Apaszka: gardłowa sprawa

Nie chodzi o styl – mieć coś pod szyją w upał to naprawdę wygodna sprawa

Nie wiem, czy bez niej byłoby bardziej przewiewnie, ale komfort to nie tylko hulanie wiatru wokół klaty

Apaszka, czyli chustka zawiązana dookoła szyi (po zachodniemu przeważnie neckerchief), jest jednym z moich ostatnich odkryć. Wiedziałem o jej istnieniu i nawet, o ile pamiętam, wiązałem pod szyją bandanę jako młody nastolatek. Zresztą, dzisiejsi sędziwi trzydziestolatkowie pamiętać mogą modę na „wojskowe” chustki, która panowała w czasach, kiedy zarówno pl. Defilad, jak i dzisiejszy Stadion Narodowy, były bazarami z dużą ilością pseudo-demobilu.

Apaszka to jednak nie domena polskiej mody okresu transformacji ani amerykańskich grup paramilitarnych, ale bardzo szeroko traktowanego uniseksualnego stylu. Oczywiście apaszki kojarzone są raczej z damskim ubiorem, jednak noszenie ich przez mężczyzn nie jest jedną z tych nowych mód, jak męskie spódniczki, a uświęconym tradycją (i wzorem księcia Karola) klasykiem.

Apaszka pozwala – jeśli to kogoś interesuje – nawet w trzydziestostopniowym upale uczynić zadość nakazowi noszenia czegoś pod szyją. Nie jest fularem, więc – przynajmniej w mniejszym stopniu – wiąże się z nią coś, co nazywam efektem fulara, czyli sprowadzenie każdego mężczyzny do wyglądu czterdziestolatka. Pozwala nosić rozpiętą koszulę i jednocześnie trochę odwrócić uwagę od faktu, że pozwalamy wiatrowi owiewać moher na klacie. Ale przede wszystkim jest bardzo wygodnym akcesorium, dzięki któremu zwyczajnie pot z karku i głowy nie spływa na plecy, a ten fizjologiczny argument wydaje mi się najbardziej przekonujący w dniach takich jak dziś. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale kiedy Jacek Kaczmarski pisał w piosence BankietZimny mrok pod powieki, pot perlisty na kark był bliżej jakiejś prawdy o ludzkiej fizjologii, niż mogłoby się wydawać. W tych upałach moje plecy bywają wilgotne, ale to dopiero spod włosów na karku spływają strumyki. No dobra, dość – mężczyźni nie rozmawiają o tych sprawach (za długo).

Apaszka jest też szybka i to na dwa sposoby. Moja kolekcja urosła praktycznie w ciągu jednego dnia do rozmiarów, które pozwalają mi na swobodne rotowanie tego ważnego elementu. Dziś postawiłem na monochromatyczny ubiór w brązach, ale na dzień innego humoru czeka ostro czerwona bandana, która zestawiona z rozpiętą niedbale błękitną koszulą daje image francuskiego rewolucjonisty. Rozrost kolekcji zawdzięczam zaś temu, że zestaw pięciu bawełnianych bandanek kosztuje raptem kilka funtów w angielskim sklepie internetowym (i przyjacielowi, który przyjechał z wizytą i postanowił mi je zostawić – bo mi samemu nie przyszedłby do głowy taki zakup).

Apaszka jest też szybka, bo wiązanie jej trwa zaledwie kilka sekund i nie wymaga lustra, możesz ją też wziąć do kieszeni i zawiązać w aucie w korku. A oto jak to zrobić:

Składasz chustkę na pół po skosie albo jej dwa przeciwległe rogi składasz ku środkowi. Pierwszy z tych modeli jest baradziej niedbały, bo po zrolowaniu może merdać ci na szyi luźny trójkącik, jest za to nieco łatwiejszy, jeśli musisz robić to na kolanie. Przed składaniem dobrze jest przeprasować chustę – to tylko kilka ruchów, a ułatwi rolowanie i zadziała trochę bakteriobójczo, jeśli nie miałeś okazji uprać apaszki przed noszeniem.

Zroluj chustkę tak, by otrzymać płaski pasek o szerokości kilku centymetrów, a następnie skręć go kilka razy. Na tym etapie może to wyglądać mało sexy, ale już po krótkiej chwili noszenia apaszka spłaszczy się wokół szyi i będzie wyglądać tak jak powinna.

