Jak nosić kożuch

Trzeba coś wykombinować, żeby styl ubierania i siarczyste mrozy nie wykluczały się wzajemnie

Latem ubieranie się jest proste. Oczywiście można mieć pieniądze na dobre ciuchy albo ich nie mieć, podobnie zresztą jest z gustem i okiem do kolorów i fasonów, ale jeśli chodzi o lato – w skurs, z tzw. inspiracją, zawsze przyjdą ciekawe obrazki. Relacje z targów Pitti Uomo, fotki z  Sartorialista, fotki z Sartorialista z targów Pitti Uomo itp.

Zima jest dla Polaków wyzwaniem. Jesteśmy tu, na północy Europy, może nie zostawieni sami sobie, ale Scott Schumann nie bywa zbyt często z aparatem w Sztokholmie ani Sankt Petersburgu, skąd mógłby sprowadzić nam odzieżowe inspiracje na trzaskające mrozy.

Od tych minus kilku stopni w dół musimy sami sobie być sterem, żeglarzem, okrętem. Ale przecież od tego jesteśmy mężczyznami, żeby sobie radzić. Co więcej, image niedźwiedzia polarnego może z powodzeniem działać na naszą korzyść.

Breżniew w futrze

Wreszcie kupiłem kożuch. Nie to, że do niego dopiero dorosłem, ale zawsze w kwestii oldskulowych akcesoriów odzieżowych polegałem na szafie macierzystego dziadka. A tu – luka, nie wiem nawet skąd się wzięła. Czy mój dziadek nie nosił kożucha? A może zdążył zużyć ostatni, zanim w wieku lat osiemdziesięciu opuścił ziemski padół? Tak czy inaczej, odchodząc, zostawił mnie na pastwę serwisów aukcyjnych.

ja
Podobno, tak pisze Miler, trzeba być twardzielem, żeby nosić uszankę z zawiązanymi uchami. Dobrze, że dowiedziałem się o tym teraz, bo to zdjęcie w ogóle by nie powstało

Kupiłem więc ciemną, niedługą dwurzędówkę z wielkim kołnierzem i (potwierdzonym następnie empirycznie) zapewnieniem sprzedawcy, że jakieś zwierzę faktycznie oddało życie, bym mógł nosić jego skórę na swojej. Podobno to nieekologiczne, bo zgodne z wymogami ochrony przyrody są futra z plastiku. Chociaż już torebki foliowe są nieekologiczne, bo ekologiczne są… też torebki foliowe, ale wyrzucone na kompost. Bo na miano ekoskóry zasługuje coś, co nie ma nic wspólnego z żadnym ekosystemem poza fabryką. Tak to jest, jak kontrolę nad językiem oddawać marketoidom i ekologom.

A zatem futro jako ciuch już jest i jest to wybór genialny. Mądrzyłem się już, że z okazji mrozu lepiej jest przedłużyć płaszcz, niż dobierać grubsze spodnie. Wiadomo też, że futro do wewnątrz to bodaj najlepszy izolator od zimna, jaki masz pod ręką. Więc co powstrzymuje cię przed zakupem kożucha?

Ale kożuch to dopiero początek przygody, ktorą w skrócie określimy tu jako Kożuch jako styl życia, a może lepiej – Kożuch jako tożsamość. Żyjemy w kraju, w którym – według rozpowszechnionej na świecie opinii – polarne misie chodzą zimą po ulicach, rozświetlając jasnym futrem mroki nocy polarnej.

Wkurzające? Mi taki imydż odpowiada, bo przynajmniej ludzie z Zachodu, którzy mnie nie znają, mogą uwierzyć, że mam do wódki łeb ze stali, kąpię się w przeręblu, a czosnek pochłaniam w ogromnych ilościach dlatego, że takie a nie inne są u nas na Wschodzie wierzenia i zabobony. Tych, którzy mnie znają, już i tak nie przekonam.

A zatem – w braku fotograficznych inspiracji z wybiegu – kompletujemy strój eleganckiego mieszkańca Norylska!

Kożuch – to po prostu płaszcz, co dla mnie określa jego pożądaną długość. Mi najbardziej podobają się dwurzędowe i kontrastowe (więc ciągle szukam) – takie, w których futro od środka jest białe, a skóra na zewnątrz – średnia do ciemnej. Osobiście już dawno zarzuciłem pomysł kupowania długich płaszczy, które podobno są bardziej „klasyczne”. Okrycie kończące się nad kolanem będzie wygodniejsze w każdej sytuacji, od jazdy samochodem po bycie ochlapywanym przez inne auta na ulicy.

Kożuch też może być dopasowany do figury, ale bez przesady. Pilnuj tylko, by nie miał kształtu bombki! Najczęściej zdarza się to krótkim jak marynarka kożuszkom zszywanym ze skrawków. Tych też polecałbym się wystrzegać.

Futrzana czapka uszanka
Tę czapkę kupiłem na aukcji, a szyta była na zamówienie jakiegoś myśliwego. Oczojebny kolorek ma chronić przed pomyleniem z żywym królikiem i w efekcie – garścią śrutu w potylicy. Czapka vintage, sanki własność szwagra bohatera

Futrzana czapka. Ej, nie mówcie, że na to nie wpadliście. Uszanka jest bardzo bezpiecznym wyborem, bo to, co smutny szary tłum na ulicy nazywa modą, to tylko bierna akceptacja faktu, że jest jak jest i inaczej nie będzie. Dlatego w ulewne jesienie „modne” są kalosze, zimą – czapki uszanki, a latem – krótkie spodenki. Jak uciekać przed modą? Oczywiście do przodu.

Ludzie kupują uszanki i robią z tego coś na kształt mody, ale zakłady czapkarskie nie szyją z naturalnych futer, a mężczyźni zatracili przez lata nawyk zamawiania czegoś, jeśli nie uda im się kupić gotowca. Większość pewnie zresztą nie myśli nawet o tym, jak wyglądać ciekawiej, kiedy generał Mróz rzuca komendę „smerfuj się kto może”. Smerfują się więc w nudne uszanki ze sztucznego futerka w dziwnym kolorze naszytego na niezbyt atrakcyjną tkaninę akrylową albo inne szeleszczące badziewie. Właśnie od tego należy uciec w pierwszej kolejności. Czapy z naturalnych futer są większe i wyglądają nieco bardziej… hmm… kłopotliwie, ale jednocześnie działają jak poszetka w marynarce: pokazują, że to, co masz na sobie, nosisz świadomie i odważnie.

Absolutnie nie zgadzam się z Mr. Vintage, że czapka w kształcie prezerwatywy jest dobrym rozwiązaniem na większość okazji, a tym bardziej do płaszcza. Przywołane przez niego stylizacje (te z Suit Supply) wyglądają przyzwoicie, ale to stylizacje. My tu mówimy o życiu. Mężczyzna nie powinien się kończyć tak banalnie, zwłaszcza jeśli mowa o górnym końcu.

Warto zatem rozważyć kilka modeli, z których uszanka – na naprawdę poważne mrozy – jako pierwsza przychodzi do głowy. Klasyczny jest też model, który po angielsku nazywa się ambassador hat (Dyplomatka? Papacha?) i robiona jest z karakułów. W dobrym wydaniu jest to niezwykle luksusowe futro wyprawione z nienarodzonych jagniąt rasy o tej samej nazwie. Po angielsku takie futro nazywa się bodaj astrachańskim (astrakhan fur), co warto wiedzieć, bo męskie czapki karakułowe to w Polsce rzadkość i trzeba szukać ich gdzie indziej.

