Absynt: jak łączyć narkotyki z alkoholem

Wieczór w towarzystwie absyntu to dawka mocnych wrażeń: dużo alkoholu, substancje psychoaktywne i mit paryskiej bohemy, by wymienić tylko kilka z nich

Absinthe is the aphrodisiac of the soul. The green fairy who lives in the absinthe wants your soul. But you are safe with me.

Tak opowiada Minie Harker nieśmiertelny – dosłownie i w przenośni – Gary Oldman we wspaniałym Bram Stoker’s Dracula Coppoli. Duża czarka powoli wypełnia się zielonym płynem, później przez kostkę cukru na łyżeczce do kielicha sączy się woda, powodując zmętnienie napoju.

Co zaskakujące,  w filmie kostka cukru nie rozpuszcza się, a uwodzona arystokratka wysysa ją zmysłowym gestem. Za parawanem szyb cienie tancerzy przesuwają się obłędnym ruchem, a narzeczona biednego Williama rozmarza się o dalekich krainach. Jej wyobrażenia składają się w fantasmagoryczne wizje. Bąbelki w absyncie – zapewne wynik nalewania wody – tańczą jak krwinki szalejące w żyłach.

Pierwsza szklanka (czeski Bairnsfather, 55 proc. ABV)

Paweł Białobrocki Tamka 43 i absynt
Paweł Białobrocki ma dobrze urządzone biuro

Paweł Białobrocki jest sommelierem w warszawskiej restauracji Tamka 43. Poznałem go kilka tygodni wcześniej, podczas imprezy, na której Hennesy prezentował nowy projekt butelki koniaku. Musiał wcześniej usłyszeć o moim love-hate relationship z polskim barmaństwem i sam zaprosił mnie na degustację, by bronić honoru środowiska.

– Na samym początku zraziłem się do absyntu, bo został mi źle przygotowany, ale potem uświadomiłem sobie, że tego praktycznie nie ma w Polsce i dałem mu jeszcze jedną szansę. To była dobra decyzja – tłumaczy Paweł, który serwuje gościom absynt jako aperitif albo digestive, zgodnie z XIX-wiecznym „rytuałem wody”. – Nawet nie miałem się kogo poradzić co do podawania absyntu, a internet pełen jest sprzecznych informacji. Na szczęście na Ursynowie jest sklep z absyntem, a jego właściciel pomógł mi zacząć.

Paweł opowiada, a jednocześnie przygotowuje pierwszą szklaneczkę, na bazie czeskiego absyntu Bairnsfather. Kiedy zbliżam do ust mętny, zielony napój, czuję głównie anyż, a w ustach – gorycz piołunu. Mimo dużego rozwodnienia, spotkanie z taką dawką smaków jest szokiem, a całość wydaje mi się płaska, jednoznaczna jak prawy prosty w szczękę. Na języku pozostaje wyraźna gorycz.

– Jaka jest szansa, że będę dziś widział zielone wróżki?
– Zobaczymy przy ostatniej szklaneczce – uśmiecha się Paweł.

Druga szklanka (słowenski Supreme, 60 proc. ABV)

Fontanna do absyntu
Fontanna, czy raczej źródełko, należy wypełnić zimną wodą z lodem

Cały sekret absyntu tkwi w metodzie picia.

– Nie wiem, dlaczego spopularyzowała się tak historia z podpalaniem cukru. Tak się nie robi. To znaczy robi się, ale to późny pomysł i trochę bez sensu, a przygotowany tak napój traci bukiet, jest po prostu niesmaczny – twierdzi sommelier z Tamki. Jego zdaniem „rytuał ognia” wymyślono na potrzeby hollywoodzkiego filmu From Hell z Johnnym Deppem (2001), choć wydaje mi się, że zetknąłem się z nim już wcześniej.

Tak czy inaczej, Paweł woli serwować alkohol to bardziej staromodnie. W tym celu kupił fontannę, czyli coś, co przypomina miniaturową wieżę ciśnień. W dużej komorze na dość wysokiej nóżce woda schładza się na kostkach lodu, a następnie, przez miniaturowe kraniki, kapie prosto do kieliszka. Po drodze wypłukuje cukier, którego kostka leży na ażurowej łyżeczce wspartej na brzegach szklaneczki. Kiedy osiągniesz właściwe proporcje – pijesz.

Drugi drink powstaje na bazie słoweńskiego Supreme, którego jedną porcję – jak zapewnia – Paweł trzymał specjalnie dla mnie. Sześćdziesięcioprocentowy trunek należy mieszać w szklance z powoli kapiącą wodą w proporcjach od 1:3 (tak jest w naszym przypadku) do 1:7.

Trzecia szklanka (francuski Pernod, 68 proc. ABV)

Łyżeczka do absyntu
Łyżeczka do absyntu jest po to, żeby wypłukać cukier do szklaneczki, a nie po to, by nasączyć kostkę

Absynt to alkoholowa mitologia. Pewnie wielu z was pamięta dreszcz niepokoju, związany z przewożeniem toksycznie zielonych butelek przez granicę czesko-polską i – czasem niezdarne – próby degustacji. Zakazany owoc smakuje najlepiej.