Wiązanie to najbardziej banalna rzecz świata: wymaga zastosowania węzła zwanego przez żeglarzy prostym, czyli podwójnej pętelki. Nie będzie jednak wielkim wysiłkiem z twojej strony, jeśli sprawdzisz dwa razy, czy zawiązałeś poprawnie, to znaczy czy oba końce wychodzą z węzła w tym samym kierunku (patrz zdjęcie). Dzięki poprawnemu wiązaniu „skrzydełka” apaszki będą się ładnie, symetrycznie rozchodziły. Lepiej wiązać blisko przy szyi i zostawiać dłuższe brzegi.

Węzeł płaski (po lewej) jest mniej podatny na samorozwiązanie i daje lepsze efekty. Po prawej jego błędny wariant, zwany – kto by pomyślał! – babskim

Zakup kilku bawełnianych apaszek w śmiesznej cenie to dobry początek, który da ci czas na uzupełnienie kolekcji – być może o droższe, jedwabne chustki. Oddychalność jedwabiu to delikatnie mówiąc śliska sprawa, ale może on w zamian dawać przyjemne uczucie chłodu (niczym gilotyna w pamiętnym filmie Wajdy).

Jako idealny rozmiar apaszki podaje się długość boku 27 cali, czyli prawie 70 cm, jednak moim zdaniem to duże okazy. Na mojej średniej tęgości szyi da się zawiązać już apaszkę o boku 45 cm (próbowałem na… ogromnej lnianej poszetce Gieves and Hawkes!), ale dobre efekty daje 50-55 cm. Z większymi trzeba poeksperymentować, żeby układały się jak należy i pewnie skończyłoby się efektem albo kusego szaliczka, albo – jeśli upchnąć je pod koszulą – fulara.

To nie dzisiejsi ludzie wymyślili nabijanie się z krawaciarzy

Na początku eksperymentowania z apaszką możesz być zaniepokojony, że to oznaka strojenia się, tak sprzeczna z zasadami niepapuziej elegancji, ja jednak pokonałem tego typu rezerwę z łatwością. Po pierwsze, miękka chustka wygląda moim zdaniem naprawdę naturalnie, a po drugie, nawet jeśli ktoś uprze się, by nie uważać jej za ozdobę szyi, prawdopodobnie uzna raczej że masz chore gardło i da spokój. Sprytne, c’nie?

Tak czy inaczej warto znaleźć jakąś neutralną estetycznie apaszkę w szafie mamy i zaryzykować. Wiem, że argument o komforcie zasłaniania szyi upały ponad trzydzieści stopni brzmi podejrzanie, ale ryzyko związane z eksperymentem nie jest chyba wielkie, prawda? Ja nowy element garderoby sobie chwalę i nie oddam go bez walki. Komfort to coś więcej niż przewiewność – a ciekawy wygląd jest do tego gratis.

Lato leśnych ludzi

Kurator, który wymyślił tytuł wystawy Rzeczy budzą uczucia, nie wiedział nawet jak blisko był prawdy

U zarania Smaku Nabytego obiecałem sobie, że nie będę na blogu robił darmowej krypciochy. Nie dlatego,  że niestandardowe formy reklamy jakoś szczególnie mnie obrzydzają, ale dlatego, że obrzydza mnie robienie czegoś, za co mi nie płacą, a powinni.

Ale do cholery, jest to jednak, a w każdym razie powinien być, blog o emocjach i pasjach, a co się tyczy ciuchów, dawno nic nie wzbudziło we mnie tak wielu emocji, jak niepozorny ciuszek, na który wpadłem wczoraj w sklepie. Tak, nic, chyba nawet pierwszy stalunek, czyli szary garnitur ślubny. I nie dlatego, że zobaczyłem w centrum Londynu albo innego Mediolanu jakąś wspaniałą marynarkę i pomyślałem o wszystkich tych wystylizowanych aktorach z Hollywood, jak Hugh Jackman, którzy na pewno świetnie wyglądaliby w niej na pozowanych zdjęciach.

Szczerze mówiąc nie bardzo sobie wyobrażam, jak doskonałość takiego ciucha mogłaby mi się objawić. Z manekina? Takie emocje nie wezmą się nigdy z jakichś, nawet najwspanialszych, rozwiązań konstrukcyjnych czy harmonii. Ja znalazłem swoją magdalenkę Prousta, a do tego znalazłem ją w postaci części garderoby, której nie miałem na sobie od lat i pewnie nieprędko będzie na nią miejsce w moim życiu. Panie i Panowie, kangurka z Cottonfielda:

Oczywiście, pani kierowniczko, ja wszystko rozumie: za nic sobie macie moje uniesienie jakąś tam słusznie zresztą przecenioną szmatką, której nawiasem mówiąc w końcu nie kupiłem, bo rękawy za długie i już od dekady nie mój styl, a kupować część garderoby żeby mieć i żeby wisiała w szafie to jednak obciach.