Breżniew i Ford
Breżniew: nosiłem ambasadorkę zanim to było modne. Ford: ya, lol

Szczerze? Nie wiem, jak młody mężczyzna może wyglądać w karakułowej furażerce à la Breżniew, ale podejrzewam, że nie dziwniej, niż w uszance, a pewnie też nieco bardziej elegancko. Ale czy nie dziadkowo? Zapoluj na aukcji albo uszyj i sprawdź sam.

Wełniany szalik. Przeddwudziestowieczni krytycy sztuki twierdzili, że nic, co stworzone przez człowieka, nie będzie nigdy tak piękne, jak natura. Jeśli mowa o odzieży, nie będzie też raczej równie skutecznie chroniło przed zimnem. Stawiam więc na skład zwierzęcy – w tym wypadku wełnę. Jeśli uda mi się upolować jasny szalik w kolorze naturalnej wełny (a najlepiej – upolować babcię robiącą na drutach, bo niestety własnych babć już nie mam), mój będzie właśnie taki. A do tego będzie miał wielkie oka gromadzące powietrze (doskonały izolator od zimna) i zapewniające ciekawą fakturę.

Rękawiczki, a nawet rękawice. Dla mnie – must have. Nie ze względów galanteryjnych, ale dla zdrowotności, bo moje ręce marzną na potęgę i niezadbane potrafią popękać i krwawić. Dlatego nie zadowoli mnie w tym względzie byle co. Na szczęście rękawiczników ci u nas dostatek (przypominam: dwaj na Marszałkowskiej, jeden przy Ogrodowej i jeden przy Chmielnej, a to sama tylko Warszawa), a każdy z nich ma coś ocieplanego milanezem, wełną, może nawet futerkiem, jeśli ci zależy. Moje rękawiczki wykonane są dzięki uprzejmości królika na wełnianej podszewce i pochodzą z zakładu p. Koziarskiego na Ogrodowej. Mistrz co roku pierze je i zaszywa dziurki na końcach palców, dzięki czemu mam je już od bodaj pięciu lat. Teraz, kiedy to napisałem, na pewno zostawię je w pierwszej taksówce.

I co jeszcze? I już! Wystarczy dodać wysokie buty (dla kontrastu najlepiej byłoby, by były to zadbane trzewiki z kordowanu) i masz zapewniony komfort termiczny prawdopodobnie nawet do minus kilkunastu stopni.

Obawiam się, że będę miał szansę sprawdzić tę tezę jeszcze w tym roku.

 

Jay_z_fot_everyskyline
Moja zaprezentowana wyżej uszanka uszyta jest z króliczych łapek, których krótsze futro nie przytłacza optycznie. Ale raperzy muszą wszystko mieć większe. Fot. Everyskyline/Commons/CC-by-SA

Gentleman i jego szczotki, pędzle

Szczotki i pędzle jako akcesoria do higieny łączą nasz świat ze światem mężczyzn sprzed wieku

Kim tak naprawdę jest Ryszard Baryliński? Rzemieślnikiem – producentem szczotek z małego sklepu i warsztatu przy ul. Poznańskiej? Domorosłym filozofem kultury? Tanguero i bon vivantem? Niedoszłym inżynierem? A może spowiednikiem i psychologiem swoich klientów? Zapewne wszystkim tym po trochu, a także gospodarzem niezwykłego miejsca na warszawskiej mapie obiektów niedzisiejszych. Miejsca, do którego przyziemne potrzeby sprowadzają czasem zupełnie nietypowych ludzi.

Zakład przy Poznańskiej działa od 1951 roku. Ojciec pana Ryszarda Zbigniew już wtedy był spadkobiercą rzemieślniczej tradycji

Każdemu jego szczotka

W działalności rzemieślniczej nie ma chyba dziś miejsca na węższą specjalizację, niż ogólne „produkcja szczotek i pędzli”

Oczywiście bloggera piszącego o męskim stylu korci, by pracownię szczotek i pędzli przy Poznańskiej 26 w samym centrum miasta opisać jako gentleman’s emporium, staromodny lokal obsługujący konserwatywną męską klientelę, jednak oczywiście byłoby to znaczne ubarwianie rzeczywistości. Pan Ryszard kontynuuje wielopokoleniową tradycję rzemiosła, którego nie stać na razie na taką wybiórczość: prócz pędzli do golenia oraz szczotek do doprowadzania butów do połysku sprzedaje także szczotki do podłóg, obrusów, masażu pleców, pędzle dla malarzy (pokojowych raczej niż wojennych), modelarzy czy makijażystek, akcesoria fryzjerskie i w ogóle wszystko, co zakończone jest kępkami naturalnego (a czasem i sztucznego) włosia.

Ale pan Ryszard zna przede wszystkim swoje produkty, że tak się wyrażę, od narodzenia, a nawet wcześniej i – jak każdy prawdziwy rzemieślnik – wie, jakie przesłanki stoją za decyzjami dotyczącymi użycia takich a nie innych materiałów w jego wyrobach. Dlatego poprosiłem go, by opowiedział o męskich akcesoriach, których niesłusznie używamy znacznie rzadziej niż kiedyś. – Dawniej ludzie potrzebowali praktycznych narzędzi do wykonania jakiejś pracy, a przy okazji często wychodził z tego ładny przedmiot, bo miał być ergonomiczny, dopasowany do ręki. Ja dziś korzystam z wzorów które stolarze już mają, bo te stare wzory na tyle się sprawdziły, że wymyślanie nowych mija się z celem, zwłaszcza że same szczotki mają być tanie, bo taki jest nacisk rynku – tłumaczy pan Ryszard i zdejmuje z półek kolejne interesujące mnie przedmioty.

Jedna szczotka w kilku wydaniach – takie rzeczy tylko u rzemieślników

Na początek najbardziej interesuje mnie szczotka do czyszczenia ubrań. Mój śp. dziadek używał takiej za każdym razem, kiedy wchodził do mieszkania prosto z warsztatu stolarskiego, który miał w piwnicy domu. Jednak znawcy twierdzą, że szczotkowanie codziennych, nieroboczych ubrań znacznie wydłuża ich żywotność, nie trzeba ich wtedy tak często oddawać do pralni. – Myśmy się od wielu rzeczy odzwyczaili, bo mamy chodniki, gdzie się nie tworzą kałuże, nasze buty nie mają szans tak bardzo się zabłocić. Ubrania też rzadko kiedy są tak zachlapane, by wymagały szczotki. Używamy pralek prawie codziennie. Zmieniły się nasze przyzwyczajenia – tłumaczy Ryszard Baryliński. Mimo tej zmiany sprzedaje jednak w dalszym ciągu szczotki do ubrań, zrobione ze szczeciny dzika. Każdy może wybrać sobie oprawę, prostokątną albo z wystającą rączką, dzięki której trudno pomylić ją ze szczotką do butów.

