Szkic o darze

Kupowanie prezentów potrafi być torturą. Te kilka prostych zasad może je nieco ułatwić.

Wigilia za niecały tydzień, a na ostatnią chwilę zostawiamy zazwyczaj te prezenty, które sprawiają nam największy kłopot, tak, że myśl o nich odkładamy na ostatnią chwilę. Nie ma już sensu kierować do konkretnych sklepów, a zwłaszcza internetowych. Wzamian za przewodnik zakupowy dziś kilka luźnych myśli dotyczących dawania prezentów. Przyjmowanie jest łatwiejsze: wystarczy się ucieszyć i pamiętać, co od kogo dostaliśmy, żeby za rok on nie dostał tego samego od nas.

Po pierwsze – nie przesadzaj z praktycznością. Każdemu może się zdarzyć, że przepalą mu się tuż przed świętami trzy żarówki na raz. Jednak coś mi mówi, że dziesięciopak żarówek ucieszy mało kogo.

Po drugie – nie przesadzaj z niepraktycznością. Oczywiście, jest masa ludzi, którzy lubią półkowe durnostojki, tym fajniejsze, im więcej kurzu potrafią zgromadzić w trudno dostępnych miejscach. Jednak prawdą jest to, co mówią: nie powinno się inwestować w biznes, którego się nie rozumie, więc jeśli Twój krewny/znajomy amator durnostojek nie jest kolekcjonerem o dobrze znanych światu gustach, nie idź tą drogą.

Po trzecie – pamiętaj, że dar rodzi zobowiązanie. Nie musisz znać pojęcia mana, jak mieszkańcy amerykańskiego northwestu tłumaczą ten mechanizm, by wiedzieć, że zbyt drogi prezent może postawić obdarowanego w kłopotliwym położeniu. Jeśli ma ci być wdzięczny, lepiej, żeby zobowiązanie dotyczyło trafności daru, niż jego ceny.

Po czwarte – nie celuj w cudze hobby. Pamiętasz maksymę o inwestowaniu w rzeczy, na których się nie znasz? Wraca tu ze zdwojoną siłą. Masz krewnego z jachtem, a sam nie wiesz, co to kilwater? Nie kupuj mu kabestanu, bo zapewne nie trafisz. Trudno natomiast spudłować z albumem fotograficznym Sto jachtów, na które nigdy nie będzie cię stać. Każdy żeglarz przynajmniej raz spojrzy na niego z przyjemnością, a jak będziesz miał fart – będzie go używał jako conversation piece w towarzystwie kolegów po hobby.

Co do mnie, doszedłem jakiś czas temu do wniosku, że książki są najbardziej uniwersalnym prezentem. Nie tylko dlatego, że nigdy nie jest ich dość, bo takich rzeczy jest więcej, m.in. krawaty, seks w liceum, sztabki złota i kultowe samochody z lat sześćdziesiątych. Książka jest najlepszym sposobem, by podzielić się z obdarowanym swoim gustem czy zainteresowaniami. Tylko nie zepsuj tego. Pozostając przy żeglarskim przykładzie: jeśli jesteś zapalonym wodniakiem, szczurowi lądowemu wręcz raczej Znaczy kapitana, niż Wybieranie szotów dla średnio zaawansowanych.

Nigdy nie odważyłem się jeszcze na wręczenie komuś używanego prezentu, ale nie odrzucam z góry takiej możliwości. Warto tylko pamiętać, żeby – jeśli już dajesz komuś używaną książkę –nie była to zeszłoroczna używana nowość wydawnicza, ale antyk z patyną czasu. Albo upewnij się, że obdarowany wie, co dla ciebie znaczy przedmiot, który mu dałeś.

Zawsze mam natomiast rezerwę wobec bonów prezentowych, które, siłą rzeczy, mają określoną i napisaną wartość. Dając coś takiego, czułbym się, jakbym wręczał prezent z nie zasłoniętą ceną. Za to zawsze sam zachowuję paragon od prezentu, który zamierzam wręczyć. Dlatego też warto dyskretnie obserwować obdarowanych przy wigilii. Gdyby w ich egzemplarzu książki znalazło się kilka niezadrukowanych stron – trzeba wyjść z ukrycia i przyznać, że Mikołaj nie istnieje. To wielkie wyzwanie, ale jesteś mężczyzną. Poradzisz sobie.

O księgozbieraniu

Kiedy myślimy „męski styl”, pierwsze, co przychodzi do głowy, to szafa albo garderoba. Ale ponieważ styl  to cecha raczej wnętrza człowieka, ex aequo z tymi powyżej będą, odpowiednio – regał albo biblioteka.