A jednak coś we mnie siedzi. Jak już się kiedyś przyznałem, byłem przez kilka ważnych lat życia harcerzem i w gruncie rzeczy, dobrze się z tym bawiłem. Taka kangurka była elementem uniformu (nie stricte mundurem, ale zawarta była w regulaminie mundurowym) i gdyby wtedy w Polsce były cottonfieldy i model Hameldon, pewnie wszyscy by się o niego zabijali, a najbogatsi – kupowali. Mój pierwszy odruch kupienia go to odruch tęsknoty za kimś, kim wtedy byłem, ludźmi, którzy mnie otaczali i w ogóle wszystkim tym, co się wiązało z czasami drugiej połowy podstawówki, kiedy człowiek był za duży na gnoja, a za mały na młodzież i najlepiej pasowało doń określenie łobuziak. Ten ciuch nie pasuje już do mnie, bo zdecydowałem się być kimś innym.

I jakoś tak á rebours doświadczam tego, co czują śmieszni młodzi sartorialiści i eleganci: kupiłbym sobie smoking, a potem poszukał miejsca, do którego można w nim chodzić. Z kangurką, bojówkami, butami traperskimi czy – nie wiem – hełmem korkowym albo furażerką mam i tak łatwiej, niż ci marzyciele o smokingach, bo rzeczywiście mogę zaplanować sobie wyprawę w tundrę albo w las i zależy to tylko ode mnie, a nie od tego, czy kto mnie zaprosi na bal w Operze.

Wyczytałem dopiero ostatnio i nie pamiętam gdzie takie, w sumie dość oczywiste, powiedzenie: styl człowieka poznaje się po tym, jak ubiera się w wolnym czasie. Jak z tym jest u Was? Muszę przyznać, że czasem kiedy muszę wrzucić coś na siebie i wyjść po bułki albo pogadać z listonoszem, unikam spojrzenia w lustro po drodze. Z pewnością nie jest jeszcze tak, że wszystko, co mam w szafie, jest godne uwagi. A wszystko to dlatego, że poświęciłem uwagę tylko jednej część szafy, martwiąc się o koszule i marynarki, a zupełnie ignorując fakt, że czasem naprawdę nie chce się prasować i jakieś polo i dżinsy do wrzucenia na siebie na szybko to jeden z najważniejszych elementów codziennej elegancji. Dlatego też stawianie na ciuch tak bardzo odległy od miejskiego stylu byłoby bardzo nieracjonalne. Tworzyłoby przepaść między tym, co do miasta i ludzi, a tym, co po bułki.

Gdyby mi jednak odbiło i postanowiłbym postawić na image leśnego ludka, rozważyłbym następujące pozycje:

…i wszystko to brzmi pięknie, a na końcu i tak wyglądasz jak George prosto z dżungli, co udowodnił autor fotki, niezrównany Scott Schumann/theSartorialist.com

– Spodnie wyłącznie chino, zresztą w tym segmencie najłatwiej o beż. Kieszenie cargo, czyli takie na bokach nogawek, są nieobowiązkowe, ja w każdym razie jestem zdeterminowany, by do nich nie wracać.

– Prawdziwe bojówki, czyli amerykańskie spodnie M65 – tak szerokie, że polecam je tylko osobom grubokościstym i potężnym. Sam do takich nie należę, więc to również zamknięty rozdział w moim życiu. Według niektórych co bardziej wyszczekanych krytyków, jako dwunastolatek wyglądałem w nich jak zmilitaryzowany truteń. Nie mieli na mnie rozmiaru. Może, wbrew propagandzie, Stany nie wysyłały do Wietnamu takich chłopczyków?

– Koszule z lnu w kolorze złamanej bieli, z patkami do zapinania rękawów po podwinięciu i kieszonkami z patkami na obu piersiach.

Kurtka M65, którą sławiłem w jednym z poprzednich postów, jest kultowa i nieprzeceniona, jednak dużo ładniej wychodzą jej podróbki proponowane przez „normalne” firmy odzieżowe.