Za to szczotki do butów różnią się też zastosowaniem

Te ostatnie robi się raczej z końskiego włosia, chociaż w sklepie przy Poznańskiej wciąż można kupić pełen asortyment szczotek, które pokazuje gospodarz. – Kiedyś błoto było wszechobecne, a taka szczotka z kokosa służyła do czyszczenia skórzanych butów  z błota. Jej ostre kanty pozwalały zaś wygrzebać je z podeszwy. Pamiętajmy, że dawniej zamiast samochodów jeździły konie i to uliczne „błoto” wyglądało inaczej. Tą szczotką można było też na mokro czyścić zaschnięte błoto – Ryszard Baryliński trzyma szczotki na ladzie, ale o ich zastosowaniu opowiada w czasie przeszłym i to dawno przeszłym. – Kiedy buty już były suche, nakładało się pastę tym mazakiem, czekało aż przeschnie, a kolejnej szczotki używało do polerowania, żeby rozprowadzić pastę równomiernie i wetrzeć głębiej w skórę. Końska grzywa, z której zrobiona jest ta ostatnia szczotka, jest bardziej miękka od ogona, świetnie poleruje, bo włosie końskie jest odporne na ścieranie, a pasta się nagrzewa przy pocieraniu i lepiej wnika w skórę – tłumaczy.

Ja sam wybrałem zaś inny rodzaj szczotki do butów: z mięciutkiego koziego włosia, którą można odkurzyć wypolerowane na błysk buty bez psucia delikatnej błyszczącej powierzchni. Zamówiłem pomniejszoną wersję takiej szczotki, by móc nosić ją czasem przy sobie, kiedy lśniące buty są niezbędnym komponentem dobrego wrażenia. W dzisiejszych biurowcach i urzędach stanowisko do czyszczenia butów to niestety rzadkość. Moja szczotka po kilku dniach była gotowa do odbioru, a gdybyśmy nie byli umówieni, pan Ryszard mógłby powiadomić mnie SMS-em.

Do ciała – dla duszy

Taka sama szczotka sprawdzi się do włosów (do dłuższych polecana jest wersja z rączką), i – po zmniejszeniu – do zarostu

Oczywiście akcesoria do ubrań i butów to nie wszystko. Szczotki z Poznańskiej „obsłużą” całe ciało. – Wielu fryzjerów starszej daty pamięta, że szczotkowanie szczotką z naturalnej szczeciny z dzika pomaga włosom, daje masaż, jest bezpieczne dla włosów i skóry. Ludzie czasem przychodzą do mnie zwabieni ciekawością i coś chcieliby kupić, ale nie wiedzą, co. Podpowiadam szczotkę do włosów albo mniejszą, ale taką samą, do zarostu. Jeśli jest dłuższy, trzeba go codziennie szczotkować, żeby lepiej wyglądał i był zdrowszy.

O ile do włosów dzik sprawdzi się akuratnie, to już do paznokci polecane jest włókno roślinne: agawa. – Kiedy taki włos nasiąka wodą, robi się bardziej miękki, ale nie traci kształtu ani szorstkości – tłumaczy rzemieślnik. Podkreśla, że z plastikowych szczotek woda często spływa od razu, a my szorujemy plecy albo ręce suchą szczotką.

Wszystko to, na pewno nie tylko mnie, kojarzy się z ojcem i dziadkiem, którzy – jak czasem myślę – pracowali bardziej na serio, niż ja przed komputerem. W przedpokoju i łazience szczotki do czyszczenia się po pracy były zawsze w widocznym, wygodnym miejscu, jak jakieś kapliczki dawnego stylu życia. Granica między pracą i życiem prywatnym była wyraźniejsza, kiedy ślady doczesnych trudów spływały do umywalki po tym, jak mój stary szorował spracowane dłonie szczotką i proszkiem do mycia rąk.

Szczotka do rąk i paznokci jest tradycyjnie dwustronna

Ja takiej szczotki używam od czasu do czasu, kiedy palcem (a nie mazakiem) nakładam na buty pastę woskową. Rozgrzany od ciepła dłoni wosk lepiej się rozprowadza, a buty dopieszczane tak dokładnie błyszczą potem prima sort, miejskim elegancikiem, a nie utrudzonym harówką mężczyzną. Ja i mój ojciec praktykujemy dwie różne formy męskości, a głupia szczotka do rąk i paznokci staje się artefaktem, który łączy nasze światy.

Jednak chyba prawie każdy potrafi się poczuć jak za czasów własnego ojca czy dziadka dzięki innemu pędzlowi: do golenia. Tych u pana Ryszarda znajdziemy bez liku, do wyboru, do koloru, choć o dobrą obsadkę do takiego pędzla wcale nie jest łatwo. – Potrzebny jest uchwyt ładny, a wręcz ekskluzywny. To jest przedmiot, który będzie stał w łazience, ma leżeć mężczyźnie wygodnie w ręku i być trwały. Z tymi oprawkami był problem. Kiedyś w latach 70. jeden pan w Wołominie miał dostęp do resztek płyt pleksi, które barwił na różne kolory, sklejał warstwami, a potem poprzecznie wycinał z tego oprawki. Mam ich jeszcze trochę z tamtych czasów, ale stylistyka nie każdemu może odpowiadać. Dlatego współpracuję z niemiecką firmą, która produkuje oprawki, ale prócz tego robi też pędzle, maszynki na żyletki, stojaki na pędzel, miski do rozrabiania mydła, a nawet mydło do golenia i ałun – tłumaczy rzemieślnik. Akcesoria do golenia wystawione są na osobnym regale w najbardziej widocznej części sklepu, pan Ryszard zapewne słusznie zauważył, że to właśnie one tworzą nastrój wnętrza.

Borsuk borsukowi nierówny. Tylko pędzel po lewej został zrobiony na Poznańskiej

Główkę pędzla do golenia zrobiona jest z sierści borsuka, ale w najdroższych jest ona selekcjonowana dosłownie ręcznie. Kiedy dostaję do porównania dwa pędzle – droższy i tańszy, nie mam wątpliwości, na czym polega różnica. A do tego wzornictwo, materiały na oprawę, projekt. Sierść borsuka jest przyjemna dla twarzy, podnosi zarost, który dzięki temu łatwiej jest głęboko ogolić. Szkoda, że dziś nawet krem do golenia trudniej kupić niż niewymagające pędzla żele czy pianki. – Cóż, ludzie zawsze myśleli o tym, jak sobie ułatwić i przyspieszyć życie.  Żyjemy w czasach fast-foodu i mikroweli – stwierdza sentencjonalnie rzemieślnik.

Tu szczotka ma być

U Ryszarda Barylińskiego można też znaleźć wiele innych zmiotek czy drapaków, o których dżentelmeni nie rozmawiają

Sklep szczotkarski przy Poznańskiej to dziwne miejsce. Zlokalizowane w drogiej, ale mało uczęszczanej okolicy na tyłach Marszałkowskiej, wydaje się skazane na powolne konanie. Pamiętam jeszcze przynajmniej dwa takie nieistniejące już sklepy, jeden na Tamce, drugi przy Widoku. W tym pierwszym, gdzie pracował szczotkarz Aleksander Petruczyk, przez kilka lat działała potem kawiarnia Szczotki Pędzle, ale i ona zwinęła się w tym roku. Tymczasem nawet w ciągu mojej krótkiej wizyty Ryszard Baryliński ma tylu klientów, że zaczynam rewidować swoją opinię o marnym przeznaczeniu jego zakładu. – Ludzie przychodzą z ciekawości albo wracają, bo wiedzą gdzie iść, polecają mnie następnym klientom i tak to działa. Niektórzy przekazują mi swoją wiedzę, coś podpowiedzą i także dzięki nim interes jakoś się kręci, miasto dostaje swoje pieniądze, urząd skarbowy swoje, a czasem i dla mnie coś zostanie. Wbrew temu, co mówią, nie jestem ostatnim Mohikaninem. Jest jeszcze kilku szczotkarzy, ale ja akurat mam punkt do którego można przyjść. Mogę dzięki temu zaproponować szerszy asortyment, zrobić coś na specjalne zamówienie – zastanawia się rzemieślnik.