Absynt był zakazanym owocem – a raczej ziołem – do połowy ubiegłej dekady. Do Polski swoboda sprzedawania go dotarła w 2006 roku wraz z procesem dopasowywania naszego prawa do standardów kochanej cioci Unii. Wcześniej faktycznie obowiązywał zakaz.

Winowajcą był tu tujon – zawarta w piołunie substancja psychoaktywna, która sto lat temu wywołała panikę i lawinę zakazów. Podobno działa podobnie do marihuany, ale żeby docenić ten efekt trzeba by wypić tyle absyntu, że alkohol wcześniej zwaliłby cię z nóg.

Zwłaszcza że absynty do słabych nie należą – wahają się od czterdziestu kilku do ponad osiemdziesięciu procent alkoholu. Wobec tych mocy maksymalne dopuszczone prawem 35 mg tujonu na litr trunku to podobno pestka. Nie znam się na tym, ale brzmi sensownie. Czy absynt poniewiera jakoś inaczej? Poza samą degustacją jestem tu po to, żeby to sprawdzić.

Dlatego wypijam trzecią szklaneczkę – Pernoda, tego od Pernod Ricard. Alkohol ten pochodzi z kultowego dla absyntomanów francuskiego Pontarlier. Skład ziół jest nieco inny, Paweł sugeruje werbenę, jakieś cytrusy. Moje pierwsze skojarzenie brzmi: gorzka pomarańcza i negroni. Nietrudno uwierzyć, że kiedyś sprzedawano to w aptece – smakuje jak syrop na kaszel.

Czwarta szklanka (francuski Lemercier, 72 proc. ABV)

Przygotowanie absyntu
Alkohol mętnieje pod wpływem wody, a jego barwy różnią się w zależności od marki

Oprócz mitu tujonowej ekstazy jest też jeszcze jeden rodzaj absyntowej mitologii: mit bohemy i Zielonej Wróżki.

Bo kiedyś, panie, to były czasy. Nie to, co teraz. Pchało się tych dragów do wódy i wszystko razem piło, świat tańczył, van Gogh obcinał sobie ucho, Lautrec projektował plakaty i rysował obsceniczne scenki, bo jak wiadomo narkotyki sprzyjają chuci, a chucie są fajne, zwłaszcza jak się jest dekadenckim artystą.

Te chucie i wizje urodziły Zieloną Wróżkę, która do dziś jest patronką absyntu. Chodzi chyba o będące zasługą anyżu mętnienie trunku pod wpływem wody. Kiedy jej krople padają na powierzchnię alkoholu, mgiełka buzuje przez chwilę. Kiedy się jest uzipanym, można to uznać za piękne i nadprzyrodzone. Mniej więcej w równym stopniu, co własne sznurówki albo kurz na parapecie.

Szczerze mówiąc nie chciało mi się zgłębiać nawet całej tej nadętej blogosfery, nie mówiąc już o poważniejszych źródłach, tylko po to, żeby rzecz tu streszczać. Po spróbowaniu tych prawdziwych absyntów wiem trochę mniej niż przedtem. To znaczy powiązanie piołunówki z Paryżem fin-de-siecle’u jest dla mnie dużo bardziej niejasne.

Edgar Degas Absinthe
To nie Lautrec, ale Degas. Czy kolor płynu w czarce nie wygląda znajomo?

Może dążenie do autodestrukcji, wyrażające się mieszaniem tujonu z alkoholem, jest jakoś tam dekadenckie, ale Zielona Wróżka utraciła nade mną swoją czarodziejską moc: absynt jest alkoholem ciekawym jak niemal każdy inny, ma swój charakter i swoje miejsce w barku; nie trzeba podchodzić do niego jak pies do jeża ani opowiadać bajek o „rytuale ognia” i podpalaniu kostki cukru. Moim zdaniem takie rzeczy raczej szkodzą niż pomagają w popularyzacji tak fajnych rzeczy jak absynt, choć wiem też, że ludzie lubią, jak im kazać maczać oreo w mleku.

Absynt produkuje się podobnie do ginu: maceruje zioła (w tym „świętą trójcę”: anyż, piołun i koper włoski) w alkoholu, a następnie destyluje go po raz drugi. Efektem jest ciekawy, ale trudny w odbiorze bitter, który świetnie sprawdza się zwłaszcza w zestawieniu z ciekawą i niebanalną kuchnią. Jeśli masz nawyk używania anyżu i fenkułu przy garach, poradzisz sobie także z absyntem. Jeśli nie – naucz się. Najlepsze przed tobą.

Lemercier jest znacznie lepiej zbalansowany – wcześniejsze, zwłaszcza ten czeski – były dzikie, nieokiełznane. Tu anyż współpracuje już znacznie lepiej, a równowaga składników daje podniebieniu ukojenie.

Piąta szklanka (francuski Un Emile, 68 proc. ABV)

Fontanna do absyntu
Jedną z uroczych cech picia absyntu jest jego niespieszne tempo

Dopijam ostatnią szklaneczkę Un Emile, który Białobrocki podaje jako absynt domowy i z tej degustacji niewiele już pamiętam.