To nie jest tak, że nie uważam ubierania się za najfajniejszą z codziennych przyjemności. Myśl, że nie mam tych wszystkich babskich schiz typu „czy nie wyglądam w tym grubo” odpręża mnie i dodaje dystansu, kiedy piętnaście minut wiążę krawat w poszukiwaniu idealnego wyglądu węzła, tego zwornika odzieżowej kompozycji. Ale nawet mimo tego, że od kilku lat mam świra na tym punkcie, gdybym miał wybierać między rozmową z kimś dramatycznie źle ubranym, a kimś koszmarnie nieoczytanym, wybór jest dla mnie jasny. Lepiej uważać bojówki za spodnie do miasta, niż Coelho za wybitnego literata.

Tylko że oczytanie to jedno, a posiadanie księgozbioru to co innego. Pogodziłem się już z tym, że druk w ciągu najbliższych lat stopniowo będzie coraz bardziej prestiżowym, a nie obowiązkowym, wariantem książki. Nawet to rozumiem i rozumie chyba każdy, kto musiał się kilka razy w życiu przeprowadzać razem z biblioteczką: kilka tysięcy książek nieco łatwiej przenieść w kindle’u, prawda? Czy w takim razie pozbawić się kompletnie możliwości ukazania innym zatroskanego oblicza na tle równych szpalerów książek na półkach, niczym mądrzy tego świata na wiekopomnych fotografiach?

Paradoksalnie, dzięki e-bookom, książka z powrotem bardziej stała się ideą, niż obiektem, treść odłączyła się od formy. Łatwiej dzięki temu na plik zadrukowanych kartek spojrzeć jak na zwykłą rzecz i potraktować ją jak zwykły towar konsumpcyjny. Od kilku lat wybieram książki tak, jak bohater Fight Clubu wybiera meble z Ikei: w księgarni odpowiadam sobie na pytanie, czy ten obiekt dobrze określa mnie jako osobę? Czy będzie dobrze reprezentował mnie przed ludźmi, którzy przyjdą w gości?

Jestem pozerem? Jasne. Ale nie chodzi oczywiście o grubość czy odpowiednio pożółkłą barwę papieru, a o tytuł czy tematykę. Ważne jest dla mnie, że pewnych książek po prostu nie mogę nie mieć, choćby wśród moich planów czytelniczych figurowały na bardzo odległym miejscu. Kiedy indziej zaś mam palącą potrzebę przeczytania czegoś, co spokojnie mogę wypożyczyć tak, by nie zostawiło śladu na mojej półce. Tak odróżniam długofalowe miłości od przelotnych fascynacji.

Jedną z największych zalet przedmiotów jest, że mogą nosić na sobie piętno ich właściciela. Dlatego nigdy nie unikam okazji, kiedy mam ochotę podzielić się ze światem jakąś myślą, która narodziła się pod wpływem lektury: bazgrzę ją ołówkiem na marginesie. Czasem pożyczam później takie książki razem z notatkami, które oni dzięki temu mogą później przemyśleć. Ten blog – z zachowaniem wszelkich proporcji – narodził się zresztą z notatek na drugiej stronie okładki książki Dylana Jonesa Jak nosić krawat.

Jeśli uważasz, że potrzebujesz czegoś bardziej dobitnego, niż sama alegoria regału, jest rada i na to: na rynku wydawniczym da się znaleźć pozycje o dobrze świadczących tytułach, jak Przewodnik po kulturze współczesnej dla inteligentnych Rogera Scrutona czy Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego. Problem polega jednak na tym, że Intelektualiści Paula Johnsona wyglądają z tej perspektywy prawie jak Niezbędnik Inteligenta. Lepiej nie iść tą drogą.

Ja osobiście rozwiązałem ten problem raz na zawsze, kupując wybór klasyków myśli ekonomicznej, zatytułowany Prawdziwa cena wszystkiego, o objętości, bagatela, półtora tysiąca stron. Wiecie, czarny napis EVERYTHING pogrubioną czcionką na czerwonym grzbiecie grubości 10 centymetrów – to musi budzić respekt, kiedy ustawisz taką książkę na widoku na honorowej półce w salonie.

Dzięki temu wszystkiemu łatwiej książki wyeksponować, łatwiej zatem nawiązać o nich rozmowę podczas imprezy, kiedy dyskusja trochę gaśnie, niż na przykład o kolekcji krawatów, skrywanej w szafie. Poza tym, dyskusje o książkach są unisex. O krawatach możesz rozmawiać tylko z mężczyznami. One nie zrozumieją.