A może chodzi o to, że rzeczywiście panuje u niego klimat dawnego zakładu. Mimo, że jest zwykły dzień powszedni przed południem, spotykam tu całą galerię osobowości. Fryzjer z okolicy wpada pogadać o szczotkach i moim aparacie fotograficznym, ale jakoś tak schodzi na historię kultury japońskiej. Fizjoterapeuta o wyglądzie siedemdziesięciolatka i żywotności króliczka duracell przyjeżdża rowerem po szczotkę do suchego masażu dla jednego ze swoich pacjentów. Fryzjerka z miasta przyśle chłopca z listą szczotek do damskich włosów (grzebyk, tapir, helena). Młoda dziewczyna przychodzi po dwie szczoteczki do mycia twarzy, które Zbigniew Baryliński, ojciec Ryszarda, zrobił jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy akurat udało mu się dostać dużą partię oprawek do takowych. Po dziewczynie pani w średnim wieku zagląda po szczotkę do włosów – własnych, choć ma też kilka kotów i w ogóle kocha zwierzęta. Może o nich opowiadać godzinami – na szczęście przestaje po kwadransie. Tego typu miejsca mają w sobie coś, co trudno spotkać w nowoczesnych sklepach, których personel jeździ na szkolenia z obsługi klienta, a w CV zapewnia o zmotywowaniu i zaangażowaniu.

Dawniej rzemieślników weryfikował cech, dziś robi to tylko (i aż) rynek

Ryszard Baryliński ma zamiast tego ćwierć wieku praktyki w produkcji szczotek i pędzli, a na ścianie dyplomy mistrzowskie ojca i dziada w tym samym zawodzie. Swojego dyplomu mistrzowskiego nie powiesił obok, bo zanim go zrobił, cechowe pozwolenie na działalność przestało być wymagane prawem. – Zresztą to nie o to chodzi, żeby zrobić ścianę martyrologii ani się chwalić, tu szczotka ma być. Jeśli ja panu tłumaczę, do czego szczotka służy i pan widzi, że w ręku leży jak trzeba, to wtedy to ma sens – tłumaczy rzemieślnik.

[facebook]

O kolorowych skarpetkach

Jeśli jakiś poradnik każe ci nosić wyłącznie czarne skarpetki do czarnych butów, nie jest godzien nawet by zawijać rybę w wyrwane zeń kartki

Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, ubiór męski jest raczej nudny. Oczywiście nie w tym znaczeniu, że nie da się na jego temat prowadzić kilku ciekawych blogów, ale jeśli spojrzeć na rytm elementów ubioru, ich rozmieszczenie na sylwetce, trzeba przyznać, że ciekawiej dzieje się na biegunach, niż w okolicach równika męskiej talii. Tym bardziej należy o te bieguny dbać. Jak dotąd dbaliśmy tu o kołnierzyki i krawaty, wyniosłym milczeniem obdarzając kozerkę i skupiając się na butach. Dla równowagi trzeba wszak pomyśleć o skarpetkach. Zwłaszcza, że to – tradycyjnie już – jeden z najbardziej wyraźnych wyróżników i deklaracji dotyczących elegancji, czy w ogóle świadomości stylu.

Dla Leopolda Tyrmanda ubiór był środkiem wyrazu i sprzeciwu, ale literatura też nim była, i to w znacznie większym wymiarze. Fot. kutluraonline.pl

Pisząc te słowa myślę o tym samym, o którym myśli każdy z was, o tym, którego nazwisko (z pewnością w jakimś języku) niemal rymuje się z kolorowe skarpetki. Co do mnie, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ceniłbym twórczość Tyrmanda nawet gdyby był dresiarzem (czego dowodem, że cenię twórczość Zbigniewa Nienackiego, dalekiego od bycia herosem stylu) i szczerze mówiąc promowanie go przez pryzmat barw ubrań, a nie Złego uważam za nieco idiotyczne. Ale jednocześnie zamiłowanie do odziewania nóg w barwne szatki podzielam w stu procentach, więc trudno mi kruszyć o to kopie.

Nieszczególnie lubię narzekać na Polskę. Na polskie sklepy, polskich mężczyzn, polskie tradycje. Poniosło mnie tu już nie raz, to prawda, jednak wciąż myślę, że się trochę opanuję i wykrzesam z siebie odrobinę nadziei, zaufania i pokory. Ale jak to zrobić, skoro kolorem nadziei jest zieleń, zaufania –błękit, pokory – fiolet, a na polskich wieszaczkach ze skarpetkami tylko bury, bury i bury. Nieprawdą jest – jak uważa wielu tekstylnych malkontentów – że polscy mężczyźni uwielbiają skarpetkową czerń. Przeciwnie – noszą skarpetki w tysiącu barw, z których jednak żadna barwą nie jest w ścisłym znaczeniu tego wyrazu. Ileż na półkach rodzimych sklepów skarpetek burozgniłozielonych, burostęchłobrązowych, buroubłoconoatramentowych. Piasek może mieć tysiąc odcieni, od saharyjskich oranżów po złote refleksy czy słomiane odcienie plaż Bałtyku. Ale Polak, duch przekorny, uznaje tylko nieokreślony, bury kolor piachu, który robociarz w berecie i walonkach sypie łopatą do betoniarki.

Pierwszą falę zamiłowania do barwnych skarpetek wyniosłem ze studiów (pozdrawiam, Panie Profesorze – on już wie, kto). Kupowałem je częściej, niż byłem w stanie zużywać, więc udało się przez lat kilka pozbyć większości burków i zastąpić je bikiniarskimi paseczkami. Problem polegał na tym, że to kolekcja niezwykle zobowiązująca: ilekroć widziałem skarpetki w ciekawych kolorach, po prostu musiałem je kupić, bo kto wie, kiedy taka okazja nadarzy się po raz kolejny. A po drugie, takie okazje bierze się z dobrodziejstwem inwentarza: dają, to kupuj, choćby pasek jeden z drugim albo kratka były w jednym z burozgniłokolorów wymienionych powyżej. Kiedy już znalazłem coś naprawdę ładnego, nie zwracałem uwagi na wysokość, skład surowcowy czasem nawet rozmiar. Wysoka była cena trzymania z awangardą.

Coś mnie jednak w tej kolekcji coraz bardziej jęło uwierać. Raz, że doszedłem do etapu (a jest taki etap, i mówię to nie tylko z autopsji), że płaszczyzna koloru i gra faktury zastępują w myśli o ubieraniu się w jakiekolwiek wzory. A te desenie, które zostają jako brane pod uwagę, muszą być absolutnie klasyczne, czyli albo prążek o jakiejś angielskiej nazwie, albo kratka o nazwie szkockiej. Nie znam zaś kostiumologicznego określenia na następujące po sobie, nierównej szerokości pasy, więc mój sublimujący się sąd smaku zaczął odrzucać pieczołowicie tworzoną kolekcję. I odrzucał ją tym bardziej stanowczo, im bardziej dostrzegałem połysk pięciu procent elastanu, hańbiące ścisłe dopasowanie, wskazujące swoją elastycznością, że moje skarpetki miały wspólnego przodka z paliwem lotniczym i plastikowymi kubłami na śmieci.