Wychodzę na rześkie marcowe popołudnie. Dwiema Tamkami zmierzam w dół do dwóch przystanków autobusowych. Nie wiem, ile czasu czekam na autobusy, ale kiedy wreszcie przyjeżdżają, wsiadam w obydwa. W sumie to jest bosko. Nie zataczam się, nie jestem pijany, ale czuję się piękny i wysoki, a piętnaście centymetrów nad chodnikiem płynę z gracją rusałki.

Przechodząc do domu wpadam jeszcze do supermarketu, gdzie kupuję cztery butelki wina (dwie połówki z nich pójdą do risotto) i dwie butelki whisky, okazyjnie i na wszelki wypadek. Dopiero w domu, nad garnkiem, siekając selera naciowego odkrywam, że z powrotem widzę pojedynczo. Euforia trochę przeszła, ale chętnie bym coś zjadł.

Mimo fantastycznych efektów, absynt kiepsko nadaje się na upijanie – chyba, że masz duszę hobbysty i poszukiwacza dziwactw. Jest jednak czymś, do czego chce się wracać. Ja wrócę zapewne jeszcze nie raz.

Jak zorganizować wieczór kawalerski

 Nie bój się dziewczyn tańczących na rurze. One nie gryzą. No, chyba że za dopłatą…

Nieuchronnie zbliża się sezon ślubów, ale przecież ceremonie powtarzania roty przysięgi to niejedyne rytuały, które koniecznie muszą mieć miejsce w ramach zaślubin. Do równie ważnych należą wieczory kawalerskie i panieńskie, sytuacje, kiedy jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się, że jednak nie jestem dziewczyną.

Gros wieczorów panieńskich, o których słyszałem, sprowadzała się do spotkania, wypicia naparstka alkoholu i pochichotania o sprawach związanych z seksem jakby naprawdę uczestniczki były dziewiętnastowiecznymi pensjonarkami. A potem już tylko tort i kilka gadżetów – wszystko w kształcie siusiaka, pogibać sie na parkiecie do północy i pousypiać pokotem ze zmęczenia. Tak… kobiety, które znam, konwencja wieczoru panieńskiego usypia, są wtedy mniej zmotywowane do zabawy, niż na normalnej imprezie. Za to wieczory kawalerskie to wydarzenia, dla których warto żyć. Wydarzenia, które – słusznie czy nie (daj Boże, żeby jednak niesłusznie) – potrafią mieć wymiar imprezy, która zakończy wszelkie imprezowanie.

Pod warunkiem, że drużba pana młodego – osoba odpowiedzialna za przygotowanie tego szczególnego wieczoru – nie napnie się zbytnio.

Wiemy już z poprzednich odcinków Smaku Nabytego, że dżentelmen nie pali, nie pije i dba o swoje ciało hamując procesy starzenia. Zabiega też o swój wygląd, a jeśli zdarzy mu się założyć czarny kapelusz do brązowych butów, puszcza z gramofonu „Tę ostatnią niedzielę” i honorowo strzela sobie w łeb. I bardzo dobrze, wcale nam idioty nie żal i jeśli postanowił uczynić ze swego ciała, a duszy pewnie też, przestrzeń sterylną jak sala operacyjna, niech przynajmniej zostawi po sobie młode, zadbane i atrakcyjne zwłoki i da spokój nam, którzy na barki wzięliśmy trudy bycia ludźmi z krwi i kości, ze swoimi nałogami i słabościami. Do tych ostatnich należą wszak i dziewczyny.

Tę zasadę znają we wszystkich wolnych zawodach: za know-how się płaci i kropka

Marudzę na ten temat, bo zdecydowanie za często słyszę o jakichś nowomodnych wieczorach kawalerskich, których uczestnicy, zamiast jak ludzie iść do klubu nocnego, organizują jakieś dziwne „przeżycia” w rodzaju paintballu, gokartów, skoków na spadochronie albo Bóg wie czego jeszcze. Mam wrażenie, że tego typu imprezy są wieczorami kawalerskimi tylko w wymiarze czasu akcji. Prawdziwy wieczór kawalerski musi zawierać świntuszenie i kropka.

Ma to pewnie z tysiąc wytłumaczeń – przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka opartych o klasyczne teorie antropologiczne, coś z socjologii czy psychologii, ale nade wszystko argumenty zdroworozsądkowe: na paintball, naprawdę, można sobie iść i po ślubie. Wódka i panienki są po to, żeby przekonać nasze narzeczone, jak poważnie traktujemy małżeńskie zobowiązanie, które za chwilę przyjmiemy na siebie. I że to już, naprawdę, ostatni raz. No, może przedostatni. Na odkrycie prawdy twoja przyszła żona ma jeszcze czas. Na razie możesz przyrzekać, że od teraz tylko scrabble i maczanie biszkoptów w herbacie.