– Budrysówka. Dużo beżu i trochę granatu. Brązowa skóra w średniej i ciemnej tonacji. Buty chukka, które moim zdaniem powinny po polsku nazywać się osiołki.

– Land rover defender. Z relingami, podestem z hartowanej stali na dachu i rasowymi smugami z błota na błotnikach. Wersja dla ubogich: jakiś tam jeep wrangler.

– Owczarek. Nie znam się na psach, ale gdybym chciał wrócić do image’u dziadka z lasu, zorientowałbym się w temacie.

Dom nad Oniego (jeśli boisz się o dojazdy do pracy, książka pod tym tytułem będzie dobrą choć skromną namiastką) i dobrze wystemplowany paszport.

Cóż, po podliczeniu tego wstępnego kosztorysu, zostaję tu, gdzie jestem. A kangurkę mogę kupić i oprawić w ramki, żeby przypominała mi tego w sumie fajnego czternastolatka, którym kiedyś byłem.

Flanela jest z Marsa, Len – z Wenus

W naszym klimacie potrzeba przynajmniej dwóch zestawów ciuchów dopasowanych do pogody. Przydają się też wytyczne, kiedy które wyjąć

15 maja to doskonały początek lata, a w naszym klimacie na pewno lepszy od tych idiotycznych dat w okolicach końca czerwca. Serio, co to za lato, na które trzeba czekać pół roku od sylwestra?

Jestem przekonany, że kiedyś czytałem albo słyszałem o zasadach suwru-wuwru na temat wyjmowania z szafy letnich ciuchów (a potem odkładania ich tam z powrotem). Że niby przed dopiero po jakimś dniu możesz wyjąć z szafy tropikalny smoking albo iść w białej marynarce fresco do plażowego klubu tańczyć na improwizowanym parkiecie. I, o ile pamiętam, pierwszą z tych dat był właśnie 15 maja, a drugą, kończącą sezon – amerykański Labor Day. Oczywiście Europejczycy na pewno też mają swoje daty, dawniejsze i lepsze, bo Europejczycy wszystko mają dawniejsze i lepsze. Oprócz dżinsów. I fordów. I sekwoi. I Indian.

Druga z tych dat jest dla mnie nie do przyjęcia z tego samego powodu, dla którego pierwszą uważam za idealną. W ogóle do zasad mam podejście raczej swobodne, ale zasadę dotyczącą istnienia dni inauguracji i out-auguracji letniej garderoby uważam za wyjątkowo fajną – jest oldskulowa, pomaga trochę się ogarnąć, a przede wszystkim ta konkretna data 15 maja wydaje mi się bardzo polska – taka podług nieba a zwyczaju polskiego.

Żyjemy bowiem w kraju, gdzie klimatów jest co najmniej dwa, pewnie nawet trzy, przy czym trzeci to malutki, tzw. sezon przejściowy. W kraju, gdzie pojęcie „całoroczny” w odniesieniu do ciuchów jest raczej eufemizmem na określenie „do niczego”, niż konkretnym wyróżnikiem.

Lniana marynarka w kratę księcia Walii z błękitnym overcheck (bez podszewki), koszula z oksfordu, okulary z polaryzacją, terenowe auto i piękna żona (kolegi) - czyż to nie wspaniałe wakacje? A zdjęcie jest tegoroczne

Polska leży za daleko na kontynencie; norweskie miasto Trondheim czy nawet islandzki Reykjavik mogą się wydawać od cholery na północ, ale ciepłe prądy zatokowe sprawiają, że zimy są tam naprawdę łagodniejsze niż w Polsce, choć niekoniecznie bardziej nasłonecznione. To samo dotyczy takiego Reykiaviku, który – jeśli kupisz doń bilet na styczeń albo luty – może być celem podróży w ciepłe kraje. Pogodziłem się z tym już dawno i całoroczne miewam jedynie niektóre koszule i buty (od których, zresztą, chyba w tym roku dostałem reumatycznego bólu stóp człapiących po wiecznej zmarzlinie).