Niezwykle podoba mi się w tym składzie, że jedna para od drugiej różni się wyłącznie barwą

W tym sezonie kolejna pełzająca ewolucja zmieniła się w rewolucję. Są bowiem w Polsce sieci (niepolskie, oczywiście), gdzie można, da się i jest wskazane. Gdzie, choćby na najniższym regale i z tyłu, także osoba o barwnych poglądach na styl znajdzie coś dla siebie. Postawiłem na czystą bawełnę, ale to wariant oszczędnościowy, a właściwie racjonalny: ani mi się śni wydawać kilkadziesiąt złotych na parę skarpetek, trudno byłoby mi wytłumaczyć to przed samym sobą. Po tym zastrzeżeniu dodam, że jeśli ty tę trudną sztukę opanowałeś, kaszmir czy nawet lekka wełenka na pewno będzie lepsza od bawełny, zarówno jeśli chodzi o dopasowanie i trwałość, jak i – przede wszystkim – skuteczność, z jaką odprowadza wilgoć od twoich stóp i kasę z portfela.

Ale przede wszystkim postawiłem na barwę, colorito, jak mawiają moi koledzy po fachu, przewyższyło disegno. W mojej nowej kolekcji znajdują się – jak dotąd – skarpetki chabrowe, burgundowe, fioletowe czy beżowe, ale przede wszystkim – czerwone. I tu wracam do Tyrmanda, który podobno te szczególnie cenił. Ale wracam tylko na chwilę, żeby uronić łzę nad wielkim, bądź co bądź, pisarzem. Bo obserwując, co piszą i mówią, stwierdzam, że jak tak dalej pójdzie, Tyrmand pozostanie w kulturze polskiej takim dżezmenem w kolorowych skarpetkach, a o tym, że coś tam może też napisał, jakieś książki czy coś – wiedzieć będą nieliczni. Z czego z kolei wywodzę podstawową zasadę skarpetkowej elegancji: nie powołuj się na „pierwszego bikiniarza PRL-u”, jeśli ma się to sprowadzać do kawałka szmatki na nodze. Ten biedny pisarz i jego skarpetki są jak kawa i wuzetka: świetnie grają razem i stanowią doskonałe połączenie, ale nie wrzucasz przecież wuzetki do kawy, żeby to połączenie podkreślić.

To rzekłszy, raczej dla przypomnienia, podsumujmy tutaj mniej subiektywne zasady dotyczące skarpetek:

Ten sam zestaw spodni z butami radykalnie zmienia charakter pod wpływem tego, co pomiędzy

– Czarne z czarnymi butami zlewają się optycznie już z odległości dwóch metrów. Dlatego jeśli założysz taką kombinację, masz szansę wyglądać jak w kaloszkach do garnituru, czego, generalnie, nie poleca się. Do zestawów, które nie mają krzyczeć i epatować, rozważ kolory: szary, granatowy i ciemny burgund, w tej właśnie kolejności.

– Ukazywanie kawałka łydki między spodniami a skarpetkami jest widokiem skrajnie nieprzyjemnym; co do tego zgadzają się ważniaki od protokołu dyplomatycznego z miłośnikami niedbałego uroku, takimi jak niżej podpisany. Zatem skarpetki im wyższe, tym lepsze. Do garnituru na sytuacje niezwykle istotne i/lub uwieczniane fotograficznie (tak, mam tu na myśli modę ślubną), rozważ zakup podkolanówek. Do wad tych ostatnich należy tarcie o spodnie, które przez to dziwnie się układają przy kucaniu albo zakładaniu nogi na nogę. Drugą wadą zaś jest, że po zdjęciu spodni wyglądasz jak aktor z niemieckiego porno, co może sprawić, że żadna kobieta już nigdy nie potraktuje cię jak obiekt seksualny. Jeśli planujesz ćwiczyć uwodzenie, kawałek gołej łydki może być mniejszym ryzykiem.

– Niezależnie od preferencji kolorystycznych, dobrze jest zadbać, żeby skarpetki nie zlewały się ani z butami, ani ze spodniami, z prostego powodu, że niby po co by miały? Jeden ze znawców męskiego ubierania Alan Flusser wymienia długą listę uznanych elegantów, którzy dobierali skarpetki do koszuli. Niezły pomysł, przy czym moim zdaniem w wypadku tych pierwszych paleta możliwości jest większa. Kolory koszul, które spotyka się tylko na bazarach z poliestrem (pomarańczowy, intensywnie morski, róż a la Barbie, śliwka czy zielona oliwka – będą cudnie grały na skarpetkach i jeśli takowe znajdziesz w sklepie, czuj się szczęściarzem.

– Porządkując rzeczy w mieszkaniu po dziadkach możesz trafić na podwiązki na skarpetki. I, skoro już czytasz blogi o ciuszkach, możesz mieć o tych podwiązkach naprawdę głupie myśli, by stać się staromodnym elegantem. Zaklinam na wszelkie świętości, wybij je sobie z głowy! Pamiętasz, co pisałem o niemieckim porno? Wyobraź sobie je w sepii. Szczerze mówiąc, zacznij się martwić o siebie jeśli w ogóle kupujesz skarpetki bez ściągacza i potrzebujesz podwiązek.

A skoro już mowa o niepokoju o zdrowie psychiczne, to właśnie się zorientowałem, że napisałem osiem tysięcy znaków tekstu o skarpetkach i te dwa zdania o Tyrmandzie mogą nie starczyć za sensowną wymówkę, więc może dość na tym. Tak w ogóle to przecież sprawa prosta jak gra w bambuko: wsadzasz nogę do tej dziurki od góry, a resztę zasad poznasz w trakcie. Powodzenia!

Dress kod

Spodnie i koszulę traktuj jako dobra konsumpcyjne, marynarka i buty to już inwestycja

Środa Popielcowa, późny wieczór, BP przy Krakowskiej. Czekam na zapieksa, kiedy wchodzi typ. Mierzę go wzrokiem, zresztą w ogóle częściej mierzę wzrokiem mężczyzn, niż kobiety. Wiosna przyjdzie, może to się zmieni. U kobiet nie szukam ubioru, wręcz przeciwnie.

W głowie tysiąc myśli, mam za sobą ciężki dzień, a w Popielec je się przecież „trzy razy dziennie, raz do syta”. Moje do syta było kilka godzin wcześniej, zanim ciężkość dnia ujawniła się naprawdę. Staram się analizować ubiór typa, ale nie bardzo pamiętam, jak to było. Piekarnik termocośtam, konwekcyjny czy jakiś, każe mi czekać jeszcze 45 sekund…

Zacząłem od twarzy. To dobrze. Jeśli pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to twarz, to znaczy, że uniknął podstawowego błędu: nie przebrał się. Kiedy teraz o tym myślę, dalej jestem w stanie powiedzieć coś o twarzy, fryzurze – krótko obciętej, „biznesowej”. Młodzieńczych rysach. Pryszczaty nastawiony na sukces. Okulary w cienkiej oprawie, jak na okładce magazynów dla dojrzałych panów, jak na dorocznym zdjęciu prezesa banku, takim do celów pijarowych.

Przykład bardzo miłego, moim zdaniem, zastosowania M65 z garniturem...