Jeśli jesteś świadkiem na ślubie przyjaciela, podejdź serio do dwóch obowiązków wobec niego. Po pierwsze, postaraj się, żeby na własnym wieczorze kawalerskim czuł się zwyczajnie dobrze, co zazwyczaj wynika z dobrej organizacji i dużego luzu. W modelowej sytuacji luz objawia się w tym, jak wieczór jest zaplanowany, a organizacja – jak jest przeprowadzany. Nie planuj dużo. Skup się na programie minimum. Pozostań na tyle trzeźwy, by kontrolować sytuację, dopóki to potrzebne, czyli w grze jest wspólna kasa i plan do zrealizowania.

Drugi obowiązek jest… Jak by to wytłumaczyć? Jest taki znamienny fakt: dziewczyny na wieczorach panieńskich dają sobie przedmioty związane z seksem małżeńskim. W jakiś taki niewiarygodny sposób większość z nich – najwyraźniej autentycznie – jest się w stanie na jeden wieczór wczuć w rolę dziewcząt, które oto czeka seksualna inicjacja i wiążą z nią wielkie nadzieje. Jak dziewczyny wprowadzają się w ten szczególny stan, to temat na zupełnie osobne rozważania.

W tym samym czasie najpopularniejszym upominkiem na wieczorach kawalerskich są lateksowe lale, sprzedawane zresztą – czego sprzedawcy szczególnie nie kryją – wyłącznie na tego typu imprezy. Zapytasz, jaki z tej różnicy wynika obowiązek drużby? Ano taki: dziewczyny swoimi prezentami obiecują sobie seks, chłopaki przepowiadają sobie onanizm. Daj panu młodemu w spokoju rozważyć ten fakt i wyciągnąć wnioski.

A na koniec weź pod uwagę kilka dobrych rad Wujka Dobra Rada:

Niemieckie porno dla konserwatystów. Wikipedia opisuje to jako pierwsze przedstawienie striptizu - rok 1720. Ona zdejmuje krynolinę!

– Zorientuj się, czy pan młody w ogóle życzy sobie imprezy z panienkami. Jest na to kilka metod, począwszy od pytania go wprost, i zwracanie się po taką informację do jego narzeczonej z pewnością jest najgorszą spośród nich

– Jeśli zdecyduje się nie chcieć, uszanuj tę decyzję. Będziesz miał całe życie, żeby ją wyśmiać, więc wstrzymaj się do jego ślubu

– Zapytaj żonkosia, kogo spoza znanej ci paczki chciałby na tym wieczorze zobaczyć. Nawet, jeśli planujesz elementy niespodzianki, lista gości nie musi do nich należeć. Przedstaw gościom swój plan na wieczór, żeby, w wypadku zastrzeżeń, nie czuli się zaskoczeni i postawieni przed faktem dokonanym

– Zadbaj o dress code. Ostatnie, czego chcesz, to bandy gości z hasłem „wieczór kawalerski” wypisanym na tiszertach. Takie przybytki nazywają się gentlemen’s club nie bez powodu

– I powodem tym nie jest, że idzie się tam w smokingu, homburgu i z laseczką, gdybyś miał wątpliwości

– Zrób zwiad upatrzonego klubu. Robiłem w życiu kilka researchów i ten nie należał do najbardziej nieprzyjemnych

– Ustal ze wszystkimi wysokość zrzutki na prywatny taniec i drinki dla pana młodego. Upewnij się, że wszyscy akceptują zasady i że masz jaja i dość mocną głowę, żeby ich przestrzegać. Nie zapominaj, że skończycie kompletnie pijani i kasa i tak się pogubi – realizujcie punkty programu nie za późno w nocy i celuj w zapewnienie maksimum frajdy panu młodemu w ramach wyznaczonego budżetu – wcześniejszy zwiad cenowy będzie bardzo pomocny

– Traktowanie piwa jako long drinku w klubie wygląda jakbyś zastawił się, by w ogóle wejść, i nie mógł sobie pozwolić na szaleństwo. Co jest kiepską postawą negocjacyjną w rozmowach z każdym potencjalnym usługodawcą, także w tym biznesie. Patrz punkt czwarty

– Zabezpiecz gotówkę – za taniec lepiej nie płacić kartą. Trzymaj kasę w wysokich nominałach, żeby nie wyglądać, jakbyś kupował bilet na tramwaj. Wsadzanie banknotów za bieliznę dziewczyn na scenie nie jest chyba w Polsce zwyczajem, zresztą w tej sytuacji banknoty z Mieszkiem nie bardzo pasują

– Odpowiedni poziom wstępnego napicia, żeby ruszyć w miasto albo zadzwonić po dziewczynki, to „wstawiony”. Większość ludzi na trzeźwo czułaby się w takiej sytuacji idiotycznie, ale i pijany w stosunku do tancerki możesz łatwiej niż myślisz wyjść na impotenta, co nie zadziała dobrze na twoją samoocenę

– Do robienia striptizu służą, jak sama nazwa wskazuje, striptizerki. Licz się z tym, że jeśli zaprosisz na domówkę prostytutkę, może jej się zwyczajnie nie chcieć gibać, bo normalnie bierze większą kasę bez wygłupiania się

– Pilnuj siebie, pana młodego i – w miarę możliwości – co bardziej pijanych gości. Jeśli widzisz któregoś z nich wiedzionego przez dziewczynę za rękę ku drzwiom z napisem „kwatery prywatne”, prawdopodobnie spaprałeś sprawę

Doświadczenie uczy też, że warto koło tej trzeciej-czwartej rano połączyć wieczór kawalerski z niedobitkami panieńskiego. Ile można spędzić na imprezie w jednopłciowym towarzystwie? Przecież kochamy nasze żony i narzeczone i w sumie nawet cieszymy się, że nie kręcą pupami tak lubieżnie jak te dziewczyny, które tej nocy zostawiliśmy za sobą.

