innym koleżankom, samemu mi nie mówiąc słowa, że doceniają. I po co? Faceci nie są po to, żeby by być komplementowanymi, ale po to, żeby komplementować. To zasady gry.

Ta myśl naszła mnie po latach, zupełnie z zaskoczenia, kiedy na kawie w korpie rozmawiałem z koleżankami z pracy. – Gdybym był zamożnym rentierem – powiedziałem – założyłbym prywatne muzeum.

– Pewnie muzeum butów – odpowiedziała moja przyjaciółka.

Odpowiedź co najmniej dziwna. Mam butów raptem z piętnaście par, chyba żadne nigdy nie stały się przedmiotem komplementu czy dyskusji na forum biurowym. Ale kobiety… one po prostu to widzą. I przekonały mnie: buty to świetna inwestycja w pijar. Jeśli będziesz inwestował mądrze i wytrwale, teksty na podryw nie będą ci w ogóle potrzebne. Po prostu ubieraj się jak dorosły, a kiedyś na pewno usłyszysz: „Masz kobietę? A mógłbyś mieć dziewczynę”.