W wycięciu zapiętej kurtki koszula i krawat. Koszula różowa – odważny. Krawat granatowy, w drobne kropeczki – zachowawczy. Kurtka na marynarce: problem w ocenie. Są tacy, co jej nienawidzą. Uważają, że łamie kanony. Właściwym okryciem na garnitur jest płaszcz, mówią. Ja nie mówię – kurtka na garnitur, nie tylko kurtka husky, jak znany Barbour (nie mylisz z Burberrym, prawda) albo inna flauszowa bosmanka czy budrysówka… w Polsce nawet amerykańska kurtka wojskowa wz. 1965 ma swoją piękną historię i „ambasadorów marki”, jak się mawia w dzisiejszych ponurych czasach. Hłaskę i Stachurę, by wymienić dwóch pierwszych z brzegu, zamiast guglać. Nosił taką chyba też superubek z powieści Twardocha „Przemienienie”. Nosili ją ci, którzy chcieli podkreślić, że w wojnie sześciodniowej to „nasi Żydzi pobili ich Arabów”, a nie odwrotnie.

Mój typ miał na sobie zwykłą, komercyjną wersję tej kurtki. Wyglądał dobrze, co zawdzęczał temu, że była ona dostatecznie długa i poły marynarki nie wystawały spod spodu jak minispódniczka. Bo garnitur miał, to pewne. Wskazywały na to spodnie w kolorze zgniłozielonobrązowym, w prążek. Either mad or genius, jak mawiał Jack Sparrow. Sam kolor, a do tego zestawienie go z różem koszuli (i granatem krawata) to igraszka na polu minowym. Jeśli o mnie chodzi – wystrzałowa, a nie wybuchowa, ale dalej nie mam pewności, czy dobierając ten zestaw grał z nut, czy ze słuchu. Wysublimowany elegant z nutką nonkonformizmu (ten kolor garnituru!), czy młody stażem (pryszcze) i niski szczeblem pracownik korpa, który zakłada na grzbiet, co popadnie, i popadło akurat to?

Obwarzanki na spodniach, znamionujące nadmierną długość, były wskazówką, ale nie z tych jednoznacznych. Lustracja trwa, ale jej ostatni akcent powie wszystko. Czas ocenić buty.

.

..

...i przykład buta, który... zresztą bez komentarza

Znacie to uczucie, kiedy któryś z dalszych znajomych w poczuciu moralnego uniesienia wrzuci na Facebooka zdjęcie skatowanych (rzekomo w schronisku) psów? What has been seen, cannot be unseen. Tyle myślę o jego butach. Kiedy były nowe, przypominały pewnie wypchanego borsuka ze skaju. Teraz z dwóch metrów możnaby pomyśleć, że to ortalion, gdyby nie kształt pantofla. Szare, matowe, w porach pseudo- lub ekoskóry kryją tyle soli, że w XIII wieku król dzierżawiłby je magnatom jako żupy solne. A więc handlowiec, nie żaden dandys – wybaczcie, eleganccy handlowcy, ale to jest stereotyp, który musicie przełamywać. Schrypiałym głosem rzucam „czosnkowy”, co mojej postnej zapiekance doda ekumenicznego posmaku i wychodzę. Na końcu zauważam na oprawkach srebrzysty napis Ray Ban. Marka nie najdroższa, ale jednak marka. Ten napis w przeliczeniu za słowo kosztuje dużo więcej, niż wszystko, co w życiu napisałem.

A miało być tak pięknie. Zanim minąłem dystrybutory z wachą za 5,70, w głowie obracałem tylko jedno słowo: niemoralne. To niemoralne kupować markowe oprawki okularów i takie cichobiegi, piątą pochodną ropy naftowej.

Co każe postawić na nowo pytanie o relacje: ile za co warto płacić? Oprawki Ray Bana przykuły co prawda moją uwagę, ale, przyznajmy uczciwie, zrobiły to zwłaszcza kontrastowym, srebrzystym logiem. Pewnie każdy producent ma takie w ofercie i zaryzykuję twierdzenie, że da się kilkakrotnie taniej kupić inne, o pomijalnych różnicach w jakości. Za to buty, o ile te nie były z hipermarketu, a choćby ze znanych z koszmarków obuwniczych sieciówek, prawdopodobnie mógł kupić lepsze w tej samej cenie. Oszczędziwszy na oprawkach, mógł za uzyskane pieniądze kupić coś, w czym nie wstyd wyjść. Dawałem tu już upust przekonaniu, że za buty da się przepłacić, ale trzeba się postarać. Żadne sensownie wydane na buty pieniądze między pewnie ok. 500 a 2,5 tys. złotych nie są zmarnowane.

Każdy, kto musi zwracać uwagę na pieniądze, potrafi zapewne przepłacić za koszulę. Dobra prezencja w koszuli wymaga spełnienia dwóch warunków: dopasowania i świeżości tkaniny. Chińszczyzna z Jermyn Street daje tę możliwość już od ok. 120-150 złotych i nie zniechęcam nikogo do celowania wyżej, jeśli naprawdę tego nie czuje.

Spodnie: tło dla marynarki. Fot. The Sartorialist za Manolo for the Men

W zestawach koordynowanych z marynarką zawsze warto myśleć o spodniach jako tle dla tej ostatniej. To dlatego lepsze gładkie spodnie i wzorzysta marynarka, dlatego też lepsze wyraźnie jaśniejsze (albo, bodaj rzadziej, wyraźnie ciemniejsze). Z tego również można wysnuć zasadę, że lepiej dużo zapłacić za górę, niż za dół i że dopasowanie marynarki jest ze wszech miar kluczowe.

W ogóle narzuca się pytanie: skąd się wzięło i czy ma sens to zjawisko, że nawet Macaroni, blogger jednak w szyciu miarowym niezwykle doświadczony, dopiero po kilku garniturach i osobnych marynarkach zdecydował się na płaszcz od krawca. Komentatorzy (blogów, nie tacy ze Skanera Politycznego TVN24) zarzucają mu niedopatrzenie, ale mi wydaje się ono mieć sens. Marynarka jest tym złotym środkiem, czy raczej czubeczkiem krzywej Gaussa, formuje sylwetkę (koszula tego nie robi, to marynarka trzyma ją w ryzach), a jednocześnie jest na tyle bliska ciału, że wymaga doskonałego dopasowania, by dać takiż efekt. Zresztą mądrością nie od dziś jest, by kupować lub zamawiać dwie pary spodni do każdego garnituru; marynarka żyje po prostu dłużej, a dobra – dużo dłużej.

Podobnie jak buty – i podobnie jak w buty, w nią też warto zainwestować. To, w połączeniu z umiejętnością oceniania właściwych rozmiarów ciuchów, potrafi zdziałać cuda, a na pewno ochronić cię przed milczącą krytyką losowo spotkanego człowieka na stacji benzynowej.

Mądrości spod lodu

Prawdziwa elegancja wychodzi na jaw dopiero kilka stopni poniżej zera

Tak oto przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Od dawna mamy w Polsce dwie wiosny ( coś jakby przedwiośnie i przedlecie), dwie jesienie, w pięknej metaforyce określane złotą i szarą, a klimatolodzy jakoś nie zdecydowali się na zaznaczenie, że zimy też potrafimy mieć dwie. Przez ostatnie tygodnie prognozę na ulicach Sezamkowych w całym kraju sponsorowały syberyjskie wyże, z którymi przychodziło komfortowe ciśnienie i cudowne słońce na błękicie, ale mrozy demotywowały do życia ogólnie, a do wychodzenia z gorącej kąpieli w szczególności. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy za przysługi sąsiadów ze wschodu płacimy zbyt wysoką cenę. Na wątpliwe szczęście to już za nami, teraz nie mamy już słońca, błękitnego nieba, korzystnego biometu i mrozów, mamy za to zaspy, deficyt miejsc parkingowych, rynsztoki pełne szarej barei i w ogóle wszystko, co każe ciepło myśleć o największym Polskim wieszczu, Andrzeju Bursie i jego trafnych konkluzjach.