Jak pić (torfową) whisky

Love it or hate it – powiedział Tomek, wyjmując flaszkę silnie torfowej szkockiej. Każdy mężczyzna powinien rozwiązać tę alternatywę

Jesteś sumą ludzi, których spotkałeś. Ta suma nie jest stała, przeważnie rośnie powoli, ułamek po ułamku, ale raz na jakiś czas zdarza się natychmiastowy zysk, który sumę tę zwiększa z dnia na dzień. W moim przypadku z piątku na niedzielę, kiedy miałem pierwszy raz okazję pić z Milerem, który pije z głową.

Tomka, który nie tylko pije, lecz także uczy pić, sprowadziły do Warszawy nasze wspólne interesy. Kanapa była akurat wolna, więc zaproponowałem mu nocleg, a on zrewanżował się namiastką degustacji. Z walizki mojego gościa wywędrowała w połowie pełna (lub w połowie pusta) butelka laphroaig, a z mojego barku dołączyły do niej auchentoshan i pełnoletni glenfiddich.

Starałem się zawsze dobierać dla siebie whisky łagodne, niepotrzebnie chyba założywszy, że są lepsze na start. Może i są zresztą, ale nie na tyle, by budować ich kolekcję. Byłem niesłychanie zadowolony z bardzo łagodnego auchentoshana i widok butelki laphroaig, uznawanej za jedną z najbardziej torfowych whisky szkocji, napawał mnie obawą.

Po przejściu całej drogi muszę powiedzieć, że odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta i w pewnym sensie pesymistyczna: pić whisky należy pod kierunkiem osób bardziej doświadczonych. Dochodzę do tego wniosku, bo już wcześniej wszystko robiłem tak, jak należy, ale w czasie naszej piątkowej degustacji przeniosłem się w zupełnie inne rejony smaku i świadomości rzeczy.

Już wcześniej piłem więc whisky z kieliszków tulipanowych lub koniakówek, ogólnie czegoś, co przymyka alkohol od góry i uwalnia skoncentrowany bukiet wąskim otworem. Tumblery, czyli tak kojarzone z whisky niskie szklanki w kształcie walca, nadają się raczej do czegoś, czego aromat żegnamy bez żalu, głównie whisky mieszanych. Jeśli chcesz poznawać gatunkowe alkohole starzone, zaopatrz się w coś lepiej dostosowanego. Koniakówki nie są błędem, a łatwiej je dostać w sklepie. Tulipany wydają się wzorcem, ale i do nich trzeba się przekonać, bo mają naprawdę wąski wylot i picie z nich whisky nie jest takie, jak na filmach.

Przedpołudnie dnia następnego przebiegało pod hasłem "czym się strułeś, tym się lecz". Na pierwszym planie czerwone skarpetki im. Leopolda Tyrmanda. Fot. Damian Kot

Wielu z nas ma przed oczami obraz znawców i „znawców”, którzy będą tyle czasu patrzeć i wąchać, a później pretensjonalnie płukać usta alkoholem, aż wszystkim się znudzi patrzenie na ich przemądrzałe gesty. Niektóre z nich są jednak warunkiem czucia czegokolwiek w ustach, bo przecież o odkrycie smaku właśnie chodzi. Podobnie jak w wypadku win, także i starzone alkohole noszą w sobie brzemię warunków, w których powstawały i dojrzewały i różnią się od siebie w niewiarygodnym stopniu. Tylko i aż na tym polega hobby picia, degustowania i porównywania.

Pierwszym po nalaniu gestem znawcy jest rzut oka na alkohol w kieliszku i to, jak spływa po ściankach. Prawdę mówiąc, jeśli w ogóle potrzebujesz czytać ten tekst, nie powinieneś oczekiwać, że cokolwiek dojrzysz w torze, po którym whisky ścieka po szkle. Mógłbyś bez żalu pominąć ten etap, ale i tak musisz, to znaczy MUSISZ, przygotować nos na nadejście Mocy. Temu właśnie – działaniu mocnego alkoholu na śluzówkę nosa – służy kilkukrotny i powolny niuch alkoholu. Zbliżaj szklaneczkę do nosa, wciągaj powietrze i odsuwaj źródło zapachu. Zmysłowy szał już się zaczął i możesz myśleć o zapachach i skojarzeniach, jakie przywodzi ci na myśl whisky. Zamykanie oczu służy temu, by „moc obliczeniową” mózgu, zazwyczaj pochłanianą przez wrażenia wzrokowe, skierować na inne rejony – w tym wypadku węch i wyobraźnię. Znacznie więcej pretensjonalnych zachowań, niż nam się wydaje, ma swoje korzenie w racjonalności.