Ale dlaczego akurat 15 maja? To już inna moja maksyma. Otóż klimat ma się tak do pogody, jak styl do bieżącej mody, więc moje emocje podobnie rozkładają się w wypadku obu par pojęć. Nie szczególnie kieruję się zatem prognozami: są wspaniałe, naukowe i nowoczesne. Mają mapki, wykresy, animowane chmurki dla estetów, słupki i cyferki dla intelektualistów. Ale, jak przyjdzie co do czego, pozwalają jakiemuś tsunami zmieść z powierzchni ziemi całe miasto zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć słowo „ewaku…”

Na szczęście na naszym najwspanialszym ze światów są też przysłowia i cała tradycja mówienia o pogodzie, ukształtowanego przez lata obserwacji. I chociaż przysłowia mają się tak do mądrości narodów jak, no… jak my się mamy, chociaż wiemy, że „jak na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz, albo go ni ma”, to jednak większość przysłów i określeń, począwszy od nazw miesięcy i tezy że w marcu jak w garncu, a skończywszy na wrześniowym babim lecie i zależności między Barbórką a świętami Bożego Narodzenia, raczej się sprawdza, niż nie.

A jedno z takich przysłów mówi o piętnastym maja, że to zimna Zośka, ostatni dzień, kiedy chłody mogą jeszcze atakować.

I bez trudu potrafię wymienić kilka majówek, które boleśnie o tym przypomniały. Więc, o ile nie traktuję tego jak niełamliwej maksymy, i już dwa tygodnie temu w dwudziestosiedmiostopniowym ciepełku posuwałem po mieście w znalezionych naprędce espadrylach, moja garderoba była do dziś zasadniczo zimowa. Nawet gwałtowne ochłodzenie Ogrodników („Pankracy, Serwacy, Bonifacy, źli na ogrody chłopacy” – 12-14 maja) byłem w stanie przechodzić jeszcze we flanelach, by dzisiaj wyciągnąć lny i luźne sploty wełen, barwne mokasynki samochodowe, espadryle i sandały.

Bo zima i lato są jak dwie strony tej samej monety. Zimą wszystko jest bardziej wysublimowane i bardziej refleksyjne. To zima jest do ubierania się. To wtedy masz możliwość bawić się kontrastami wzorów i faktur, zestawiać jedwabny krawat z lnianą poszetką, grać mięsistą, lekko włochatą powierzchnią swetra wobec nieco połyskliwej, mięciutkiej flaneli klap marynarki. To zimą prezentujesz barwy skarpetek i to, jak się pięknie naprzemiennie uzupełniają sztywne filce kapeluszy i filuterne miękkie draperie tweedowego kaszkietu. Zimą w dobrze natłuszczonych skórzanych butach za kostkę przemierzasz, nisko podnosząc stopy, codzienny metraż swoich dni w kopnym śniegu albo irytującej plusze, zamawiasz pieczone mięsa z sosami, popijasz ciężkimi czerwonymi winami i myślisz o tym, że kiedyś wróci czas treningów i dbania o linię.

A lato jest po to, żeby się kreatywnie rozebrać. Może nie od razu że na stogu siana, choć pamiętam, jak kiedyś… Raczej by być gotowym, by wrzucić coś na siebie, lekko, trochę dalej od ciała, trochę mniej pod szyję. Nie ja jeden zwykłem rezygnować na lato z krawata, a jeśli już, to zostawać przy knicie. Nie ja jeden czasem rozpinam koszulę na dwa-trzy guziki, choć to podobno nieeleganckie i ohydne, za neckwear na kilka miesięcy przyjmuję najczęściej szaliczki, za to poszetki jak kwiaty do słońca zakwitają w moich brustaszach. Nie ja jeden zamawiam potrawy z czterech składników, w tym trzech pomidorów, bruschetty, makarony aglio, olio e pepperoncino popijam białymi winami i śledzę ruch bąbelków w rześkim vinho verde.

I wtedy, kiedy drzewa mają już liście, a potem kwiaty, a potem pierwsze owoce, wtedy naprawdę potrafię lato, nie Polskę zobaczyć. Dlatego dziś wyjmuję lniane koszule, białe spodnie, a nawet – o zgrozo – ćwiczył będę szorty do marynarki. I niech sobie wulkany z Islandii przynoszą lipiec chłodny i deszczowy, dla mnie nastał czas cieszenia się życiem na powietrzu i wśród ludzi, a czy będzie owocny – to raczej od ludzi, nie od powietrza zależy.