I tak już chyba na zawsze zostanie, że mimo moich najszczerszych starań i najwyższych ambicji, będzie to blog o ubraniach, bo, jak słusznie zauważyli lata temu copywriterzy jakiejś dżinsowej marki, w tym pięknym (z lotu ptaka) kraju wyzwanie to ubranie.

To chyba Pratchett kiedyś napisał, że Eskimosi mają 80 słów na określenie śniegu i żadne z tych słów nie nadaje się do przytoczenia. Dlatego skupię się na jasnej stronie mocy i napomknę o tym, co – przynajmniej mnie – trzyma przy życiu między styczniem a kwietniem. W okresie wielkich mrozów, kiedy już coś wypędzi mnie na dłuższą metę z domu, mam większą niż kiedykolwiek satysfakcję z bycia przyzwoicie ubranym. Przyzwoicie, to przede wszystkim do figury. Czuję się wtedy nie tylko atrakcyjniejszy (proszę przyjąć, że piszę to z dystansem i nutką autoironii) od średniej krajowej, która w okresie mrozów porzuca już nie tylko świadomość istnienia czegoś takiego jak elegancja, ale w ogóle porzuca łączność zmysłów ze światem, i zaczyna przypominać mniej wyluzowaną wersję Carollowskiego pana Gąsienicy. Czuję się też mądrzejszy.

Mądrzejszy, bo opanowałem prostą zasadę, że kiedy założę sweter na koszulę, a pod marynarkę, to wystarczy mi zwykły płaszcz albo kurtka z wizkozową podszewką, by mieć na sobie sześć warstw ubrania. Bawełna-wełna-wiskoza-flanela-wiskoza-wełna. Choćbyś obwiązał tiszerta i polar puchowymi poduszkami, nie osiągniesz lepszego efektu, a jeszcze będziesz mnie podziwiał, że nie wytrzymuję w takim cienkim ubraniu.

Mądrzejszy, bo nie jestem już w podstawówce i nie wstydzę się rajtek pod spodniami (dobrych, z merynosa, szukać należy w sklepach trekkingowych). Zwłaszcza, że o tym, że je noszę, wiedzą od teraz czytelnicy, a nie wie tego ulica (zadbaj o skarpetki co najmniej do pół łydki, żeby za łatwo się nie dowiedziała).

Mądrzejszy, bo Wiktor Suworow w książce Specnaz wyjaśnił mi, że w magazynowaniu ciepła przez dłuższy płaszcz, a nie przez osobne ogrzewanie nóg, tkwi sekret przekazywany przez mężczyzn od czasów neolitu.

Mądrzejszy może jeszcze tym, że noszenie butów na zmianę i dobra impregnacja (licówek – tłuszczem i woskiem, zamszaków – hydrofobami w spreju) oraz twój przyjaciel – desalter, czyli odsalacz – sprawiają, że naprawdę rzadko muszę się uciekać do butów trekkingowych (łączę je z dżinsami na zimowe spacery po lesie).

Wiele tych sekretów nie mam, ale na przyszły sezon planuję kilka nowych. Ponieważ, Mili Czytelnicy, jesteście klasą uprzywilejowaną względem tzw. ulicy, podzielę się z wami listą zakupów. Żadnego nie planuję już na ten sezon, naiwnie wierząc jak czterolatek, że dobry Pan Bozia wynagrodzi mi trudy i zimową deprechę gorącym latem o aromatach owoców z długim i dojrzałym finiszem i na wszystko to muszę być przygotowany. Tymczasem lista zakupów do zrealizowania do stycznia 2013.

Nieprawdą jest (a w każdym razie jest na mojej ulubionej Wikipedia List of Common Misconceptions), że przez pewne części ciała ucieka więcej ciepła, niż to wynika z matematyki. Ale przy 50-60 stopniach różnicy między tobą a otoczeniem, marznąć na kamień będzie wszystko, do czego dotrze powietrze. Trzeba więc nakryć głowę lepiej, niż kapeluszem albo kaszkietem. Dzisiejsi producenci czapek nie robią uszanek z prawdziwego futra, bo wymaga to osobnych maszyn do szycia i Bóg wie czego jeszcze. Dlatego szukać ich należy u kuśnierzy, których kilku powinno się dać znaleźć w każdym dużym mieście. U rzemieślników podział na sezony nie jest tak ewidentny, jak w sieciówkach, ale postaram się nie zostawić tego na kolejny syberyjski styczeń nad Warszawą.

W teorii getry nie powinny się zbytnio rzucać w oczy, a na pewno dadzą ciepło. Jak będzie w praktyce - może się przekonam

Radzenie sobie z suchym mrozem u stóp może się odbywać kilkoma metodami, z których najbardziej oczywiste są grube skarpety, a mniej – oldskulowe getry. Potrafią rozszerzyć asortyment butów, które nosisz bez ryzyka odpadnięcia kończyn, za cenę staroświeckiego wyglądu. W tej chwili myślę, że to reenactment, ale reenactment zrozumiały w kontekście pogody. Myślę, że kiedyś zaryzykuję, choć to na pewno nie jest dobre rozwiązanie na co dzień (por. efekt fulara).

Na pluchę za to jest chyba jedna odpowiedź: pokochać. Bodaj dwa lata temu byłem bliski rzucenia tym wszystkim i stwierdzenia, że skoro brytyjska rodzina królewska może chodzić w hunterach, to ja też mogę.  Dałem sobie jednak czas na przemyślenie i uznałem, że zero tweedowych garniturów w szafie to trochę za mało tweedowych garniturów w szafie, by nie wyglądać jak nastoletnia bloggerka-szafiarka, a jest to imydż, który mało mi konweniuje. Jest natomiast (jak już wspominałem) alternatywa, którą Amerykanie pakują w podróż do Europy: gumowe overshoes. Tanie na pewno są rozwiązaniem monumentalnie obciachowym, ale jeśli będą odpowiednio drogie – czytaj: nieczarne, w żywym, głębokim kolorze, ładnie wykończone, matowe i bez niepotrzebnych podlewek z formy, których nikomu się nie chciało usunąć – mają szansę łączyć przyjemne z pożytecznym. O ile da się je kupić w Polsce taniej niż samochód – biorę.

A skoro dobrnąłeś już tutaj – jeszcze jedna mała rada: im zimniej, ciemniej i błotniściej, tym większym sartorial heroism jest noszenie jasnych spodni. Oczywiście trzeba je prać po jednym założeniu, ale ta aryjska wściekłość, która ogarnia cię, kiedy ochlapie cię pierwszy samochód tuż po wyjściu z domu, ogrzewa lepiej niż kubek grzanego wina.

Dwa portrety

Przyzwoite ciuchy, które nie krzyczą „jesteśmy makabrycznie drogie!” nadal mają w Polsce za mało adwokatów

Po kilku trochę zakręconych tygodniach mam wreszcie czas na nadrobienie paru zaniedbanych lektur. Na szczęście MaleMen nie zniknął w międzyczasie z toalety.