Nie są to kryształy Blake'a Carringtona, ale pije się z nich przednio. Fot. Whiskeyglass.com

Daj sobie dłuższą chwilę na to wąchanie. Jest co odwlekać w czasie, bo w kolejności nastąpić musi rzecz nieprzyjemna: pierwszy łyk. Bo musisz coś wiedzieć o whisky: to alkohol. Czterdziesto-, czasem nawet pięćdziesięcioprocentowy. Udawanie, że nie pali w język to najtańszy rodzaj twardzielstwa, taki z osiedlowej siłki. Ocenianie whisky po tym, że pierwszy łyk wstrząsa ciałem i stawia mózg w poprzek, również do roztropnych nie należy. Pierwszy łyk służy do rozlania po języku, dokładnie i powoli, nawet za cenę drgawek i strojenia głupich min. Ciało ma być przygotowane.

Bo picie to dialog z ciałem. Ono dobrze wie, że alkohol to trucizna (a, przyznaję to niechętnie, jest to przede wszystkim trucizna). Dlatego wysyła do mózgu sygnały, że jest niedobry, be, wypluj to. Dlatego degustowanie alkoholu jest tryumfem ducha nad materią i dlatego breezery, gdzie smak alkoholu jest zamaskowany, są niemoralne (choć funkcja upijania dziewczyn nieco je usprawiedliwia). Smak nabyty, czyli odnalezienie wieloznacznej rozkoszy ukrytej w gorzkiej otoczce, to właśnie ten proces walki ducha z ciałem.

Wracamy na Ziemię. Pamiętaj, że płucząc język mocnym alkoholem chcesz zahartować, a nie wypalić sobie kubki smakowe. Dopilnuj, żeby płyn dotarł do każdego zakamarka na języku, ale w żadnym nie trzymaj go na tyle długo, by ryzykować uszkodzenia. Za chwilę poczujesz być może wanilię, cytrusy albo pieczone jabłka, delikatne i finezyjne smaki, więc potrzebujesz kubków smakowych w pełnej gotowości.

Dopiero drugi łyk jest pierwszym. Zaczerpnij go zdecydowanie i pomyśl chwilę o smakach, których dostarcza. Smaki whisky biorą się, tak w skrócie, z użytego do produkcji alkoholu surowca, procesu destylacji, beczki i miejsca leżakowania. Każdy z tych elementów zostawia po sobie nie tylko skojarzenia i marketing, ale też prawdziwe substancje, których zapachy występują także gdzie indziej. To dzięki temu ludzie w ogóle porozumiewają się co do smaków: jeśli ktoś mówi „karmel”, to być może pewne estry spotykane w karmelu rzeczywiście się w jego kieliszku znalazły. Naturalną dyspozycją mózgu jest wykrywać rzeczy, na które zwrócono ci uwagę, więc jeśli twój znajomy usłyszy od znawcy: „waniliowa whisky” i mówi: „rzeczywiście, waniliowa”, to nie musi oznaczać, że kolega pozuje, a tak naprawdę powtarza po ekspertach.

Jeśli przewidziałeś na wieczór więcej niż jeden alkohol, uporządkuj otwieranie kolejnych butelek według intensywności ich smaku. Póki nie poznasz kryteriów, posiłkuj się opisami w sieci albo na etykietach. Zastosowaliśmy to kryterium i natychmiast auchentoshan, którego tak ceniłem, okazał się zbyt prosty i bez smaku. Z dojrzalszym glenfiddich było znacznie lepiej, ale to na koniec przygotowana była bomba. Tomek dobrze wstrząsnął butelkę laphroaig i otworzył ją dobre pół metra od mojej twarzy…

Świadomość tego, że nie jestem na brzegu zimnego morza Północy odzyskałem z pięć sekund później. Dym, lizol i wodorosty – to podsumowanie, na które wpadłbym bez szkolenia. Odpowiedź na kluczową kwestię – love it or hate it – zostawiłem do powrotu z dalekomorskiego rejsu, na który wybrała się moja psychika. Kiedy wróciła, dała mi zielone światło. Degustacja była zakończona, bo piliśmy już ze wszystkich przewidzianych do niej butelek. Każdy został przy swojej ulubionej i muszę przyznać, że narzucona przez whisky dynamika picia w dalszej części wieczoru niezwykle przypadła mi do gustu. Dużo można zakładać o dziewiętnastej, ale to tak naprawdę wybór alkoholu na wieczór determinuje przebieg imprezy. Inaczej upaja wino, inaczej wódka, a inaczej whisky (piwo też, o ile w ogóle bierzesz je pod uwagę). Inna jest rozmowa, inne emocje, inne poranki.