Perły z lamusa

„Klasyka się nie starzeje” – mówili? Owszem, starzeje się, ale jak…

Teoria, wszystkie te sawuarwiwry i dreskody, mówią zapewne, że nie popełnisz błędu, zakładając smoking do obiadu albo żakiet w niedzielę na spacer w parku. Praktyka jednak podpowiada, że są elementy klasycznej garderoby, które – mniej lub bardziej – trącą myszką. Mogą dodawać uroku, podkreślać indywidualny styl, ale również przeobrazić cię w dziadka, który macza ciastka w herbacie. Chcesz spróbować, jak to będzie w twoim przypadku? A może po prostu szukasz pomysłu na karnawałowe przebranie? Oto kilka sugestii rzeczy, które jeszcze nie są kompletnie przestarzałe (jak zegarek z dewizką czy melonik), ale…

Przy wyborze klubówki trzeba uważać, żeby nie przesadzić z chromem. Jeśli guzikami oślepisz kierowcę na ulicy, możesz dostać spory mandat za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. More is less

Marynarka klubowa, zwana – przez kalkę z angielskiego – blezerem (w rzeczywistości polski blezer to podobno coś innego, niż angielski navy blazer; za tę uwagę dziękuję krawcowi Wiśniewskiemu) to chyba najmniej kontrowersyjny z oldskulowych elementów garderoby. W najprostszym skrócie, jest to granatowa (przeważnie) marynarka ze złotymi (przeważnie) guzikami, bardziej klasycznie – dwurzędowa, bardziej nowocześnie – z jednym rzędem guzików. W użyciu dzisiejszych marketoidów wszystkie te pojęcia są z gumy, a zatem można znaleźć czarny blezer z białymi plastikowymi guzikami jak od bielizny pościelowej albo w ogóle bez kontrastowych guzików.

Klasyczna klubówka ma właściwości magiczne: postarza młodych i odmładza starych – sprowadza do wyglądu majętnego czterdziestolatka (dlatego rzeczywiście pasuje szpakowatym panom z własnym jachtem). Na obecnym etapie ewolucji smaku jestem zdania, że jeśli nie zdążyłeś z pierwszą klubówką przed dwudziestym rokiem życia, zaczekaj do czterdziestki (ale nie wiem, czy sam zdołam się doczekać).

Tym niemniej jeśli masz siedemnaście lat, to naprawdę nie ma co zwlekać. Pasuje do wszystkiego, ale w połączeniu z prostymi dżinsami i białym t-shirtem jej potencjał odmładzający jest większy, niż przy białej koszuli z krawatem i szarych flanelowych spodniach. Ten drugi zestaw wydaje mi się idealny na wiele wieczorowych imprez, kiedy nie chcemy ryzykować bycia jako jedyni w garniturze, a rezygnacja z krawata nie wchodzi w rachubę – choćby ze względów wizerunkowych.

Ideałem wizerunku marynarskiego (zwróć uwagę na słowo „navy”) jest zestawienie z białymi spodniami i tzw. deck shoes, czyli butami pokładowymi (o tym cudzie więcej kiedy indziej). Czwarte doskonałe uzupełnienie to spodnie w kolorze khaki. Nie przypominam sobie za to, żebym widział kiedyś zestawienie w garnitur, czyli ze spodniami z tego samego materiału i nie sądzę, żeby mogło to wyglądać dobrze.

 

Założenie fulara to odwaga, ale przechwalanie się nim to brawura. Jeden rozpięty guzik powinien wystarczyć

Zastąpienie krawata fularem wydaje się kuszące, bo wielu oddanych krawaciarzy lubi zawsze mieć coś pod szyją, nawet kiedy na zwis męski nie pora. Jednak w przeciwieństwie do klubówki fular nigdy nie odmładza, zawsze dodaje 10-20 lat. Fular to niewielki, zazwyczaj jedwabny szalik tak czarodziejsko zszyty, że układa się dookoła szyi pod kołnierzykiem i ładnie wypełnia trójkącik uformowany przez rozpięty kołnierzyk koszuli. W amerykańskich filmach zawsze noszą go obrzydliwie bogaci czterdziestolatkowie z wyższych sfer i musisz być świadom, że nie ma na świecie sposobu, dzięki któremu uciekniesz od tego stereotypu. Czyż to nie cudowne?

Wybierając fulary dopilnuj, żeby były wzorzyste. Ja pozwolę myśli o noszeniu tego elementu garderoby poleżakować jeszcze dekadę, ale gdybym miał się zdecydować, stawiałbym raczej na paisley w czerwieniach i oranżach (tutaj akurat apaszka, nie fular) niż kropeczki na bordowym czy granacie. Jak szaleć, to szaleć.