No, skoro pierwsze dwa zdania mam już za sobą, mogę sobie pozwolić na krótką dygresję. Zawsze trzymam lektury w toalecie, zwłaszcza czasopisma, ale także zbiory felietonów, aforyzmów (pełne wydanie Leca zajęło mi jakiś czas) i w ogóle wszystko, co podzielone jest na względnie krótkie moduły tekstowe. Praktyka trzymania lektur w toalecie powoduje wzburzenie głównie u osób, które z literami na co dzień nie mają szczególnie do czynienia, i zrozumienie tych pozostałych. Po latach odkrywam, że niektórzy szczególnie związani z kulturą pisma znajomi przeglądają przy „okazji” spis moich lektur, co w jakiś śmieszny dla mnie, ale sympatyczny sposób wzbogaca nasze relacje.

Ale do tzw. adremu. Mimo pewnych (obawiałem się nachalniejszych) zmian w czasopismie od czasu odejścia Krzysztofa Miękusa ze stanowiska wydawcy, dalej warto przynajmniej od czasu do czasu rzucić okiem na MaleMena, w którym fajna jest większość rzeczy mimo koszmarnie obciachowego tytułu. Miło jest myśleć, że istnieją prócz mnie na rynku prasy i inne osoby, dla których mężczyzna  nie znaczy góra mięsa z kieszenią na najnowszą komórkę. Czytelnicy modelowi Playboya, mam wrażenie, z klasyków literatury znają tylko Clarksona.

Obiecywałem adrem, ale niesforna myśl zdryfowała. Oto on. Do grona bohaterów tego czasopisma dołączyli w pierwszym wydaniu ostatniego (według Majów) roku m.in. dwaj artyści: artysta aktor Dziędziel Marian i artysta muzyk Stańko Tomasz.

Kierowca autobusu na Ibizie, prywatnie – mistrz od Smarzowskiego

Dziędziel, przez całe życie pokorny mistrz drugiego planu, jest zasłużenie prze-znanym ostatnio aktorem, jego siwowłosa obecność jest zaś conditio sine qua non każdego przyzwoitego filmu (teraz, kiedy to napisałem, Wajda weźmie go pewnie na złość do kolejnej ekranizacji lektury), u Smarzowskiego i nie tylko. Autor zdjęć do tekstu, Michał Szlaga, postanowił (lub się postanowiło za niego) uwiecznić to przejście przy użyciu sesji zdjęciowej na Ibizie. Na zdjęciu otwierającym tekst stoi więc Dziędziel na Ibizie, pod palmą, między lazurem basenu a lazurem oceanu. Stoi, a na sobie ma buty pokładowe z haemu (z kategorii tanich), spodnie z haemu, z kategorii tanich, oraz własną kurtkę i torbę, w którą się na tę Ibizę spakował. I, przysięgam, od pasa w górę wygląda jak kierowca autobusów, starych ikarusów z harmonijkowymi drzwiami, którymi to autobusami jeździłem do podstawówki. Taka torba zawierała zawsze oldskulowy szklany termos, przeważnie czerwony, z pożółkłą, acz białą, pokrywką-kubkiem, pokrytą zaciekami herbaty.

A na następnym zdjęciu dziędziel, w tym samym u dołu, ale w marynarce klubowej i białej koszuli, piękny, ale zupełnie inny, już nie-Dziędziel, może aktor, ale jednak rysów nie okłamał, jednak jego niskobudżetowe pochodzenie nie da się zamaskować marynarką, jak nie ukryje swojego niemal górniczego pochodzenia Artur Rojek, kilka miesięcy wcześniej sfotografowany dla MaleMena z czarną obwódką wokół oczu i ostrymi, nieprzyjemnymi rysami człowieka, naznaczonego ciężkim znojem górniczego lajfstajlu i surową estetyką hałd, kominów, rolad i familoków. Świetny aktor założył strój milionera-dandysa na Ibizie, ale go nie zagrał, może nie wiedział, że ma zagrać, że musi odmienić coś w sobie, nie wiedział, że ten strój to rola. A w granatowej wiatrówce, z polskim wąchem, zagrał siebie, był sobą, skromnym człowiekiem, który dziwnym uporem dotrwał do swojej szansy i teraz, na Ibizie ma trochę dłuższy dzień, by w świetle południowego słońca kontemplować absurdalne z pozoru koleje ludzkiego losu.

A kilka stron dalej jest Tomasz Stańko, artysta słusznie sławiony jako jeden z najciekawiej ubierających się polskich mężczyzn, nie przez jakość kroju czy tkanin, ale przez styl, który budował przez całe pełne sukcesów życie, w drugiej połowie tego życia w świetnych ciuchach czujący się jak ryba w wodzie, czyli zaprzeczenie Dziędziela. Ale też ubrany w sieciówce, w Zarze dla odmiany. I tylko podpis: buty – własność bohatera zdradza w nim herosa stylu, a nie studyjnych stylizacji, bo takie buty, balmorale z zamszową cholewką na guziczki, naprawdę prędko się w Zarze nie pojawią. I czytam tego MaleMena, któremu o Stańce nawet nie chciało się napisać, tylko wrzucili jakiś losowy tekst – o ironio – o tym, że od zawsze lubił się dobrze ubierać, o tym, jak wpisuje się w długą tradycję świetnie ubranych jazzmanów (bez wzmianki o Tyrmandzie – nie wiem, czy godne to szacunku za nieszablonowe myślenie, czy pogardy – za tak koszmarne przeoczenie) i nie wiem, co skłoniło kogoś do przebierania Tomasza Stańki do zdjęć, jakby się sam ubrać nie umiał. Oczywiście, tak naprawdę wiem, o co chodzi, jeśli nie wiadomo o co chodzi, ale na takiej płaszczyźnie głębszej, gdzie nie liczy się parę złotych, a MaleMen na pewno paru złotych nie musi liczyć, gdyby nie chciał, to dalej nie wiem.

Nie mówię, że to złe stylizacje, bo ta zła nie jest. Tylko po co stylizować Stańkę?

A na następnej stronie „MaleMen best dressed man by H&M” obiecuje talon do sieciówki na kwotę, za którą nawet nie ma się co nastawiać na zakupy, i to obiecuje ładnemu chłopcu w trampkach, który przyśle swoją stylizację do redakcji. I on, dla odmiany, ani nie jest sobą, bo niby co to znaczy i kim miałby być, ani wzorcem osobowym, ani nawet ciekawostką, bo co to za ciekawostka z haemu. Ani adeptem elegancji, bo takich nie kieruje się na lekcję do sieciówki; to demoralizujące.

I jestem zadowolony, bo utwierdza mnie to w przekonaniu, że styl to coś, co ma się w środku, a nie coś, co ma się na sobie, tylko raczej w jaki sposób się to ma. Ale jestem też niezadowolony, a nawet nieszczęśliwy, bo jeśli MaleMen żyje dyktatem sieciówek z nisko-średniej półki i ludzie, którzy wiedzą, że Wojaczek to nie imię bohatera komiksów Marvela, tylko taki komunikat na temat ubrań dostają, a mężczyźni prawdziwie zamożni w swoich „Sukcesach” i, nie wiem, „Panach” mogą poczytać tylko o płaszczach za sumy pięciocyfrowe, zresztą mają z takimi pismami kontakt pewnie tylko w poczekalni u fryzjera, to ja już nie wiem, co dalej i chyba jakiś thinktank naprawdę jest tu potrzebny.

Co rzekłszy, idę się upić w zadumie, a Pan, Panie Stańko… Ubierz się Pan jakoś normalnie.