Z uwag technicznych: po każdej whisky płucz szklaneczkę i usta wodą. Jeśli nie wierzysz, jak olbrzymi wpływ na smak następnej whisky może być poprzednia w tej samej szklance, nalej sobie whisky rano, kiedy nie piłeś, do szklanki, zlej z powrotem do butelki i przekonaj się, jak długo utrzymywał się będzie poprzedni aromat. Ci, którzy poważnie myślą o alkoholu, często decydują się na robienie notatek, które przechowają na dłużej doświadczenia z trunkami i pozwalają usystematyzować wiedzę. Ja takich nie robię, ale tego wieczora uczyniłem wyjątek. Oto efekty:

Wobec morskich aromatów laphroaig, bateria butelek okazała się baterią nadbrzeżną

Oko: widok imprezy był cudowny. Bateria butelek (degustowaliśmy trzy, ale na stole, w zapasie, stały jeszcze burbon i starkus od Kozuby i synów), a do tego, bez napinki, jakieś czipsy, skibki ciemnego chleba (idealna przekąska do whisky) i dwóch, zdecydowanie overdressed panów upajających się (metodycznie!) drogą wódą.

Nos: podpowiada mi, że to początek nowego rozdziału w życiu i w barku. Odkładam na półkę bajeczki o whisky dla początkujących – możesz na to mówić „smak nabyty”, ale tak naprawdę on jest w tobie (albo nie) i trzeba tylko pozwolić mu wyjść. Serio, nie uważasz chyba łososia za entry level do owoców morza, co?

Usta: pełne wyraźnych i niezwykle zaskakujących smaków. Zaskakujących niekiedy w dwóch wymiarach: tym, że w ogóle znalazły się w alkoholu i tym, że wydają się smaczne, ciekawe, a nie odrzucające. Tym, jak wyraźnie różnią się dziś od siebie whisky, które jeszcze wczoraj uważałem za zbliżone i łagodne. Tym, że pieczona gruszka na etykiecie osiemnastoletniego glenfiddicha to nie marketing ani propozycja serwowania, ale najlepsze syntetyczne ujęcie tego, co kryje się pod warstwą gorzkiego smaku alkoholu.

Finisz: łatwy do przewidzenia. Doczołgałem się do łóżka z kłębowiskiem myśli, nie dowierzając, że upiłem się single maltem, który jeszcze dzień wcześniej wydawał mi się alkoholem na jedną szklaneczkę raz na jakiś czas. Obudziłem się zaś wciąż z posmakiem soli morskiej na spękanych wargach, tych nadmorskich aerozoli, które wzbijają się w powietrze, kiedy kilka metrów od ciebie roztrzaskują się z hukiem fale lodowatego oceanu. I wiem już, że chcę wracać na to morze, a butelka laphroaig nie pozostanie na długo jedynym torfem w moim barku.

Patriarchalny smrodek

Dawniej tytoń nie śmierdział ani trochę mniej, niż ten dzisiejszy, więc nie ma powodu, żeby na ura! porzucać palenie

Tytoń rozpanoszył się w kulturze Zachodu w XVI wieku i praktycznie od początku towarzyszą mu wszystkie kontrowersje, z którymi borykamy się do dziś. Żeby nie być gołosłownym: politykę antynikotynową wymyślił krój Anglii Jakub I w 1603 roku, monopol tytoniowy i dyktaturę korporacji – car Piotr zwany Wielkim w 1697, zakaz palenia (egzekwowany więzieniem) – jeszcze pod koniec XV wieku, straszenie rakiem – w 1857 roku. Nawet koalicja odpowiedzialnej sprzedaży, czyli zakaz sprzedawania tytoniu nieletnim, obowiązuje w Anglii już od 1908 roku.

Kiedy dzisiaj rano, krztusząc się i dusząc, wychodziłem z domu klatką schodową, na której sąsiadka ma zwyczaj zapalać taniego mentolowego slima, zastanawiałem się, czy tak naprawdę było z czym i o co walczyć. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć kultury tytoniu przez pryzmat dzisiejszych papierosów, które dalej spełniają standardy z peerelowskiego kawału: – Dodajemy wagon tytoniu na każde dwa wagony siana. – Ach, więc to dodatek tytoniu jest sekretem!

Przyglądałem się ostatnio (i trochę trollowałem, przyznaję bez bicia) dyskusji wokół pytania, czy rzeczą dżentelmena jest palić. Dla mnie – dyskusją idiotyczną już od tego pytania począwszy, żadna odpowiedź nie jest w stanie przebić samego pytania poziomem absurdu, zwłaszcza, że logicznego argumentu podać nie sposób i wszystko – jak zwykle – obraca się w sferze estetyki. Nasz stosunek do tytoniu obrazuje przejście wizerunku dżentelmena, które się przez ostatnie kilkadziesiąt lat dokonało. Jestem pewien, że jeszcze w latach pięćdziesiątych, może sześćdziesiątych, tak w Polsce (przekazy rodzinne), jak i w Anglii (literatura) młodzi ludzie, powiedzmy – w wieku licealnym – byli zachęcani do palenia przez rodziców, i to nawet matki, niekoniecznie ojców. Bo rzeczą mężczyzny było palić. Jestem też pewien, że znacznie mniej rozpowszechnione (o ile w ogóle istniało) było pojęcie „młodzież” – to byli młodzi mężczyźni, zdolni do założenia rodziny, do pójścia do wojska, tak samo, jak do odrobienia lekcji z matematyki albo wykucia łacińskiej drugiej deklinacji (rzeczowniki na –us i –um, rodzaj męski i nijaki).