 

Chanel Pour Monsieur. Ostatnim wpisem o perfumach wywołałem, jak się wydaje, lekkie zamieszanie, które warto naprawić. Nuty cytrusowe na pewno nie są jednoznacznie kobiece, jak ktoś mógłby odczytać mój pogląd. Nie są też jednak unisex ani metroseksualne, jak mi się wydawało, a najlepszym dowodem jest Chanel Pour Monsieur, które ostatnio nosiłem na sobie przez jeden dzień. Pierwsze uderzenie było tak zabójczo cytrusowe, że cała moja notka przesunęła mi się przed oczami, nie były to jednak słodko-kwaśne, lekkie aromaty miąższu pomarańczy ze śródziemnomorskich all inclusive, lecz mocno zgnieciona razem z albedo, gorzka do przesady i ciężka skórka cytryny. Bardzo męska nuta. Po kilku minutach ustąpiła różnym golarniom i mydlarniom, na swój staroświecki sposób naprawdę pięknym, ale po kilku godzinach została już tylko szafa dziadka, nostalgicznie interesująca, ale olfaktorycznie nieciekawa. Zadałem sobie trud wyższej matematyki czyli odejmowania w zakresie do stu. Zapach wprowadzono do sprzedaży w 1955 roku i jeśli skierowany był do ówczesnych trzydziestolatków, to dziś mają oni 86 lat. To najlepsza charakterystyka tych perfum, na jaką wpadłem. Paradoksalnie, przedstawiciele Pokolenia Kolumbów, ludzie znani z odwagi, nie potrzebują jej w ogóle, by używać chanel. A dla nas, spóźnionych japiszonów, są to perfumy wymagające odwagi, której nie mamy za grosz. Przynajmniej ja. Jednak gdybym znalazł zakład fryzjerski pachnący w ten sposób, wykupionym w nim dożywotni abonament.

Okresy przejściowe

Jedna porządna marynarka to za mało, żeby zrobić z mężczyzny mężczyznę dobrze ubranego. A dwie to często za dużo, żeby kupić je w jednym sezonie. Nie jest to jednak problem bez wyjścia.

Przedstawianie ludziom – zwłaszcza bliskim i znajomym – nowego lepszego Ja nigdy nie jest tak łatwe, jak to wygląda w programach BBC. Nauczyłem się, głównie na błędach, kilku rzeczy, które postaram się tu podsumować. Warto je brać pod uwagę, kiedy robisz w swojej szafie miejsce na rzeczy w nowym stylu. Zrób na nie miejsce także w życiu.

Patrick Grant to jeden z TYCH gości, których zawsze pokazuje się w przykładach. Na tym zdjęciu nie wywołuje okrzyków zachwytu, nazajutrz mógłby przyjść i pod muchą, prawda?

Głównym wrogiem restylingu jest „coś się tak wystroił”, fraza, która w założeniu zawiera cień komplementu, nawet podziwu, ale w głębi dosadnie udowadnia, jak wiele jeszcze drogi przed nami. Mając na względzie motywację do dalszych starań, najlepiej unikać tej frazy tak długo, jak się da. Dlatego otoczenie należy przyzwyczajać do nowego stylu powoli. Pomyśl o aparacie rentgenowskim i reaktorze 4 w Czarnobylu. Oba promieniują, ale tylko jeden budzi grozę. Małe dawki – oto czego trzeba.

Przyzwyczajaj otoczenie powoli. Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby – jeśli to dopiero twoje pierwsze kroki w nowym świecie – w twojej szafie znajdowały się już trzy  porządne marynarki, kilkanaście koszul i stosowna liczba krawatów, które wieńczą dzieło. A jeśli trafiłeś fajną rzecz (lepiej zaczynać od jednej fajnej rzeczy, niż pięciu kiepskich) – to kiedy pewnej, powiedzmy, środy zepniesz wszystkie siły i zaprezentujesz na sobie antologię najlepszych ciuchów ze swojej garderoby, jedynym objawem podziwu, na jaki zasłużysz, może się okazać „coś się tak wystroił”.

Najrozsądniejszą receptą na „coś się tak wystroił”, jaka przychodzi mi do głowy, jest stopniowa zmiana stylu. Znasz te zdjęcia, na których dobrze ubrani mężczyźni noszą koszulę bez krawata, na niej sweter, a na nim marynarkę? Może lepiej zacząć od tylko jednego z tych ostatnich elementów, a nie obu na raz? Jeśli do tej pory nosiłeś tylko t-shirty i dżinsy, to zmiana tych dwóch elementów wystarczy na początek, by wyglądać świetnie i nie musieć odpowiadać na krępujące pytanie.

Okres przejściowy to ważna rzecz, bo to, jak zareaguje otoczenie i jak ty będziesz się czuł w nowym wydaniu, może zadecydować o kierunku i trwałości tak pożądanej przemiany. Możesz przyjąć różne kierunki natarcia: nosić koszulę ze swetrem, ale bez marynarki albo marynarkę na t-shirt (czego nie miałem okazji nigdy spróbować osobiście, ale widok jest to powszechny). Jestem skłonny, nieco wbrew sobie, polecać nawet marynarkę do jeansów, chociaż sztruksowa albo bawełniana właśnie w takim zestawieniu to najczęstszy przypadek nieudanych eksperymentów „klasycyzacji” garderoby.

W takim ukryciu krawat może czekać na comming out choćby i sezon - łatwiej mu będzie przyzwyczaić otoczenie

Jeszcze rok temu chodzenie do biura pod krawatem wydawało mi się lekką przesadą. Przeszło mi po miesiącu nowej pracy i od tego czasu rzadko występuję z rozpiętym kołnierzykiem. W firmie, gdzie dżins ma sens, przestrzegałem (jako jedyny) zasady casual friday, bo i jako jedyny miałem przestrzeń, żeby spuszczać z formalności stroju. Nawiasem mówiąc, najfajniejszy typ casual friday to taki, kiedy przychodzisz do pracy ze spakowanym plecakiem na stelażu i prosto z biura wsiadasz w pociąg gdzieś daleko. Ale „o tym, moje dzieci, to już zupełnie inna historia”. Tym niemniej moje pojawianie się pod krawatem przeszło praktycznie niezauważone, bo pod swetrem zwis męski  dodaje uroku niezwykle dyskretnie. Kiedy środkowa warstwa ubrania spłynęła razem z roztopami – krawat się ostał i tak już trwa.

Tyle pierwszej reguły – prostej, bo technicznej. Druga jest trudniejsza, bo wymaga siły woli. W okresie swoich pierwszych zakupów w „tych innych” sklepach i butikach trafisz na pewno na wiele kuszących okazji, które w pierwszej chwili wydawać się będą przewrotnie i luzacko polemizującymi z tradycją. W takich sytuacjach najelpiej sprawdza się gryzak lub coś innego, co pozwala zacisnąć zęby. Tak, pomarańczowe marynarki są świetne, a kiedy zobaczysz, ile gadżetów można na nich umieścić (kieszonka biletowa, patka na kieszonce na piersi, podwójna butonierka, pętelka na guzik przy kozerce, czyli łączeniu klap z kołnierzem, łaty na łokciach – wymieniać dalej?)… przy takiej ofercie pokusa będzie silna. Takiej też potrzebujesz woli: eksperymenty są dla tych, którzy przerobili podstawy. Ja sam prędko się na nie nie zdecyduję, a kiedy już uznam, że jestem gotowy, zapewne będę już stylowym geriatrą i zamówię zamiast nich piątą klasyczną granatową marynarkę klubową. Nie chodzi o to, żeby nie wyglądać inaczej, lepiej, niech będzie – nawet nowocześniej. Ale żeby znaleźć swój styl, musisz wiedzieć, gdzie szukać. Szara czy brązowa marynarka to pierwszy adres, pod który warto uderzyć. Jeśli ten argument cię nie przekonuje – postaraj się, żeby nauka na błędach nie była zbyt kosztowna. Zresztą to, co po angielsku nazywa się novelties (np. spinki do mankietów w fikuśnych kształtach) znajdziesz pewnie w outletach większości marek z niższej średniej półki, zatem tu akurat nie powinieneś mieć problemów. Po prostu wspomnij moje słowa, kiedy za kilka lat będziesz się głowił, jak w ogóle można było coś takiego kupić. Ja, żeby opędzić się od tej myśli, musiałem swego czasu hojnie obdarować kosz na używaną odzież.

Inaczej nauczyłem się rozwiązywać problem pytania „coś się tak wystroił”. Tutaj podpowiedź podsunęło mi samo życie: spotkałem pewnego dnia kolegę, który zmierzył mnie od stóp do głów i – publicznie – wykrzyknął: „A coś ty się tak odstawił? Do pierwszej komunii idziesz?”. Najadłem się wstydu, ale wyciągnąłem wnioski i od tego czasu za każdym razem na pytanie „Coś się tak wystroił” odpowiadam: „idę do pierwszej komunii”. Minął jakiś czas i już nie muszę nikomu się tłumaczyć.