Dzisiejsza młodzież musi się wyszumieć, wyjechać, poznać świat, zanim, koło trzydziestki, dorośnie albo i nie do dzieci i kredytu na mieszkanie; dzisiejszy dżentelmen nie może palić, bo przecież savoir vivre to także savoir corps, traktowanie ciała, które jest nam dane, z szacunkiem i oszczędnie. Dżentelmen ciało zmusza do uległości sportem, a nie heroicznym piciem, kiedy nie ma na wódkę ochoty, nie tytoniowym dymem. Historyczne pojmowanie słowa dżentelmen, wypracowane w oparciu o materiał empiryczny, czyli faktycznych dżentelmenów, zderza się tu z reinterpretacją tego pojęcia według dzisiejszych postulatów i wyobrażeń.

Tytoń, kawa i surowy klimat norweskich fiordów (który nie zmieścił się na zdjęciu) - kombinacja, która bardzo przypadła mi do gustu

Pod tym względem „nowoczesnym dżentelmenem” nie jestem i nie wybieram się na drugą stronę barykady. Paliłem chyba wszystko, co powstaje z tytoniu, idiotycznie ukrywając się -naście lat temu przed mamą, bo przecież serce by jej pękło, bo ona też z tych nowych, gazety czyta, o rakach, zawałach i wszystkich tych bzdetach i chyba nie wie, jak każda matka nie wie, że na coś, kiedyś, jej dziecko musi umrzeć, bo taki jest los człowieka – umrzeć. Ukrywałem się więc przed nią z paleniem, a ona przecież widziała, ale udawała, że nie widzi, tak było lepiej dla wszystkich.

Z tym doświadczeniem muszę przyznać, że jest w tytoniu coś, czemu trudno się jednak oprzeć, chociaż okres palenia paczki fajek dziennie nie był przyjemny i trzeba było go porzucić. Gorzki dym cygar to przecież rozkosz z tej samej kategorii, co whisky, początkowe zmuszanie się, katowanie receptorów, by wkrótce nauczyły się rozróżniać aromaty i delektować ukrytymi smakami. Fajka, kiedy nauczysz się osiągać z niej chłodny i aromatyczny dym, jest jeszcze przyjemniejsza. Wprowadzenie na polski rynek indonezyjskich bodajże djarumów było olśnieniem. Wystarczy tylko sięgnąć po alternatywę dla fastfoodowego papierosa.

Jakie były papierosy sto lat temu? Trudno mi powiedzieć. Podejrzewam, że bardziej przypominały dzisiejsze biełomorkanały – musiały być mocniejsze, bo i bez filtra, i tytoń pewnie był bardziej aromatyczny, tytoniowy (paląc biełomora miałem wrażenie, że palę cygaro).  Czy był lepszy? To przekonanie dla frajerów. Uwagi o tym, że palacze śmierdzą i smrodzą pojawiają się – według opracowań – od czasów, kiedy Europa odkryła Kubę. Zresztą – nie zapominaj o marynarce smokingowej: powstała właśnie jako przebranie, żeby elegancki mężczyzna nie niszczył i nie wędził bardziej porządnych ubrań. A że tak to się rozwinęło… cóż, bywa.

Pomyśl o palarniach, męskim wychodzeniu po obiedzie do biblioteki, pomieszczenia, gdzie się pali, co wykurza żony i córki. Serio uważam, że takie praktyki są w życiu człowieka zwyczajnie potrzebne. Męska rozmowa lubi dym, karty lubią dym, samotność i zaduma lubią dym, a kobiety dymu nie lubią – wszak to cudowny układ, i, o ile jeszcze nie siedzisz za głęboko pod pantoflem, naprawdę warto zaprzyjaźnić się z tą maksymą, bo dziś, tak samo, jak w każdych innych czasach, potrzebujemy męskiej integralności i chwili odpoczynku od krzyku dzieci i kłapania małżeńskich dziobów. A więc – na cygaro albo do klubu z rurami na scenie, a frajerzy w tiszertach i polarach niech sobie odpoczywają od dziewczyn (albo nawet je zapraszają) na paintballu i gokartach. Niech oni wierzą, że nastały czasy związków stuprocentowo partnerskich i zerwaliśmy z patriarchalnym szowinizmem.

Nie było żadnych starych dobrych czasów – te, które mamy, są dobre jak każde inne. Tytoń zawsze śmierdział, a życie zawsze było ciężkie i gorzkie. Nasi przodkowie – cieleśni czy duchowi – radzili sobie i z jednym, i z drugim. Nie ma powodu, by na zawsze porzucać ich spuściznę. Zapalimy?